Press enter to see results or esc to cancel.

Zygmunt Staszczyk i Jan Benedek

PLAYBOY nr 3, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Jacek Śliwczyński/ Sony Music Polska


Janek, słyszeliśmy, że wyjątkowo lubisz akcje w stylu „wejście smoka”. W T.Love chyba nie zawsze układało się między wami idealnie.

Benedek: Zdarzało się, nie byliśmy ministrantami.

Staszczyk: Do sparingów między nami nie dochodziło. To inni członkowie zespołu mają w swoich biografiach takie wyskoki. Pewnego razu w Katowicach wszyscy byli pijani w trzy dupy i nagle młody ambitny Polak (Sidney – przyp. aut.) rzucił się na Janka. Rozdzielałem jak potrafiłem, ale nie dałem rady…

Benedek: Zaczęło się od tego, że odepchnąłem Sidneya nogą. I tylko to. A on dostał ataku szału. Podbił mi oko, z tego co pamiętam. Podobną akcję Sidney miał niedawno z Mikołajem Lizutem (szefem Radia Roxy – przyp. aut.)…

Może nie wszyscy lubią, jak się ich popycha nogami?

Benedek: Muszę się nad tym głębiej zastanowić.

Który z was jest większym kogucikiem? Sami tak się kiedyś nazwaliście.

Staszczyk: To Janek odszedł z zespołu.

Benedek: Chciałem udowodnić, że takie kapele jak T.Love to ja mam gdzieś! Muniek jest lepszym dyplomatą ode mnie. Zawsze tak było.

Czy ta bezkompromisowość przekłada się też na problemy życiowe?

Benedek: Trudno żałować, że jest się takim, jakim się jest. Niektórzy całe życie włażą w dupę i też nie udaje im się zrobić wielkiej kariery. Bycie sobą a sukces to są dwie różne rzeczy.

Muniek, a czy przynajmniej Janek jest trochę mniej marudny i nieufny niż kiedyś?

Staszczyk: Nic się w tych tematach nie zmieniło.

Benedek: To samo chciałem powiedzieć o Muńku. Pyta o wszystko sześć razy. Pierdolca można dostać.

Staszczyk: Ja jestem trochę taki „Muniek Dwa Razy”, jak ten gangster z Chłopców z ferajny. Potrafię być upierdliwy, bo lubię dbać o szczegóły.

Kiedyś twierdziliście, że jesteście nieśmiertelni.

Benedek: Do dzisiaj tak się czuję.

Staszczyk: Tak gadaliśmy? Co za głupoty…

Janek dodatkowo był na tyle o tym przekonany, że w czasach waszej nieśmiertelności wylądował nagle w Szpitalu Praskim.

Benedek: Zderzyłem się z bramkarzem w „Remoncie”. Wtedy każdy weekend był dla mnie weekendem samobójczym. Ale żyję, więc coś z tą nieśmiertelnością jest na rzeczy.

Staszczyk: 20 lat konsumpcji na ławkach i nie tylko. T.Love to był trochę taki muzyczny gang. A dzisiaj… w winkach i etykietach przebieramy. Jesteśmy facetami żyjącymi między healthy options i samobójczymi weekendami.

Spojrzenia kobiet też się zmieniły?

Staszczyk: Dziewczyny dziś mówią do mnie: „Panie Muńku”.

Benedek: Moja żona nie pozwala patrzeć na mnie innym kobietom.

Staszczyk: Janek jeszcze nie ruszył w trasę… Tak na serio, to nie zawracam sobie głowy dziewczynami. Nie chcę wyjść na starego pierdziela, ale szczerze powiem, że nie bzykam fanów od wielu, wielu lat.

(Ogólny wybuch śmiechu).

A fanki?

Staszczyk: Dobra, dobra. Wiadomo, o co chodzi.

Benedek: Ogólnie uważam, że napięcie erotyczne między artystami i dziewczynami powinno zawsze występować. Co się z tym zrobi, to już zupełnie inna kwestia.

Staszczyk: Granie dla samych facetów musi być piekielnie smutne.

Już Kazik na to narzekał.

Benedek: Jak gra taką brzydką muzykę, to słuchają go brzydcy pryszczaci chłopcy.

A da się jeszcze poderwać na T.Love?

Staszczyk: Znam kolegów, którzy chwalili się podbojami seksualnymi. Wykorzystywali do tego swój krótki staż w T.Love. Widocznie na dziewczynach robiło to wrażenie.

Uważacie się za przedstawicieli tej samej generacji?

Staszczyk: Nie. Na pewno nie.

Benedek: Estetycznie – tak. Jesteśmy z pokolenia potencjalnie przegranego. Pierwsze życiowe kroki stawialiśmy w czasach niczego – No Future. Hasła typu anarchia i punk znaczą dla nas to samo.

Staszczyk: Muzycznie jesteśmy z jednej generacji. Kochamy tak samo mocno Stonesów i brytyjskiego punka. Zawsze mieliśmy w dupie U2, bo woleliśmy Muddy’ego Watersa. Janek jednak startował 7 lat po mnie, więc nie mógł aktywnie uczestniczyć w pierwszej fali kombatanckiego punk rocka.

Benedek: To bez znaczenia. Przez rok byłem w takim wirze, że szybko nadrobiłem 7 lat. To, co działo się w Tilcie, do którego trafiłem z ulicy, było jednym wielkim chaosem. Jeździłem między Warszawą, Berlinem i Pragą. Przeżyłem parę dziwnych koncertów, nie wiedziałem, o co chodzi i po co to wszystko.

Staszczyk: Może wychodzi ze mnie mentalność zgreda, ale w 1982 r. Janek miał 14 lat (śmiech).

A jak dołączył do T.Love?

Staszczyk: Nadal był gnojem. Wkurzały mnie pomysły młodziaka, a jego – pomysły kombatanta, ale czerpaliśmy z siebie. Jemu pewnie spodobał się słowiański bezczel w moim wokalu…

Benedek: Podobało mi się, że nie byłeś smutno-gotycki, co w Polsce było wtedy bardzo popularne. Wtedy poza T.Love byłem zapatrzony w Oddział Zamknięty i Maanam – zespoły, które potem się nieco zagubiły i zdegenerowały. Tak jak T.Love (śmiech).

Czy Muniek był dla ciebie – warszawiaka – prowincjuszem?

Benedek: Nie. Głównie irytowało mnie spojrzenie Muńka na wszystko z góry, w stylu: „nie mogę zawieść fanów – przecież nagrałem już trzy płyty”. Ja na koncertach chciałem grać same nowe numery i wywalić wszystkie stare z Karuzelą na czele.

Staszczyk: Mnie najbardziej irytował fakt, że Janek chciał wyjebać wszystkie stare numery. Był dla mnie idiotą, który nie chciał grać Karuzeli (śmiech). Zabawne, że jak ruszyliśmy w trasę, to dla mnie zapyziałe hotele z 1992 r. były wypasem, bo pamiętałem te z połowy lat 80. A dla niego to była rzeźnia…

Czyli jednak nie ta sama generacja. A jak traktowałeś wtedy Janka?

Staszczyk: To był okres, kiedy nie trzeźwiałem, w związku z czym często wysyłałem go na jakieś negocjacje, rozmowy i organizacyjne przepychanki. Mnie się nie chciało, wolałem dawać w palnik. Zwykle mówiłem: „Weź, kurwa, pogadaj z tym debilem”.

Bezczelnie wysługiwałeś się młodszym.

Staszczyk: Metryki nie oszukam. Zawsze byłem najstarszy w zespole, więc niech wam będzie. Pamiętam, że po odejściu Janka piłem dwa tygodnie i nie wiedziałem, co robić. Nawet poszedłem do Janka Borysewicza, żeby zagadnąć, czy w razie jakby co, nie mógłby czegoś dla mnie napisać. Usłyszałem tylko: „A co to za problem pierdolnąć jakąś balladkę?”. Chłopaki mocno mnie za to opieprzyli. W ten sposób zaczęliśmy wymyślać utwory sami. Bez tych mostków Benedka (śmiech).

Benedek: Pierwsza płyta T.Love beze mnie, czyli Prymityw, to według mnie świadomy i udany krok
do tyłu (śmiech).

Staszczyk: Ale fani kochają ten album! A zresztą ja z żadnej płyty T.Love nie jestem do końca zadowolony.

Janek, kiedyś zadano ci pytanie, kto muzycznie u nas daje radę. Wyszło na to, że nikt. A dziś?

Benedek: Znowu mam pustkę w głowie. Na pewno niesprawiedliwie, bo są dobre rzeczy. Ale ponieważ jesteśmy totalną prowincją, to wygrywają u nas rzeczy bardzo popularne, czyli gówniane, albo tak zwana elita, która się z tego gówna śmieje, wrzucając wszystkich do jednego worka. Nie ma nic pośrodku.

Dzisiejszy T.Love daje radę?

Benedek: Jest słaby, ale dobry (śmiech). To marka, z którą się nie dyskutuje. Są świetni. Ale płyty miewają słabe. To jednak kawałek mojej historii, którą szanuję, tak jak chłopaków z zespołu.

Staszczyk: I kto tu mówił o tym, że to ja jestem dyplomatą? (Śmiech). W przeciwieństwie do Janka, uważam, że powstają u nas fajne rzeczy. Na przykład Marysia Peszek to jest to.

Płyta, którą stworzyliście, to chyba pierwsze na świecie solo w duecie.

Benedek: Bo Muniek na gitarze raczej by nie pograł (śmiech). Choć Polak, zwany Sidneyem, twierdzi, że przyjdą i takie czasy, że Muniek wszystko będzie robił sam.

Staszczyk: To tylko paranoja Polaka. Proszę się nie podśmiewać z moich gitarowych talentów. A wracając do pytania… Nawet po odejściu Janka z T.Love wojny między nami nie było. A od paru lat wpadamy do siebie regularnie na kolacyjki z winem. To się musiało skończyć wspólną płytą, tym bardziej że „solówka” siedziała mi w głowie od jakiegoś czasu. Z nikim innym bym jej nie zrobił. I nie chodzi tu o wazelinę i robienie jakichś miodowych lasek.

Benedek: Byłem motywatorem Muńka. Do pewnych rzeczy mocno go zagrzewałem.

A kto włożył więcej roboty w tę płytę?

Staszczyk: Janek! Bo zajął się produkcją i skomponował cały materiał. Poza tym ścisnął mnie za jajka i zachęcał do pisania tekstów o różnych sprawach, o których wcześniej nigdy nie pisałem. Dzięki temu bardziej niż w T.Love bawię się słowem. A dodatkowo na „solówie” mogłem sobie pozwolić na większe zróżnicowanie stylistyczne – dzięki czemu surfujemy od country po Queen.

Benedek: Muniek wreszcie mógł nagrać bezpretensjonalne rock’n’rollowe piosenki bez backgroundu alternatywy. Zwykle tego nie robił.

Staszczyk: Bez przesady. Zawsze jako T.Love jedną nogą staliśmy w Sheratonie, gdzie graliśmy koncerty dla pracowników Philipsa, a drugą w Stodole, gdzie spotykamy się z alternatywną młodzieżą.

Benedek: To nie moje czasy. Nie wiem, o czym mówisz (śmiech). Jesteście niewolnikami przeszłości.

Staszczyk: Nigdy nie czułem, że T.Love ma z tym problem. Niewolnikami wizerunku są zespoły ultrapunkowe i ultrametalowe, którym byłoby głupio zagrać polkę lub reggae. Ja zawsze próbowałem muzycznie różnych rzeczy: od Szwagierkolaski do Zipery. Nie jestem Feniksem, który powstał z popiołów. Od 20 lat jestem rozpoznawalną osobą publiczną.

No to pogadajmy teraz o czasach, kiedy nie byliście osobami publicznymi. Jak wspominacie swoje praktyki w szkołach jako pedagodzy?

Staszczyk: Powiem wam – i nie będzie to żaden tani PR – mam duży szacunek dla zawodu nauczyciela, bo jest kurewsko ciężki. Gdy studiowałem polonistykę na UW, siedząc na trzecim roku chyba pięć lat, to praktyki pedagogiczne były obowiązkowe. Zanim je zacząłem, wiedziałem, że będzie źle. W podstawówce na Grochowie byłem więc dobrym wujkiem. Wszystkim stawiałem dobre oceny, aż mnie dyrektor opierdolił. W technikum i liceum już mi nie szło. Jedyną opcją było więc zaliczenie tych nieszczęsnych praktyk w moim liceum w Częstochowie. Tam już byłem Muńkiem Śruńkiem i patrzyli na mnie z przymrużeniem oka. Ale wiecie co było najgorsze?

Aż boimy się pomyśleć…

Staszczyk: Przerwa. Żaden rock’n’roll nie dorówna hałasem wyciu dzieciaków. Dopóki sam jesteś gnojem, to nie słyszysz. Ale jak wchodzisz do szkoły jako dorosły, to huk przerwy potrafi zabić.

Janek ma podobne wspomnienia?

Benedek: Jako niezwykle utalentowany człowiek mam też talent pedagogiczny (śmiech). A na serio, po prostu uciekałem przed wojskiem…

Staszczyk: Nie wiedziałem, że też byłeś belfrem.

Benedek: Bo byłem nim przez 30 minut.

Staszczyk: Już widzę dwa lidy do wywiadu: „Od dawna nie bzykam fanów” i „Byłem nauczycielem przez 30 minut”.

Benedek: Uciekając przed wojskiem, trafiłem do studium nauczycielskiego. Czyli do miejsca, w którym na pewno nie powinni się kształcić nauczyciele naszych dzieci. Nie mam zamiaru nikogo obrażać, ale na kierunek „nauczanie muzyczne” szli ludzie mniej więcej tacy jak ja – zupełne odpady, hardcorowcy, odlotowcy i proste dziewczyny ze wsi. Trochę nie wypada, żebym tak mówił, więc od razu dodam, że absolutnie nic nie mam do dziewczyn ze wsi. Są spoko. A wracając do rzeczy, to z tego studium trafiłem na praktyki do podstawówki. I rzeczywiście pamiętam ten ogłuszający huk przerwy. Dostałem rozpiskę o tym, co ma się wydarzyć na zajęciach i kiedy uznałem, że plan został wykonany, zakończyłem lekcję, która w moim wykonaniu trwała dokładnie 30 minut. Powiedziałem: „Dzieci, jesteście wolne”. Były zachwycone. Wizytator wprost przeciwnie.

Staszczyk: Mnie też sprawdzali. A jeszcze gorzej czułem się w pokoju nauczycielskim. „Kolego, a w którym roku była odsiecz wiedeńska?” (Śmiech). Taka „fala” nauczycielska. „A co pan taki zestresowany? Nauczyciel powinien być pewny siebie, a pan jakiś taki depresyjny…”. Wolałem być tym obsrańcem z Hybryd i Remontu.

Benedek: Ja nie doświadczyłem pokoju nauczycielskiego. Olałem to studium natychmiast. Zresztą zawsze nienawidziłem instytucji szkolnictwa.

Ale dzięki niej mogłeś chodzić do szkoły podstawowej z Anną Marią Jopek i z Rubikiem.

Staszczyk: Nie pisaliście już wtedy psałterzy? Dziwne (śmiech).

Benedek: Wojtyła nie był chyba jeszcze papieżem, więc nie było potrzeby. A wszystkich kolegów i koleżanek ze szkoły nie pamiętam, bo mnie wyrzucono. Zawsze miałem problemy z nauczaniem. Wyrzucali mnie ze szkół kilka razy. Poziom średni zaczynałem w liceum dla zarozumiałej warszawki – Meller też tam się uczył. Wylali mnie po pierwszej klasie. Miałem 12 luf na koniec. Ale mam haka na Mellera. Zdjęcie za bębnami w mojej piwnicy. Bardzo śmieszne. Pozuje do zdjęcia, udając, że umie grać. Pamiętam jeszcze akcję, kiedy na imprezie u Marcina obrzuciłem jego gości sałatką jarzynową. Taka sałatka świetnie się przylepia, co jest – rzecz jasna – zasługą majonezu. Technika jest następująca: sałatkę nabiera się na widelec, a następnie wystrzeliwuje ją w kierunku obranego wcześniej celu.

W gospodarza przynajmniej trafiłeś?

Benedek: Chyba nie. Ale ogólnie trafiłem wiele osób. Marcin nie był zadowolony.

Staszczyk: Ależ Janku, jak mogłeś? (Śmiech).

Benedek: Mellerowi trzeba oddać, że zawsze interesował się muzyką. A dziewczyny mówiły, że jest podobny do Jaggera i dlatego na niego leciały.

Jak Muniek wspomina pierwszy dłuższy kontakt z Zachodem?

Staszczyk: Wyjazd do Londynu w 1989 r. maksymalnie mnie naprostował. W Polsce byłem lokalną alternatywną gwiazdką. Kolem, który chodził po akademiku na Kickiego i pożyczał. Od tego stówkę, od tego dwie. Ludzie pożyczali na zasadzie: „Muniek, spoko gościu, może odda”. Nie zawsze oddawałem… Pojechałem do Londynu na zarobek. Tam nie byłem już tym zwariowanym punkowcem z Częstochowy, któremu można pożyczyć stówkę. Trzeba było zapierdalać. Pierwsza lekcja życia przyszła szybko. Pracowałem w pubie przy Liverpool Street i kiedyś po skończonej szychcie zapoznałem się z kilkoma typowymi angielskimi robotnikami. Zaczęliśmy razem pić. Ich zwyczajem, każdy po kolei opłacał jedną kolejkę dla wszystkich. Kiedy przyszła moja kolej na wyłożenie 15 funciaków – czyli dla mnie po prostu majątku – powiedziałem: „Ale panowie, ja jestem z Europy Wschodniej, muszę za czynsz zapłacić”. Usłyszałem: „Jak nie masz za co pić, to śpij w parku, ciepło jest”. Prawie się popłakałem. Laluś z komuny, kurwa. Powiedzieli mi po prostu „Fuck off”. Mieli sto procent racji. To była świetna lekcja.

A jak ci szła robota w słynnej knajpie „Sticky Fingers”?

Staszczyk: Długo się nie utrzymałem. Odstawiłem ściemę, że jestem „experienced”, ale ciągle się zacinałem w palce przy krojeniu sałatek. W końcu me-nedżer powiedział: „Ziggi, nie możesz tu pracować”. „Dlaczego?” – pytam, a łapy trzymam z tyłu, że niby nic. „Bo jesteś zakrwawiony. Pokaż ręce!”. Zapłacili za cały tydzień, z klasą. Na mojej zmianie bywali chłopaki z Queen, wtedy jeszcze z Freddiem…

Benedek: Ja nigdy nie zarobiłem grosza na czymś, co by mnie nie pasjonowało. Tak się złożyło. Pierwsze pieniądze zarobiłem w Tilcie.

Po odejściu z T.Love trzy lata „luzacko się obijałeś”. Brzmi to dość dumnie.

Benedek: Swoją dumę trzeba mieć (śmiech). Mimo stanu konta. Wiele lat nie interesowałem się pieniędzmi. Brzmi to absurdalnie, ale tak rzeczywiście było. Dopiero małżonka trochę mnie naprostowała. Wcześniej miałem siedem lat potwornie chudych. Taki rodzaj prywatnego czyśćca. Koniec z końcem jakoś wiązałem, ale rozstrzał między aspiracjami a rzeczywistością był duży. Zawsze byłem pierdołą, jeśli chodzi o biznesy i dbanie o swoje interesy. Zapłaciłem za to słono, nie ukrywam. Długo uważałem, że to nie moja wina, ale zdrowiej jest uważać na odwrót.

Staszczyk: W tym biznesie potrzebne jest szczęście. Jak patrzę na swoją karierę muzyczną, to widzę, że miałem go dużo. Janka, po odejściu z zespołu, szczęście omijało.

Benedek: Miałem trochę szczęścia w reklamie. Były z tego pieniądze. Ale przestało mnie to interesować, jak tylko sfinansowałem sobie profesjonalne studio dźwiękowe. To mnie uratowało, bo naprawdę byłem już w depresji.

Staszczyk: Za to teraz Janek pracuje jak górnik. Ja tak samo. Pięć dni w tygodniu orka. Jestem potwornie zryty.

Na tyle, żeby kompletnie nie interesować się polityką?

Staszczyk: Chyba tak. Nie ma co ukrywać, jestem z pokolenia dzieci „Gazety Wyborczej”. Ale już dawno przestałem być fanem jakiejkolwiek gazety w tym kraju. Żeby mieć jako taki pogląd, musiałbym kupować trzy dzienniki. Tymczasem nie chce mi się i zacząłem to olewać. Szkoda mi czasu.

Benedek: Kiedyś interesowałem się polityką straszliwie. Ale pozbyłem się tej inteligenckiej naiwności. Tak jak Muniek w ogóle nie kupuję gazet. Nie potrzebuję. Każdy inteligentny człowiek widzi, że Donald Tusk, mimo bardzo wielu wad, jest lepszym rozwiązaniem niż dwóch obciążonych psychicznie panów, którzy jeszcze nie są staruszkami, ale już tak się zachowują i wyglądają.

Staszczyk: Uważam, że media poświęcają za dużo czasu politykom. To duży błąd. Kiedyś pisało się i mówiło głównie o gangsterach i ich wynosiło do roli gwiazdek. Teraz to samo jest z politykami. Te wszystkie śniadanka w TVN i Radiu Zet… Siedzą tacy zadowoleni i walą te swoje ściemy. Niby się kłócą, a każdy każdemu i tak pałkę robi. Wszystko to wynika z braku prawdziwych elit. To przecież media swoją informacyjną histerią doprowadziły do tego, że dzisiaj musisz wydać furę pieniędzy, żeby wygrać wybory. A wiadomo, że każde gówno można opakować w złoty papierek. Dlatego obietnice przedwyborcze nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To już nie jest lecenie w chuja – że facet obiecał i nie zrobił. To już zasada. On musi naobiecywać, wiedząc, że i tak tego nie wykona, bo nie może. A ludzie wiedzą, że on nie może i tylko obiecuje po to, żeby nie być gorszym w słodzeniu od tego drugiego. Taki system rozleniwia polityków. Nie muszą uważać na to, co mówią, bo mogą powiedzieć wszystko.

Benedek: Dlatego lepiej ich w ogóle nie słuchać.

Na koniec chcemy was spytać o trasę koncertową projektu „Muniek”.

Staszczyk: Marzy mi się taki bus, jaki ma Krzysztof Krawczyk (śmiech).

Byłeś w nim?

Staszczyk: To w ogóle jest niezła historia! Kiedyś na „Top Trendach” Krzysiek na mój widok rozwarł ramiona i po ojcowsku mnie przytulił. Powiedziałem mu, że ma zajebiste perfumy. Megasłodkie, ale fajne. Po jakimś miesiącu spotkałem przypadkiem jego żonę, która powiedziała, że Krzysztof chciałby pokazać mi swojego busa. Wchodzę, a tam Krzychu rozłożony na kanapie. Na środku wisi duży telebim i leci jakiś teledysk gospel. „Munio, man! Wchodź, wchodź. Mam dla ciebie prezent. Kupiłem ci te perfumy. Wiesz, nie wszędzie można je dostać. W zwykłych sklepach nie ma”. Nie dość, że zaskoczył mnie tym prezentem, to jeszcze byłem pod wielkim wrażeniem tego busa. Full wypas, w amerykańskim stylu.

Skoro udało się z perfumami, to może napomknij przy najbliższej okazji o busie.

Staszczyk: Nie pożyczy. Jest ciągle w trasie.

A co oglądasz na telebimie w skromnym busie T.Love?

Staszczyk: Przecież nie pornosy! Nie zdzierżyłbym oglądania czegoś takiego w takim towarzystwie. Zwykle dokumenty BBC, np. o największych zbrodniarzach wojennych. Zresztą z T.Love jest ciężko, bo każdy członek poza mną jest skomputeryzowany. Chłopaki odpalają kompy, zakładają słuchawki i tworzą muzę. Nawet nie ma z kim pogadać. Wtedy odpalam film o Milesie Davisie albo czytam książki.

Benedek: Na pewno nie będzie tak w busie „Muńka solo”. Mogę cię zapewnić (śmiech).

Staszczyk: Janek, przecież w czytaniu książek nie ma nic złego…