Press enter to see results or esc to cancel.

Włodzimierz Szaranowicz

PLAYBOY nr 08, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik

Słyszeliśmy, że w młodości wyklejał pan pokój plakatami Giny Lollobrigidy.

Do dziś uważam, że jest uosobieniem doskonałości. Kobieca, powabna, piękna w każdym calu. Po latach, już jako mąż i ojciec, zostałem z kolei wielkim fanem Cindy Crawford. Któregoś razu byłem w Los Angeles z rodziną. Wypatrzyłem naprawdę rewelacyjny plakat Cindy. Chciałem go kupić. Moja żona oczywiście oniemiała z wrażenia. Pamiętam jej pytanie: „O ile lat w rozwoju zamierzasz się cofnąć?”. Nie kupiłem (śmiech).

Kogo dzisiaj mógłby pan nam zasugerować na rozkładówkę PLAYBOYA?

Piękne są nasze siatkarki. Uwielbiam sprinterki. Zawsze wielkie wrażenie robiła na mnie Marie-Jo Perec, francuska sprinterka z Gwadelupy. Ona zresztą miała gdzieś rozbieraną sesję. Fenomenalne czarno-białe zdjęcia. Z kolei dzisiaj startują przepiękne Jamajki. Nie są tak zmaskulinizowane jak pozostałe sprinterki. Kojarzycie panowie Shelly-Ann Fraser, Kerron Stewart i Sherone Simpson? Są z innej planety. Cudowne. Idealne dla PLAYBOYA.

I mówi to fachowiec, gość kalifornijskiego klubu PLAYBOYA.

Zgadza się. W 1985 r., chyba najgorszym dla mnie zawodowo, pojechałem do Stanów odwiedzić brata, który wyjechał z Polski zaraz po studiach. Faktycznie byłem wtedy w klubie u Hefnera. Nawet mam zdjęcie z króliczkiem. Muszę zapytać żony, gdzie je schowała (śmiech). Brat bardzo mnie namawiał, żebym został w Stanach na stałe, ale byłem tam tylko trzy miesiące.

Starszy brat?

Młodszy. Ale o wiele potężniejszy i silniejszy. Nie raz ratował mi skórę w okresie naszej hucznej młodości. Zresztą samo jego przyjście na świat okazało się dla mnie wybawieniem. Nie miałem normalnego życia jako małe dziecko. Non stop chorowałem. Byłem nieustannie pod rodzicielską kuratelą. Przez pierwsze 7 lat życia mama wciąż za mną chodziła i karmiła szpinakiem. Kiedy urodził się brat, rodzice zostawili mi więcej swobody i nagle skończyły się wszelkie choroby.  Niebagatelne znaczenie dla mojego rozwoju miała też przeprowadzka z Saskiej Kępy na Muranów. Niby przekroczyliśmy tylko Wisłę, ale dla mnie to była wyprawa do innego świata. Saska Kępa była spokojna, zadbana, można powiedzieć, że dystyngowana. Wszystkie dzieci były tam grzeczne. Tymczasem na Muranowie, pełnym jeszcze powojennych ruin, w sąsiednim bloku mieszkało sporo lokalnego elementu. Większość starszych kolegów, których wtedy poznawałem, miała kryminalną przeszłość. Na Kępie mogłem co najwyżej wspinać się na  jabłonkę przed domem. Na Muranowie otworzyła się przede mną gigantyczna przestrzeń życiowa. Najfajniejsze zabawy były w ruinach starych domów. Na fortach przy warszawskiej Polonii znajdowaliśmy bagnety, łuski i wiele innych pamiątek po wojnie. Rodzice nie mogli nas upilnować.

Pańscy rodzice pochodzili z Czarnogóry.

Matka z Cetinje, ze starego królewskiego miasta. A ojciec z okolic Podgoricy, czyli dawnego Titogradu. Tata był partyzantem. Dostał się do niewoli i trafił do jenieckiego obozu we Włoszech. Mama również była w jenieckim obozie, tyle że na Bałkanach. Los chciał, że po wojnie spotkali się w polskim MSZ. Ojciec kończył prawo i był na Akademii Wojskowej. Został wysłany na placówkę do Pragi, a później do Warszawy. Mama już tutaj pracowała. Zakochali się w sobie i tak zastał ich w Polsce rok 1948, czyli czas, kiedy w Jugosławii zaczęły się czystki. Ojciec przeczuwał, że lepiej nie wracać, a miał już nominację na ambasadora w Rzymie. Powrót oznaczałby dla niego więzienie. Niektórzy jego koledzy z partyzantki podjęli takie ryzyko. Bliski przyjaciel ojca wyjechał i oczywiście trafił od razu za kraty. Po latach spotkałem go w Belgradzie. To był już człowiek totalnie złamany. Więzienie i tortury wyssały z niego życie. Po wyjściu na wolność zatracił się w alkoholu.

Rodzice zostali w Polsce i w 1949 roku przyszedł pan na świat jako Vladimir Šaranović.

Bardzo długo miałem w papierach właśnie takie nazwisko.

Jak długo?

Dopiero dwa lata temu oficjalnie je spolszczyłem.

Naprawdę?!  I przez ten cały czas nie był pan Szaranowiczem?

Najbardziej zawsze się dziwili celnicy i straż graniczna. Z czasem się przyzwyczaili, bo dużo podróżowałem.

Czy pańskie rodowe nazwisko coś oznacza?

„Šaran” to po serbsku karp, ale Šaranovici to nie Karpińscy. Nasze nazwisko wywodzi się od „Šareni”, czyli „poranieni w bojach”. Moi męscy przodkowie byli chorążymi, którzy w czasie bitew trzymali chorągwie. Rodzina bitna i znana. Ojciec opowiadał mi o niej przez całe lata.

Kiedy pierwszy raz odwiedził pan Czarnogórę?

Dopiero jako dorosły człowiek, w wieku 21 lat. Długo czekaliśmy na paszport mojej ówczesnej dziewczyny i w rezultacie wyjechaliśmy tydzień później. W międzyczasie zginął jedyny brat ojca. Trafiliśmy wprost na korod, czyli uroczystości żałobne. Emocje były ogromne. Na miejscu okazało się, że jestem najstarszym z tej linii męskim potomkiem obecnym na tej uroczystości. Byłem sparaliżowany. Oglądałem zawodzące płaczki i przez trzy dni przyjmowałem setki kondolencji od ludzi, których widziałem pierwszy raz w życiu. Musiałem też wygłosić przemowę.

Po serbsku?

Oczywiście. I miałem problem, bo w dzieciństwie odmawiałem mówienia po serbsku. Wstydziłem się naszej inności i zawsze byłem wściekły na rodziców, kiedy publicznie odzywali się do mnie w swoim rodzimym języku. Tym razem stanąłem wobec konieczności mówienia. Być może na skutek tego ogromnego szoku serbskie słowa same zaczęły ze mnie wychodzić, po prostu płynąć. Okazało się, że wystarczyło mi to, czego przez całe dzieciństwo słuchałem w domu.

Niesamowite przeżycie.

Które  zaważyło na moich dalszych losach. Poznałem wówczas Slobodana, młodszego ode mnie o sześć lat, właśnie osieroconego syna mojego stryja. Od razu musiałem być mu starszym bratem, którego nie znał. Zarazem przejąłem trochę ojcowskiej troski. Z czasem połączyła nas naprawdę niezwykła więź. Potem jeździłem do Jugosławii już regularnie. Ze Slobo czułem się jak z rodzonym bratem. Być może dlatego, że mój rodzony brat Czedo bardzo szybko wyjechał na stałe do Kalifornii, bo już w 1979 r. Bardzo mi go brakowało. Tymczasem Slobo był zawsze na wyciągnięcie ręki. Ponadto był człowiekiem, który niebywale dbał o rodzinne relacje. Od niego wychodził zawsze pomysł byśmy się spotkali, to on te nasze spotkania w Czarnogórze, w Polsce lub Stanach inicjował. Jego niedawna śmierć spowodowała potężną wyrwę w moim życiu. Myślę, że to był ważny moment, w którym ostatecznie zdecydowałem się spolszczyć nazwisko. Jakiś etap został zamknięty. Mój ojciec nigdy się nie podniósł po śmierci swojego brata i już nigdy nie odzyskał nadziei powrotu w rodzinne strony. Podobnie śmierć Sloba osłabiła moje więzi z Czarnogórą.

Kiedy był tam pan ostatni raz?

Na pogrzebie Slobodana. To bardzo ciężki temat dla mnie.

Rodzice nigdy nie pojechali do Czarnogóry?

Nie. Mama bardzo szybko przyzwyczaiła się do Polski. Zresztą z góry założyła, że nigdy nie wróci do Jugosławii. Wyrwała się z Czarnogóry, gdzie pozycja kobiety była nieporównywalna do swobody, z jakiej korzystały kobiety w Polsce. Dla matki Polska to była wolność. A dla ojca miejsce, w którym musiał żyć. Całymi latami marzył o powrocie, ale nigdy nie pojechał. W ojcu było stałe niedowierzanie. Przyjeżdżałem i opowiadałem, że Jugosławia jest innym światem, że jest namiastką Zachodu. Ojciec nie wierzył. Wciąż miał przed oczami przyjaciół, których przetrzymywano w więzieniach i których bezpardonowo niszczono. Myślę, że bał się konfrontacji. Że pojedzie i serce mu pęknie. Jak byliśmy chłopcami ojciec opowiadał nam fantastyczne legendy o życiu w Czarnogórze i ich tradycyjnym górskim domu, z owczarnią na sto owiec na parterze. W zimie owce swoim ciepłem grzały cztery izby na piętrze. Dziś takie domy się remontuje, robiąc na miejscu owczarni przepiękne salony.

Odwiedził pan ten dom?

Nieraz. Jest tam fantastyczny widok, wart każdych pieniędzy. Namawiałem rodziców na wyjazd, ale bezskutecznie. Mama pracowała w Polskim Radiu, miała swoje koleżanki, swoją przestrzeń. Była w Polsce szczęśliwa. A ojciec to gazety i spacer nad Wisłą, zawsze tym samym szlakiem. Nigdy nie musiałem się domyślać, gdzie jest. Zawsze wiedziałem, w którym parku go znajdę, na której ławce. Zupełnie jak w Czarnogórze, gdzie mężczyźni siadają na ławce przed domem. Jemu to wystarczało. W przeciwieństwie do mnie. Wyjazdy do Czarnogóry były mi bardzo potrzebne. Nie tylko po to, żeby pobyć z rodziną, ale także, żeby nasiąkać tamtejszą łatwością życia, swobodą, brakiem pośpiechu, „polako”, czyli powoli. Każdy taki pobyt dawał mi energię na pół roku życia.

Zdarza się panu mówić po serbsku?

Tak, bo czasami w trakcie imprez sportowych spotykam przyjaciół z Bałkanów. Swego czasu brałem na siebie godzenie komentatorów z krajów byłej Jugosławii. Kiedyś to byli przyjaciele, którzy raptem przestali się do siebie odzywać. Czasami było tak, że stałem z Chorwatem, przechodził Serb i nie mówił „dzień dobry”. Zaczepiałem go słowami: „Zdrawo, przecież się znacie…”. Wtedy nie mieli wyjścia, musieli uścisnąć sobie dłonie. Z czasem na szczęście wyrośli z tych animozji. Rany goiły się wolno, bo niektórzy komentatorzy byli zaangażowani w sprawozdania z kampanii wojennych. Dla jednych byli bohaterami, bo opowiadali o dramatach narodu, dla drugich byli tymi, którzy oskarżali ich naród o zbrodnie.

Jak pan przeżywał tę wojnę?

Makabrycznie. Już wcześniej widziałem, że to dojrzewa. Tito zostawił sukcesję polityczną, która nie dawała się obronić. Nawarstwiły się stereotypy, z którymi ludzie nie mogli już sobie poradzić. Politycy zaś podali iskrę. Mam poczucie, że sprawy można było wyjaśnić bez rozlewu krwi. W przedstawieniu swojej wizji zwyciężyli jednak nacjonaliści, zaślepieni ideą Wielkiej Serbii. Politycy wywołują wojny, a ludzie cierpią i ponoszą wszystkie konsekwencje. Straty, które poczyniła tamta wojna są nie do odrobienia przez kilkadziesiąt najbliższych lat. Nie wiem, czy panowie wiecie, ale sprawa Kosowa i Kosowian to jest rzecz, o której się nawet nie mówi. Absolutny temat tabu. Kosowo jest uznawane za najświętszy matecznik, serce Serbii. Bitwa na Kosowym Polu, która zapoczątkowała upadek państwa serbskiego do dziś jest niezabliźnioną, najżywszą raną. A przecież minęło ponad 600 lat.

A pan doświadczył kiedyś w Polsce obcości?

Obcości nie, ale inności tak. Na Saskiej Kępie tego nie było. Tam wszystkie dzieci były grzeczniutkie i uczesane. Na Muranowie wpadłem do innego świata. Moja inność polegała na tym, że mama wołała mnie przez okno po serbsku. Wszyscy na mnie patrzyli i nie mogli się domyślić, o co chodzi. Dla dzieci istniały tylko cztery nacje: Żyd, Rosjanin, Polak i Niemiec. Ja nie mieściłem się w tym schemacie. Koledzy mieli problem z tym, kim jestem. Dopiero Wyścig Pokoju, który przejechał przez Muranów, rozstrzygnął sprawę. Jechał w nim Jugosłowianin i był na podium. Do wszystkich kolegów dotarło, że rzeczywiście jest taki kraj. Wtedy oczywiście ścigaliśmy się zapamiętale na małych rowerach i każdy z nas brał sobie znane nazwisko. Królak był zarezerwowany dla najlepszego, a ja od Wyścigu Pokoju mogłem już otwarcie być Jugosłowianinem. Podobnie było z piłką nożną. Mój kolega Tadek Mika, straszny łobuziak i utalentowany piłkarz, zawsze był Pelem. Nikt mu nie mógł podskoczyć. A ja śmiało mogłem już wymieniać nazwiska z serbskiej reprezentacji, których nasłuchałem się w domu. Tak naprawdę nigdy nie miałem problemu z innością, bo szybko zdobyłem na podwórku pozycję sportową. Zawsze byłem kapitanem jednej z dwóch wybieranych drużyn. Ponadto rządził ten, kto wynosił piłkę. A rodzice kupili mi skórzaną piłkę w łaty, z tak zwanym cyckiem. Trzeba było przez ten cycek pompować, potem go zawiązać i schować pod sznurowany rzemień.

A co stało się z podwórkowym Pelem?

Nie wiem. Nie widziałem go ponad 40 lat. Jego mama była dozorczynią. Wiem jedno – nie został wielkim piłkarzem. Choć mógł. Może ograniczało go jego własne środowisko. Muranów miał w sobie za dużo alkoholu.

Graliście na podwórku, czy na pobliskim stadionie Polonii?

I tu, i tu. Przeskakiwaliśmy płot na stadion Polonii sposobem przerzutowym. Kto go nie umiał, nie mógł z nami grać. Na Polonię chodziliśmy też na mecze ligowe i to już całkiem oficjalnie. Brał nas pod swoje skrzydła Władysław Szczepaniak, wielki przedwojenny piłkarz. Korpulentny, zawsze w nienagannym garniturku, z obowiązkowym przedziałkiem we włosach, przystawał przed bramą wejściową i mówił: „To są moje dzieci”. W ten sposób wprowadzał na stadion całą naszą dziesiątkę.

Do dziś kibicuje pan Polonii?

Oczywiście. Ale nie jestem typowym kibicem. Tak naprawdę, na sto procent, kibicowałem tylko Górnikowi Zabrze, z Lubańskim w składzie. Potrafiłem, będąc na Legii, krzyczeć z zachwytu po bramce dla Górnika. Patrzyli na mnie spode łba.

Jakie miał pan ksywki w młodości?

Nie pamiętam żadnych pseudonimów. Dopiero w radiu nazwali mnie Szaran. Marek Rudziński (były koszykarz, komentator sportowy – przyp. red.) czasami mówił do mnie Fredziu, z racji podobieństwa do tytułowej postaci z filmu Hallo Szpicbródka…, granej przez Piotra Fronczewskiego.

Nadal jest pan mylony z panem Piotrem?

Teraz rzadziej. Ale kiedy rozpoczynałem pracę w mediach, to jak wchodziłem do klubów spotykałem się z pełnym zachwytu okrzykiem: „O, pan Piotruś…”. Z przyjemnością rozdawałem autografy (śmiech). Rozmawialiśmy o tym nieraz i zawsze mieliśmy z tego powodu kupę zabawy. Piotr jest fascynującym rozmówcą. Mam nadzieję, że uda się wam go kiedyś namówić na wywiad. Naszą rozmowę o sporcie w programie „Jeden na jednego” wspominam wspaniale. Długo mi odmawiał. Kiedy wreszcie się zgodził, okazało się, że moglibyśmy rozmawiać o poczuciu wolności, jakie sport daje człowiekowi, całymi godzinami. Bardzo mądry aktor.

Kiedy pan zrozumiał, że sport będzie pańską drogą życiową?

Pamiętam to jak dziś, bardzo dokładnie. Miałem 11 lat i w kawiarni Feniks na Nowotki oglądałem zwycięstwo Zdzisia Krzyszkowiaka na trzy kilometry z przeszkodami podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie w 1960 r. Później był Mazurek i niewyobrażalna euforia. Po tym sukcesie biegałem jak szalony przez dwie i pół godziny. Wróciłem do domu zziajany i powiedziałem mamie, że ja też będę mistrzem olimpijskim. Naprawdę o tym marzyłem. Zresztą jak większość kolegów z podwórka. Byliśmy pokoleniem wielkich marzycieli, bo świat był dla nas niedostępny. W tamtych czasach chciałem też opłynąć kulę ziemską jak Teliga na Opty. Z tego marzenia akurat wyrosłem, ale sportowi pozostałem wierny.

Ale i tak do dziś pan nie wie, jak się robi w wieku 50 lat skłony na boisku szkolnym.

(Śmiech). Rzeczywiście ojciec mi to wróżył, kiedy dowiedział się, że zdałem na AWF. Rodzice byli bardzo niezadowoleni z mojego wyboru. Uważali, że AWF to degradacja społeczna. Ale wracając do pytania, myślę, że dałbym radę. Tyle tylko, że zawód nauczycielski bardzo szybko wypala. Natomiast uważam, że w zawodzie trenerskim realizowałbym się prawie na równi z dziennikarstwem. I nie rzucam słów na wiatr. Zaraz po studiach pracowałem w szkole nr 138 w Międzylesiu i udało mi się z maleńką grupą dziewcząt z pobliskiego klasztornego domu dziecka oraz grupą entuzjastek z piątej klasy zdobyć koszykarskie mistrzostwo w olimpiadzie warszawskiej. Wśród moich zawodniczek była Ala Szczęsna, późniejsza mama Wojtka Szczęsnego. Bardzo się wyróżniała, była gwiazdą tej drużyny. Pokonaliśmy wtedy wszystkie uznane kluby.

Czy kiedykolwiek żałował pan wyboru studiów?

Nigdy. Trafiłem na fenomenalny okres uczelni w sensie przygotowania do zawodu. AWF dopiero potem poszedł w fatalną stronę: rozbijanie latających uniwersytetów, pospolita łobuzeria… (w latach 70. SB werbowało studentów AWF do bojówek zwalczających wykłady opozycjonistówprzyp. red.). Wtedy ranga uczelni bardzo spadła. W moich czasach AWF był świetną uczelnią i synonimem bardzo wesołego życia. Nigdy też nie miałem tylu pieniędzy, co w trakcie studiów. Stypendium naukowe 650 zł, kolejne 650 z redakcji „Miniatur”, bo byłem w kolegium redakcyjnym. Dostawałem jeszcze 800 zł za spikerowanie na meczach koszykówki, siatkówki i piłki ręcznej, a do tego robiliśmy tak zwane porządkówki. Koledzy mieli dojścia i łapali fantastyczne fuchy. Jak trzeba było umyć cały szpital praski w trzy dni, to robiła to ekipa z AWF-u. Harowaliśmy od rana do nocy, ale też zarabialiśmy naprawdę bardzo przyzwoicie.

Wszystkie pańskie dziewczyny z tamtych lat były na pewno zachwycone…

Chyba tak (śmiech). Nie powiem, buszowaliśmy po Warszawie. Może czasami trochę nierozważnie, ale nie będę opowiadał ze szczegółami. Ojcu trojga dzieci nie wypada.

Od początku wiedział pan, że koszykówka będzie najważniejsza?

Grałem w nią przez całe liceum. Oczywiście jako rozgrywający. Zdobyliśmy z moją drużyną masę medali w młodzieżowych rozgrywkach. Zresztą medale te kiedyś bardzo mi się  przydały. Moja ówczesna dziewczyna miała piękną cocker spanielkę, przywiezioną chyba z Iraku. I pewnego razu poszliśmy z nią na wystawę psów. Było tam pełno napuszonych medalistów. Długo się nie zastanawiałem, powiesiłem suce na szyi moje dwa złote medale, a ta od razu dumnie wczuła się w rolę i zrobiła prawdziwą furorę (śmiech).

Zrobiłby pan karierę w koszykówce, gdyby nie kontuzja?

Nie. Już wtedy nie stawiało się na takich niskich jak ja. Miałem predyspozycje wydolnościowe, ale warunków brak. Mój brat odziedziczył po przodkach inne geny. Był olbrzymem o niedźwiedziej sile. Po ojcu. Pamiętam, że kiedy mieszkaliśmy na Francuskiej, to w czasie pożaru tata jednym szarpnięciem wyrwał kraty z okna. Przy ojcu i bracie zawsze byłem chucherkiem. Zresztą nie warto się zastanawiać, co by było gdyby. Na drugim roku połamałem się na nartach tak dotkliwie, że groziła mi amputacja nogi. Właściwie nie straciłem jej tylko cudem.

Nartą zahaczył pan o korzeń ukryty pod śniegiem…

Nieszczęśliwy przypadek. Ale też nieodpowiedzialność. Kompletnie nie było warunków do jazdy. Wcześniej w lecie pracowaliśmy w Zieleńcu w ramach hufca studenckiego. Byliśmy drwalami przy wycince drzew pod stoki narciarskie. Ktoś nie dokończył pracy i zostawił podrąbany pniak z jednej strony. Pechowo akurat tam zapadła mi się narta i pniak drzewa uciął mi nogę tuż nad butem. Stopa trzymała się tylko na skórze. Dziewczyny zaczęły płakać i piszczeć z przerażenia. A ja całkowicie przytomny powtarzałem: „But, but, but. Zdejmijcie mi but”. To mnie uratowało. Gdyby stopa została w bucie i napuchła, to pozostałaby tylko amputacja. Już na stoku dostałem morfinę. W szpitalu nie wiedzieli o tym i podali mi drugą dawkę. Odpłynąłem. Byłem przekonany, że boli tego faceta na łóżku obok, a nie mnie. Nie chciałem podpisać zgody na operację, bo przecież wszystko było ze mną w porządku. W trybie pilnym musiała przylecieć do szpitala moja mama. To ona podpisała zgodę. Zespolono mi kości na blachę – w tamtych czasach to była absolutnie nowatorska technika. Potem przez trzy lata miałem czynną przetokę. W ogóle się to nie goiło. Na studiach poszli mi na rękę i pozaliczali niektóre przedmioty. Dalej mogłem być studentem AWF, chociaż prodziekan od gimnastyki powiedział wprost, że to nie jest uczelnia dla kalek. Na moje szczęście dziekan miał inne zdanie.

Noga się zagoiła?

Stwierdzono staw rzekomy. Ponadto wciąż zbierała się tam ropa. Zatruwało to cały organizm i nadal groziła mi amputacja. Wtedy spotkało mnie szczęście w nieszczęściu. Któregoś razu chciałem po przyjacielsku klepnąć w plecy mojego kolegę. On się jednak uchylił, a ja straciłem równowagę, zwaliłem się ze schodów i z całej siły walnąłem chorą nogą o ścianę. Nastąpiło ponowne złamanie i zaczął się… zrost. Od tego momentu przestałem wierzyć w to, że szczęśliwe przypadki się nie zdarzają.

Odzyskał pan sprawność, ale o wyczynowym sporcie nie było już mowy.

Czułem się wykluczony z czegoś bardzo ważnego. Najgorsze na początku było to, że właściwie od nowa musiałem się uczyć chodzić. Już nigdy nie odzyskałem prawidłowego rytmu biegowego. Później długie lata nie zdawałem sobie też sprawy, że jedną nogę mam dłuższą. To pociągnęło za sobą kolejne kontuzje. Sypnęło mi się jedno kolano, potem oczywiście drugie… Sport ma swoją cenę i zawsze brałem to pod uwagę. Ból fizyczny można znieść. Bardziej bolesna jest świadomość, że nie można ćwiczyć.

Kiedy umawialiśmy się na ten wywiad, uprzedził nas pan, że sport w panu gaśnie. Jak mamy to rozumieć?

Chodziło mi właśnie o możliwości uprawiania. Od pewnego czasu mam problem zdrowotny, który bardzo ogranicza moją aktywność. Nie ukrywam, że to dla mnie cios. Radość życia i zdolność przetrwania w najtrudniejszych życiowych sytuacjach, budowałem zawsze na sile fizycznej. Na sporcie. Na zdolności bycia młodym. W wieku 63 lat człowiek może mówić, że czuje się młody. I to jest prawda, jeśli ćwiczy i podtrzymuje dobrą formę. Ale teraz niewiele rzeczy mogę robić. Poza tym przed trzema laty radykalnie zmieniłem sposób życia, co wiązało się z koniecznością siedzenia i nieustannego jeżdżenia samochodem. Nagle w moim życiu zabrakło miejsca na sport.

Dyrektorowanie panu nie służy?

W pewnym sensie śmiało można tak powiedzieć. Dawniej jak miałem problemy, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić, wychodziłem na godzinny bieg lub dłuższą przejażdżkę na rowerze. Wtedy wszystko się układało. Momentalnie pojawiała się zdolność upraszczania problemów. Nazywałem to swoim czasem odparowania. Dziś mi tego bardzo brakuje. Zawsze się szczyciłem tym, że mam znakomitą hemoglobinę, że mój hematokryt (stosunek wszystkich elementów morfotycznych krwi do całej objętości – przyp. red.) jest na poziomie zawodowych sportowców. Z czasem okazało się, że moja krew jest za gęsta, co bywa przyczyną problemów. Ale nie będziemy tu przecież narzekać…

Słusznie. Życzymy zdrowia i wracamy do… problemów młodości. Kończy pan AWF, nie mając najmniejszych szans na karierę sportową. Co dalej?

Chciałem zostać na uczelni. Moim marzeniem było wówczas wykładanie, doktorat, praca naukowa, szerzenie wiedzy o historii sportu. Niestety, albo i stety, w międzyczasie trafiła się możliwość wyjazdu do Goeteborga. Moja ówczesna dziewczyna miała tam praktyki. Nie miałem więc wyjścia (śmiech). Żeby zdobyć paszport szybko podjąłem pracę w szkole jako nauczyciel. Po paru miesiącach wyjechałem. Na początku miałem 130 dolarów. Pamiętam, że wydałem je od razu po to, żeby się nie różnić od Szwedów. Kupiłem spodnie, buty, koszulę i wtopiłem się w tłum. Trafiły się dwie prace – zostałem sprzedawcą obrazków oraz sprzątaczem w parku zabaw Liseberg. Na sprzątacza zostałem wybrany jak na targu niewolników. Przyjechał facet, który okazał się później właścicielem. Długo się nam przyglądał, obmacywał bicepsy. W końcu wybrał mnie, Norwega-marynarza, wielkiego Szweda i Fina. To była bardzo dobrze płatna praca.

Jak długo tam pan został?

Pół roku. Przez ten czas straciłem możliwość pracy na uczelni. Wówczas była to dla mnie ogromna porażka życiowa. Ale nie ma tego złego. Odezwał się do mnie kumpel z roku, który pracował na budowie w Londynie. Chciał mnie zabrać na dzisiaj już legendarny mecz na Wembley z 1973 r. Problem był jeden i to gigantyczny: wiza do Wielkiej Brytanii. Poszedłem więc do konsula w Goeteborgu i powiedziałem mu wprost, że chcę polecieć na mecz. Ubawił się setnie, bo dobrze znał zasady. Powinienem najpierw wrócić do Polski. Zaczęliśmy jednak rozmawiać, bo facet był wielkim fanem piłki nożnej i po pewnym czasie zmiękł. Ulitował się i wbił mi wizę. W ten sposób znalazłem się na meczu, a potem przez półtora miesiąca pracowałem jako barman w pubie Swiss Cottage, w którym co jakiś czas wybuchały bomby IRA. Wreszcie jednak wróciłem do Warszawy i razem z dziewczyną zainwestowałem zarobione pieniądze w dom, by… po pewnym czasie znowu pojechać do Szwecji.

Niezły był z pana włóczęga.

O tak. Myślałem nawet, żeby jechać na stałe do Stanów. Rodzina mojej matki żyła tam już od dwóch pokoleń, więc miałem możliwości. Poza tym mama wymyśliła mi pracę – miałem prowadzić jedną z franczyz Subwaya.

Nie wiedziała, że niebawem syn będzie pracował tam, gdzie ona – w Polskim Radiu.

Mama była inspektorem programowym. Bardzo krytykowała moją decyzję, bo uważała, że w środowisku radiowym trudno się odnaleźć. Okazało się to kompletną nieprawdą. Ale mama już taka była – bardzo silna osobowość. Zawsze uważała, że tylko jej wybory są słuszne. Z wiekiem to się pogłębiało.

W jaki sposób znalazł się pan przy Malczewskiego?

Po igrzyskach w Montrealu dowiedziałem się, że zwolniły się trzy miejsca w redakcji sportowej. Prezes Szczepański wyrzucił dziennikarzy odpowiedzialnych za sformułowanie „Wynik meczu 0:0, do przerwy 0:0”. Zgłosiło się osiemnastu chętnych, z czego czternastu było protegowanych. Tych ostatnich redaktor Bogdan Tuszyński nie chciał nawet widzieć na oczy. Zajął się pozostałą czwórką. Ja, jako że miałem obycie przed mikrofonem dzięki konferansjerkom na AWF-ie, czułem się mocny. Werdykt dźwiękowców był pozytywny: „Surowy, ale głos ciekawy”. To wystarczyło, żeby Tuszyński się mną zaopiekował i zyskałem, żartobliwie mówiąc, tyrana i wielkiego mistrza w jednej osobie. Tuszyński był fantastycznym nauczycielem, mimo swej surowości. Do dziś się przyjaźnimy i ciągle ze Szpakiem mówimy do niego „szefie”.

Docenił kiedyś pańską klasę?

Rozmawialiśmy po ceremonii otwarcia igrzysk w Sydney. Pan Bogdan powiedział: „No, Włodeczku, zrobiłeś mi wielką radość. Teraz mogę spokojnie umrzeć, bo drugiej tak dobrej transmisji już nie zrobisz”. Z jednej strony ograniczenie, z drugiej – docenienie. Do dziś komentarze z ceremonii otwarcia i zamknięcia Igrzysk Olimpijskich są właściwie moim znakiem rozpoznawczym, firmowym.

Podobnie jak transmisje ze skoków narciarskich. Gdy Adam Małysz zakończył karierę, wzruszył się pan ogromnie. Stracił pan głos.

Nie potrafiłem tego kontrolować. To straszna sprawa – nie panować nad sobą. Miałem, cholera, poczucie, że to… nieprofesjonalne. Adaś stał się jakby cząstką mojej rodziny, bo przecież przez blisko dekadę towarzyszyłem mu niemal w każdy zimowy weekend. Spędzałem ze skoczkami czas od czwartku do niedzieli. Bardzo często obcy ludzie pytali mnie: „Jak tam nasz Adaś?”. W ten sposób stawał się kimś z rodziny. Jednocześnie Adam, z racji wieku, ma do mnie dystans. Jestem w końcu starszy niż jego rodzice. Całe swoje życie ma problem, żeby być ze mną po imieniu. W kółko muszę mu o tym przypominać. Właściwie przy każdym spotkaniu.

Co pan poczuł, gdy uświadomił sobie, że to koniec?

Ogromną pustkę. Co dalej? Na skoczni z Adamem zostawiłem kawał życia. Jakoś nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Adam był w naszym sporcie postacią niezwykłą. Dzięki niemu przeżyłem w swoim życiu piękny czas. Dlatego kiedy odchodził, rzeczywiście wzruszyłem się niebywale.

Komentator nie może się wzruszać? W tym momencie był pan po prostu człowiekiem.

Emocje zawsze w nas grają, często to, co mówię, jest poza moją świadomością. Dopiero kibice przypominają mi fragmenty moich relacji, ale w tym konkretnym przypadku moim problemem było to, że nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Z wiekiem będę się pewnie wzruszał coraz bardziej. Trochę się tego boję. Mam nadzieję, że będą przynajmniej ważne powody (śmiech).

EURO 2012 nie dało nam niestety wielu powodów do wzruszeń. A jakie ma pan zdanie na temat tak zwanej „klątwy Szpakowskiego”?

Przecież to jakaś bzdura, te wszystkie klątwy, zaklęcia. Darek komentował w radiu piękny dla nas Mundial w 1982 r. w Hiszpanii. Chyba wszyscy pamiętają, że nie był to zły czas w naszej piłce. Boże, gdyby to było takie proste, że od Szpakowskiego zależy, jak grają piłkarze na Euro 2012, to zaręczam, że gralibyśmy w finale.

Chodzi o klątwę telewizyjną.

Odstawiono go parę lat temu od telewizji. I co? W tym czasie jakoś nic pozytywnego się nie wydarzyło. Kibic jest skłonny pójść w swoich zabobonach bardzo daleko. Ja nie wierzę w klątwy. Prawda jest prozaiczna: mamy słabą, dziewiętnastowieczną, zmurszałą i niewydolną strukturę piłkarską. Problemem polskiej piłki nie jest ani prezes Lato, ani trener Smuda. Oni są tylko produktami tej struktury, a zarazem jej ofiarami. Zresztą ofiarami, które nam szkodzą. Będzie to  jeszcze trwało, tym bardziej, że niektórym ludziom polskiej piłki zwyczajnie brakuje honoru.

Smudzie?

Jego akurat zostawmy w spokoju. I tak cierpi, bo wie, że kibice go nie pokochali. Mogli, ale nie pokochali. Dla trenera to najgorsza kara. Każdy z nas przecież postępuje tak, żeby ktoś go kochał. A kiedy mogą cię pokochać miliony, to jest to uczucie nieporównywalne z innymi. Tymczasem trener Smuda na tym turnieju popadł w depresję. Zgasł. Reprezentacja go przerosła.

„Więzi sportowców są mocniejsze i czystsze niż wśród komentatorów”. Podtrzymuje pan swoje słowa?

Problem wśród komentatorów polega na szansie i powodowanej nią zazdrości. Każdy z nas może przez chwilę być bohaterem, jeżeli dostanie tworzywo, ale z drugiej strony całe życie można przebierać nogami i nie dostać nawet jednej takiej szansy. Liczą się zwycięstwa, złote medale, to one kreują komentatorów. Ja akurat miałem niewiarygodne szczęście. Na samym początku  mojej drogi Henio Średnicki został bokserskim mistrzem świata w Belgradzie. Potem Piasecki i piękne zwycięstwa w Wyścigu Pokoju. Wylansowaliśmy modę na NBA – i wtedy radośnie podfruwałem sobie do kosza razem z Jordanem. Potem złote medale polskich lekkoatletów w Atlancie, Sydney i Pekinie. Wreszcie Adam Małysz. Trzeba mieć dużo szczęścia w życiu, żeby trafić na sukcesy tak wielu sportowców. To czasami rodzi zawiść. Jeden z moich kolegów na przykład, przy okazji skoków, mówił, że ukradłem mu show.

Jak dużo zawiści jest w pańskim środowisku?

Zdziwiliby się panowie, ile w przeszłości było zadziwiających sytuacji. Pamiętam, jak przy okazji Calgary, przed igrzyskami spędziłem tydzień z bratem. Dawno się nie widzieliśmy, brat miał niedaleko, przyleciał z Kalifornii, więc okazja była wyśmienita. Potem dowiedziałem się, że ktoś doniósł, że Szaranowicz spędził tydzień z agentem CIA. W pracy rozpowszechniał tę informację jeden z kolegów, który regularnie jeździł do Moskwy, dlatego żartobliwie zawsze mówiłem, że to dla równowagi, ponieważ on pewnie bywa tam, żeby się spotykać z KGB. To były oczywiście głupie żarty, ale przypominam, że w roku 1988 tego typu pomówienia nie zawsze były zabawne. Nie ma sensu tego roztrząsać. Staram się przestrzegać paru życiowych zasad. Trzeba szanować wszystkich, nawet wrogów. Jak kogoś się nie ceni i nie lubi, to nie trzeba tego manifestować, ani też wykazywać swojej wyższości. Po co mam zapraszać kogoś do studia i robić z niego miazgę na wizji?

Mógłby pan. Pewnie dużo pan może.

Nigdy nie myślę takimi kategoriami. Człowiek musi mieć poczucie siły, ale też świadomość samoograniczenia. Kiedyś w radiu wywiesiłem sobie nad biurkiem cytat z Oscara Wilde’a: „W życiu nie trudno jest zrobić sukces. Znacznie gorzej jest znieść jego skutki”.

Przeklina pan czasem?

Dzisiaj rzadko, ale jak pracowałem w radiu z Tuszyńskim, to zdarzało się to często. Ale był to wówczas pewien styl, który umownie nazwałbym skrótowym wyrażaniem myśli. Żona miała mnie wtedy serdecznie dość. Zresztą w moim domu to przeklinanie funkcjonuje pod hasłem „bigiel”. Kiedyś moja rodzina koniecznie chciała kupić psa tej rasy. Mieliśmy wtedy dwa rottweilery, więc był to chory pomysł. Pewnego razu wróciłem do domu wykończony. Jem późno kolację, a trójka dzieci stoi nade mną i nawija o tym biglu. Nie miałem sił, żeby tego słuchać, więc wyparowałem: „Po chuj nam ten bigiel?!”. Żałuję tego do dziś. Ale bigiel wszedł do rodzinnego słownika. Kiedy później byłem zły i zanosiło się na wybuch, dzieci od razu przezornie śmiały się: „Tato! Bigiel!”.

A co z samym zainteresowanym?

Nic, bo go nie kupiliśmy. Rottweilery by go pożarły.

Jako komentator debiutował pan na igrzyskach w Moskwie, w 1980 r…

W Polsce wrzało, działa się historia, tylko że przebywając za granicą nie mogliśmy się niczego dowiedzieć, bo  panowała cenzura. Musieliśmy sobie wszystko przekazywać okrężną drogą z Warszawy do Moskwy, tak zwanym „bełkocikiem”, czyli w zakamuflowany sposób. Byliśmy ciekawi zmian, a informacje docierały do nas w bardzo specyficzny sposób. Na przykład tak, że jakiś tam polski sportowiec nie jest w formie, za to Marita Koch biega wyśmienicie, co znaczyło tyle, że Gierek już ledwo dycha, w przeciwieństwie do Stefana Olszowskiego, który zaraz po nim miał przejąć władzę (Stefan Olszowski za krytykę polityki Edwarda Gierki został wysłany do NRD na stanowisko ambasadora. Po odsunięciu Gierka od władzy Olszowski został sekretarzem KC PZPR – przyp. red.). Na szczęście dzisiaj możemy się skupić tylko na sporcie.

Minęły 32 lata. Czy na swoje szesnaste igrzyska, do Londynu, jedzie pan z takim samym entuzjazmem, jak na pierwsze?

Tak, bo każde igrzyska to ogromny napęd. W hierarchii ważności są dla mnie czymś poza konkurencją. To ciągła praca na miłym pobudzeniu. Naturalny narkotyk. Nie wiem, czy w życiu może mnie coś bardziej nakręcić niż igrzyska olimpijskie. Zostałem wychowany w ich kulcie. Nad Tamizą będzie pięknie, wiele zawodów odbędzie się w starych, historycznych miejscach. Pekin pod kątem organizacji i przygotowania ciężko będzie pobić, ale na sto procent nikt się Londynem nie zawiedzie.

Na kogo pan liczy?

Na żeglarzy, lekkoatletów, kajakarzy i chyba najbardziej na siatkarzy. Ci ostatni powinni zdobyć medal. Bez dwóch zdań. Jak im zdrowie dopisze, będzie dobrze.