Press enter to see results or esc to cancel.

Ryszard Horowitz

PLAYBOY nr 01, 2015 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke

Pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?

Musiałem go zobaczyć dopiero w Nowym Jorku, bo na pewno nie w Krakowie. Nie pamiętam dokładnie tego momentu. Za to na zawsze zapisała się w mojej pamięci przygoda na austriacko-węgierskiej granicy, kiedy PLAYBOY autentycznie mnie uratował. Mieszkałem wtedy w Stanach, a moi rodzice w Polsce. Ani ja nie mogłem przyjechać do nich, ani oni do mnie. Dlatego miejscem naszych spotkań stał się Budapeszt. Z Nowego Jorku przyleciałem do Wiednia, a stamtąd – wynajętym samochodem – pojechałem w kierunku Węgier. Z niewytłumaczalnej głupoty wziąłem ze sobą nieważny polski paszport. Dopiero na granicy zdałem sobie sprawę, że jeśli węgierscy celnicy go znajdą, to od razu deportują mnie do Polski. Ci tymczasem zaczęli przeszukiwać moje rzeczy osobiste. Na szczęście zanim odkryli polski paszport w mojej torbie, znaleźli PLAYBOYA. I tak się tym faktem podniecili, że zapomnieli o dalszym przeszukaniu. Magazyn oczywiście skonfiskowali, a ja mogłem jechać dalej. Jestem przekonany, że okładka z króliczkiem uratowała mi wtedy skórę. PLAYBOY był w tamtych czasach niesłychanie silną marką – i to po obu stronach Żelaznej Kurtyny.

Poznał pan Hugh Hefnera?

Mogę wam opowiedzieć bardzo śmieszną anegdotę o naszym spotkaniu. Byłem kiedyś zaproszony na nowojorską premierę Tragedii Makbeta Romana Polańskiego. Na wytwornym przyjęciu był też Hefner. Widziałem go wtedy pierwszy raz w życiu. Nie wiem czy z głupoty, czy może właśnie dlatego, że byłem taki mądry, postanowiłem się o niego… otrzeć. Tak na szczęście (śmiech). No i się otarłem. W ten sposób Hefner poznał Horowitza, nawet nie wiedząc o jego istnieniu. Roman miał więcej szczęścia, bo później jeździł do słynnych pałaców Hugh, pełnych pięknych modelek (The Playboy Mansion – przyp. red.). Ja niestety nigdy nie zaznałem takich przyjemności.

Ale współpracował pan z PLAYBOYEM.

Zrobiłem dla was kilka sesji. Największą w Paryżu. To zresztą śmieszna historia, bo po jakimś czasie zdjęcia z tej sesji ukradł mi sam Larry Flynt, publikując je w swoim „Hustlerze”. Na domiar złego podpisano je, że były wykonane specjalnie dla „Hustlera”. Byłem szczerze oburzony. Moje wypracowane do perfekcji zdjęcia znalazły się obok potwornie wulgarnych zbliżeń genitaliów. Poczułem się źle i chciałem skierować sprawę do sądu. Znajomi szybko mi jednak uświadomili, że z Flyntem lepiej nie zadzierać: „Proces z Larrym będzie cię kosztował majątek… Stracisz dużo zdrowia i pieniędzy”. Odpuściłem.

Ktoś to zauważył czy przeszło bez echa?

Może i zauważył, ale nikt nigdy nie powiedział mi nawet słowa na ten temat. Podejrzewam, że moje najbliższe otoczenie nie delektowało się takimi publikacjami. Natomiast PLAYBOY to zupełnie inna sprawa. W Polsce był chyba najczęściej szmuglowaną gazetą z Zachodu. W tamtych czasach sam pomysł publikowania aktu był w naszym kraju rzeczą nie do pomyślenia. Odczułem to na własnej skórze. Jeszcze na studiach zrobiłem zdjęcie nagiej modelki, które wyglądało jak pejzaż. Ta fotografia stała się pretekstem do głośnego skandalu. Teatr Ludowy w krakowskiej Nowej Hucie miał gościć wystawę moich zdjęć. Kiedy ówczesna dyrektorka teatru – Krystyna Skuszanka zobaczyła mój „pejzaż”, od razu uznała go za pornografię i z miejsca kazała wystawę zamknąć. Tamta sytuacja sprzed ponad pół wieku w tym roku miała swoją zaskakującą pointę. W związku z moimi urodzinami dyrekcja teatru w Nowej Hucie zwróciła się do mnie z pytaniem, czy mógłbym spróbować odtworzyć tamtą zamkniętą wystawę. Nie odnalazłem wszystkich negatywów, ale większość tak. Głównie były to portrety moich przyjaciół z Piwnicy pod Baranami oraz tamten akt, do którego pozowała mi koleżanka ze studiów. Tym razem ta fotografia spodobała się tak bardzo, że poproszono mnie o wielkie powiększenie. Potem umieszczono je na stałe we foyer teatru. Jakby na złość Skuszance…

Pamięta pan swój pierwszy akt? Prawdopodobnie namalował go pan, a nie sfotografował.

Narysowałem. Jeszcze w liceum, co było rzeczą dość nadzwyczajną. Nawet w Stanach na poziomie high school nie dopuszcza się młodzieży do rysowania czy malowania aktów. A my mieliśmy do dyspozycji modeli i modelki już w liceum, a potem na ASP. Dla mnie była to sprawa zupełnie naturalna. Nasz wspaniały profesor – Adam Hoffmann kazał nam robić trzy szkice dziennie. Któregoś razu akt, który miałem w szkicowniku, zauważył mój tata. Popatrzył krzywym okiem. Dla niego to była pornografia. Nie był historykiem sztuki, niespecjalnie w ogóle interesował się sztuką. Trochę go to więc uderzyło. Dopytywał o co chodzi, po co i dlaczego. Nie rozumiał, ale jakoś przeszedł do porządku dziennego.

Bardzo chcielibyśmy zobaczyć tę grafikę.

Doskonale pamiętam ten rysunek: leżąca dziewczyna trzymająca rękę na łonie. Klasyczna poza, wzorowana na wielkim malarstwie. Tata nie mógł tego skojarzyć. Ale wszystko dobrze się skończyło. Miałem bardzo normalnych rodziców, którzy nie kwestionowali moich wyborów. Przyjęli do wiadomości, że idę w kierunku sztuki i bardzo mnie wspierali. Co wcale nie oznaczało, że moje dokonania ich nie gorszyły. Przeciwnie. Jeszcze długo nie potrafili przejść obojętnie obok niektórych prac. Kiedyś moja mama przyleciała w odwiedziny do Nowego Jorku i potwornie ją zmieszało, wiszące w naszym mieszkaniu duże zdjęcie, przedstawiające nagą dziewczynę z makiem w pipce. Ta fotografia niebywale szokowała także moich teściów. Zresztą z tym zdjęciem wiąże się ciekawa anegdota. Razem ze światowej sławy grafikiem Miltonem Glaserem (twórca loga „I Love NY” – przyp. red.) projektowaliśmy plakat dla wytwórni płytowej Poppy Records. „Poppy” to oczywiście mak. Wpadłem na pomysł, żeby wykorzystać makowy kwiat w fotografii aktu. Nie chciałem jednak wynajmować zawodowej modelki, co kosztowałoby fortunę. Zaczepiłem więc spotkaną przypadkowo na ulicy piękną dziewczynę. Zgodziła się. Wszystko szło idealnie. Do czasu, kiedy do studia wpadł jej chłopak. Wściekły jak diabli. Najpierw wydzierał się na nią, a potem dobrał się do mnie. Gdyby nie to, że moi asystenci jakoś go pohamowali, to dostałbym ostro po twarzy. Dziewczyna była tym wszystkim szalenie zdegustowana. Kiedy już udało się sytuację uspokoić, podpisała kontrakt i plakat się ukazał.

Pracował pan z wieloma pięknymi kobietami…  

Pamiętacie Barbarę Carrerę?

A czy można nie pamiętać takiej urody?!

To prawda. Była jedną z dziewcząt Bonda. To moja ulubiona, super dziewczyna. Po prostu ikona piękna. Wielokrotnie fotografowałem ją nagą. W bydgoskiej Galerii Miejskiej do połowy lutego jest moja wystawa. A na niej między innymi zdjęcie Carrery z obnażonymi piersiami. Coś niebywałego.

Milton Glaser, o którym pan przed chwilą wspomniał, współpracuje dzisiaj z twórcami serialu Mad Men, opowiadającego o narodzinach wielkich agencji reklamowych, których siedziby mieściły się przy Madison Avenue w Nowym Jorku. Pan pracował w jednej z nich. Był pan prawdziwym Mad Manem.

Poszczęściło mi się, bo poznałem świat reklamy w czasie jego największej świetności. Wtedy przy produkcji reklam pracowali wspaniali ludzie, światowe sławy. To były wybitne osobowości z dużymi ambicjami, świetnie znające historię sztuki, doskonale wykształcone – artyści pod każdym względem. W reklamie powstawały wówczas fenomenalne rzeczy. A ja poszedłem w tym kierunku nie tyle dla przyjemności, co z musu. Szukałem profesji, która pomoże mi się w Ameryce utrzymać. Byłem świeżo po studiach, nie miałem żadnych oszczędności i żadnego źródła dochodów. A do tego, w perspektywie, poważne problemy imigracyjne. Kończyła mi się wiza studencka i groził mi przymusowy powrót do Polski. Musiałem się postarać o zieloną kartę. W ten sposób wylądowałem w agencji Grey Advertising, czyli jednej z pięciu największych w branży. Zacząłem na samym dole tej machiny, ale z czasem doszedłem do gabinetu z pięknym widokiem i sekretarką.

Został pan dyrektorem artystycznym w wieku 28 lat!

I wtedy dotarło do mnie, że trzeba stamtąd wiać (śmiech). To była połowa lat 70., a ja zamiast tworzyć swoje prace, zamawiałem zdjęcia u innych. Pracowałem też przy produkcji reklam telewizyjnych. I coraz bardziej mnie to uwierało. Piastowanie najwyższych stanowisk w agencjach reklamowych zamieniało się w dziesiątki spotkań i rozmów o niczym. Moi towarzysze modlili się do produktów jak do świętych obrazków. Brak dystansu, zero poczucia humoru. Postanowiłem z tym zerwać i pójść na swoje. Otworzyłem własne studio fotograficzne. Znałem branżę, byłem przekonany, że sobie poradzę. Tymczasem żaden z moich dotychczasowych kolegów z agencji nie dał mi choćby jednego zlecenia. Nieprawdopodobny szok. Przecież chodziłem z tymi ludźmi na prywatki, codziennie jedliśmy wspólny lunch, było klawo. W jednej chwili straciłem wszystkie kontakty.

Zawiść?

Nie wiem na czym to polegało. Być może motywowała ich zazdrość. Ja zrobiłem krok do przodu, usamodzielniłem się, a oni byli wciąż w tym samym miejscu.

Zanim pan trafił do Greya, pracował dla naszego idola – Pabla Ferry.

A skąd wy go znacie?

Z filmu Pablo. Fantastyczny dokument.

Bo to fantastyczna postać: Kubańczyk, geniusz filmowych czołówek. Zatrudniłem się w firmie Ferro, Mogubgub & Schwartz. To była bardzo mała agencja, zaledwie paru ludzi, którzy się fantastycznie ze sobą dogadywali. Dzięki pracy z tymi facetami poznałem Stanleya Kubricka. Tworzyliśmy, dzisiaj już kultową, czołówkę do filmu Dr Strangelove. To był naprawdę fajny okres w moim życiu. Robiliśmy coś nowego, ciekawego i nadzwyczajnego. Pablo nie dbał o to, że zdenerwuje klienta. Liczyła się sztuka, tworzenie. Ja byłem w tej firmie małym pionkiem, grafikiem na kontrakcie, ale też mogłem podrzucać swoje pomysły. Pablo był już wtedy gwiazdą. Dzięki jego nazwisku wciąż przychodziły zamówienia na nowe czołówki. Przez nasze biuro przewijały się nietuzinkowe postacie. Przy napisach do Dr Strangelove’a pracował z nami także Michael Cimino. Ten sam, który później zrobił wielką karierę w Hollywood (jako reżyser Łowcy jeleni – przyp. aut.).

Czytając pańską autobiograficzną książkę Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora., nie sposób nie zadać sobie pytania, czy jest ktoś, kogo pan nie zna.

Powiem wam szczerze, że nie wiem, czy dobrze zrobiłem, podając tak wiele nazwisk. Nie znoszę ludzi, którzy rzucają nazwiskami w celu podbudowania własnego ego. Ja po prostu spisałem to, co pamiętałem. Tak się złożyło, że poznałem wiele osób, które później były bardzo znane.

Co ciekawe, w jednym z pierwszych listów, które wysłał pan do Polski pisał pan: „Ameryka to wspaniały kraj, ale nie da się w nim żyć”.

Prawdę mówiąc, nadal tak uważam (śmiech). To rzeczywiście piękny kraj, pełen cudownych ludzi, ale tak innych, że czasami ciężko ich zrozumieć. Dlatego tak często przyjeżdżam do Polski – to właśnie tu czuję się najlepiej. Jest sympatycznie i po mojemu. Wtedy Ameryka dla kogoś z komunistycznej Polski była szokująca. Na szczęście byłem tak zaabsorbowany pracą, że nie miałem czasu na rozmyślanie o dziwnościach kraju, w którym żyłem. Do dziś tak mam. Jutro lecę do Nowego Jorku, w którym czeka na mnie ogrom pracy. Nie lubię siedzieć bezczynnie. Nie czekam aż ktoś mi da robotę, tylko po prostu robię. Bardzo szybko nauczyłem się tej reguły na emigracji.

A jakiego siebie zapamiętał pan tuż przed emigracją?

Byłem wtedy odważny, głupi i naiwny. Wydawało mi się, że w Stanach będę miał podporę w rodzinie w postaci wujostwa, co niestety okazało się wielkim niewypałem. I bardzo dobrze. Takie szczęście w nieszczęściu. Ciągnęło mnie do poznawania świata, bo niczego nie widziałem na własne oczy. Chciałem też spróbować swoich sił jako artysta. Ameryka w tamtym czasie była dla mnie i mojego otoczenia wszystkim. Nawet rodzice nie mieli żadnych obiekcji wobec mojego wyjazdu. Przeciwnie! Wręcz wypychali mnie do Stanów. Uważali mnie za wizjonera, jakiegoś dziwnego futurystę, który w Polsce nie będzie się mógł spełnić i nie ma szans na dojście do czegokolwiek. Jestem im za to dozgonnie wdzięczny.

Wyjeżdżając za ocean, zostawił pan w Krakowie swoją wielką miłość. Zresztą rodzice byli przeciwni temu związkowi.

Może dlatego tak mnie do tych Stanów wypychali? To była mężatka, więc szykował się skandal nie z tej ziemi. Trochę się z tym ukrywałem, ale ci co mieli wiedzieć, wiedzieli. Podobno do dziś jest piękna. Mieszka we Francji.

„Przekrój” na swoich łamach nazwał pana i jazzmana Wojciecha Karolaka najelegantszymi mężczyznami w Krakowie. Był pan playboyem?

Może i byłem, choć wtedy nie istniało nawet takie słowo. Jak jestem w Krakowie, to czasami podchodzą do mnie panie w pewnym wieku i mówią: „Rysiu, ty byłeś taki piękny. A ja się w tobie tak kochałam”. Zawsze wtedy wypalam: „Teraz mi to mówisz? Z czym do gościa!” (śmiech). Na powodzenie wśród pań rzeczywiście nie narzekałem, może dlatego, że byłem raczej z tych nieśmiałych. W życiu playboya to często pomagało. Dziewczyny łapały się na taki haczyk. Ale czy dziś działałoby to podobnie? Śmiem wątpić.

Jak pan sobie radził z angielskim, kiedy w 1959 roku dopłynął na Batorym do Ameryki?

Bardzo cieniutko. W Polsce miałem prywatnego nauczyciela, którego opłacali rodzice. Na miejscu okazało się jednak, że on nie znał za dobrze angielskiego (śmiech). Jedną z moich pierwszych decyzji w Stanach było zapisanie się na kurs językowy na Uniwersytecie Nowojorskim.

Rosław Szaybo, który w połowie lat 60. wyemigrował do Londynu, opowiadał nam, że najlepiej uczy się języków obcych w łóżku.

Bo to najszczersza prawda (śmiech). Ja też najszybciej uczyłem się angielskiego w łóżku. Z tym, że wtedy nie było tak łatwo.

O naukę?

O naukę akurat było łatwo, gorzej z dziewczynami w łóżku (śmiech). Trudne sprawy.

Jakoś ciężko nam w to uwierzyć…

Panowie, dziewczęta w tamtych czasach nie były takie jak dzisiaj. A ja nigdy nie należałem do specjalnie uzdolnionych podrywaczy. Pamiętam, że podkochiwałem się w koleżance ze studiów w Pratt Institute. Kiedy poprosiłem ją o randkę, odmówiła. Drugi raz – to samo. Potem zobaczyłem ją na spacerze z innym facetem. Wreszcie jednak, po naprawdę wielu podejściach, dopiąłem swego i wylądowaliśmy w łóżku. Po latach, kiedy na ekranach kin pojawiła się Lista Schindlera Spielberga i do publicznej wiadomości trafił fakt, że jestem jednym z ocalonych przez Schindlera, tamta dziewczyna odezwała się do mnie ponownie. Zorientowała się w mojej przeszłości i napisała wspaniały list miłosny. Pisała w nim, że gdyby tylko wiedziała o moich trudnych przejściach, oddałaby mi się o wiele wcześniej… Uwierzycie? Co dziwniejsze, nie tylko od niej dostałem taki list.

Nagle posypały się oferty?

Kobiety zaiste bywają bardzo dziwne. Szczególnie w młodości potrafią być szalenie matczyne. Litość jest dla nich niczym afrodyzjak. Są faceci, którzy świetnie to wykorzystują. Ja na szczęście do nich nie należę. Dziękuję Bogu, że nigdy w życiu nie grałem tą nutą. Że nie wykorzystywałem mojej historii, żeby szukać miłości. Zawsze chciałem stać mocno na własnych nogach, a nie podpierać się wydarzeniami, nad którymi nie miałem żadnej kontroli.

Czy to prawda, że pewna dziewczyna zobaczywszy numer z Oświęcimia wytatuowany na pańskiej ręce, spytała czy to numer telefonu?

To było fantastyczne (śmiech). Horrendalna sprawa. Chciałem nawet kiedyś zrobić film krótkometrażowy wokół tej sceny. Obawiałem się jednak, że nikt w to nie uwierzy. Przecież normalny człowiek nie umie sobie czegoś takiego wyobrazić. Najlepsze jest to, że to była Niemka! Przepiękna dziewczyna z Niemiec Zachodnich. Jak ona mogła tego nie wiedzieć? We Wschodnich Niemczech, gdzie historia była zafałszowana, może jeszcze uchowałby się ktoś taki… Ale na Zachodzie? Niewyobrażalne. Pamiętam, że nawet żałowałem tej znajomości, bo dziewczyna naprawdę była zjawiskowo piękna. Po takim tekście musieliśmy się jednak rozstać.

A czy polska armia też się z panem rozstała tuż po pańskim wyjeździe na Zachód?

Nic z tych rzeczy. Właśnie wtedy zaczęli się o mnie ubiegać! Jak byłem na statku, do moich rodziców zgłosiła się delegacja panów z UB, którzy przyszli zapytać, kiedy wracam. I dowiedzieli się, że wyjechałem tylko na studia. Rodzice powiedzieli im, że nie muszą się martwić – wrócę od razu, jak je tylko skończę. Po paru dniach pobytu w Nowym Jorku odwiedziło mnie dwóch facetów od polis ubezpieczeniowych. Po wielu latach okazało się, że byli to pracownicy FBI, którzy sprawdzali, czy na pewno jestem studentem, a nie szpiegiem. Jedna i druga strona była wobec mnie bardzo podejrzliwa.

Wcale nas to nie dziwi. W końcu już w młodości UB nadało panu pseudonim „Krzywa rączka”.

To piękna i zarazem straszna historia. Mój wujek, który mieszkał w Stanach, przysłał mi kiedyś pas kowbojski i colty na kapsle. Byłem z nich dumny, pokazywałem je wszystkim moim kolegom. Jeden z nich od razu skontaktował się z bezpieką i poinformował ich, że Horowitz nosi ze sobą broń, a do tego jest hersztem nieformalnej bandy grasującej po Krakowie. To była banda „Krzywej rączki”. Wkrótce panowie w paltach zabrali mnie ze szkoły na przesłuchanie w środku lekcji. Potem „zapraszano” mnie jeszcze parokrotnie. Kiedy to wszystko okazało się wierutną bzdurą, zakazano mi informowania kogokolwiek, dlaczego byłem wzywany. Dramat. Kosztowało mnie to sporo zdrowia. W taki sposób ustrój niszczył wiele osób. Najstraszniejsze jednak było to, że po latach odkryłem, że kilku z moich bliskich przyjaciół pracowało wtedy dla bezpieki. Potworne doznanie.

A kiedy zdał pan sobie sprawę, że w Ameryce od samego początku był inwigilowany jednocześnie przez FBI i UB?

Prawdopodobnie nigdy bym się o tym nie dowiedział, ale ponieważ urząd emigracyjny uparcie odmawiał mi przyznania amerykańskiego obywatelstwa, wziąłem adwokata, który na poważnie podszedł do tematu. Szybko się dowiedział, że urząd ma moje bardzo grube dossier. Inwigilowało mnie CIA razem z FBI, bo ktoś z mojego najbliższego otoczenia donosił, że jestem komunistycznym szpiegiem i dlatego wszędzie chodzę z aparatem. To był ktoś, kto mnie bardzo dobrze znał. Kiedy się o tym dowiedziałem, przeżyłem szok.

Jak się pan dowiedział?

Adwokat wystąpił z wnioskiem o udostępnienie moich akt. Po paru miesiącach dostałem teczkę. Mimo, że nazwisko donosiciela było usunięte, z kontekstu bardzo łatwo było wywnioskować, kim jest.

W książce nie ujawnia pan nazwiska.

A po co? Ten ktoś nadal żyje i mieszka w Warszawie. Ja wiem kto to jest, moja rodzina i najbliżsi znajomi też wiedzą. Wystarczy. Nie chcę o tym kimś w ogóle myśleć. Mam tę osobę głęboko gdzieś.

W jaki sposób skończyła się sprawa obywatelstwa?

Mój adwokat narobił szumu w odpowiednich, czyli rządowych kręgach. Postawił sprawę w ten sposób, że jeśli FBI lub CIA ma przeciwko mnie jakiekolwiek dowody, to niech od razu idą z tym do sądu. W przeciwnym wypadku niech się „odpieprzą”. Obywatelstwo przyznano mi po chwili. Dopiero wtedy, po kilkunastu latach, mogłem polecieć do Polski, by zobaczyć się z rodziną.

Jak przebiegła wizyta?

Smutno. Wszystko wyglądało nie tak, jak zapamiętałem. Wydawało się miniaturą. Kraków okazał się malutkim miasteczkiem. Ale najbardziej zabolało mnie to, że moi przyjaciele nie traktowali mnie poważnie jako artysty. Pogniewali się na mnie, bo nie kontynuowałem kariery jako malarz. Dla nich fotografia była czymś podrzędnym. Kiedy pokazałem im moje pierwsze próby fotografii z cyklopiej perspektywy (sposób fotografowania szerokim obiektywem z bardzo dużą głębią ostrości, pozwalający na uzyskanie w jednej klatce filmu efektu fotomontażu – przyp. red.), zupełnie nie wiedzieli, o co mi chodzi. Kompletnie mnie nie rozumieli. Dla mnie było jasne, że mimo świetnego wykształcenia artystycznego, zgubili ważny moment w historii sztuki: czas powstawania pierwszych optycznych wynalazków, początków fotografii, współpracy pierwszych fotografów z malarzami. Dla nich fotografia nie była sztuką. Odebrałem to dosyć boleśnie. Długo się nad tym zastanawiałem, ale w końcu przestałem się przejmować.

A jak zareagowali, kiedy dowiedzieli się, że pana prace są wykorzystywane w reklamach?

Było to dla nich dno den. Co zabawne, ci sami ludzie po upadku komuny starali się za wszelką cenę dorwać do jakichś chałtur i pracy przy reklamach. Poddali się temu bez opamiętania. Poza tym po przyjeździe do Krakowa przyznałem się paru osobom, że w Stanach pracowałem także jako kelner. Koniec świata! Upadek! Byli zażenowani moją postawą, a ja konałem ze śmiechu, bo wydawało mi się naturalne, że studenci dorabiają, jak mogą. To była praca wakacyjna, w pięknych malowniczych okolicach. Wspominam to doskonale. W dzień pracowałem, a w nocy na potęgę uczyłem się języków (śmiech). Na szczęście dla moich krakowskich znajomych byłem niezbyt dobrym kelnerem. W kółko mnie wyrzucali z roboty. Musiałem w końcu zacząć zarabiać w inny sposób. I tu z pomocą przyszedł aparat fotograficzny.

Kto by pomyślał, że kiedyś chciał pan zostać muzykiem.

W Krakowie byłem otoczony przez muzyków, więc i ja chciałem muzykować. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nigdy ich nie dogonię. Nie miałem ani talentu, ani wykształcenia muzycznego. Któregoś razu Karolak krzyknął do mnie, kiedy grałem na klarnecie: „Przestań wreszcie pitolić!”. No to przestałem.

Na pewno coś by pan dzisiaj jeszcze zagrał.

Zagrałbym, gdybym potrafił (śmiech).

Zazdrości pan Woody’emu Allenowi, że cały czas gra?

Obawiam się, że nie grałbym lepiej od niego. To zabawne, bo Allen to bardzo słaby klarnecista. Zazdroszczę mu jednak, że gra na tym instrumencie daje mu tak dużo radości.

Dlaczego akurat klarnet?

Od małego byłem zafascynowany Bennym Goodmanem. Nie mogłem wybrać inaczej.

Ponoć próbował pan jeszcze grać na trąbce.

Przemilczmy to panowie. Nie wprowadzajmy do naszej rozmowy jeszcze jednego bolesnego problemu.

Bolesnym problemem bywa w pana branży nazewnictwo. Fotograf czy fotografik?

Tylko fotograf. Fotografik pachnie egzaltacją.

A jak pan reaguje na „pstryknięcia”, „ciachnięcia” i „cyknięcia”?

Jak byk na płachtę. W angielskim istnieje słowo shoot (strzelić – przyp. aut), co w kontekście fotografii jest potwornie poniżające. Dzisiaj często na fotografa mówi się shooter . Ohyda. Gdyby ktoś się do mnie tak zwrócił, byłbym mocno wkurzony, bo dobrze wiem, że ten zawód nie polega tylko na naciskaniu spustu. Przecież fotografia to mój tlen.

Swoimi pracami wyprzedził pan epokę.

Całe szczęście, że o tym nie wiedziałem. Starałem się tylko i wyłącznie sensownie pracować. Nie tylko dla pieniędzy. Zawsze wierzyłem w siebie i w to, co robię. Bez zarozumialstwa i chamstwa. Nie widzę dzisiaj takich cech w studentach. Przez chwilę uczyłem w Pratt Institute. Poległem jednak w tej roli, bo studenci interesowali się tylko bardzo konkretnymi sprawami. Przede wszystkim chcieli dowiedzieć się, jak zrobić karierę i ile dostałem za każdy znany projekt. Poza tym nie interesowało ich nic, a już na pewno nie nauka. Rzuciłem to w cholerę. Ta przygoda obrzydziła mi na całe życie ideę formalnego nauczania. Według mnie to nie ma sensu. Wielu fotografów jednak uczy studentów. Nie wiem czego, ale jakoś dają radę. Ja nie dałem.

Krytycy czasami zarzucają panu kicz. Jak pan definiuje to słowo?

A czego oni mi nie zarzucają? Kicz to połączenie wielkiej sztuki z banałem. W rękach wielkiego artysty kicz potrafi być wielką sztuką, w innych rękach pozostaje tylko kiczem. Dla mnie to słowo nie ma złych konotacji. Jeżeli ktoś mi zarzuci kiczowatość i wytłumaczy dlaczego, nie mogę mieć pretensji. Jeżeli jednak nie potrafi tego udowodnić, to mam go gdzieś. Pamiętajmy, że Dali i Chagall dla niektórych są klasycznymi przedstawicielami kiczu. Dla innych jednak to właśnie oni byli twórcami całkowicie nowych kanonów. A propos… wiecie, że siostra w młodości mówiła na mnie Kanon? I nie chodziło jej bynajmniej o aparat Canona. W ten sposób wykrakała mi trochę profesję (śmiech).

Lucjan Kydryński, będąc w Stanach, powiedział o panu – „młody człowiek z długim obiektywem”. Przyzna pan, że na naszych łamach brzmi to doskonale.

Trafione w punkt! (Śmiech) Pan Lucjan był wtedy w Newport na festiwalu jazzowym. A ja fotografowałem tam wszystkich muzyków gigantów. Muszę przyznać, że takie sformułowanie w ustach mojego guru dziennikarstwa muzycznego nieco mnie wtedy zabolało. Po latach jednak razem się z tego serdecznie śmialiśmy.

Kogo chciałby pan rozebrać swoim długim obiektywem na naszych łamach?

Na pewno nie panią, która oświadczyła dwa lata temu na łamach prasy, że jestem jedynym fotografem, przed którym by się rozebrała. Przyznacie, że to dość patetyczne wyznanie. No cóż, przepraszam, ale nie skorzystam, proszę Pani (śmiech). To trudne pytanie. Tak trudne, że chyba na nie nie odpowiem… Zresztą nie wiem, czy mam coś na ten temat do powiedzenia. W końcu wielu krytyków zarzucało mi mizoginizm. Uważali, że kobiety fotografuję w bardzo zimny sposób, że traktuję je jak przedmioty. Oczywiście to bzdura. Mogę wam tylko powiedzieć smutną prawdę – bardzo wiele modelek, z którymi pracowałem, okazywało się lesbijkami.

A jak sfotografowałby pan nasze spotkanie?

Z góry. W kadrze bylibyśmy my, a na stole między nami – na talerzu, zamiast szpinaku – siedziałaby jakaś cudowna dziewczyna…