Press enter to see results or esc to cancel.

Paweł Fajdek

PLAYBOY nr 08, 2016 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban

Dlaczego zostaniesz mistrzem olimpijskim?

Bo mam taki plan. Dolny Śląsk zobowiązuje. A ja jestem Zdolnyślązak.

Przekroczysz granicę 84 metrów?

Liczy się medal, nie rekordy. Chcę rzucić najdalej ze wszystkich. Nie ważne, jaka to będzie odległość. Już dawno się wyleczyłem z bicia rekordów na siłę.

Na treningach rzucasz dalej niż na zawodach?

Odwrotnie. Potrzebuję stresu, adrenaliny, dodatkowej motywacji. Na treningach nie idę na całość. Moje życiówki są z zawodów, nie z treningów. I tak powinno być. Chodzi tylko o to, żeby przed zawodami nie nastawiać się na konkretne odległości. Najważniejsze to rzucić dalej niż reszta zawodników w stawce i wygrać.

A nas na ile oceniasz?

W rzucie młotem? (Śmiech). Góra 20 metrów. Sukcesem byłoby dla was pobicie rekordu kulomiotów (rekord świata to 23,12 m – przyp. red.).

Powiedziałeś kiedyś, że sukcesy w sporcie można odnosić nawet koło czterdziestki…

Ale najpierw trzeba przynajmniej dziesięć lat trenować. Wasz czas już ewidentnie minął. Sorry. Możecie ewentualnie wystąpić w jakichś zawodach dla weteranów. Jak dożyjecie do setki, macie szanse być najlepsi na świecie (śmiech). W ogóle to nie polecam zaczynać treningów tej dyscypliny po czterdziestce. Można się nieźle poharatać. Można też zrobić poważną krzywdę innym. Dla was największym ryzykiem byłyby poważne kontuzje. Ludzie siłują się z młotem i zdarza się, że zrywają mięśnie, ścięgna, więzadła. Z wami raczej byłoby podobnie. Wyglądacie mi na takich. A w tym sporcie nie liczy się siła, ale przede wszystkim technika. To ona wpływa na odległość. Ważna jest obszerność wykonywania ruchu. To długość ramienia daje wynik, a nie jego siła.

A ty masz długie ramię?

Zawsze staram się mieć jak najdłuższe. Choć to trudna sztuka. Wciąż brakuje mi sporo do ideału. Im dłuższe ramię, tym większa siła odśrodkowa.

Czyli najlepszymi młociarzami powinni być długoręczni.

Niekoniecznie. Bardzo ważna jest także koordynacja ciała. Większość młociarzy rzuca dzisiaj z czterech obrotów.

Dlaczego?

Bo to optymalne rozwiązanie. Jest pewien Włoch, który rzuca z pięciu, a nawet sześciu obrotów, ale to się nie przekłada na wyniki. Jeśli ktoś dzisiaj rzuca z trzech, to najpewniej ma za dużą stopę, żeby zakręcić się cztery razy i nie wypaść z koła. Zresztą im ktoś wyższy i dłuższy, tym trudniej zapanować nad ciałem obracającym się z taką prędkością. Sama siła też nie pomoże utrzymać młota w odpowiednim położeniu. Kiedy jestem za mocny, od razu gubi mi się technika. Jak rośnie siła, to zazwyczaj skracają się ręce, bo zwiększa się napięcie mięśniowe. Co z tego, że możesz góry przenosić, jak nie możesz odlecieć.

To o ile centymetrów powinieneś mieć dłuższe ręce, żeby pobić rekord świata?

Teraz jestem tak ułożony, że młot w momencie wyrzutu znajduje się jakieś trzy do pięciu centymetrów od betonu. Gdyby Bozia dała mi nagle dłuższe ręce, to waliłbym nim o ziemię. Musiałbym poprawiać całą technikę. To robota na lata. A wracając do rekordu, to wszyscy wiedzą, że był zrobiony na koksie (należy do Jurija Siedycha i wynosi 86,74 m – przyp. red.). Ale jest niestety oficjalny, więc obowiązuje.

Kiedy ostatnio miałeś kontrolę antydopingową?

W zeszłym tygodniu. Tutaj w Spale. Przyjechali panowie z rana, pobrali mocz i wyjechali.

Brałeś coś kiedyś?

Nie, ale nagminnie jestem o to posądzany. Wiadomo, że taki wieśniak jak ja, nie może tak daleko rzucać bez wpierdalania koksu. A są tacy, którzy rzucają ładniej ode mnie, ale bliżej. I to jest problem dla niektórych. Nie dla mnie.

A gdybyś był Rosjaninem?

Pewnie żarłbym to świństwo bez opamiętania (śmiech). Nieświadomie, bo wszystko miałbym postawione przed sobą przez trenera. Mój trener od zawsze wbijał mi do głowy: „Nigdy nie pij otwartego napoju od kolegi. Jak jesz, to nie odchodź od stolika aż nie zjesz, bo ktoś może ci coś wtedy dosypać”. Nie mogę już tego słuchać. To nudne. Ale skuteczne.

Na tyle skuteczne, że brakuje ci już niecałych trzech metrów.

Powiedziałbym, że nie „już”, ale „aż trzech metrów”. Dzisiaj trudno się zbliżyć do takich wyników, co nie znaczy, że są nie do osiągnięcia. Będę podejmował takie próby, ale dopiero po igrzyskach i po mistrzostwach świata. Jeżeli nastawię się na pobicie rekordu świata, zmienię cały swój trening. Diametralnie. A trener Cybulski nigdy się na to nie zgodzi. A więc… muszę zmienić trenera (śmiech).

Jesteś na dobrej drodze, by pobić ten rekord i przekroczyć 87 metrów. Od trzynastu lat, co roku, rzucasz coraz dalej. Permanentny progres.

Gdybym w tym roku rzucił 84 metry, byłoby OK.

Tylko OK?

Jeśli kiedyś będę zadowolony ze swojego rzutu, to będzie koniec mojej kariery. Zawsze da się coś poprawić. Zawsze coś się w trakcie rzutu zepsuje, nawet jeśli jest to rzut rekordowy. W sporcie każdy drobiazg ma znaczenie. Zdarzają się oczywiście rzuty piękne technicznie, ale są one robione na siedemdziesiąt procent mocy. Cała trudność polega na tym, aby technika była tak samo perfekcyjna przy pełnej mocy i pełnej szybkości.

Co dzisiaj jest twoim największym problemem?

Rozluźnienie, długość ramienia. Jesteśmy w trakcie mocnych treningów siłowych, a to naturalnie skraca mięśnie. Robimy więc wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Ale generalnie w sporcie nie można za dużo myśleć. To przeszkadza i zawsze wpływa negatywnie na wyniki.

Ile konkursów z rzędu wygrałeś?

Dwadzieścia trzy (stan na 20.06.2016– przyp. red.). Nie wiem, czy na świecie był ktoś, kto wygrywał tak regularnie. Trzeba by to sprawdzić. Takiej dominacji nie było od dziesięcioleci.

Jest zatem coś, czego się obawiasz przed igrzyskami w Rio?

Siebie. Nie chcę zgłupieć i przestać się doskonalić. Nie chcę tracić motywacji, mimo kolejnych wygranych. Wciąż trzeba być lepszym. To jedyna metoda pracy dla sportowca. Codzienna, żmudna orka.

I lenistwo. Mamy taką obserwację, że poza treningami sportowcy to najwięksi lenie na świecie.

Bardzo trafne spostrzeżenie. Nawet dzisiaj pomyślałem o tym, że olimpijski finał rzutu młotem będzie pod wieczór. Dla mnie idealnie. Nienawidzę startować rano, bo lubię pospać do 12 (śmiech). Staramy się ograniczać niepotrzebne aktywności. Zawodników walczących o największe trofea, tych którzy prezentują najwyższy światowy poziom, rzadko można zobaczyć na jakichś wycieczkach w okolicach wioski olimpijskiej. Zwiedzanie nie wchodzi w grę. Nie marnujemy energii. Leżymy w łóżkach, czytamy książki, gramy w gry, czekamy na zawody. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki – głównie wśród kobiet. Na przykład nasze „czterystametrówki” są wszędzie. Na Chińskim Murze, w London Eye, dosłownie zewsząd mają zdjęcia. Ja w Rio startuję ostatniego albo przedostatniego dnia. I potem od razu wracam do kraju. Jak widzicie, za bardzo się nie nazwiedzam (śmiech). Nawet nie zobaczę Maracany. Żenada.

A brazylijskie piękności? Wstydź się.

Wstydzę się. I to bardzo. Ale żona się ucieszy.

Jest zazdrosna, kiedy dostajesz zdjęcia od fanek?

Żyjemy w czasach mediów społecznościowych. Dlatego na swoim profilu fejsbukowym umieściłem piękne zdjęcie z małżonką, które na szczęście odstrasza potencjalne, niebezpieczne dziewczyny. Ale czasami, na żywo, zdarzają się kobiety, które w moim kierunku robią takie, a nie inne oczy. Widzę to i wiem, o co chodzi, ale jestem absolutnie niedostępny.

A jesteś z kimś mylony?

Niestety tak. Na ogół z Popkiem (Paweł Rak, „Król Albanii” – kontrowersyjny raper i zawodnik MMA – przyp. aut.). Na Facebooku często czytam wpisy w stylu: „Popuś to ty?” albo stwierdzenia, że jesteśmy braćmi. Uwierzcie, nie jest to komplement. Przynajmniej dla mnie. Zdecydowanie wolę być brany za Eltona Johna…

Za kogo?!!

W Chinach na Uniwersjadzie pewna pani, kiedy spojrzała na moje zdjęcie w dowodzie, zapytała, czy mam z nim coś wspólnego, bo podobno wyglądam identycznie. Krótko mówiąc, Fajdek to ktoś pomiędzy Eltonem Johnem a Popkiem (śmiech). I tak nieźle, bo kiedyś wołali do mnie jak do psa – „Fafik”. Szczególnie dziewczyny lubiły tak mnie nazywać. Miałem też ksywkę „Perełka”. Zupełnie nie wiem dlaczego. A ostatnio coraz częściej ludzie mówią do mnie: „proszę pana”, co wydaje mi się nieco niepokojące. To najgorsza ksywka z tych trzech.

Jak zapamiętałeś swoje sportowe początki? Było ciężko czy raczej śmiesznie?

I tak, i tak. Wydaje mi się, że byłoby lepiej rzucać na pustyni niż w warunkach, w których ja rzucałem. Łaziłem za młotem po krzakach, bagnach, drzewach – cały byłem podrapany, potłuczony i posiniaczony. Do tego ze dwa młoty zgubiłem i do dzisiaj nie wiem, gdzie są. Chaszcze były gęste, a trawa wysoka (śmiech). Czasami też zdarzało się trafić w wielką rurę gazową, ale o tym cicho sza.

Zarabiałeś jakieś pieniądze?

Oczywiście, bo musiałem mieć na obozy sportowe. I na przykład od piątej rano, codziennie, zbierałem ogórki. Rąbałem też drzewo, zrzucałem węgiel, a nawet z kolegami i koleżankami robiliśmy ludziom zawieszki na drzwi. Wszystkie w stylu: „Kto próg ten przeskoczy, dostanie między oczy” (śmiech). Poza tym byłem ministrantem, więc w okresie kolędy parę groszy zawsze udało się zebrać. Starałem się nie biedować. Śpiewałem też w chórze. To akurat całkowicie za darmo. Tylko po to, żeby popatrzeć na niektóre chórzystki. Było warto.

A często się biłeś?

Nie, bo byłem największy i najsilniejszy. Na ogół wyglądało to tak, że równocześnie atakowało mnie pięciu kolegów. Wszystkim dawałem z liścia i było po zawodach. Ale tylko i zawsze z liścia.

Dlaczego?

Bo kiedyś, po mojej lekkiej bombce, koledze wypadł ząb. Od tego czasu, czyli od czwartej klasy podstawówki, nikogo nie uderzyłem z pięści. Wydaje mi się, że liść jest wystarczającą naganą. Są zresztą zawody w wymierzaniu sobie „liści”. Stoi dwóch facetów przy stole i tak długo się tłuką aż któryś padnie. Polecam.

Jesteśmy pewni, że i w tej „konkurencji” miałbyś doskonałe wyniki. Patrząc na twoje przedramię…

Przedramiona mam napompowane od dziecka. Kiedyś były większe od bicepsów. Wyglądałem jak Popeye. To u nas genetyczne – wszyscy faceci w rodzinie tak mają. Nie pytajcie mnie tylko, ile biorę na klatę… Mój rekord to 175 kg. Ale odkąd uszkodziłem sobie bark, odstawiłem ławkę. Dziś nawet 20 kg sprawia mi trudność (śmiech).

Brałeś kiedyś udział w zawodach strongmanów?

Nie, ale raz – dla zabawy – startowałem w siłowaniu na rękę. I wygrałem. Ale więcej tego powtarzał nie będę. Byłem młodym chłopakiem – juniorem. Na zawody przyjechał wtedy gościnnie mistrz Europy w tej dyscyplinie. Znajomi namówili mnie, żebym po wygranych zawodach, spróbował się jeszcze z tym mistrzem. Stoczyłem wcześniej 7 pojedynków, a ten wielki kozak chciał się siłować z kimś tak bardzo wymęczonym. Złapaliśmy się więc na lewą rękę. Nie powiem, miał problemy. Trochę to trwało. Wreszcie specjalnie odpuściłem, bo za 10 dni miałem startować w Mistrzostwach Świata juniorów. Głupio by było złapać kontuzję przed takimi zawodami.

Pomyślisz o MMA, jak już skończysz z młotem?

Zależy, jak długo będę rzucał. Jak za długo, to nie będę w stanie walczyć. Chyba, że z Najmanem. Z nim, to choćby zaraz (śmiech).

Jakie plakaty wieszałeś nad łóżkiem w dzieciństwie?

Depeche Mode, 50 Centa, Beyonce i Jennifer Lopez.

Czyli żona może się jednak trochę obawiać tego Rio… Mulatki, Latynoski – idealna brazylijska mieszanka wybuchowa.

Spokojnie. Nie będę w ogóle wychodził z wioski olimpijskiej. To podobno niebezpieczne.

Ale w samej wiosce na pewno będą mieszkały piękne brazylijskie sportsmenki.

Panowie, zmieńmy temat. Jestem przed igrzyskami, nie mogę się denerwować. To bardzo niezdrowe.

A chcieliśmy właśnie popytać o twojego pierwszego PLAYBOYA…

To akurat dobry temat. Jak przeprowadzałem się do nowego mieszkania, odkryłem, że w swoim archiwum, skrzętnie od lat ukrywanym przed rodzicami, miałem 96 gazet. Same PLAYBOYE i CKM-y (śmiech). Nawet teraz w samochodzie mam ze trzy PLAYBOYE, a w plecaku dwa.

Gratulacje. A tego pierwszego PLAYBOYA pamiętasz?

Pamiętam, że wtedy byliście odważniejsi (śmiech). Jeszcze chyba cipki było widać. Tylko nie piszcie o tym! Pierwszego PLAYBOYA kupiłem tutaj – w Spale. Jak miałem 15 lat, mój 24-letni kolega, trochę na zasadzie fali, potraktował mnie jak kota, dał mi 10 zł i wysłał do kiosku. Bałem się jak cholera, a on tylko gadał: „Nie próbuj wracać bez gazetki”. No to poszedłem. Z kwadrans chodziłem naokoło kiosku i myślałem, co mam powiedzieć starszej pani w okienku. Nałożyłem czapkę na oczy, obniżyłem głos i wypaliłem: „Dzień dobry! Poproszę najnowszego Playboya”. Położyłem kasę i czekam. A ona raptem: „A mama wie, że takie rzeczy czytasz?”. Obtarłem nos i zaszlochałem: „Nie mam mamy”. Zrobiło się jej tak przykro, że od razu wręczyła mi wasz magazyn. Tak więc pierwszego PLAYBOYA kupiłem na litość. To w sumie straszne przeżycie. Trauma! No, ale nie miałem wyjścia. Wtedy na zgrupowaniach sportowych panował wszechobecny szacunek wobec starszych. Dziś jest inaczej – młodzież się buntuje i starszych ma gdzieś. Ani „Smacznego”, ani „Dzień dobry”, ani „Dziękuję”. Prawdziwy upadek obyczajów.

Może to tylko respekt? Strach przed lepszymi?

E tam. Jak ja byłem młody, to przede wszystkim byłem niesamowicie podniecony, że mogę startować na jednych zawodach z ówczesnymi gwiazdami młota. I nie miało to wpływu na moje zachowanie wobec nich. Mimo, że w głowie od zawsze słyszałem wewnętrzny głos: „I tak będziesz od nich lepszy” (śmiech).

Rwałeś wtedy na młot?

Palce na pewno. To najprędzej.

Czy któraś z młociarek nadaje się na rozkładówkę?

Musi być dobra?

Nie.

No to parę by się znalazło. Wybierzemy się do agencji modelek, wręczymy każdej po młocie, raz się zamachną i na zdjęciach będą młociarkami (śmiech).

Ale nam chodziło o te prawdziwe…

Będzie trudniej.

Sophie Hitchon?

Brytyjka. Kiedyś nawet trenowała balet. Jak ją poznałem, była dużo smuklejsza niż dzisiaj. Wyróżniała się. Ostatnio, wraz z poprawiającymi się wynikami, nabrała też masy. Nie mówię, że przytyła. Nic z tych rzeczy. Po prostu siłownia zrobiła swoje. Podobnie zbudowana jest Niemka – Kathrin Klaas. Proporcjonalnie, wszystko na swoim miejscu. Natomiast wagę ma odpowiednią do dyscypliny. Młot wymaga techniki i siły. Jeśli chcesz mieć wyniki, musisz nabrać masy mięśniowej. Nie ma się co dziwić – dziewczyny również twardo stąpają po ziemi… Ale, ale… Jest pewien wyjątek. Sylvia Salis – Włoszka. Moim zdaniem najładniejsza z całej stawki. Na początku kariery miała bardzo poważne zadatki na playmate. Ale nawet dzisiaj wciąż jest całkiem nieźle. Obejrzyjcie sobie zdjęcia w necie. Naprawdę warto.

Spotkałeś kiedyś młociarza-geja?

Nikt mnie za tyłek nie łapał… Nie, wydaje mi się, że nie ma takiego kogoś w stawce. Łatwiej poszukać wśród kobiet. Szczególnie z Niemiec. Ale lepiej zmieńmy temat (śmiech).

Jesteś urodzony 4. czerwca 1989 roku.

Miła data.

Mama głosowała w szpitalu?

(Śmiech). Szczerze wątpię. Byłem duży i zapewne męczący. Musiała się skupić na czymś innym. Ale nie da się ukryć, że jak się tylko urodziłem, komuna padła od razu. Jestem co do dnia rówieśnikiem polskiej niepodległości.

Niedawno w Warszawie podczas Krucjaty Różańcowej padło hasło: „Każdy młot popiera KOD”.

Na szczęście moje młoty nie mówią, tylko latają. I to daleko. Uprzedzając wasze dalsze pytania polityczne… Jeżeli gorszy sort to ci, którzy nie mieli czerwonego paska w szkole, to się zaliczam. A jeżeli to ci, którzy coś osiągnęli w życiu, to też się zaliczam (śmiech). Wszystko i na temat. Mamy jeszcze 8 minut. Muszę spadać na siłownię.

A my musimy jeszcze spytać o twoje ulubione młoty. Są takie?

Są, ale na igrzyskach nie ma to znaczenia – rzuca się tym, co jest. Mam nadzieję, że personel zajmujący się sprzętem będzie na tyle kompetentny, że nie przykręci do męskiego młota kobiecej rączki, bo takie rzeczy tu i ówdzie się zdarzają. Wtedy jedyne, co można tam włożyć, to… nie powiem co. Są na świecie geniusze z obsługi technicznej, nie da się ukryć.

Czy poza trenerem, zrobiłeś komuś krzywdę swoim… narzędziem?

Kiedyś ciężarek poleciał na stoliki dziennikarzy. Poprzestawiałem im laptopy, zepsułem jeden billboard, trochę strat było. Jest ryzyko, jest zabawa.

Czynnik ludzki nie ucierpiał?

Wszyscy reporterzy byli bardzo skupieni i zdążyli uciec. Wcześniej zostali uprzedzeni, że to bardzo widowiskowa, ale i niebezpieczna konkurencja. Zanotowano, niestety, parę przypadków śmiertelnych. Poza tym nawet ci, którzy mają 60-letnie doświadczenie potrafią się zagapić i w porę nie uciec…

Twój trener nie stał wystarczająco daleko i…?

Mało tego, że był w zasięgu rzutu, to jeszcze się zagadał. Dobrze, że skończyło się tylko ciężką kontuzją nogi. Najmniejszy wymiar kary. Takie ostrzeżenie. Dziś trener już nie chodzi w pole. Nie zdążyłby uciec, nawet gdyby chciał. Czasem tylko pojedzie sobie rowerkiem na dziewięćdziesiąty metr, żeby popatrzeć. Na szczęście w Rio na rowerach będą rywalizować tylko kolarze.