Press enter to see results or esc to cancel.

Mateusz Kusznierewicz

PLAYBOY nr 7, 2005 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller

fot. Andrzej Georgiew


Stuknęła ci trzydziestka. Po pierwsze, wszystkiego najlepszego. Po drugie, powiedz, czy czujesz się stary i wypalony.

W żadnym wypadku. Ja się czuję cały czas bardzo młodo. Fizycznie czuję się świetnie. Lepiej niż kiedy miałem 17 czy 25 lat. Czuję, że mam więcej możliwości. Ostatnie osiem lat minęło bardzo szybko. Od Olimpiady do Olimpiady. A czy mi życie szybko mija? Nie, bo czerpię z niego pełnymi garściami. Czas nie przelatuje mi przez palce.

Czy w związku z upływającym czasem jesteś na jakiejś specjalnej diecie?

Nie. Jem trzy duże posiłki dziennie. Ale za to już nic po godzinie 18. To znakomicie wpływa na mój metabolizm. Bo poczułem już, że organizm nie działa tak samo świetnie, jak w młodości.

Jakie masz plany na przyszłość? Co nam powiesz, gdy spotkamy się za dziesięć lat?

Będzie miło, jak się spotkamy (śmiech). Mam nadzieję, że powspominamy kolejne Olimpiady.

Ale słyszeliśmy, że u ciebie rewolucyjne zmiany. W sensie sportowym.

Zgadza się. Po Atenach miałem dwie możliwości. Po pierwsze: przejść na zawodowstwo. Marzy, mi się Puchar Ameryki i zagraniczny syndykat. Zależało mi na dołączeniu do Szwajcarów, Amerykanów, Włochów lub Nowozelandczyków. Drugą opcją były kolejne Igrzyska Olimpijskie, ale już nie na Finnie, tylko w dwuosobowej klasie Star. Wybrałem drogę olimpijską. Reaktywujemy w Polsce klasę Star, bo żadna tego typu łódka u nas bardzo dawno nie pływała i paradoksalnie nigdy w Polsce nie da się jej nawet obejrzeć. Chyba, że postawimy ją na Placu Zamkowym, żeby ludzie mogli pooglądać (śmiech).

Dlaczego nie zdecydowałeś się na pierwszy wariant?

Dostałem trzy propozycje. Dwie były ciekawe – i pod względem mojej pozycji na łódce, i pod względem finansowym. W obu przypadkach jednak musiałbym wyjechać na trzy lata z Polski. Praca w teamie byłaby straszną harówką. Musiałbym też walczyć o miejsce na łódce i zaczynałbym od załogi B. Zdecydowałem, że chyba jestem na to jeszcze za młody. Lubię mieć trochę czasu dla siebie, na przyjemności. A w syndykacie byłaby orka od świtu do zmierzchu. Na to ciągle mam jeszcze czas.

Na ile lat odłożyłeś start w Pucharze Ameryki?

Na razie do Pekinu. Potem zobaczymy. Na razie myślę, że fajniej będzie pościgać się na mniejszej łódce.

A z kim będziesz pływać na Starze?

Myślałem o Marcinie Mellerze. Nie mówiłem wam jeszcze o tym? Druga opcja to Agnieszka Włodarczyk. Ale niestety nie wyszło.

Oboje musieliby chyba poważnie przytyć, żebyście mieli szanse. Ile ważysz?

Około stówki. Podobnie Dominik Życki, który – choć trochę tego żałuję – wygrał w castingu z Agnieszką (śmiech). Świetny żeglarz, super facet. W klasie Star jest przelicznik wagowy i razem nie możemy ważyć ponad 200 kilo. To dla nas optimum. Stówkę ja, stówkę Dominik. Trzeba nad tym popracować, bo w zimie trochę zaszalałem i waga pokazała 106. Może zejdę do 98, byłoby świetnie. Z Dominikiem rywalizowałem na Finnie o prawo startu na Olimpiadzie. Ja wygrałem, a Dominik żeglował potem z Karolem Jabłońskim. W tym roku zaproponowałem mu wspólne starty, bo nie wyobrażam sobie pływania na Starze z nikim innym.

Sam powiedziałeś, że w Polsce nie ma klasy Star. Macie w ogóle na czym trenować?

Jutro jedziemy do Włoch odebrać łódkę. Nie mogę się doczekać. Ani ja, ani Dominik nie żeglowaliśmy wcześniej na Starze. To będzie absolutny debiut. Od razu na wszelki wypadek sprawiliśmy sobie cztery maszty i parę kompletów żagli. Łódkę kupiliśmy używaną.

Na Allegro?

(Wybuch śmiechu). Nie, nie. Słuchajcie to jest custom made, sprzęt na miarę szyty, bardzo wysokiej klasy.

Ile coś takiego kosztuje?

35 tysięcy euro. Pierwszą kupuje Polski Związek żeglarski. Następne sfinansują sponsorzy: Era i Mercedes. Będzie duża kampania promocyjna.

Znasz konkurencję na Starze?

To znakomite nazwiska. Miło wejść do takiej rodziny. Sporo moich byłych rywali z klasy Finn. Mistrzowie świata, mistrzowie olimpijscy, utytułowani sternicy z Pucharu Ameryki, rejsów dookoła świata. Po prostu sama śmietanka. Na przykład Nowozelandczyk Russel Coutts, najlepszy żeglarz regatowy na świecie, który wygrał ostatnie trzy edycje Pucharu Ameryki jako sternik. Za dwa tygodnie będzie się ze mną ścigał na Starze.

Za dwa tygodnie?! Przecież jutro po raz pierwszy będziesz pływał na tej łódce.

No tak. Obym nie był dla reszty stawki zagrożeniem na tych regatach (śmiech). Trener nas zapewnia, że w tydzień opanujemy łódkę. Do sierpnia zaliczymy trzy poważne starty.

Czy możesz nam wyjaśnić swój fenomen? Jakim cudem najlepszy polski żeglarz jest z Warszawy?

Im coś trudniej osiągnąć, tym bardziej się do tego garniemy. O dziwo, warszawskie dzieciaki chętniej jeżdżą nad Zalew Zegrzyński niż sopockie idą pływać na morzu. Mnie rodzice zapisali na obóz żeglarski nad Zalewem i tak się wciągnąłem. Zegrze jest świetne na początek. Po pewnym czasie to się kończy. Dziś Zalew Zegrzyński jest dla mnie za mały. Zawodowcy pływają na otwartym morzu. Tam są odpowiednie wiatry i odpowiednia fala.

Czyli kolejny Małysz będzie z Warszawy. Skocznia nieopodal Puławskiej jest…

No pewnie. Czekamy na mistrza.

Kiedyś trenowałeś skoki do wody. Wybrałeś jednak żeglarstwo. Dlaczego?

Rodzice, chcąc wypełnić mi czas po szkole, zapisali mnie do Pałacu Kultury i Nauki. Chodziłem na pływanie, na skoki do wody, na plastykę, modelarstwo, śpiew, gokarty…

Powiedziałeś „śpiew”?

Sprawa trwała dziesięć dni, trzy lekcje… Żadnych sukcesów. Podobnie zresztą w skokach do wody. Ze słupka szło mi dobrze, z półtora metra też nieźle, na trzech metrach zaczynały się kłopoty, a na wieży pięciometrowej prawie sikałem ze strachu. Nie czułem się zbyt bezpiecznie. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie skoczyłem z dziesięciometrowej! Zakochałem się jednak w żeglarstwie i zaczęło mi brakować czasu na wszystko. Najpierw zrezygnowałem z plastyki, nie, przepraszam, ze śpiewania (śmiech), potem modelarstwa itd. Aż w końcu zostało mi tylko żeglarstwo. Nie zrobiłem tego ze strachu. Przysięgam.

Szybko okazało się, że jesteś „talenciakiem”?

Przez cztery lata nie osiągnąłem żadnego sukcesu jako żeglarz. Podobały mi się za to koleżanki, ogólna atmosfera, świeże powietrze, musztry trenerskie, treningi na siłowni – to wszystko mnie kręciło. Dopiero w wieku trzynastu, czternastu lat pojawiły się pierwsze sygnały, że Kusznierewicz potrafi żeglować. Przejął mnie nowy trener, pojawiły się pierwsze sukcesy, a potem z rozpędu pojechałem na maksa, z grubej rury, do Atlanty.

I odsadziłeś wszystkich straszliwie. Jako 21-letni młokos pokonałeś z taką przewagą starych wyjadaczy? To tak, jakby dzisiaj pokonał ciebie chłopaczek z rocznika 84…

(Śmiech). Wtedy to chyba bym się napił… W uproszczeniu: byłem świetnie przygotowany, miałem doskonale dobrany sprzęt – to zasługa ojca, inżyniera – a poza tym byłem świeży. Ja się tam po prostu bawiłem. Poderwałem chyba z 10 dziewczyn, korzystałem z życia, mieszkałem w Hiltonie, kina, dyskoteki, kręgle, baseny, jaccuzzi… Po wyjściu z wody od razu myślałem o wieczorze. Nerwy oczywiście były, ale szybko ze mnie spływały. Natomiast faworyci od połowy regat byli zagotowani. Spalili się. Ja zresztą też już nie byłem na kolejnych Olimpiadach za bardzo wyluzowany.

Twój tata to taki Adam Słodowy żeglarstwa?

Nie bardzo, bo Adam Słodowy jest praktykiem, a mój ojciec teoretykiem.

Niedługo po tym jak zdobyłeś złoto olimpijskie, zadzwoniła do ciebie pewna młoda dziennikarka francuska…

Ach, to było niezłe! Dzięki, że mi przypomnieliście. Dziewczyna miała fantazję. Wycięła mi super numer. Przedstawiła się, że jest z AFP i że chce się umówić na wywiad. Była bardzo przekonująca. Spotykaliśmy się na rozmowę chyba ze trzy razy, a potem zaprosiła mnie do jakiegoś domku letniskowego pod Warszawą na autoryzację. Ja zawsze lubiłem towarzystwo kobiet, więc pojechałem. Skończyło się chyba na jakichś buziakach. Potem zadzwoniła i przyznała się, że tylko udawała dziennikarkę, żeby mnie uwieść. Właściwie jej się to udało, chociaż nie do końca. Ładna dziewczyna. Starsza ode mnie. Ale wiecie, ona była świetnie przygotowana. Nawet teraz żałuję, że ta nasza rozmowa nigdy nie została opublikowana. Spotkałem ją pół roku później na AWF. Okazało się, że jej ojciec był moim wykładowcą. Wesoło, co?

Czyli łatwo cię uwieść?

To było 9 lat temu. A ja jestem otwarty do ludzi. Wtedy szczególnie. Dziś już tak łatwo by jej nie poszło.

A dostajesz czasem od wielbicielek propozycje seksualne lub matrymonialne?

Pierwsze tak, drugie nie. Dużo dziewczyn pisze do mnie, że są zakochane, ble, ble, ble… Grzesznych myśli nie brakuje. Szczególnie wśród młodych dziewczyn, które coś zaczynają czuć. Pod sercem? (śmiech). Z dwa razy poza tym dostałem jakieś rozebrane zdjęcia.

Skoro już jesteśmy przy rozebranych zdjęciach… Chciałbyś obejrzeć nagą Sylwię Gruchałę?

Tak! Jak najbardziej. Zadzwonicie do niej? Fajna, ładna dziewczyna. Poza tym ze sportsmenek chętnie zapoznałbym się ze zdjęciami Marty Domachowskiej i Anny Szafraniec. Mamy trio, mogą być wszystkie trzy razem. Najlepiej w tym numerze ze mną pomiędzy (śmiech).

Czy możesz dokończyć zdanie „gdyby nie psycholog to…”

Nie zająłbym czwartego i trzeciego miejsca w Sydney i Atenach. Nie poradziłbym sobie z presją, jaka ciążyła na mistrzu Polski, Europy, świata i olimpijskim.

Słyszeliśmy, że w przewidywaniu pogody jesteś lepszy od górali…

Myślę, że bardzo dobrze czytam wiatr, ale jeżeli chcecie, żebym przewidział, jaka będzie jutro pogoda, to niestety nie wiem, bo nie strzyka mi jeszcze w kolanach. Nie jestem długoterminowcem. Potrafię tylko przewidzieć pogodę w promieniu pięciu kilometrów.

Ile razy walczyłeś z orką?

Tylko raz, ale nic się nie stało. Rekiny to pal sześć, ale orki potrafią być – skubane – wredne. Rekin nie zaatakuje łódki bezpośrednio, a orka potrafi. Zagrożeniem bywają także wieloryby, które biorą duże łódki za samiczki i podrywają je, łamiąc stery, kile, a potem wywracając (śmiech). Śmiertelnie przestraszyłem się kiedyś delfina, który wyskoczył mi nagle przed dziobem. Bawił się, a ja byłem dobrą chwilę spanikowany (śmiech). Ale tak naprawdę dla żeglarza najniebezpieczniejsze są warunki atmosferyczne. Pamiętam, że przerwano kiedyś regaty w Sydney z powodu burzy szalejącej nad miastem. Wracamy do brzegu, a tu nagle w łódkę przede mną, wali piorun. Przeżyłem szok. Widziałem, jak prąd przechodzi przez maszt prosto do wody. Wybiło chłopaków dwa metry za burtę, stracili przytomność, ale nic im się nie stało. Potem oglądałem ich łódkę. Jej dno było przepalone jak sitko. Widać było małe dziurki, przez które przechodził prąd.

Jakim cudem najlepszy polski żeglarz ma chorobę morską?

No tak, to jest mój problem. Ale to nie przeszkadza, żeby dobrze żeglować, wręcz przeciwnie. Rozbudowany błędnik pomaga lepiej czuć łódkę. A że czasami morze jest bardziej rozbujane i mam inne reakcje… Jakoś sobie z tym radzę, mam plasterki, które sobie przyklejam na odpowiedni punkt na nadgarstku. Nie mogę brać aviomarinu, bo jest na liście dopingowej.

Ograłbyś Maternę w golfa?

Z Krzyśkiem gramy mniej więcej na tym samym poziomie, tylko jemu piłka schodzi w lewo, bo jest leworęczny, a mi w prawo. Zawsze spotykamy się w tym samym dołku (śmiech). Golf to dla mnie wielka frajda. Świetny, zdrowy sport. Po zejściu z pola golfowego jestem piekielnie zmęczony. W trakcie rozgrywki robi się 12, 15 km. Sporo uderzeń, do tego ogromna koncentracja, nerwy, ustalenie taktyki – większość zawodników schodzi zmęczona. Do tego trzeba krzepy. Większość zawodowych golfistów trenuje cztery razy w tygodniu na siłowni, dużo biegają, pływają. To sport z prawdziwego zdarzenia.

Ty także pojawiasz się na siłowni?

Przed sezonem jakieś pięć razy w tygodniu. Bez podnoszenia jakichś wielkich ciężarów, raczej bieżnia, ergonometr itd. Dużo pracuję z gołą sztangą. 23 kilo, a i tak schodzę mokry. Na łódce muszę być silny, gibki, elastyczny i szybki. Krótko mówiąc, sprężynka.

A jak ci idzie w „nogę”? Też jesteś sprężynką?

Myślę, że mam dobrą koordynację od pasa w górę. Niestety nogi odmawiają mi posłuszeństwa. To znaczy biegam prosto i szybko, ale prowadzenie i kopanie piłki mi nie wychodzi. W kosza, w siatkówkę jak najbardziej, ale moje granie w piłkę ogranicza się do biegania za futbolówką, a nie do strzelania bramek. Nikt nie woła na mnie: „Ronaldinho” (śmiech).

Ty podobno w ogóle nie lubisz piłki nożnej. Jak to jest możliwe?

Oglądam tylko Ligę Mistrzów. Naszej ligi nie ruszam. Niby kibicuję obydwu warszawskim drużynom, ale bez większego zaangażowania…

Jak to obydwu?! Czy tobie coć dolega? Kibicujesz jednoczećnie Legii i Polonii?

No tak. Ja wiem, że to śmieszne. Ale tak jest. A jak są derby to uciekam jak najdalej (śmiech).
Na meczu byłem tylko raz. W zeszłym roku na Maracanie w Rio na finale ligi brazylijskiej. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłem. Bomba.

W rubryce zainteresowania wpisujesz „elektrotechnika”. Czyli co?

Oj, wiedziałem, że będziecie mnie o to męczyć. No, czytam sobie o nowinkach, śledzę te sprawy. Szczególnie w dziedzinie jakichś drobnych gadżetów służących ułatwianiu życia. Kupuję sobie czasem mało potrzebne przedmioty. Tak mnie rodzice wychowali, że nawet jak daję komuś prezent, to musi on czemuś służyć. Jakiś użyteczny gadżet. Choćby to był komplet śrubokrętów.

Czy ktoś do ciebie mówi jeszcze „Cebula”?

Od czasu do czasu, ale coraz rzadziej. Komuć tam się wyrwie, któremuś z kumpli z czasów obozów żeglarskich. Na pierwszym obozie robiliśmy sobie różne kawały. Któregoś wieczoru rozgniotłem kilka cebul i podrzuciłem pod kołdry kolegom. Smród był nieprzeciętny.

Ile lat już studiujesz?

Bardzo długo. Powinienem się za to wziąć i skończyć. Mam chęci. Naprawdę (śmiech). Tylko brakuje czasu. Najpierw licencjat, później magisterium. Na szczęście mogę zdawać egzaminy w dowolnym momencie, po prostu biorę materiał, uczę się i idę na egzamin. Tak naprawdę to niedobrze się stało, że tak szybko zdobyłem medal olimpijski. Świat otworzył się dla mnie za wcześnie. Odwróciłem uwagę od nauki w stronę sportu, medialności i biznesu. Przestałem wyrabiać się czasowo. Ale sobie obiecałem i dopnę swego. Skończę te studia.

Często jesteś brany za kogoś innego?

Oczywiście. Ostatnio byliśmy ze znajomymi w Zakopcu. Stoimy na Gubałówce, obok mnie stoi mój znajomy Tomek, nagle w naszą stronę biegnie grupa nastolatek z karteczkami w dłoniach. Trzy na przedzie, a za nimi jeszcze jedna. Podbiegają do Tomka i pytają: „czy możemy autograf?”. Czwarta z tyłu krzyczy: „to nie ten, to nie ten!”. Często niektórzy mówią do mnie per Mariusz (Czerkawski – przyp aut.). A czasami pokazują, wiosłując jak na kajaku, że bardzo lubią, jak ja tak żegluję (śmiech).

Zdarzają ci się sytuacje, że ktoś się chce z tobą sprawdzić? Na przykład w knajpie?

Szczęśliwie nie. Czasem na wodzie. Zostaję z tyłu, bo wiem, że dla zwykłych ludzi pokonanie mistrza to jest coś. A co mi tam!

Ile razy udało ci się uniknąć mandatu za przekroczenie szybkości?

Trzy dni temu zapłaciłem (śmiech). Stówę.

A ile jechałeś w tym konkretnym przypadku?

Ponad stówę. Zostańmy przy tym, bo jeszcze spojrzą w tabelki i zdziwią się, że zapłaciłem tylko sto złotych (śmiech).

Surfingowcy to bermudy, hip-hop, plaża i dupy. A żeglarze? Jacy to są ludzie?

Najlepiej by było zabrać was na regaty, żebyście sami się przekonali (śmiech).

Podobno depilujecie sobie klatki piersiowe! Po co?

Nigdy nie depilowałem sobie klatki, kiedyś coś tam sobie wydepilowałem, ale nie była to klatka (śmiech). Lubię dbać o siebie, oddaję się kosmetyczce i zwykle u niej zasypiam. Jak się budzę, wszystko jest w porządku. Na swoim miejscu.

Oglądałeś kiedyś teleturniej „Jeden z dziesięciu”?

Jest super. Bardzo go lubię.

A widziałeś odcinek z pytaniem: „jaki jest najsłynniejszy polski żaglowiec”?

Niestety nie. Ale uśmiałem się. Hit sezonu (śmiech). „Kusznierewicz”.

Znasz prawdziwą odpowiedź?

„Dar Pomorza”?