Press enter to see results or esc to cancel.

Mateusz Borek i Roman Kołtoń

PLAYBOY nr 10, 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann

Komentujecie coś dzisiaj?

Roman Kołtoń: Mati, cieszę się, że mogę z tobą komentować ten mecz (wybuch śmiechu). Sorry, chłopaki, ale właśnie przypomniała mi się kwestia, którą nagrywaliśmy do gry komputerowej Pro Evolution Soccer 6 (głosy Borka i Kołtonia są odpowiedzią na głos Szpakowskiego w grze EA Sports – przyp. aut.). Ale tak na serio, Mati, jak spędzamy dzień, w którym komentujemy ważny mecz? Po pierwsze czytamy gazety, po drugie redaktor Borek wymienia składy od prawego do lewego, kto usiądzie na ławie, kto na trybunach…

Mateusz Borek: Zapomniałeś o tym, że najpierw jest dobry obiad.

Kołtoń: Dobry obiad – podstawa. Włoska kuchnia.

Borek: Ja się jeszcze lubię wcześniej wyspać.

Pytanie z kim?

Borek: Eee… tam. Lubię po obiadku dwie godziny kimnąć. Sam.

Łukasz Klinke: Dobra, zacznijmy w końcu ten wywiad.

Arkadiusz Bartosiak: A jak ustalaliśmy? Od czego zaczynamy?

Klinke: Zapomniałem.

Bartosiak: I w ten sposób red. Borek i red. Kołtoń mogą pognębić naszą obronę…

Kołtoń: Jak mawia red. „Szpak”: „Zagubili się we własnych poczynaniach” (śmiech).

No właśnie, zacznijmy od „Szpaka”. Ten facet marnuje mi życie… to znaczy przyjemność z oglądania meczu.

Kołtoń: Panowie, Darek jest bohaterem naszej książki. Poważna sprawa, lepiej uważajcie (śmiech). W ogóle to zamieściłem w książce dialog Matiego ze „Szpakiem”. Redagowałem go w samolocie, kiedy lecieliśmy na jakiś mecz. Mati zajrzał mi przez ramię i powiedział, że trzeba podkręcić tę rozmowę jakimiś przekleństwami. Nie dlatego, że tak nie było, lecz dlatego, że tak było (śmiech).

Borek: To nie była sprzeczka w wersji „lajt”.

Kołtoń: Zderzenia z Darkiem były centralne. Najpierw w biurze prasowym w Seulu, gdzie się na mnie wydzierał. Nigdy nie widziałem go w takim stanie! Wrzeszczał w stylu „znowu szykujecie coś na Engela!”. A potem Mati chciał go zaprosić na ring.

Borek: Młodzieńcza krew (śmiech).

Kołtoń: Nasze drogi wciąż się krzyżują. Swoją drogą, nie wiem, czy on razi ludzi. Jest bardzo rozpoznawalny.

Błagam. Facet nie czyta gry, wygaduje bzdury, notorycznie myli zawodników. A kiedy wygłasza sakramentalne: „…no może teraz”, to można po prostu oszaleć.

Borek: Rzadko który komentator mi przeszkadza. Jak oglądam mecz, wyłączam się. Ludzie często dziwią się, w jaki sposób oglądam spotkanie z trybun. Po prostu przez 90 minut siedzę w milczeniu.

Podobno teraz trzymacie sztamę ze „Szpakiem”?

Borek: Pogodziliśmy się po meczu z USA. On powiedział, że przegiął, a ja przyznałem, że zachowałem się nieelegancko, bo jestem młodszy i nie powinienem w taki sposób się do niego zwracać. Podaliśmy sobie rękę, a dzisiaj nawet do siebie dzwonimy, pijemy kawkę, jemy wspólny obiad.

Kołtoń: Podsumowując wątek Szpakowskiego – wychowaliście się na nim, więc nie narzekajcie (śmiech). Ja wychowałem się na Ciszewskim, który był bardzo barwną postacią. To chyba główna cecha zdolnych ludzi. Mati też jest bardzo barwną postacią (śmiech). (To mówiąc obejmuje go czule).

A czy red. Kołtoń jest barwną postacią?

Borek: Z roku na rok coraz barwniejszą. Jak go poznałem, był o wiele spokojniejszy. Nasze pierwsze wyjazdy wyglądały tak: ja balowałem na dyskotekach i spałem po trzy godziny, a red. Kołtoń grzecznie szedł do hotelu spać. Ale Romek z miesiąca na miesiąc się rozbrykiwał. Nawet doszło do tego, że kiedyś zmęczony po pięciu rozrywkowych nocach chciałem odpocząć i zajrzałem do Romka, żeby pożyczyć jakieś gazety i książki, a on wystrojony, przed lustrem, gotowy do wyjścia (śmiech).

Na tańce?

Kołtoń: To Mati lubi tańczyć.

Borek: Jestem typem tancerza barowego (śmiech).

Czy ktoś zapraszał już red. Borka do Tańca z gwiazdami?

Borek: Nie. Nigdy bym na to nie poszedł. Mam dystans do siebie.

Ale tam tańczą bardzo atrakcyjne laski!

Kołtoń: Mati, nigdy nie mów nigdy! (śmiech).

Twierdzicie, że komentowanie po 40-stce to zajęcie niepoważne. Dlaczego?

Kołtoń: To na pewno wypowiedź Borka. On lubi wymyślać takie farmazony (śmiech). Według mnie to najpiękniejszy wiek dla komentatora. Bo masz już doświadczenie, dystans do świata i do siebie. Wiem jedno, piłkę kocham i się nie odkocham. Nawet po 40-stce. Zawsze będę zajmował się piłką. Mati też się z futbolu nie wyleczy, chociaż jest parę rzeczy, które mógłby robić w życiu. Może kiedyś zostanie menadżerem, bo jego znajomość drugoligowych piłkarzy robi wrażenie (śmiech).

Borek: Pewnie chodziło mi o to, że życie komentatora sportowego to życie chłopca, a nie normalnego mężczyzny. W weekend nie mogę robić zakupów z dziewczyną, iść do kina, czy jeść obiadu u teściowej. Nie wszystkie kobiety to tolerują (śmiech). Jak nie ma I ligi, jadę na II. Jak nie ma II ligi, jadę na Puchar. Jak już nic nie ma, to wyjeżdżam na mecz za granicę. Często czuję się jak frywolny dyzio.

Kołtoń: Tygodniowo oglądam parę meczów, ale przy Borku jestem nikim.

Borek: Moja średnia tygodniowa to 11-20 meczów.

Chcielibyśmy jakoś zamknąć temat Szpakowskiego.

Kołtoń: Może ja wam dam po prostu telefon do Darka?

Czy kojarzycie moment, kiedy „Szpak” zaczął zapuszczać pożyczkę?

……

Ta cisza jest na tyle wymowna, że wątek możemy uznać za zakończony. Podobno wasz duet to wódka, kobiety i piłka nożna…

Kołtoń: Poza pierwszym wszystko się zgadza (śmiech). Wódki raczej nie pijamy. Wolimy wino.

Borek: Złamałem ten zwyczaj, upijając się Finlandią po meczu Polska-Finlandia. To była tragedia, która mnie pokonała. Nawet świadomość ciężkiego poranka mnie nie odstraszyła.

Kołtoń: Ja czuję się często mężczyzną niepełnym. Nie lubię whisky.

Kobiety?

Kołtoń: O Borku będą kiedyś pisali: „Komentator sportowy. Miał wiele kobiet” (śmiech).

Borek: Potrafię się z kobietami dogadać.

O twoich wyczynach krążą niezłe opowieści! Ponoć ostatnio powiedziałeś, że 22-letnia dziewczyna jest już dla ciebie za stara…

Borek: (Śmiech). Wygłupiam się tak czasami. Lubię poprowokować, żeby ludzie się grzali.
22 lata to przecież końcóweczka (śmiech).

Kołtoń: Gdyby brać na poważnie wszystko to, co mówi red. Borek, można by zwariować.

Borek: Kiedyś wydawało mi się, że facet 8, 10 lat starszy od laski to sprawa nieczysta. Tymczasem dzisiaj dobrze dogaduję się nawet z osiemnastolatkami.

Kołtoń: A ja jestem szczęśliwie zakochany. Jestem z kobietą, z którą chcę być do końca życia.

Borek: Odważne wnioski (śmiech).

Co byście wybrali? Finał Ligi Mistrzów czy ekscytujący finał randki?

Kołtoń: Moja Paula (Paulina Czarnota-Bojarska z Canal+ – przyp. aut.) bardzo lubi sport. Rozumie moją pasję do piłki nożnej. Podobnie jak ja rozumiem jej pasję do biathlonu, chociaż nie przepadam za nim. Kobieta, która nie rozumie duszy Mateusza nie powinna z nim być.

Borek: Dla mnie taki wybór jest końcem związku. Kobieta musi tolerować moje zainteresowania. Ultimatum „ja albo mecz” jest końcem znajomości. Niestety trafiło mi się parę dziewczyn nie zainteresowanych piłką nożną (śmiech).

Czy red. Kołtoń jest dobrym bramkarzem?

Borek: O tak! Jest świetny na przedpolu. Ma jedną niepowtarzalną cechę. Dobrze się kładzie (śmiech).

Kołtoń: A red. Borek jak na prawego obrońcę przystało jest zacięty i dobrze fauluje (śmiech).

Czy kobieta mogłaby być trenerką męskiej drużyny piłkarskiej?

Borek: Nie wytrzymałaby widoku facetów wchodzących pod prysznic. Wcześniej czy później by kogoś zmolestowała (śmiech). Faceci czują się mądrzejsi i mocniejsi od kobiet, mimo że zwykle jest na odwrót. Parunastu mężczyzn traktowałoby trenerkę z przymrużeniem oka. Pamiętam, że kiedyś graliśmy jako reprezentacja dziennikarzy z mistrzyniami Polski. Wygraliśmy 2:1. Po walce (śmiech). Dobrze, że to było małe boisko, bo na dużym by nas złoiły. Ale poważnie to my ich nie traktowaliśmy…

A jak traktujecie Beenhakkera?

Borek: Były czasy kiedy miał sukcesy, ale w ostatnich latach niekoniecznie. I to nie tylko ze słabymi reprezentacjami. Przecież prowadził Holendrów na Mistrzostwach Świata i wyszedł z grupy bez zwycięstwa, samymi remisami, żeby potem szybko odpaść z turnieju. A naprawdę miał dobrych piłkarzy.

Trynidad fajnie grał…

Borek: Ale nie strzelił żadnej bramki. Na Karaibach wiadomo, ważniejsze jest Bacardi z colą, surfing i plaża niż piłka nożna.

Kołtoń: Beenhakker miał sukcesy w latach 80. z Realem Madryt. Ale w Hiszpanii, nie w Europie. Z kolei od 90 roku, czyli od przejęcia reprezentacji Holandii, kiedy miał najlepszą drużynę w historii kraju z van Bastenem, Gullitem, Rijkardem, drużynę, która zdobyła Mistrzostwo Europy, nic nie osiągnął. Przegrał Mundial i to w nienajlepszym stylu. Później w klubach też nie miał wielkich sukcesów. Raz zdobył mistrzostwo Holandii i to wszystko.

Borek: Ja przede wszystkim jestem za przejrzystością. Nie może być tak, że jedna gazeta wymyśliła sobie trenera, po czym zadzwoniła do menadżera Zeeuwa i on szybko załatwił z Listkiewiczem podpisanie kontraktu. Jeśli ma być trener z zagranicy, to chcę, żeby wybór odbywał się na normalnych zasadach: jest pięciu kandydatów, każdy przedstawia program, a później odpowiada na pytania. Żeby nie było chorych sytuacji i podejrzeń.

Kołtoń: Beenhakker został wzięty na dwa lata, a każdy znający się choć trochę na piłce człowiek jest świadomy tego, że potrzeba nam trenera na co najmniej cztery lata, czyli do następnych Mistrzostw Świata, bo nasza reprezentacja jest wiekowa, a większość piłkarzy grających w kadrze jest już wypalona. Trzeba czasu na znalezienie nowych. Szybka łapanka nie ma sensu. Niewykonanie żadnej rozmowy z Kasperczakiem obciąża Listkiewicza w sposób nieprawdopodobny.

Skoro zaczęliście o obciążeniach… Czy przyjaźnie z piłkarzami obróciły się kiedyś przeciwko wam?

Borek: Być może tylko w głowach zazdrosnych, brudnych ludzi wykonujących ten sam zawód co my. Mi na pewno nigdy nie przeszkodziły.

A czy to jest norma wśród komentatorów, że są w bliskich relacjach ze sportowcami?

Borek: Stefan Szczepłek przyjaźnił się z Deyną. Ciszewski też miał wielu przyjaciół wśród piłkarzy…

Kołtoń: Podobno potrafił rano powiedzieć: „Boniek, ty będziesz dzisiaj najlepszy w mojej transmisji”.

Borek: Krążą też legendy, że nie ze wszystkimi piłkarzami Ciszewski się rozliczył. Bo podobno lubił pograć i wydać. My akurat takich problemów nie mamy.

A nie macie problemów z tym, że ciężej wam skrytykować piłkarza, z którym się przyjaźnicie?

Borek: Prawdziwe przyjaźnie nie boją się mówienia prawdy. I kiedy mój znajomy piłkarz gra słabo, to słyszy ode mnie, że gra słabo i nie powinien się obrażać. Zresztą wbrew pozorom tych przyjaźni nie jest tak dużo. Trzeba rozgraniczyć przyjaźnie. Kto jest przyjacielem, kto kumplem, a kto tylko znajomym. Znajomych piłkarzy mam pewnie kilkuset, kolegów kilkudziesięciu, bardzo dobrych kolegów pięciu, a przyjaciela pewnie jednego…

Piotrka Świerczewskiego.

Borek: Tak. Znamy się lata. Piotrka poznałem, jak mnie jeszcze nie było w tym zawodzie. Alek Kłak, piłkarz Igloopolu Dębica ożenił się z koleżanką z sąsiedniego bloku i on mnie poznał z Piotrkiem. Złapaliśmy się jakimiś fluidami na zasadzie męskiej przyjaźni, a nie układów piłkarsko-dziennikarskich.

Takie układy nie mają żadnego znaczenia?

Kołtoń: Pamiętam, że jak była ta słynna afera z papierosami, to Dżiani (Tomasz Hajto – przyp. aut.) oczywiście zwariował i powiedział, że mnie poda do sądu. Powiedziałem mu: „Weź Dżiani wyluzuj, ochłoń i przeczytaj co piszą inni”. A w niektórych gazetach wpasowali go już w więzienny drelich. Po godzinie był telefon z przeprosinami.

Jak daleko jest ze Złotoryi do Dębicy?

Kołtoń: Chyba z ponad czterysta… Dlaczego pytacie?

Bo chcemy jakoś zgrabnie przejść do następnego wątku. Mamy dla was krótki test. Najsłynniejsza postać z Dębicy…

Borek: Wiadomo. Krzysztof Penderecki. Pamiętam, że przed laty odcinał się od korzeni. Mówił zawsze, że pochodzi z małego miasta blisko Krakowa. Dopiero niedawno zaczął się przyznawać do Dębicy. Wiadomo, im człowiek starszy tym mądrzejszy.

Myśleliśmy, że kto jak kto, ale facet zafascynowany stylem życia Darka Dziekanowskiego, wskaże jednak inną słynną osobę z Dębicy.

Kołtoń: Podpowiem ci, Mati. Zrobiła karierę w Niemczech.

Borek: (Wybuch śmiechu). Ale czekajcie, jest jeszcze przecież reżyserka Anna Augustyn… (Ogólny wybuch śmiechu). A wiecie, że 10 lat temu spotkałem Teresę Orlowski w Dębicy na dyskotece? Kapitalnie się z nami bawiła. Czterech czy pięciu małolatów i Teresa Orlowski przy naszym stoliku. Niezapomniane przeżycie.

Kto płacił?

Borek: Nie, no bez przesady. Byliśmy zarobionymi małolatami. Nigdy nie było tak, żeby nie było pieniędzy. Już w średniej szkole zarabiałem więcej niż moja mama. Pisałem za pieniądze wypracowania z polskiego.

W twoim mieście Teresa jest znaną postacią?

Borek: Nie wiem, czy wszyscy ją znają. Ale Teresa od początku szokowała. Tata mi opowiadał, że na koncert Czerwono-Czarnych przyszła bez stanika, tylko w majtkach i koszulce z siatki. Czyli generalnie wszystko na wierzchu. W takim małym miasteczku to wielka sensacja. Widać, że kobieta od początku wiedziała, czego chce i konsekwentnie dążyła do celu.

A słynni ze Złotoryi?

Kołtoń: Jest taki facet, który zrobił karierę telewizyjną – Mariusz Szczygieł. Ja w ogóle lubię jeździć w rodzinne strony. Niedawno przeżyłem cykl imprez po latach ze swoją klasą licealną. Zrobiłem dwa razy 18, czyli balangę na 36-lecie. Bardzo wesoło, więcej dziewczyn niż chłopaków, tańce i te sprawy…

Mateusz tańczył?

Kołtoń: Mati nie przyjechał. Dziewczyny bardzo żałowały.

Oczywiście dziewczyny dwa razy 18?

Borek: Właśnie dlatego nie przyjechałem (śmiech).

Znaleźliśmy gdzieś informację, że jako osiemnastoletni chłopak red. Borek pracował w Miejskim Ośrodku Kultury…

Borek: Jedno z najśmieszniejszych zdarzeń w moim życiu rozegrało się właśnie w MOK-u. To były jeszcze te czasy, kiedy trudno było o wolną chatę. Uciążliwa sprawa – zwłaszcza od listopada do marca (śmiech). Pewnego razu, zaprosiłem tam jedną koleżankę. Warunki były. Niedziela, MOK zamknięty, obrazy na ścianach patrzą, wszystko pod kontrolą. A tu nagle odgłos przekręcanego zamka. W panice wciągam spodnie i biegnę do drzwi. Co widzę? Mojego kierownika z jakąś miłą panią (śmiech). Wybłagałem go o 15 minut…

Kołtoń: To ty to załatwiasz w 15 minut?

Borek: (Śmiech).

W agencji nieruchomości też miałeś takie przygody?

Borek: To była świetna kasa. Rynek nieruchomości dopiero się rozwijał. Jeździłem z ludźmi w pole, gdzie koparka dopiero co wbiła zęby i mówiłem: „Tu na szóstym piętrze będzie pani mieszkać”. Przychodzili też klienci po układzie i wpłacali pierwszą wpłatę na, powiedzmy, 20 mieszkań w nowo budowanym bloku. Za pięć dni nie było już żadnego wolnego mieszkania w tym budynku i ci, którzy mieli zrobione przedpłaty, odsprzedawali je nawet po sto tysięcy złotych, z pięciokrotnym zyskiem. A ja dostawałem prowizję od każdego sprzedanego udziału. To był fajny układ.

A jakie układy miał red. Kołtoń?

Kołtoń: Wypisałem się kiedyś szybko z układu z Ryszardem Czarneckim. Jak „Ryś” został naczelnym Dziennika Dolnośląskiego, postanowiłem się ewakuować. Z Wrocławia przeniosłem się do Warszawy. Poszło gładko i bezboleśnie. Podobnie jak Mati, z kasą nigdy nie miałem problemu…

Borek: Jako 19-letni gówniarz założyłem z kumplem hurtownię koszul (ogólny wybuch śmiechu). Sprzedawaliśmy od Lublina po Kraków i żyliśmy jak krezusi. Robiliśmy super „dile”. Z czasem się jednak poróżniliśmy i zostawiłem koszulowy biznes, żeby zacząć pracować w wymarzonym zawodzie. Pierwsze audycje radiowe prowadziłem w katolickim radiu „Dobra Nowina” (ogólny wybuch śmiechu).

A w hotelu w Londynie pracowałeś wcześniej, czy później?

Borek: Wcześniej. Zbuntowałem się, bo rodzice chcieli, żebym bardziej przykładał się do nauki i uciekłem. Zmywałem podłogi i kroiłem warzywa w Hotelu Plaza przy Regent Street na skrzyżowaniu z Oxford. Mieszkałem z sześcioma innymi Polakami w małej klitce i średnio raz w tygodniu uciekałem przed „emigrejszyn ofis”. Wszystkie pieniądze przepuszczałem na mecze i musicale. Bilety drogie, nic nie odłożyłem. Tylko tyle, żeby starczyło na balet dla chłopaków z Dębicy.

Co w podobnym wieku robił red. Kołtoń?

Kołtoń: Muszę się wam pochwalić, że byłem w opozycji. I strasznie teraz odbieram ataki na Jacka Kuronia. Poznałem go. Byłem w jego domu i robiłem z nim wywiad. Piłem tę słynną przemocną herbatkę. Już wtedy wiedziałem na pewno, że będę dziennikarzem.

Borek: A ja od zawsze wiedziałem, że będę komentatorem. Już jako mały chłopak wyciszałem głos w telewizorze i komentowałem sobie piłkę i hokej. Wydawało mi się jeszcze, że może będę krytykiem teatralnym. Tata był dyrektorem teatru. Chciałem zdawać też do Szkoły Teatralnej, ale ojciec powiedział, że co najwyżej będę tylko dobrym aktorem, a w Polsce jest miejsce tylko dla dwudziestu wybitnych. Skrzypkiem nigdy być nie chciałem. Poszedłem na egzamin do szkoły muzycznej, bo ojciec powiedział, że w przeciwnym razie nie puści mnie na mecz Wisłoka – Piotrcovia.

Kołtoń: (Śmiech).

Borek: W szkole często miałem średnią pięć zero, a zachowanie nieodpowiednie.

Kołtoń: Mati zawsze był błyskotliwy. Wiecie, że on orientuje się lepiej w polskich serialach niż moja Paula?

Borek: A pewnie. Oglądam wszystko jak leci. M jak miłość, Na dobre i na złe, Na Wspólnej, Kryminalni, Samo życie. Co tam jeszcze…? Acha, Plebanię.

To chyba jakaś niezdrowa fascynacja.

Borek: Moje prawdziwe fascynacje to w kolejności: Smolar, Boniek, a później Dziekan. Raz to jego technika, a dwa sposób życia… (Ogólny wybuch śmiechu). Król wszystkich lokali. Dzisiaj wierzę, że kiedyś zacznie mnie fascynować jako trener, ale na razie mu za dobrze nie idzie.

To dobra pointa rozmowy między komentatorami, ale nas nie satysfakcjonuje. Wymyślcie coś lepszego…

Kołtoń: Mogę ja? Gdybym był Borkiem, wymyśliłbym coś takiego: „Mądra kobieta wie, kiedy nie pytać”.

(Ogólny wybuch śmiechu)