Press enter to see results or esc to cancel.

Marek Kondrat

PLAYBOY nr 12, 2015 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke

fot. Rafał Masłow / Znak

Kiedy przed czterema laty wybory wygrała Platforma, Adam Michnik stwierdził, że „to zwycięstwo Polski Marka Kondrata i Kuby Wojewódzkiego, Polski ludzi bystrych i uśmiechniętych”. Co teraz?

Plajta (śmiech).

Z kolei kiedy ostatnio rozmawialiśmy dla PLAYBOYA, czyli przed ośmioma laty, państwem także sterował Jarosław…

Spieszę panów playboyowców uspokoić. Lęki, które były we mnie podczas naszego ostatniego spotkania, szczęśliwie ustąpiły. Pewnie dlatego, że trochę się zmieniłem i jestem na etapie radości ze wszystkiego, a po wtóre – to już nie ten sam czas. Jest kapitalnie i nic się nie zmieni. Komuna nam nie grozi, a to ją wspominam ze strachem. Partia, która odniosła sukces i tak nie ma zbyt długiego życia przed sobą, ponieważ stoi na sztucznych nogach. Dodatkowo tylko dwóch. Jej idee są zafałszowane – to również nie wróży wielkiej przyszłości. A to, że wygrali… Wykonali ogromną pracę marketingową, w przeciwieństwie do konkurencji, która się nie postarała.  Duch, flaga i polityka historyczna nie zwalczą twardych zasad ekonomii oraz ludzi, którzy dają Polsce przychód i płacą podatki. Jak mawia profesor Balcerowicz: wyrównywanie szans – tak, ale nie wyrównywanie dochodów, bo to są dwie całkowicie różne kwestie.

Czyli możemy spać spokojnie?

A nawet smacznie. Państwo w systemie kapitalistycznym ma coraz mniejszy wpływ na ludzi. Wypracowane już mechanizmy będzie bardzo ciężko popsuć. Nawet im (śmiech). Myślę, że nawet Kaczyński nie spodziewał się aż tak dużego sukcesu, a teraz musi się zmierzyć z tymi wszystkimi obietnicami złożonymi w kampanii, wziąć na siebie odpowiedzialność za kraj, i nie będzie miał na kogo „zwalić”. Przecież pięćset złotych na dziecko to ekonomiczny strzał w stopę. A do tego absurd, bo za dzieci się, do jasnej cholery, nie płaci. Przeznaczmy pieniądze na naukę, a nie na prokreację.

Zakończmy wątek polityczny, łącząc go z pana ulubionym, czyli winnym. Do jakiego wina można porównać Jarosława Kaczyńskiego?

Do bardzo mocno zleżałego, którego na pewno bym nie otworzył, bo groziłoby to poważną katastrofą w piwnicy. Takie wina mają swój czas, ale w tym przypadku ktoś go przegapił. Niczego z tej butelki nie można już wykrzesać, mimo że miała przecież kiedyś cechy szlachetności. Było to jednak bardzo dawno temu.

Ewa Kopacz?

Wino domowe, działkowe. Przesłodzone i wypieszczone według przepisów dziadka, ale jednak z ogrodowych porzeczek, a nie winogron. Dobre na imieninowy stół u cioci.

Rockman.

Kukiz to wino kompletnie spoza moich półek. Widziałbym je raczej obok Kreta do przepychania rur. Za dużo siarki, wybuchowe, diabelskie. Do pokazywania dzieciom ku przestrodze. Za solidną kratą.

Butelka Nowoczesna.

Wino z nadziejami – obiecujący Joven (z hiszpańskiego „młody” – przyp. red.). Z młodych krzewów, enolog też początkujący. Ale sprawia wrażenie, że wie, z czego zrobić dobrą butelkę i ma jakiś przepis. Raczej drogie i skierowane do konsumenta zamożniejszego. Aspiracje jakieś są, więc chętnych powinno przybywać.

Nie zapominajmy o tych, co zawsze byli, są i będą.

PSL, czyli ostatnie szesnaście butelek wina jabłkowego.

Na koniec przyjrzyjmy się winiarskim możliwościom tych, którzy poza oficjalną dystrybucją.

Zjednoczona Lewica to trudny blend. Za dużo win z różnych roczników, nieharmonijnie zestawionych. Razem natomiast to wino ciekawe, trudne do zdefiniowania. Z lekka kibucowe. Szczere i ujmujące, ale czuć w nim niebezpieczne rewolucyjne zapędy, żeby pozbawić kolekcjonerów ich przepastnych zapasów. Na razie młody krzak na nieco wyjałowionej ziemi.

Korwin?

Szalone wino św. Wita.

A pan? Do jakiego szczepu jest dziś podobny?

Moja żona twierdzi, że jestem bordoskim kupażem. Czyli mam potencjał starzenia. Tracę na niesforności i staję się spokojniejszy. A poza tym dobrze się blenduję.

To czuć. Szczególnie podczas lektury pana książki Winne strony. Opowieść o pasji, która odmienia życie. W jaki sposób ją pan pisał? Na podstawie notatek, nagrań z dyktafonu, czy też zawierzył pan własnej pamięci?

Zdecydowanie to ostatnie. Moją bolączką jest kompletny brak warsztatu. Do tej pory używałem słowa mówionego, które zasadniczo różni się od pisanego. Dlatego komponowanie opowieści, którą ma się w sobie, jest dla mnie piekielnie trudne. A ponieważ dużo czytam, jestem wymagający również wobec siebie i pewnie dlatego brak formy tak bardzo mi doskwiera. Ta książeczka nie ma więc ambicji literackich. To zapis pierwszych wrażeń na temat wina. Jej główną rolą jest przekonanie czytelników, że wino towarzyszy ludziom w sposób zwyczajny, codzienny, bez nazw, obrządków i niuchania. Bez egzaltacji. Chcę ośmielić tych, którzy do wina nie mają śmiałości. Z drugiej strony mam bolesną świadomość, że przyczyniam się do powiększenia dysproporcji między piszącymi a czytającymi.

Pisanie wejdzie panu w krew?

Tadeusz Konwicki, wciąż nagabywany przez liczne damy, domagające się od niego nowej powieści, niezmiennie twierdził, że napisze ją wtedy, kiedy wszyscy inni ludzie napiszą już swoje. Mam nadzieję, że złośliwość jest czytelna. Dziś książki piszą wszyscy, a kiedyś była to domena nielicznych, władających słowem w sposób niedościgły. Czuję się więc wciąż w tej dziedzinie nie całkiem na swoim miejscu.

Przyjechaliśmy do pana Pendolino, w którym na próżno szukać wina. W sumie „przeginka”.

Niestety. W Szwajcarii na przykład nie ma z tym problemu. U nas ustawodawca nie wie, jak traktować wino. Grzmi o zgubnych wpływach alkoholu, bez oglądania się na polskie ulice, na których na każdym rogu świeci się szyld „Sklep 24h”. Wina nie piją chlejusy. Przecież nie będą zamawiać procentów przez internet, a dodatkowo czekać na nie dwa dni (śmiech). Dziś w Polsce pijemy 3 litry wina na twarz, czyli tyle ile w Danii w 1952 roku, ta analogia daje pewne nadzieje, bo teraz w Danii pije się 35 litrów na osobę.

Może proces ten przyspieszy, gdy zaleje nas tanie wino z Chin?

Niewykluczone. Choć niekoniecznie musi być tanie. Winnice już zmieniają swoich właścicieli. I to nawet tak eksponowane jak te w Burgundii i Bordeaux, które masowo kupują Chińczycy, będący dziś piątym producentem wina na świecie. Stać ich na najlepszych enologów, miejsca na uprawy trochę mają, kto im zabroni? Na rynku winnym pojawiły się też Indie oraz Tajlandia…

A Mołdawia?

Czyli znacie tę anegdotę? Jak już przedstawię klientom swoje wszystkie wina, zawsze ktoś zapyta zza węgła: „A Mołdawię jakąś pan ma?”. „Nie mam”. „A widzi pan!”. „Ale mogę dla pana sprowadzić”. „A nie, dziękuję, ja i tak nie piję”. Cała Polska.

Agnieszka Osiecka nazwała pana „aktorem niewymiarowym”. W winie też jest pan niewymiarowy?

Chyba tak. Nie mam swoich ulubionych win, filmów czy książek. To się zmienia, w zależności od towarzystwa, wieku, nastroju, pogody.  Najbardziej śmieszą mnie ludzie wierzący w swój plan na życie. Oni zawsze wiedzą, co jest najlepsze na świecie. Przez dwadzieścia lat starają się, żeby nic w tym ich kwestionariuszu się nie zmieniło.

Są jednak rzeczy, które się nie zmieniają nawet od kilkudziesięciu lat. Choćby to, że w kraju hejterów jest pan niezmiennie bardzo lubiany. Fenomen w skali światowej.

Lubię ludzi. Generalnie. I niespecjalnie dzielę ich pod względem tego, skąd są i czym się zajmują. Myślę, że jest to wyczuwalne. Dlatego w rewanżu najczęściej dostaję wyrazy sympatii.

Co musiałby pan zrobić, żeby pana znielubili?

No, od czasu do czasu staram się jednak wychylać.

Znaleźliśmy tylko jedną osobę, która za panem nie przepada. Kamil Sipowicz powiedział, że handluje pan „bardzo niebezpiecznym narkotykiem: alkoholem. Od tego dragu umiera rocznie trzydzieści tysięcy Polaków, w tym wielu patriotów. To jest moje spojrzenie na jego szczęśliwy byt na tej ziemi”.

Kamil za mocno się zaciągnął. Wyjaśniliśmy to sobie potem, bez żadnych następstw.

Od ilu lat jest pan twarzą banku? Czy to aby nie jakiś rekord?

Jestem z nimi już osiemnaście lat. To ewenement na skalę światową, bo nie ma drugiej instytucji finansowej tak długo związanej z jednym wizerunkiem, jedną twarzą. Dodajmy – niemłodą.

Czy ktoś już próbował napisać pracę magisterską poświęconą fenomenowi marketingowemu Marka Kondrata?

Chyba nie, ale ja sam myślałem o tym zjawisku parokrotnie. Pamiętam, że któregoś razu prezes banku namówił mnie, żebym pojechał z nim do Opola, by zobaczyć się z regionem południowym. Nie miałem tego w kontrakcie, ale chciałem bliżej poznać instytucję, która mi zaufała, a ja dałem jej swoją twarz. Pojechałem i poznałem. Przeszedłem tam na ty z trzema tysiącami ludzi. Potem ta liczba urosła do ponad dwunastu tysięcy. W ten sposób zacząłem jeździć na spotkania w różnych regionach Polski.

Dobrowolnie?

Potraktowałem to jak literę b w alfabecie, w którym wcześniej powiedziałem a. Uznałem, że podjąłem pracę, w której oddanie swojego wizerunku, czyli w moim przypadku także zawodowego dorobku, niesie za sobą coś więcej niż tylko chwilową reklamę. Dzięki temu poznałem dziedzinę do tej pory mi obcą. Potem przyszło jeszcze poczucie odpowiedzialności. Klienci banku zaczęli przysyłać do mnie pretensje, że jakaś pani w oddziale X źle ich obsłużyła. A ja brałem za telefon i dzwoniłem do tego oddziału, żeby się dowiedzieć co jest nie tak. Serio! Miałem takie przypadki. Głębokie poczucie tego, że jak się daje gębę, to powinno się też odbierać maile. Na szczęście mi przeszło. Dzisiaj uważam, że najcenniejszym profitem ze współpracy z bankiem – poza finansowym rzecz jasna – jest to, że jeżdżę po Polsce i dowiaduję się o fenomenalnych polskich sukcesach biznesowych na światową skalę. Gdyby nie bank, nie wiedziałbym, że produkujemy najlepsze wozy strażackie na świecie, że budujemy konstrukcje mostów, które są eksportowane do Stanów jako gotowe przęsła, że wytwarzamy części do Rolls-Royce’ów i fotele do Mercedesów. Że eksportujemy pomidory do Hiszpanii…

Polska w ruinie.

Totalnej. Drogi – pożal się Boże. Rolnictwo – upadło. Budownictwo – lepiej nie mówić. Swoją drogą, zobaczymy, jak długo można stawiać panią premier w krzakach i wmawiać, że jest strasznie.

Ale to pan osiem lat temu mówił nam, że Polska z lotu ptaka…

…wygląda, jakby wrzucić gówno w wentylator. Pamiętam. Zmieniłem zdanie. Dziś jestem bardzo podekscytowany Polską, również z lotu ptaka. Przez te 8 lat dokonaliśmy wspaniałych rzeczy. Mamy wreszcie europejski kraj. Ostatnio często się spotykam z polskimi rolnikami. Niektórzy mają po kilkanaście tysięcy hektarów ziemi. Kiedy widzi się kwitnący rzepak po horyzont, to naprawdę budujące.

A nie uważa pan, że wraz ze zmianą otoczenia zmieniamy się i my?

Oczywiście, mam nawet wrażenie, że zmieniamy się na wyścigi, chcąc dogonić Zachód. W tej gonitwie znika z nas poetycka niefrasobliwość i polskie poczucie humoru, którego nigdy nie mogłem do końca przetłumaczyć kolegom z Zachodu. Kiedyś, podczas kolacji z dyrektorami teatru Thalia z Hamburga, opowiedziałem żarcik o tym, jak w latach 60. w komunie, kiedy wszyscy musieli
mieć pracę, jeździły patrole milicyjne i zgarniały pijaczków spod budek z piwem. Tak więc podchodzi milicjant do takiej budki i pyta petenta, pijącego piwko: „Dlaczego pan nie w pracy?”. „Bo dla mnie nie ma pracy”. „Jak to nie ma? A kim pan jest z zawodu?”. „Torreadorem” (ogólny wybuch śmiechu). Patrzę na tych Niemców, a oni ze śmiertelną powagą wciąż czekają na puentę. (…)

To tak jak z pana widzami. Cały czas nie mogą zaakceptować, że pan nie gra. O froncie nie wspominając.

To miło, że o mnie pamiętają, ale ten etap życia mam już za sobą. Dlatego tak dobrze czuję się, kiedy podróżuję po Europie i przebywam z ludźmi, którzy nie znali Kondrata aktora. Jestem wtedy wolnym, normalnym człowiekiem, interesującym się tylko winem.

Widział pan swój ostatni film Der Grosse Kater? Obstawiamy, że nie.

I słusznie. A zagrałem chyba najpiękniejszą rolę w życiu – króla Hiszpanii. Jechałem Maybachem, leciałem helikopterem, którym lądowałem w górach na 3 tysiącach metrów, gdzie miałem spotkanie z byłym prezydentem Szwajcarii. Oczywiście jako król Carlos. Kostium przepiękny, a warunki pracy w Interlaken wspaniałe. Miałem niedużo do mówienia i świetnego partnera – wspaniałego niemieckiego aktora Bruno Ganza, który grał Katera. Żyć nie umierać.

Dlaczego wziął pan tę rolę?

Bo przyjaźnię się z reżyserem Wolfgangiem Panzerem, z którym wcześniej zrobiłem dwa inne filmy. Kiedy Wolfi zadzwonił, to po przyjacielsku się zgodziłem. Wiedziałem też, że nie będę się musiał z tego tłumaczyć, bo nikt tego filmu u nas i tak nie zobaczy. To szwajcarskie kino na miejscowy i niemiecki rynek. Film powstał na podstawie książki syna Hansa Hürlimanna, byłego prezydenta Szwajcarii. Hürlimann, zwany „Kotem”, był kimś w rodzaju Dyzmy. Szalenie ciekawa postać.

Na Katerze pan skończy?

Tak myślę. W ogóle nie ciągnie mnie przed kamerę. Prędzej na scenę. Kiedyś w trakcie podróży do Nowej Zelandii zadzwonił do mnie Krzysztof Warlikowski i zaproponował rolę w przedstawieniu, które było ciekawą kompilacją kilku sztuk szekspirowskich i powieści Coetzeego Lato (chodzi o Opowieści afrykańskie według Szekspira – przyp. red.). Po moim powrocie spotkaliśmy się dwa razy. Krzysztof opowiedział mi, jak to sobie wyobraża, czym sprawił mi wielką frajdę. Po drugim spotkaniu powiedziałem mu, że całą przygodę intelektualną, dzięki tym rozmowom, mam już za sobą.

Czyli praktyka już nie, ale sama teoria wciąż pana kręci…

Przecież ona jest najciekawsza! Kiedy ktoś mówi, że ma scenariusz, ja automatycznie pytam: „A jaki?”. „Proszę pana, jest pan profilerem, zwłoki leżą na dywanie. Zapach kłuje w płuca. Jest upalny lipiec. Co prawda będziemy kręcić w listopadzie, bo nie mamy…”. Całą resztę już znam. Jest minus osiem, a ja w koszulce z krótkim rękawkiem udaję środek lata. W ustach trzymam kostkę lodu, żeby
potem nie leciała mi para z ust. Dziękuję pięknie, ale nie.

Aktorstwo w pana przypadku jednak nie poszło całkiem w odstawkę.

Uprawiam je w wydaniu bardzo skromnym, intymnym i właściwie tylko dla własnej przyjemności. W Krakowie zająłem się czytaniem poezji, na przykład sonetów Szekspira w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, a także wierszy samego Staszka. W radiowej Dwójce cały czas można usłyszeć, jak czytam Mistrza i Małgorzatę. To bardzo kameralne zajęcia o bezpiecznym i miłym zasięgu.

Krótko mówiąc, miarkuje pan sobie swój zawód.

Zajmuję się tym, na co nigdy nie miałem czasu.

Jak wiele osób z branży filmowej przechodzi do winiarskiej?

Nie obserwuję jakiegoś spektakularnego exodusu. Dlaczego panowie pytają?

Ma pan w swoim sklepie wina Michaela Seresina, świetnego operatora filmowego (etatowy współpracownik Alana Parkera – przyp. red.).

Byłem u niego w winnicy w Nowej Zelandii. Coś niesamowitego. W pełni ekologiczna i biodynamiczna. Opryski ziołowe, a nie siarczanowe. Między rzędami winorośli biegają kury i świnie taplają się w błocie, pasą się owce. Michael ma kapitalną załogę ludzi z całego świata. Niesłychanie międzynarodowe towarzystwo, które żyje trochę jak w komunie. Jakiś Hindus robi opryski, dziewczyna z Berlina bada glebę, a bryczką powozi Finka.

Wszystko pięknie, ale Seresin nie zerwał z profesją. Dalej kręci.

Jak byłem u niego, to z żalem pisał: „Pijcie, ile chcecie, radujcie się; ja niestety nie mogę być z wami, bo muszę robić jakiś durny film” (nie podejrzewam, żeby producent filmu, przy którym Michael był zaangażowany, czytał ten wywiad, ale jednak nie wypada wskazywać konkretnych tytułów – zwłaszcza że nie wiem, czy to ten akurat).

A czy wie pan, kto powiedział: „To idiotyzm zmieniać jedną żonę na drugą jak samochody”?

Wiem. Zmieniłem zdanie.

Na skróty:

MIĘDZY BRZEGAMI:
Przez całe życie używałem słów do określania stanów ducha i emocji i dlatego dziś najbardziej gustuję w sytuacjach, które objawiają się bez słów. Każdy pies ma to siłą rzeczy. Można go doskonale zrozumieć, ale i on też rozumie. Bez słów. Ma też inną wspaniałą cechę – nie krytykuje nikogo za postępki. Przyjmuje wszystko i wszystkich w całości. To ideał kooperacji, nic tylko się uczyć.

DOM WARIATÓW:
Kiedyś byłem świadkiem, jak jakaś pani pod Teatrem Słowackiego wygrażała parasolką  Andrzejowi Grabowskiemu. Chodziło o to, że nie wolno mu grać Kiepskiego.

OBYWATEL ŚWIATA:
Jestem łatwo adaptowalny. Gdzie jestem, tam się dobrze czuję.

STRASZNY SEN DZIDZIUSIA GÓRKIEWICZA, CZYLI HUGH HEFNER KOŃCZY Z  ROZBIERANYMI SESJAMI:
Starcy potrafią być złośliwi. Cały świat potem przez nich cierpi. A wszystko dlatego, że na starość człowiek niedowidzi (śmiech).