Press enter to see results or esc to cancel.

Lao Che

PLAYBOY nr 3, 2009 rok

TEKST: Rafał Księżyk

fot. Kasia Krawczyk


Po sukcesie Gospel zapowiedzieliście, że nadchodzi moment, kiedy wreszcie uda się wam żyć z grania. Udało się?

Spięty: Od września utrzymujemy się z grania. Przestaliśmy być trochę kuriozalnym bandem, który wydał trzy płyty, a muzycy ciągle jeszcze pracują i grają weekendowo.

I to pracują w dość nietypowych dla muzyków zawodach…

Spięty: Nauczyciel, kierowca, elektryk, stolarz informatyk, menedżer, realizator dźwięku i uczeń.

Co to za nowa profesja stolarz informatyk?

Spięty: Trocki, nasz perkusjonalista z wykształcenia jest informatykiem, ale pracuje w rodzinnej firmie stolarskiej. Ja jestem z wykształcenia ekonomistą, a pracowałem jako kierowca ciężarówki. Wcześniej, przez półtora roku sprzedawałem nieruchomości.

Denat: (śmiech) Gdzie pisał teksty na pierwszą płytę Lao Che. Podczas tej pracy nawiedzały go postacie z Guseł. Wtedy były mecze EURO 2000. Właściciel zamykał interes, dzieliliśmy się na podgrupy i siadaliśmy grać mecze na komputerze. A w międzyczasie Spięty sprzedawał mieszkania i pisał teksty.

Spięty: Anturaż był fajny. Biuro obskurne, ale dość blisko Starego Miasta, widok mieliśmy na katedrę.

A ty jako kierowca jeździłeś TIR-em?

Spięty: Nie. Ciężarówkami do 15 ton. Mniejsze auto. Skrzyniowe. Uprawnienia mam też na te największe pojazdy. Na początku jeździłem do Hamburga i do Wiednia. 2–3 razy w tygodniu, zdarzało się. A potem jeździłem już tylko po kraju.

Denat: Czasami koledzy z nim jeździli. (Śmiech). Zabierał nas w trasę.

Spięty: Jadę do Obornik Wielkopolskich. Do cynkowni. Jedziesz ze mną?

Denat: No jasne!

Spięty: Nocą jedziemy i gadamy.

Denat: Kiedyś wykładowca uparł się, że mu nie zaliczy, jak Spięty nie powie, po ile tirówki chodzą.

Takie trasy wymagają zimnej krwi czy to praca jak każda inna?

Spięty: Jest duża odpowiedzialność. Ja najwięcej woziłem elektroniki. Drogie towary. A to była druga połowa lat 90., istniało ryzyko napadu.

Zdarzały się napady na ciężarówki?

Spięty: Nagminnie. Czasy były plugawe. Mnie się to nie zdarzyło, ale pamiętam jak jeździliśmy w konwojach. Bo jeśli miałeś na takiej małej ciężaróweczce towaru za 300 tysięcy euro, pokusa była spora. Było środowisko kierowców…

Denat: Czarne kowboje normalnie!

Spięty: Trochę się z tymi kierowcami spotykaliśmy, przy załadunku. Patrzę, stoi jeden, który ma szklane oko. A dlaczego ma szklane oko? No bo napad był i stuknęli go w głowę.

Wasz duet to siła napędowa zespołów Koli i Lao Che. Od dawna się znacie? Z podwórka? Ze szkoły?

Spięty: Z metalu.

Denat: Z płockiej sceny metalowej. To była połowa lat 90. Ja miałem 26 lat, Spięty 23. Tak mniej więcej.

Graliście radykalny death metal. Co was w tej muzyce pociągało?

Spięty: Brutalność. Gniew zamknięty w samym dźwięku. Słów nie rozumiałem. Słowa nie były ważne.

Denat: Chodziło o brzmienie. Człowiek je odczuwał.

Spięty: W latach 90. to była silna podziemna scena, która przejęła schedę po punk rocku. Grało się death, black, thrash albo gotyk. Fajnie te nurty się przenikały.

Denat: Ja wysyłałem muzykę na cały świat, przez trzy lata spokojnie, w skrzynce codziennie miałem po 5, 6, do 10 listów z kraju i z zagranicy. Kasety mi przysyłali. Ta działalność była dobrze zorganizowana. W Lao Che to przejęliśmy. Takie konkretne działanie.

Byliście pod wrażeniem satanistycznego klimatu metalowego podziemia?

Denat: Taaa, ale z tego się wyrasta. Jak już wyrośliśmy, przyszły czasy Koli i to się zbiegło ładnie z tym momentem, kiedy zacząłem grać razem ze Spiętym.

Zespół to dla was spełnienie dziecięcych marzeń? O płycie Szemrany wspominacie, że narodziła się ze szkolnych żartów.

Spięty: Od początku byliśmy tacy. Może nie infantylni, ale dorosłe dzieci. Ja i Denat gadaliśmy tym samym językiem. W końcu musieliśmy się spotkać, bo grać zaczęliśmy w 16. roku życia.

Denat: Dobrze się razem czuliśmy. Traktowaliśmy się wzajemnie z tajną kurtuazją. Takie śmichy-chichy.

Jako chłopaki z wyobraźnią mieliście w szkole awanturniczy okres?

Spięty: W szkole to ja nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić i miałem postawę konformistyczną. To był chyba bardziej narkotyczny stan niż później, jak w Koli paliliśmy gandzię. Niemile to wspominam. Widać musiałem czuć się niedowartościowany, a jak zacząłem dłubać razem z Denatem, pojawiła się jakaś wartość. Kwestia przyjaźni, twórczości, wspólnych rozmyślań.

Denat: Jak się spotkaliśmy to wzajemnie pobudzaliśmy naszą wyobraźnię.

Spięty: Przeżycia mieliśmy takie jak każdy, tylko na nas, na Denacie i na mnie, to akurat odcisnęło silne piętno. Nie wiadomo dlaczego. To tak jak z przygotowaniem Guseł. Jest w szkole romantyzm, każdy to przeżywa. Wydawało mi się, że nie zostawiło to we mnie śladu. Z polskiego byłem zawsze na cztery mniej. A jak wyobraziłem sobie ten świat z myślą o płycie, od razu przypomniał mi się tamten język. Pojawiły się i obrazy, i wyrazy.

Denat: Zaczęło się od tego, że siedzieliśmy u mnie w pokoju i grzebaliśmy po analogach. „Coś polskiego! Coś polskiego!” Wyciągnąłem Kapelę Czerniakowską. „O! To jest coś polskiego”. Ale lepsza okazała się Orkiestra z Chmielnej. „Bardziej punkowa! Roots”. W tym się zasłuchiwaliśmy. I na tym Koli wyrosło.

Spięty: U Denata była mekka. On miał masę analogów. Przecież ja bym w życiu nie sięgnął po Kapelę Czerniakowską. Ale Denat zbierał płyty i u niego była atmosfera do słuchania. Słuchamy tej Orkiestry i mówimy: „Kurwa, gdyby tutaj beat dodać”. I ten świat ożył.

Dziwne, że z metalu skoczyłeś w hip-hop. Bo zanim spotkaliście się w Koli, miałeś rapową formacją Kanabiplanto.

Denat: Kwestia techniczna. Co mogłem zrobić będąc średniawym perkusistą metalowej kapeli. A jeszcze miałem fazę, że cały czas Cypress Hill słuchałem. Non stop. Kasetę miałem zjechaną. I pierwsze nieudolne próby klecenia na komputerze beatów. To było wygodne. Mogłem się wyrazić. A z drugiej strony byłem oderwany od całej tej sceny hiphopowej, korzystałem tylko ze stylistyki. W Kanabiplanto więcej było ekscytacji muzyką niż świadomego komponowania. A zawsze chciało się coś robić, czy w domu, czy na próbie. Tak czy owak dźwięk. Ale dopiero w Koli, Lao Che można było tę świadomość rozwinąć, wcześniej kryterium oryginalności nie istniało. Można było robić totalne plagiaty, byle coś robić.

Wydawca Koli Warner Music próbował was promować na fali mody na hip-hop, co było dość niefortunnym pomysłem.

Denat: Dużo śmiechu z tego mieliśmy. Do tej pory mamy.

Spięty: Scena nas wyklęła po paru wyjazdach na hiphopowe festiwale. W Szczecinie była hala na dwa tysiące luda wypełniona. Jakaś lokomotywownia.

Denat: No, dobra organizacja była. A Spięty wychodzi na scenę w koszulce Slayera.

Spięty: Denat miał Hazaela. Darliśy japy jak metalowcy. Hiphopowcy pukali się w głowę.

Zdarzały się na koncertach zaczepki ze strony rozczarowanych hiphopowców?

Spięty: Nie. Myśmy wzbudzali rodzaj niepokoju. Nigdy nie byliśmy trzeźwi na scenie. I jechaliśmy po bandzie.

Alkohol?

Spięty: Nie. Gandzia.

Denat: Po bandzie nie w tym sensie, że zaczęliśmy się zataczać. Śmichy-chichy. Polewa ze wszystkiego.

Spięty: Nie wiadomo było, czego się spodziewać. Tak, że nikt nas ze sceny nie zepchnął. Ale dlatego też nie mogliśmy tego dłużej ciągnąć, bo koncerty zawsze były na bani.

Denat: Zrobiliśmy jeszcze drugi materiał Koli, który się nie ukazał.

To miała być historia futurystyczna, o Polakach w kosmosie.

Spięty: To już nie była Polska. To się miało nazywać Astro Kapsko. Historia była ułożona, ale zamiast drugiej płyty Koli zrobiliśmy drugą płytę Lao Che.

Denat: Państwo jest rządzone przez Dyrektoriat. Dyrektoriat trzyma wszystkich za mordę. Jest mrok. I na Siczy Zaporoskiej rodzi się bunt. Płyta opisuje jego wybuch. Rebelianci porywają kontenerowiec, który się nazywał Żyrardów.

Kosmiczny kontenerowiec?

Denat: Tak. Ale pomysł bazował na pomyśle galery. Galernicy w kontenerowcu w kosmosie. Wieża miał sample z odgłosem biczów.

Zanim powstało Lao Che był jeszcze Himilsbach – solowy projekt Denata.

Denat: Jak Hazael się rozpadł. Inspiracje ambientowe. Jeszcze nieudolne. Kleciłem sobie muzykę na pececie. Potem wydałem na płycie w ilości 500 sztuk. Do tej pory kolekcjonersko ludzie to wymieniają. To był nielegal z masą sampli: Burzum, Enya, liturgiczna muzyka z Bałkanów, swoje dźwięki dołączałem.

Zapowiadałeś też materiał o losach ORP „Orzeł”.

Denat: Zrobiłem to. Ale dużo wykorzystałem sampli rosyjskich, tak że końcu to nie mógł być ORP „Orzeł”. Po prostu historia łodzi podwodnej w czasach II wojny światowej. Gadki się pojawiają, ruskie zaśpiewy i nieśmiertelny Sikorski, z płyty z przemówieniami samplowany, który potem poszedł na Powstanie Warszawskie. Mam ten materiał na półce.

Spięty: No właśnie. Ty to Okręt nazwałeś. Tam był Sikorski i to był zaczątek tych klimatów, które pojawiły się na Powstaniu. Tam Denat puszcza archiwalne komunikaty, rozkazy.

Po tych wariackich koncertach Koli, po wydaniu Powstania publiczność Lao Che podniosła średnią wieku waszych fanów. Ponoć przychodzili was oglądać kombatanci z 1944 roku?

Spięty: Sporadycznie. Przy okazji koncertów w Muzeum Powstania Warszawskiego, owszem, był taki epizod.
Na koncertach Lao Che fajne jest to, że przychodzą ludzie koło pięćdziesiątki.

Bodaj najgłośniejszy utwór z Guseł nazywa się Jestem Słowianinem. Ale już na Gospel słowo „słowiański sznyt” jest wypowiadane z ironią.

Spięty: To nasz akustyk, czasami jak popił, mówił: „Wy to macie panowie taki słowiański sznyt”. Śmialiśmy się z siebie, bo nas to już w mediach przedstawiano innymi słowy, ale w ten właśnie sposób. My jesteśmy częścią polskiej kultury. Słowiańskość tak czy siak z nas wychodzi.

Wychodzi z was też romantyzm.

Spięty: Nie wiem, czy to wynika ogólnie z naszej kultury, w której ten romantyzm podkreśla się w szkolnych czasach, na polskim i historii. Czy po prostu my tacy jesteśmy. Trudno powiedzieć.

Denat: Taka dusza. Słowiańska.

A ten romantyzm w życiu pomaga czy szkodzi? Opinie są skrajne, jaka jest wasza?

Spięty: Wszystko jest dobre na zasadzie złotego środka. Trzeba wyważyć. Jak zaczniesz tym sobie gębę wycierać i będziesz eksponował jako walor, to w końcu obróci się przeciwko tobie.

Mówicie o Lao Che, że przed nagraniem każdej płyty zespół rozpada się i powstaje na nowo. Wiecie już, jaki będzie kolejny album Lao Che?

Spięty: Ta idea jest stała. Jest konsekwencją tego, że człowiek dojrzewa, rozwija się. Jeszcze nie wiemy, jakie narzędzia będą potrzebne przy nowej płycie Lao Che. Nie będzie tak rubasznych dźwięków jak na Gospel. Teraz będziemy chcieli wciągnąć słuchacza w trans. Może sięgniemy po elektronikę. Planu-jemy zaangażować Emade jako producenta. Teksty napiszę, gdy już będzie koncepcja brzmienia. Tylko w przypadku Powstania od początku wiadomo było, o czym są teksty.

Czy jako Lao Che nagracie kiedyś płytę, gdzie więcej będzie o relacjach damsko-męskich?

Spięty: Nie wiem. Jako tekściarz nie czuję się na siłach, aby te tematy poruszać. W relacjach damsko-męskich miałem raczej problem z wyrażaniem uczuć.

Zapowiadasz za to materiał solowy, który ma być nowym spojrzeniem na szanty. A Denat powraca do Himilsbacha.

Spięty: Ja żegluję i zetknąłem się z kulturą szant, podoba mi się ich korzenność. A ponieważ w naszym kraju uprawia się ten gatunek w sposób gówniany trochę, te moje piosenki będą raczej surrealistyczne. Treści będą współczesne, a motyw żeglarski będzie się przewijał w tytule czy jednym wersie. Mam np. taki tekst zainspirowany koncertem na Mazurach, gdzie zespół zapowiadał następny numer: Opuszczone porty!. Chodziło o to, że wypływają w morze. A ja to sparafrazowałem i mam historię gościa, który przypływa do portu i chce coś wygrzmocić, bo długo pływał. To nie będzie muzyka typowa dla szant. Chciałbym grać koncerty solo.

Denat: Robię materiał o zamachu na Kutscherę. Nie będę tego wydawał, bo to raczej zabawowe przedsięwzięcie. Wrzucę w sieć. To historia zamachu, opowiedziana krok po kroku. Kolega z zespołu udzieli głosu narratora. Taka opowieść. Jak u Wołoszańskiego. Do tego dźwięki ambientowe. Dużo pozgrywałem z filmów ulicznych odgłosów, dorożki, strzały. Są Polskie drogi, przemówienia Sikorskiego. A trzon muzyki stanowią loopy zgrane z analogów. Polscy klasycy lat 70., Breakout, SBB.

Wiele waszych opowieści wynika z wydarzeń historycznych albo z młodzieńczych fascynacji. Życie tu i teraz mniej inspiruje?

Spięty: Też, ale rzeczywistość jest najtrudniejsza. Teksty na Gospel najtrudniej mi się pisało, kiedy się już nie mogłem ukryć za historią.

A jak wygląda rzeczywistość życia Lao Che? Siedmiu chłopa w trasie to brzmi groźnie.

Spięty: Plus akustyk, kierowca i menedżer, od lat ci sami. Tworzy się paka. Rozmawiamy własnym językiem. Jak ktoś nowy przebywa z nami, na początku nie rozumie o co chodzi. Nam się dobrze gra. Wszystko się harmonijnie rozwija. Nie jesteśmy rockandrollowym bandem, który chce wyrywać dziewczyny i się zatracić raz dwa.

To powiedzcie chociaż czy coś was ostatnio wyprowadziło na trasie z tej błogiej harmonii?

Spięty: Na koncercie w Toruniu trochę popiliśmy i nasz klawiszowiec zaczął gadać z wokalistą Raz, Dwa, Trzy. Myślał, że to Świetlicki. A my wiemy, że Świetlicki i Tymon Tymański nas nie lubią, uważają, że „śmierdzimy endecją” – jak to my sami z siebie się śmiejemy. W pewnym momencie tej rozmowy pada pytanie: „Marcin! Dlaczego ty nas tak nie lubisz?” „Nie. Ja was lubię, ja was szanuję”. Widziałem koniec tej rozmowy, Wieża wychodzi z garderoby, a Adam Nowak pyta: „Ale dlaczego on do mnie mówi Marcin?”.