Press enter to see results or esc to cancel.

Kuba Wojewódzki

PLAYBOY nr 11, 2006

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak


(Może trudno w to uwierzyć, ale rozmowa na żywo była jeszcze ostrzejsza niż spisany wywiad. Podczas autoryzacji Kuba pozwolił sobie wyciąć kilka swoich złotych myśli i oszczędzić kilka osób. Trzeba mu jednak oddać, że w zamian dopisał mniej więcej równą liczbę złośliwych komentarzy pod adresem innych. W sumie wyszło więc na remis)

Jakie miałeś kompleksy w dzieciństwie?

Kurwa, jesteście z „Cosmopolitana”? Panowie, naprawdę chcecie się bawić w takie rzeczy?

Jak najbardziej.

Spotykacie się z facetem, który cały swój bezczelny wizerunek buduje na świetnym narcystycznym samopoczuciu. I wy chcecie teraz naciągnąć mnie na rozmowę o kompleksach? Mogę wam tylko powiedzieć, że jak byłem w pierwszej klasie podstawówki, to tak się bałem podnieść rękę i poprosić o szansę skorzystania z toalety, że mocz oddałem pod siebie. Od razu zaznaczam, że jeszcze wtedy nie miałem problemów z prostatą. Ale o czym my w ogóle mówimy? To może być fatalna rozmowa, panowie. Bo ja jestem kolekcjonerem wyzwań, rzeczy, które się wydarzą i nie przywiązuję wagi do spraw, które minęły. Mam słabą pamięć. Pamiętam tylko, że jak babcia zapytała mnie, kim chciałbym być, odparowałem, że hitlerowcem. To wyznanie było dla niej gorsze niż okupacja. Stąd dziś mój sentyment do Tuska. Przez tego dziadka.

A my słyszeliśmy, że byłeś nieśmiałym i wrażliwym chłopcem.

Można tak powiedzieć. Ale jak trochę podrosłem, to problemy wcale się nie skończyły. Nosiłem długie loki i mężczyźni prosili mnie do tańca. A było to przed homopanowaniem Wojtka Wierzejskiego i przyjazdem Eltona Johna. Faceci brali mnie za polską reinkarnację słynnej kościstej modelki Twiggy – zero biustu, ale za to fajna buźka. Pytali: „Zatańczysz ze mną?”. A ja wtedy odpowiadałem głosem Ryszarda Rynkowskiego: „Spieprzaj dziadu!”. Ale dajmy spokój z tymi kompleksami. Wychowałem się w normalnym mieszczańskim domu, w często wietrzonym pokoju, na ścianach u ojca wisiały kalendarze z gołymi dziewczynami, mieliśmy ładę, a wcześniej trabanta, ale o tym epizodzie wołałbym nie wspominać. Nikt mnie nie molestował ani psychicznie, ani fizycznie. Nie podglądano mnie podczas kąpieli.

Pamiętasz moment przełamania? Zamiany cherubinka w oprawcę?

Nie wiem, kiedy stałem się tupeciarzem. Rozwijałem się jak każdy młody chłopiec: najpierw podglądałem panienki, potem chciałem, żeby to one podglądały mnie. Dlaczego chciałem zostać perkusistą? Żeby być hałaśliwym gnojkiem, zwracającym na siebie uwagę. To samo z dziennikarstwem. W tym zawodzie zdarzają się przecież Moniki Olejnik, czyli dziennikarze ważniejsi od rozmówców.

Powiedz, a nadal kręcą cię odrąbane ludzkie głowy, nogi, ręce, tego typu makabreski?

Skąd wy to wiecie?! Mówiłem gdzieś o tym? Mój tata był prawnikiem i w domu trzymał najróżniejsze książki o zwłokach. Między innymi tom, który się nazywał bodajże Medycyna sądowa. I jak masz 8 lat i podczas nieobecności rodziców wyciągasz razem ze starszym bratem taką księgę, to nawet czytanie Harry’ego Pottera, potajemnej księgi scjentologów, nie daje ci takiego kopa. To było z pewnością lepsze niż pierwszy joint, który oczywiście jest jeszcze przede mną. Przecież ja pamiętam faceta, który dwa tygodnie leżał na dnie Wisły. Jak on pięknie wyglądał! Wojciech Mann przy nim to mister anoreksji. Po tamtej lekturze dotarło do mnie, że świat wcale nie jest oczywisty. Po czymś takim powieści grozy Edgara Alana Poe czytałem jak Akademię Pana Kleksa. Pikuś. Oriana Fallaci też w młodości miała takie loty. Lubiła wędrować do kostnicy i zastanawiać się, jaką historią są te przykryte prześcieradłem zwłoki. Było nas kilku barwnych na tym świecie.

Ściągasz sobie z internetu filmiki przypadkowych drastycznych śmierci?

Drastyczne śmierci, drastyczny seks. Jak leci. Wyluzujcie chłopaki. Chodzi o dziecięcą ciekawość, przekraczanie tabu. Widzieliście kiedyś gościa, którego jebnął w przysadkę rosyjski samolot? To człowieka w jakiś tam sposób kształtuje. To znaczy nie jego ten samolot, tylko te foty mnie. Być może studiowanie obrazków z Medycyny sądowej wpłynęło na moje poszukiwanie doznań ekstremalnych. Do dziś nikt mi nie chce uwierzyć, że marzę o momencie, kiedy wzywa mnie prezes i wywala na pysk. Mówi: „Wojewódzki, kurwa, wypierdalaj z mojej telewizji, to co zrobiłeś było absolutnie skrajne”. Jak ja bym się wtedy dobrze poczuł. Skrajnie spełniony. Jak ten po tym kontakcie ze śmigłem. Chciałbym być przechowywany w pamięci ludzkiej jak ten koleś z wiersza Wojaczka: „Przechowywany na użytek dydaktyczny, czyli dobrze znany mi skurwysyn…”

Raz już się tak poczułeś…

Kiedy mnie wywalili z Trójki?! Przecież to nie za to, co uczyniłem, ale za to że paru zazdrosnym kolesiom w chorych głowach uroiła się potrzeba inkwizycji. Ta Trójka jest moją największą życiową traumą. To był klasyczny sąd kapturowy. Medialnie mógłbym się dzisiaj na nich odegrać. Ale nie jestem ani tak pamiętliwy, ani tak gadatliwy. Nie macie pojęcia, jaki ze mnie pogodny człowiek. Nie w głowie mi twardy fajting, jak to ostatnio napisali o Jarku (…Kaczyńskim – przyp. red.).

W Trójce zarzucili ci korupcję, a dokładnie branie pieniędzy od zespołów za puszczanie ich muzyki na antenie. Poważna sprawa.

To były oszczercze, stalinowskie zarzuty. Trójka zgwałciła mój idealizm. Idealizm człowieka, który żył z pasji. Czuję się skrzywdzony do dzisiaj, jak chórzysta z Poznania. Jeżeli ktoś cię wywala ze świątyni radiowej na podstawie zarzutów, które nigdy nie zostały udowodnione, to czujesz, że ktoś cię wydymał. Poza tym jak sobie wyobrażam kolesiów z Dezertera, jak mi wręczają łapówkę za puszczanie numeru Spytaj milicjanta, to pachnie mi to myśleniem z dala od jakiegokolwiek mózgu. Terrorem nierozumu.

Podobno są świadkowie…

Ja byłem świadkiem, jak Robert Kennedy puknął Marilyn Monroe w garderobie Trubadurów. Powiedziałem sobie, że moja noga nigdy w Trójce nie postanie i słowa dotrzymam, mimo że popieram Krzysztofa Skowrońskiego, który stara się przywrócić tej rozgłośni dawny inteligencki blask. Miałem zaszczyt pracować z Kaczkowskim, Mannem i Niedźwieckim. Czułem się spełniony, mając 20 lat. Zawsze to bilansuję, przez co nie staję się charakterologicznym talibem. To tak jakbyś za życia zakumplował się ze Świętą Trójcą.

Taki jesteś ostry i mocny w gębie, a lubisz czasem się sprawdzić?

Panowie, czy ja wyglądam na gościa, który może dać w ryja? Przecież ja jestem chodzącym festiwalem miernoty i symbolem fizycznej przeciętności.

Tacy jak ty, często bywają zadziorni.

Kozakiem jestem, przyznaję. Jak kiedyś moją narzeczoną Anię (dziś już byłą narzeczoną – przyp. red.) zaatakował paparazzi, to rzuciłem się na gościa, a ten pewnie zobaczył w moich oczach to, co na co dzień widzą ludzie w oczach Romana Giertycha, bo spierdolił do samochodu. Zapachniało Tomkiem Adamkiem, łamanymi nosami i metrami kwadratowymi opuchlizny. Nawet nie byłem świadom, że można pourywać wszystkie te odstające części z automobilu: lusterka, migacze, klamki, wlew paliwowy. Jakby się nie schował, tobym go zmasakrował lokując mu jego własne teleobiektywy tam, gdzie na co dzień ich się nie nosi.

I tabloidy o tym nie napisały?

„Fakt” się próbował doczepić, ale mieli świadomość, że facet nas fizycznie napadł. Odepchnął moją narzeczoną, kiedy wychodziliśmy z zamkniętej imprezy. Mieliśmy świadków tej germańskiej zbrodni. W ogóle często nam się zdarzają dość przykre sytuacje z dziennikarzami brukowców, bo to są zasadniczo ludzie bez manier. Przykre jest to, że kronikarzami współczesności są tacy gnoje. Ale dziś rządzi tłum, a tłum chce igrzysk.

Ale chyba nie narzekasz? Sam przekonywałeś kiedyś Dodę, że tabloidy działają na jej korzyść.

Ja się nie martwię. Oni mi robią dobry marketing u widza ceniącego sobie nienawiść. Tak naprawdę są durną bezpłatną agencją reklamową, która, próbując mi się dobrać do dupy, nakręca spiralę oglądalności mojego show. Są przydatni jak insekty zjadające odchody innych insektów.

Twoi krewni ze Stanów mówią, że jesteś taki sam „madafaka” jak 50 Cent.

Oni uważają, że jestem raczej jak David Beckham albo nawet księżna Diana przed zejściem nagłym i nieoczekiwanym, choć szybkim. A ja jako człowiek skromny nie wyprowadzam ich z błędu. Niech mają powód do dumy. Zapierdalają przy azbeście, ale przynajmniej znają kogoś, kto jest Elvisem Presleyem ich dalekiego słowiańskiego kraju. Nie zabieram im tego. Chociaż wiadomo, że w naszym kraju bycie gwiazdą to jest największa buraczana poruta.

Właśnie, opowiedz coś o tym.

Ja? Ja nie jestem gwiazdą. Idźcie do Anny Samusionek albo Marcina Prokopa, albo Joanny Brodzik. Oni chętnie opowiadają, jakimi są wypasionymi gwiazdami na tym paździerzastym swojskim niebie.

A jakie są kryteria definiujące polską gwiazdę?

No właśnie, jakie? Czytam relację z festiwalu w Gdyni: „Przyjechała gwiazda Weronika Rosati…”. I ja popadam w dwudziestominutową zadumę, próbując sobie przypomnieć chociaż pięć filmów, w których zagrała Weronika Rosati. Nie udaje mi się. Czytam dalej: „Aleksandra Nieśpielak, gwiazda polskiego kina”. I staram się sobie przypomnieć, czy ja ją widziałem na pokazie bidetów sufitowych czy w reklamie środka na gazy.

Ale o tobie piszą to samo: „Gwiazda Kuba Wojewódzki”.

Ale jest różnica. Bo jak ktoś słyszy: Kuba Wojewódzki, to mówi: „A to jest ten dziwny idiota z TVN-u”. Albo: „To jest ten fajny chłopak, co od pięciu lat co tydzień robi świetny program za takie marne pieniądze”. Jest punkt odniesienia: fajny – niefajny. Są emocje. A polskie pojęcie gwiazdy to Anna Samusionek, bo ją najpierw bije mąż wyrywając moskitierę z okna, którą ona następnie opyla na Allegro, potem ona handluje dzieckiem w tabloidach, a na koniec robi sobie cycki z azbestu i to wystarcza na kolejne dwa tygodnie melodramatu.

Jest jakaś granica dla działalności tabloidów, po której przekroczeniu poszedłbyś z nimi na wojnę?

Jakby się dobrali do mojej najbliższej rodziny, do mamusi, brata. Prawdopodobnie nie założyłbym sprawy w sądzie, tylko poszedłbym na bezpośrednie zwarcie. Znalazłbym wystarczająco wielu sprzymierzeńców wśród tych, którzy pracowali w „Fakcie” i zostali wyżęci i wydymani przez tę machinę do zdobywania tak zwanego brunatnego kontentu. Ci ludzie sami do mnie dzwonili i mówili ciekawe rzeczy o Grześku Jankowskim (redaktor naczelny „Faktu”– przyp. red.). Gdybym chciał, to mój prywatny Ku-Klux-Klan zrobiłby z nim to samo, co on robi mnie i mojej narzeczonej. Ale ja jestem miłościwy szczególnie dla moralnie niepełnosprawnych.

I nie przyjdziesz pod drzwi Jankowskiego z bullterrierem?

O, widzę, że znacie tę historię, kiedy pod drzwiami Michała Figurskiego stanęły sine karczycha z Młodzieży Wszechpolskiej od Romana z pieskiem pokrytym pianą na smyczy. Połomotali kolbami we framugę i poszli. Przezornie ich nie wpuścił w obawie, że mu wypatroszą lodówkę, a następnie małżonkę. Do mnie jeszcze nie przyszli. Na szczęście mam dobrze strzeżoną kamienicę, a niedługo wyprowadzam się do jeszcze lepiej strzeżonej. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, szczególnie przed katolikami.

Wydaje się, że jesteś normalnym facetem, ale jak tylko zwąchasz publiczność, od razu zmieniasz się w klowna.

Może mam coś takiego jak Szyc. Borys powiedział mi kiedyś, że wystarczy o jedną osobę za dużo w towarzystwie, czyli dwoje ludzi naprzeciw niego, i od razu zaczyna grać. Nosi go i zaczyna występować. Mam to samo. Kiedyś na akademii recytowałem wiersz o Gagarinie i się popłakałem ze wzruszenia. Tak się sobie podobałem. Jestem kabotynem, który daleko posuniętą ironią zwalcza swoje kompleksy i znieczula się na niedogodności losu. Wy mi powiedzcie, czy jestem Piotrusiem Panem, czy pierdolniętym wiecznym chłopcem. Mnie tego typu analizy nie interesują. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w telewizji wkłada się kostium jak do „Tańca z gwiazdami” i podobnych perwersyjnych widowisk.

Szyty na miarę lub nie.

Właśnie! Ja telewizję traktuję z brawurą i przesadą, bo wokół jest tak wielki skomasowany legion papierowych, nudnych, grzecznych chłopców i dziewczynek, że nie chcę ustawiać się w tym samym szeregu. Jestem entuzjastą medialnej zadymy, podżegaczem, a nie kolesiem z gabinetu figur woskowo-telewizyjnych. Byłem uważany za dżentelmena klasowego. Mówiłem: „Dzień dobry, koleżanko, do widzenia, koleżanko”. Nie szczypałem dziewczyn w pupy, nie ciągnąłem za warkocze ani inne odstające części. Ale od zawsze lubiłem się popisywać. Tak mam do dziś i nie ma różnicy, czy robię to przed swoją narzeczoną, czy przed wielotysięczną widownią. W końcu jestem zodiakalnym Lwem, jak Napoleon, Hitler i Mussolini. No na razie moje dokonania są skromniejsze. Bill Gates też w młodości miał opinię klasowego głupka, a jednak parę złotych zaoszczędził.

OK. Wystarczy. Chyba wszystko już powiedziałeś.

Mogę powiedzieć jeszcze więcej. Jeżeli komuś zdaje się, że nie jestem wrażliwcem, że nie jestem sentymentalny, że nie wzruszam się na Casablance albo że nie oglądam po nocach Love story, to jest mentalnym debilem o brutalnej lotności Mojzesowicza (były poseł PSL, potem Samoobrony, później Pis-u; były minister rolnictwa – przyp. red). Don Kichot to ja. Najwięksi literaci świata stawiają tę Cervantesowską postać jako swe najpierwsze natchnienie. Ja nie jestem gorszy.

A co z Sancho?

Może porozmawiamy o czymś, co bardziej zainteresuje czytelników PLAYBOYA niż seks dwóch facetów z osłem? Jacek Nicholson wyznał niedawno, że do 26. roku życia miał przedwczesny wytrysk. Czemu mnie nie pytacie o takie sprawy!?

Piersi. Jakie kształty?

Franciszek Starowieyski, mój guru, powiedział kiedyś: „Cyc nie kutas, nie musi stać”. I to jest też moja definicja. Najważniejsze, co jest do cycka przymocowane. Ale was pewnie nie interesuje metafizyka tylko czysta fizyka. Więc proszę: kiedyś byłem z pewną popularną polską modelką, która miała sztuczne cycki. Możesz uprawiać seks, przy którym joga i feng shui wysiada, a te cycki ciągle ci się prężą jak Gwardia Narodowa. Piękne! Sztuczny cyc jest fenomenalny. Dziewczyny, krójcie się i faszerujcie syntetykami. Radek Majdan robi z Dodą prawdopodobnie to, co Beenhakker z Żurawskim na treningu, a on ciągle stoi na baczność, jak lokomotywa u Tuwima. Znałem też dziewczyny, które w ogóle nie miały piersi. To jest dopiero przygoda. Szukajcie, a znajdziecie! Czasami, niestety, człowiek nie znajduje.

Pośladki?

Ważne, żeby były energetyczne i wysokonapięciowe. Żeby po naciśnięciu wracały do swojej formy. Ale nie po 15 minutach. Napotkałem ostatnio całkiem nowe pośladki i pozostaję pod ich wielkim wrażeniem. Chociaż mam sąsiada, który twierdzi, że powinny być takie, żeby można było o nie oprzeć rower i postawić na nich piwo.

Jakieś szczegóły?

A po co? Wyznaję filozofię, że moja przyszła żona się jeszcze nie urodziła. Mnie z zasady interesują tylko kobiety do 25. roku życia. Mówię o tym otwarcie. Po przekroczeniu tej granicy czas zaczyna być terrorystą. Niedawno spotkałem moją byłą dziewczynę z liceum i po prostu zobaczyłem starą kobietę nad grobem. Ustąpiłbym jej miejsca w tramwaju, gdybym tylko nim jeździł. Serio. Wyglądała jak odkopany Ramzes XIII.

Zero sentymentu?

Z jej strony owszem. Zaczęła mi wysyłać SMS-y z erotycznymi filmami ze sobą. Żenujące starcze filmy erotyczne obsadzone przez pokręcone ciało. Jakbym oglądał Bergmana: psychologia, biologia, seksualność i śmierć. Słowo honoru. Chcecie zobaczyć? Absolutna patologia. Dawała ewidentnie do zrozumienia, żebym przyszedł i zaspokoił jej czterdziestotrzyletnie starcze chucie. Musiałem do niej napisać, że jeśli jeszcze raz mi przyśle jakiegoś zgorzkniałego pornosa, to wyślę go do jej biura architektonicznego, niech zobaczą jaki zbok projektuje u nich żłobki. Poważna sprawa. A to była pierwsza kobieta, która ustawiła mnie do pionu. Wykorzystała i rzuciła w trzeciej klasie liceum, kiedy byłem nieuleczalnym narcyzem. Piękne traumatyczne doświadczenie. Dzięki niemu wydoroślałem. Dziś mam przez nią erotyczne koszmary. Jak pastor w filmie Szepty i krzyki (film w reżyserii Ingmara Bergmana – przyp. red.), zacząłem wierzyć, że niebo jest puste i okrutne.

Drażni cię cudza starość, a własna nie? Lepiej powiedz, kiedy sam zaczniesz sobie wszczepiać silikony.

Lubię siebie w stanie, że tak powiem, syndromu dnia następnego. Jak jestem zmęczony, skacowany, niewyspany. Męski, szorstki i spóźniony o dwa drinki, jak mój idol Humphrey Bogart. Kiedy słyszę, że mam styl metroseksualny, to nie wiem, o co chodzi. Lubię w facetach męskie godne starzenie. Jak łysieć to godnie, jak mieć zmarszczki, to się nie naciągać. Image macho mi zwisa. W przeciwieństwie do innych rzeczy.

Czyli nie będziesz sobie wycinał pypci z czoła?

A mam jakieś? (śmiech). Maleńczuk to zrobił. Trochę mnie zdziwił. Niby taki bezkompromisowy rockandrollowiec, a sobie pypcio-bąbla wycina. Ale może mu obniżały jakość grupiess. Tuningowanie ryja to nie moja liga.

Jeśli chodzi o twój „rejting”, to słyszeliśmy, że masz na koncie najróżniejsze typy i lubisz podobno podrywać przez internet.

To było raz, wiele lat temu, jak jeszcze byłem szefem rozrywki w Wirtualnej Polsce. Zobaczyłem na Gadu-Gadu nick Kalina, a że miałem kiedyś dziewczynę o tym imieniu, to zaczepnie napisałem: „Miałem kiedyś dziewczynę o imieniu Kalina, jestem sentymentalny oraz lubię zachody słońca, gdy trzymam wędkę”. Ona odpisała i okazało się, że jest z Onetu. A wiecie, wtedy Onet i Wirtualna to jak Wisła Kraków i Legia Warszawa. Dodatkowe emocje. Po pewnym czasie z sieci przeszliśmy w rozrywkowy real. Superromans, to o nas jest ten kicz Samotność w sieci. Nagle lądujesz w łóżku z kobietą, którą pierwszy raz widzisz, ale już dobrze znasz, bo waliłeś często w jej login. Nie potrzeba zbędnego gadania. Wyświechtane hasło „internet zbliża” jest prawdziwe. Wie to każdy niewyłapany pedofil.

A jakie były dziewczyny z Idola?

Oj, bardzo napierały. W ogóle Idol to była jakaś seksualna intifada. Jeśli ktoś chce się czuć w Polsce jak 50 Cent, powinien być członkiem jury w takim programie. Z wyjątkiem Eli Zapędowskiej mogliśmy siać na lewo i prawo. Jest taki syndrom, że pan z telewizji to na prowincji potencjalny dawca dobrego nasienia. A wiek inicjacji seksualnej wśród młodzieży drastycznie się obniża. Horror. Ale ja, jak już wiecie, jestem chłopcem wrażliwym, szukam partnerek a nie przypadkowych dziewczynek z 16-letnią chucią. Najlepiej zapytajcie Leszcza. Z tego co wiem, robił castingi w swoim domu i to bez względu na wiek oraz repertuar. W ogóle się z tym nie krył. Sam go widywałem na mieście z uczestniczkami, jak im badał organy. Ja jestem na takie akcje zbyt sentymentalny, gdyż zawsze po seksie z nieletnią się wzruszam.

(Śmiech). To podpytamy cię sentymentalnie. Zakochałeś się kiedyś w niewidomej kobiecie?

Cóż, miłość jest ślepa. Ona była Niemką, a ja Polakiem, który po niemiecku mówił tylko „szajse” i tego typu narodowe okupacyjne ikony. Gadaliśmy trochę po angielsku, a trochę po czesku, bo pracowaliśmy razem na czeskiej budowie. Obsługiwałem tam zewnętrzny dźwig na wieżowcu. Wrażenia takie, że kosmonauta Hermaszewski wysiada razem ze swoim synem handlującym na lewo bronią. Moja miłość stacjonowała niedaleko w obozie dla osób niepełnosprawnych, z którego zresztą pochodziła jeszcze druga miłość – na wózku inwalidzkim. To był odjazd zupełny, w stylu Kubicy. Ciągłe dobieranie gum do prędkości. Byłem pionierem hasła: „Niepełnosprawni w życiu, pełnosprawni w pracy”. Superdoświadczenie. Najszczersza prawda, że brak któregoś ze zmysłów jest rekompensowany w dwójnasób przez wyostrzenie pozostałych. Niech to będzie przyczynek do uruchomienia gibkiej Tarantinowskiej wyobraźni tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja.

W roli grabarza też ci szczęście sprzyjało?

Na wynurzenia nekrofilskie mnie nie namówicie (śmiech). Pracowałem na Powązkach jako sezonowy konserwator terenów zielonych, wzbogacając przy okazji swoim ciałem pogrzeby, na których nie dopisywała rodzinna frekwencja. Cmentarny lud pracujący długo nie potrafił przyjąć do wiadomości, że student też człowiek i można się z nim napić wódki. Ale to był mój alkoholowy chrzest. W anturażu licznych zombi płacących na ZUS w celu zmartwychwstania za życia.

A pamiętasz chrzest dziennikarski?

Ja nie rozpamiętuję. Może dlatego, że od lat mam niezmienne podejście do pracy. Żeby się nie narobić, a zarobić na wrodzonej błyskotliwości. Jestem nicponiem, który wydurnia się w mediach i jeszcze mu za to płacą. Cudna robota, drwina ze wszystkiego i życie na osi absurdu. Polecam każdemu. Chociaż, jeżeli ktoś myśli, że to prościutka sprawa, to bliski jest imperatywu Chucka Norrisa, który wie, ile będzie odcinków „mody czy szansy na sukces”. Tego w czym nie występuje Wojciech Mann.

Tobie wszystko przychodzi łatwo?

Bo jestem pasjonatem! A do tego realizuję swoje marzenia z brawurą Nikodema Dyzmy. Chciałem jako perkusista nagrać płytę – nagrałem; chciałem być dziennikarzem muzycznym – byłem; marzyłem o pracy w Trójce – pracowałem; marzyłem o własnym tytule prasowym – miałem go; chciałem mieć swój talk-show – mam; chciałem mieć sportowe fury, duże mieszkanie i podręczną niedużą narzeczoną – wszystko się spełniło.

To czego ci brakuje?

Błagam was, chłopaki. To ma być spełnienie marzeń 43-letniego faceta? Jego szczyt? Totalna erekcja? Jest jeszcze Lamborghini Mursielago do kupienia, Aston Martin, Ferrari F 430.

To akurat jest proste.

To nie jest proste! Wiecie, ile trzeba się namodlić, żeby Aston miał kierownicę po właściwej stronie? A jak dzwoniłem, żeby zamówić sobie Lamborghini Murcielago, to były tylko żółte. To nie jest fajne jeździć żółtym samochodem. Rzucasz się w oczy, robisz się pretensjonalny. A ja wolę być pretensjonalny w czerwonym. W ogóle mam podobną filozofię do Marka Kondrata, który powiedział, że jak będzie chciał zdradzić swoją żonę, to kupi sobie czerwone Ferrari i będzie jeździł 300 km/h, żeby się uspokoić.

To już mówiłeś wielokrotnie.

Bo to prawda na mój temat. Nie mam co zmyślać. Zawsze uważałem, że seks z właściwą osobą jest jednym z dziewięciu powodów do reinkarnacji. Osiem pozostałych jest bez znaczenia.

Ty kłamiesz w każdym wywiadzie?

W większości. Jestem jednoosobową fabryką obciachu i spreparowanych życiorysów. Bo bawi mnie dziennikarska pryncypialna dociekliwość. Swego rodzaju bezradność. Co nie znaczy, że teraz zmyślam albo nie zmyślam. Sam już się pogubiłem.

Nam to nie przeszkadza. Nie robimy wywiadu dla historyków IPN-u tylko dla czytelników. Ma być straszno i śmieszno. Możesz sobie kłamać.

Wywiad jest kreacją. Pytanie tylko, w jakim stopniu to przepytywany jest kreatorem. Opowiadanie o swoim życiu jak na spowiedzi jest zbędne, jałowe i żenujące. O kant dupy potłuc. Oczywiście „spowiedź” to tylko metafora, bo nie uczęszczam z obawy, żeby mnie gdzieś nie zaciągnęli za konfesjonał celem zbałamucenia całkiem nieduchowego.

Skromny to ty nie jesteś.

Oczekujecie ode mnie skromności? A pokażcie mi na przykład drugiego dziennikarza, który zrobił tyle dla polskiej muzyki rockowej! Miałem programy w radiu i telewizji, prowadziłem koncerty, robiłem teledyski i projektowałem okładki, wydawałem gazetę muzyczną, płyty, licencje. A mimo wszystko jakiś grubas z Budki Suflera potrafi o mnie powiedzieć, że jestem chamem i prostakiem, obrażającym polską muzykę, wręcz żerującym na niej. Jestem człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek specjalnych uzdolnień. Mam po prostu niepohamowaną ciekawość spróbowania wielu rzeczy. Braku skromności także.

Spotykasz się w ogóle z jakimiś pozytywnymi reakcjami na swój temat?

Pozytywów jest mnóstwo. Od uczniów Batorego (elitarne warszawskie liceum – przyp. red.), którzy zaczepiają mnie na ulicy, żeby podziękować za napis „Roman” na tylnej stronie gaci, pokazanych w programie Szymona Majewskiego, aż po uwodzicielsko uśmiechające się staruszki. Ale negatywne opinie mi nie przeszkadzają. Przeciwnie, lubię mnożyć negatywy. Interesuje mnie funkcjonowanie na granicy jak największego ryzyka. Wielu dziennikarzy tego nie rozumie. Dla mnie ideałem jest przeholowanie i przeskalowanie, powodujące awarię korków przesady i żenady. W ten sposób rozbrajam negatywne emocje i się znieczulam. Nie boli mnie żaden epitet, bo sam o sobie mówię, że jestem gejem, Żydem i cyklistą. Bycie w tym kraju w mniejszości to zaszczyt. Jak ktoś pisze, że mam włoskiego kochanka albo że sypiam z Iwoną Schymallą… Ten ostatni zarzut jednak jest trochę bolesny, bo pani Schymalla jest dość smutna i funkcjonuje podobno na telewizyjnym klęczniku, co jest niezbędną czynnością, jeżeli chce się utrzymać tam etat. W tej niezależnej, publicznej telewizji za nasze podatki.

Zabrzmiało wystarczająco erotycznie, żeby spytać cię teraz o typy na naszą rozkładówkę.

Wiecie co, facet, który jest zdobywcą życia, a ja się za takiego uważam, bo nie interesuje mnie szybki seks, tylko spektakl, jaki seksowi towarzyszy… No więc taki facet nie jest waszymi rozkładówkami w ogóle zainteresowany, przeciwnie, one go niesmaczną. Naga kobieta na zdjęciu jest nijaka i wulgarna w swoim oczywistym wydepilowanym erotyzmie. Naprawdę wyglądam na gościa, który się spełnia w tym, że jakaś kobieta się dla niego rozbierze?

Nie wiemy. Wątek twoich kompleksów już zamknęliśmy. Zadajemy ci po prostu standardowe pytanie PLAYBOYA.

Jezu, jaki ja jestem banalny! Nie przygotowałem się na standardowe pytania! Ale niech wam będzie – może Margaret Thatcher. Jest sexy, bo nikt tak ostro i grupowo nie pieprzył związków zawodowych… Suchocka niech się jeszcze zestarzeje. Dobra by była ta suwnicowa Walentynowicz, bo kiedyś nieźle posuwała… Panowie, normalny zdrowy facet nie pociera sobie członka, myśląc o tym jak w negliżu wygląda Magda Mołek. Wasz naczelny mówił mi kiedyś, że ona jest pierwsza na liście, a zaraz po niej, a może nawet przed nią, nie pamiętam, jest Jolanta Kwaśniewska. Żadna mnie nie pociąga. Jakby przyszła do mnie Magda Mołek razem z Jolantą Kwaśniewską i zaproponowały trójkąt, tobym się pewnie szybko wymeldował i to nawet przez balkon, a mieszkam wysoko. Powiem wam: mnie interesują tylko seksualne romby.

(Śmiech) Zaliczamy ci tę odpowiedź… A gdybyś się tak wczuł w ministra Macierewicza, to jaką damę chciałbyś rozebrać?

Damę z teczką. Teczka zamiast łasiczki! Ale nie dawajcie mi takich karkołomnych wyznań, panowie, bo nawet moja karkołomna inteligencja zaczyna wymiękać.

Fajnie się przejęzyczyłeś: „karkołomnych wyznań”.

Naczytaliście się Freuda w dzieciństwie i rezonujecie…

A ty Witkiewicza. Powiedz, masz jakąś jazdę na stylizowanie się na Witkacego?

Nazwałbym to niecnym uzurpatorstwem. Moja sesja do scenografii programu była stylizowana na znaną groteskową serię autoportretów Witkiewicza z lat 30. Dla niego fotografia nie była sztuką, lecz próbą zapisu świadomości. Psychologiczne, ironiczne portretowanie. To samo robię u siebie w programie. Lubię wiersz Kaczmarskiego o wielkim Ignacym: „Dość sztywną mam szyję i dlatego wciąż żyję, że polityka dla mnie to w krysztale pomyje…”. Pierwsi to zauważyliście. Punkt dla was, jeżeli to jest wasza refleksja.

Nie nasza, znaleźliśmy ją na chodniku. Leżała bezpańsko.

Nawet śmieszne, ale nie bardzo. A wracając do Witkacego, ja jestem z pokolenia, które chodziło do Teatru Polskiego na Szewców, tak jak dzisiejsze dzieciaki na Matrix. Pamiętacie prokuratora Scurvy’ego, nie przypomina wam Ziobry? Witkacy, Mrożek, Gombrowicz, Hłasko to byli moi idole. Od nich się uczyłem bycia nicponiem i tego jak się znaleźć w polskiej niedorzecznej rzeczywistości. I te zdjęcia były swego rodzaju hołdem. Ale to była też zabawa. Od razu uprzedzę wasze pytanie: nigdy nie będę aspirował do takiej rangi. Nie będę nadużywał wizerunku Witkacego ani tego, czego on nadużywał.

I tu nas zaskoczyłeś.

A spodziewaliście, że będę konkurował z geniuszem? Człowiekiem, który odkrył genialną prawdę, że bycie Polakiem to jest sprawa przejebana, a bycie artystą wśród Polaków to jest sytuacja przesrana do turbo potęgi. Biorę sobie tę prawdę szczególnie do serca, bo jej ciągle doświadczam. Przecież gdzieś tam głęboko czuję się artystą. Uwolnionym od siebie i oczekiwań świata.