Press enter to see results or esc to cancel.

Krzysztof Rutkowski

PLAYBOY nr 04, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Robert Laska

Mieliśmy problemy z porozmawianiem z panem. Kilka razy odwoływał pan spotkania w ostatniej chwili, a nawet grubo po momencie ich rozpoczęcia. Skąd bierze się ta niepunktualność i niesłowność?

Kupa roboty, masa wyjazdów. Zresztą z panami to jedyny kontakt, który tak się przeciągał. Swoją drogą, tak między nami, jestem bardziej punktualny w Paryżu niż w Warszawie.

No właśnie. Sporo pan podróżuje. Czy dzięki temu poseł Rutkowski ubiera się modnie? Widzimy kowbojki, dżinsy i sweter…

Wydaje mi się, że ubieram się modnie. Dlaczego miałbym się ubierać niemodnie? Zawsze dbałem o mój wizerunek i będę dbał dalej.

Jak to wypada w porównaniu z innymi posłami? Zwraca pan uwagę na wygląd kolegów?

Każdy ubiera się, jak chce. Czasami zwracam uwagę, jak ktoś ubierze się rażąco i wyzywająco odmiennie od trendów światowych (śmiech).

Dużo jest takich posłów?

Mieli panowie okazję zobaczyć (śmiech) niejednokrotnie w Sejmie.

Czy z Samoobroną rozstał się pan dlatego, że ta partia nie ulega trendom mody?

Nie, ale faktycznie oni już chyba nigdy nie ulegną modzie na dobre ubieranie się.

Sporo posłów Samoobrony – jak donosi prasa – jest na bakier z prawem. Czy to nie podważa pana kompetencji jako detektywa? Może powinien pan powiedzieć kiedyś Lepperowi: słuchaj, ten to oszust i przestępca. Prędzej czy później skompromituje ci partię…

W Samoobronie nie jestem od ponad dwóch lat, a poza tym ta partia to nie była dla mnie Chojarska czy Bonda, tylko prowadzący ją Andrzej Lepper.

Ale on też ma sprawy w sądzie…

Oczywiście, że ma, ale według mnie sprawy Samoobrony w porównaniu z aferami innych posłów są niczym. Znacznie gorsze jest układanie się parlamentarzystów i ludzi z rządu z gangsterami.

A są tacy, którzy się układają?

Zawsze tacy byli i są. Ustawa o „jednorękich bandytach” – według niektórych osób – została po prostu kupiona. Poza tym „sprawa Rywina” – według mnie ma drugie dno. Gdyby dobrze poskakać, to byśmy się do niego dostali, a co za tym idzie doszlibyśmy pewnie do najwyższych funkcjonariuszy państwowych. Zresztą dla mnie dzielnicowy z kiełbasą w teczce przeprowadziłby lepiej dochodzenie w sprawie Michnik–Rywin niż ta komisja, która działała tylko po to, żeby zwykłym ludziom zamazać problemy dnia codziennego. Samoobrona to zatem żadna partia aferalna. Przynajmniej jej kłopoty z prawem są publicznie znane. To lepsze niż większość mętnych interesów, o których nic nie wiemy albo nie wiedzieliśmy wszystkiego.

Nie żenowały pana wystąpienia Leppera, chociażby o Klewkach?

Mniej więcej wtedy przestałem traktować go poważnie, dokładnie od momentu jego publicznego oskarżenia tak zwanej skorumpowanej grupy polityków.

Przecież Lepper miał specjalistę od szukania dowodów. Czemu nie zapytał pana o zdanie w tej sprawie?

Wydawało mu się, że wszystko wie najlepiej. Gasiński ze Szczecina został zapakowany w paczkę na lotnisku w Goleniowie i przysłany do Warszawy (śmiech) z rewelacjami, superinformacjami, które miały wstrząsnąć krajem. Gdyby pan Andrzej Lepper zadał mi jedno pytanie: „kto to jest Gasiński?”, nie przedstawiłby bezpodstawnych zarzutów, które ośmieszyły go w oczach zwykłych ludzi.

Lepper nie zadał, my zadajemy…

Gasiński to oczywiście oszust i psychopata.

Ale Marszałek Sejmu i szef partii, do której pan wtedy należał, zaufał takiemu człowiekowi…

Dlatego z niej wystąpiłem. Kiedy przeczytałem depeszę PAP-u, pomyślałem, że to kabaret, że to informacja od Drozdy. Podjąłem decyzję, że z politykami, którzy bezpodstawnie przedstawiają zarzuty, nie mogę być kojarzony.

Dlaczego karierę rozpoczął pan w Austrii?

Założyłem tam przedstawicielstwo agencji ochrony mienia i biura detektywistycznego „Sekuritas”. Przede wszystkim dlatego, że tam mieszkałem. „Wszyscy Japończycy są Chińczykami, wszyscy Polacy są złodziejami” – tak brzmi niemieckie przysłowie, tak więc, gdy wkroczyłem na rynek w 1988 roku, było mi naprawdę ciężko. We dwoje z żoną zrobiliśmy coś, czego już nikt nigdy nie zrobi. Coś z niczego. Nie mieliśmy pieniędzy, mieliśmy tylko siebie. Zresztą tam się poznaliśmy. Na początku pracowałem w warsztacie samochodowym, a moja wtedy jeszcze przyszła żona Ania, jako germanistka, była tłumaczką w Grazu. Potem oboje zakończyliśmy poprzednie związki i przenieśliśmy się do Wiednia, który był miastem wielkiej szansy. Graz to zadupie, to taka austriacka Bydgoszcz, gdzie ciężko rozwinąć skrzydła. Początkowo nie mieliśmy w ogóle pracy, potem żona pracowała w pizzerii, myliśmy szyby, żeby w ogóle się utrzymać.

Czyli poznali się państwo w Austrii, mając już ułożone życie rodzinne?

Tak. Moja pierwsza żona Dorota chciała mnie nawet zabrać do Polski myśląc, że to tylko zauroczenie. Spotkaliśmy się wspólnie i wyjaśniliśmy, że chcemy się z Anią pobrać. No i tak to się potem potoczyło. Jakby ktoś zadał mi pytanie, komu ufam na sto procent, odpowiedziałbym bez zastanowienia, że Ani.

A ona to samo może powiedzieć o panu?

Sądzę, że tak, ale ostatnio wszystko się zmieniło i jej ocena może być już trochę inna.

Czyli?

Źle się czuję, gdyż jestem teraz związany z nową kobietą, która uwierzyła w cudowne życie ze mną. Katarzyna jest o 18 lat ode mnie młodsza. To absolwentka ASP. Dziewczyna z porządnego domu, bardzo poukładanego świata i środowiska, gdzie są jasne wartości. Dla mnie zostawiła bardzo dużo, co mocno mi wytyka. Chociażby fabrykę ubrań swoich rodziców pod Wrocławiem. „Łajba”, którą miałem w Austrii, była zawsze dobrze przygotowana, pewna i spełniająca moje potrzeby. Nie tylko seksualne, ale i intelektualne. Natomiast tutaj jest superseksualnie, ale intelektualnie inaczej. A ja chcę rozmawiać o książce, filmie, teatrze…

W jaki sposób o romansie dowiedziała się żona?

Dwa lata temu włączył mi się, podczas rozmowy z partnerką telefon komórkowy. Nie zablokowałem klawiatury. Wszystko się wydało, ale i tak miałem ujawnić ten związek.

Nie jest panu wstyd, że znany detektyw wpadł w tak idiotyczny sposób?

Nie. W życiu zawsze musi się coś zdarzyć, coś niespodziewanego. Po to, żeby nie zdarzyło się coś innego. Mało kto zresztą się do czegoś takiego przyzna. W prasie każdy jest najporządniejszy i najwiernieszy. Ja absolutnie nie mogę czegoś takiego powiedzieć o sobie.

Ten „ukryty” związek jest kontynuowany?

Tak. W Łodzi mieszkam z dziewczyną. Dlatego żona nie chce ze mną rozmawiać, Ania chce tylko i wyłącznie rozwodu. Jest mi z tym coraz gorzej i czuję się fatalnie. Zastaliście mnie w takim momencie, że zastanawiam się, co dalej zrobić z moim życiem prywatnym.

W takim razie dlaczego w życiu świadomego siebie mężczyzny pojawiła się inna kobieta?

Zaczęło się jak typowa przygoda. Oparta, niestety, na żołdackich zasadach. Mam przeszłość związaną z ZOMO. Mieliśmy gdzieś politykę, ale kumple, gorzała i dziwki były na porządku dziennym. Trochę mi to weszło w krew, ale nie wyszło. Była gorzała, były i dziwki. Niejednokrotnie zwykła szmata z ulicy jest w stanie bardziej zaimponować niż kobieta na intelektualnym poziomie. Jest tylko jeden problem, nie dla nas, tylko dla nich. Uważają, że zaczniemy się spotykać, by kontynuować znajomość, a my nawet nie znaliśmy ich imienia. I nie chcieliśmy znać. Niezależnie czy będzie to dziwka, policjantka czy pani prokurator, one wszystkie były tak samo potraktowane. Jedna noc i do widzenia. W tym momencie są rozgoryczenia i rozczarowania. Szczególnie wśród kobiet na poziomie, z którymi również miałem kontakty.

Zauważyliśmy, że pana asystentki są atrakcyjne…

Ale ja kobiety w pracy traktuję zawsze tylko jako współpracownice czy podwładne. W pracy nigdy nie miałem romansu. I to jest piękne!

A czy „łódzki” romans z Katarzyną to pierwszy romans, o którym dowiedziała się pana żona?

Tak. Poprzednie sytuacje były nieznane. Tak jak w przypadku setek mężczyzn na całym świecie.

Kocha pan jeszcze żonę?

Z pewnością dalej żywię do niej uczucie.

A jak pan utrzymuje jakąkolwiek formę fizyczną? Gorzała, dziwki. Taki ma pan tryb życia?

Nie nadużywam alkoholu, piję tylko wtedy, kiedy muszę. To tak naprawdę praca, a nie przyjemność. Picie nigdy nie było dla mnie przyjemnością. Alkohol to taki jeszcze jeden towarzysz w grupie ludzi. Niezbędnik. Przyjemne picie to tylko picie lampki wina w winnicy w Austrii. Nie spędziłem ani jednego urlopu, podczas którego byłby obecny alkohol. W pracy to co innego – superakcja, wszystko wyszło i chłopakom trzeba postawić butelkę, żeby byli zadowoleni. Policjantom też trzeba jakoś podziękować. Wtedy można wrócić w to samo miejsce, do tych samych osób, już jako kolega. Wiecie o tym, że w polskim systemie ludzi zbliża alkohol, zacieśnia przyjaźnie.

A czy wódka pomogła kiedyś panu w dojściu do jakiegoś informatora?

Nie. Poza tym to do mnie przychodzą informatorzy, a nie ja do nich. W końcu przychodzą i dostają konkretną kasę. Tak było zawsze.

Z iloma stałymi informatorami pan współpracuje?

Z kilkoma. Reszta to całkowicie przypadkowi ludzie, którzy wiedzą, że mogą mi sprzedać informację. Dostają za to kasę albo po prostu mają stuprocentową pewność, że się zemszczą na swoich byłych partnerach.

Ile płaci detektyw Rutkowski?

W zależności od informacji. Od 500 euro do 40 tys. złotych. Kiedyś zaproponowałem gangsterowi 60 tys. złotych.

Współpracuje pan często z policją. Bezkonfliktowo?

Nie zawsze. Głównie dlatego, że policja chce ewentualny sukces wziąć na swoje barki, a ja sukcesu tak chętnie nie oddaję. Chodzi o to, kto będzie pierwszy i przy kim będą kamery. Im też na tym zależy. Policja również nauczyła się dobrze sprzedawać.

No właśnie. Często mówią o panu, że działa pan nielegalnie…

Jeśli ktoś w ten sposób mnie atakuje, mam jedną odpowiedź. Niech pokaże mi swoją ostatnią akcję, lepiej zorganizowaną i przeprowadzoną. I to zamyka wszystkim paszcze. Liczy się skuteczność i ostateczny efekt. To, co Rutkowski robi przez piętnaście minut, policja robiłaby kilka miesięcy – takie czasem słyszę komentarze. No i racja.

Czy szum medialny pomaga panu w pracy, czy raczej przeszkadza? Bo w zasadzie, co to za detektyw, którego zna cała Polska?

Ale ten detektyw ma trzydziestu pracowników, którymi steruje. I ta grupa ma wyniki. Za mną stoi urządzenie, które skonstruowałem. Moi ludzie zabezpieczają teren, przeprowadzają wszystkie działania operacyjne i dopiero wtedy wchodzę. Zadaję pytanie bandziorowi, który leży na ziemi – czy wie z kim tańczy? Koniec akcji!

Pana ludzie zatrudnieni są na etat?

Tak. Zarabiają w granicach od 2 do 3 tysięcy złotych. Za wyniki są premie.

Czyli Biuro Doradcze „Rutkowski” to świetny interes?

Nie jest źle, ale opłaty są miażdżące.

A kiedy zarabia pan najwięcej?

W trakcie akcji jednodniowych, kiedy mam dobrych klientów. Im dłużej trwa sprawa, tym mniej się zarabia.

A gdyby porwali red. Szygalskiego, a ja chciałbym go odnaleźć, to ile musiałbym panu zapłacić?

Około dziesięciu, dwudziestu tysięcy złotych. W zależności od liczby osób zaangażowanych w sprawę od razu. Ale porwanie może trwać dwa miesiące. Wtedy muszę wytrzymać to ciśnienie. Nie mogę wziąć od pana więcej pieniędzy. Muszę wówczas dołożyć do tego interesu.

Prowadzi pan także sprawy damsko-męskie, czyli zdobywanie zdjęć in flagranti itd.?

Tak, ale ja się tym osobiście nie zajmowałem i nie zajmuję. Kosztuje to około trzech, czterech tysięcy.

Czy pana stawki są, jak na warunki polskie, wysokie?

Bardzo różnie. Są roboty, które interesują mnie na tyle, że robię je bezpłatnie. Jako hobby. Jestem konkurencyjny, chociaż ciężko mówić o jakiejś konkurencji, której po prostu nie ma.

Czy ktoś z zemsty chciał kiedyś panu odebrać życie?

Raz rozkręcono mi układ kierowniczy w samochodzie. Nie wiem kto, ale był to fachowiec, bo ciężko było to rozkręcić. Tym bardziej że samochód stał na policyjnym parkingu w Białej Podlaskiej. Zorientowałem się dopiero po dwustu kilometrach w Sochaczewie (śmiech).

Jak w Polsce załatwić fałszywe dokumenty?

Żaden problem.

A ile kosztują?

Dowód albo paszport około tysiąca dolarów.

Zna pan jakichś fałszerzy?

Oczywiście, choćby Jerzy G. pseudonim „Godleś” – pierwsza liga fałszerzy dokumentów, głównie samochodowych. Teraz facet kreuje się na współpracownika policji. Spokojnie mógłby panom zamienić tożsamość. Wielokrotnie aresztowany przez policję niemiecką, także szwajcarską, w Polsce aresztowany i zwolniony.

Czy natykał się pan w swojej pracy na osoby publiczne?

Niejednokrotnie. Chociażby Dziewulski, paser samochodowy i oszust. Aktorzy, politycy, policjanci. Pierwsze strony gazet. Nazwisk nie podam. Najczęściej chodziło o sprawy finansowe. Pożyczanie pieniędzy, czasem kupowanie kradzionych samochodów. Zatrzymałem kiedyś nawet księdza w mercedesie, sędziego Sądu Metropolitalnego Kurii Biskupiej w Poznaniu.

Najbardziej egzotyczna sprawa, jaką zajmował się detektyw Rutkowski to…

Prowadziłem kiedyś sprawę dla Australii, tyle że w Egipcie. Nie byłoby problemu z załatwieniem sprawy nawet na Grenlandii. Geografia mnie nie ogranicza.

Czym się różni detektyw licencjonowany, czyli pan, od detektywa nielicencjonowanego?

Tylko tym, że mając licencję można otworzyć swoje biuro detektywistyczne. Bez licencji jest to wykluczone. To tak jakby być taksówkarzem w nieoznaczonym samochodzie. Paranoją jest, że prezes Stowarzyszenia Detektywów Polskich nie ma licencji.

Czy kobieta może być detektywem?

Jasne, że tak. I są. Przy obserwacji są najlepsze. Na przykład chodzą ze swoim pseudopartnerem, trzymają się za ręce, a w torebce mają aparat, którym robią foty. W ogóle w takich robotach operacyjnych pary są najmniej zauważalne.

Ogląda pan czasami filmy detektywistyczne? Który z nich jest najbliższy prawdy?

Oglądam. Columbo to totalna psychologia, Bond – absolutna technika, Kojak – połączenie psychologii i typowego amerykańskiego policjanta. Najlepszy z nich wszystkich jest jednak komisarz Cattani w Ośmiornicy. Mataczenie, gra, wrogowie, machinacje – jest w tym serialu sporo prawdy. To według mnie jedyna ekranowa postać, która odzwierciedla rzeczywistość.

Czym się pan zajmował w ZOMO i w milicji?

Byłem kierowcą radiowozu.

Z milicji odszedł pan sam, czy pana wyrzucili?

Odszedłem sam.

A jak reaguje pan dzisiaj na opinie pojawiające się w mediach, że policja zachowuje się zbyt brutalnie w trakcie manifestacji?

Każda demonstracja jest inna. Każda, która przeradza się w agresję, powoduje naturalną reakcję policji, która powinna jej zapobiec. Nie ma w takim przypadku znaczenia, czy to będą rolnicy, górnicy czy hutnicy. Trzymam stronę zdrowego rozsądku. Jeżeli ludzie oczekujący czegoś od władzy zachowują się agresywnie, to i policja powinna zdecydować się na działania agresywne.

Opinia publiczna jednak twierdzi, że policjanci przesadzają…

Tak, chociażby w Korei Południowej i w Chinach.

A pan, w czasach ZOMO, walił kogoś pałą?

Nie brałem udział w tłumieniu demonstracji, nigdy nikogo wtedy nie uderzyłem. Byłem kierowcą pojazdów i na prowadzeniu poprzestawałem.

Czy broń, tak jak w Stanach Zjednoczonych, powinna być ogólnie dostępna w Polsce?

Raczej nie. Wynika to ze stylu życia wielu Polaków. Mogłoby dojść do tragedii. Co się dzieje na drogach? Ile wypadków pod wpływem alkoholu? Ilu kierowców ma to gdzieś, mimo tak olbrzymich sankcji? Według mnie posiadanie broni w przypadku każdego Polaka jest większym ryzykiem niż kiedy broń posiada Amerykanin, historycznie do tego przyzwyczajony. Co by było, gdyby kibice Widzewa i Legii spotkali się ze sobą w takiej sytuacji?! Policja musiałaby wtedy użyć wozów pancernych.

A teraz poponujemy takie szybkie skojarzenie. Dlaczego tak bardzo nie lubicie się z posłem Dziewulskim? Jak Widzew i Legia…

Bo ujawniłem i udowodniłem, że kupił kiedyś kradziony samochód. Łącznie z wstawieniem go do komisu na Skrze w Warszawie. Poza tym podkreślałem wielokrotnie jego układy z Bagsikiem, którego on chroni. Miał szczęście, że udało mu się z tego wywinąć. On i jego ludzie służbową bronią chronili gangsterów. To wszystko na ten temat.

A nie możecie panowie, spotkać się o prostu w sądzie?

Ja mu nie będę robił reklamy. Odpowiadamy sobie w różnych publikacjach prasowych. Równie dobrze to on może mnie podać do sądu. Dla mnie Dziewulski to śmieć parlamentu. Mam jeszcze tyle czasu do zakończenia kadencji, że potraktuję go tak, jak na to zasługuje. Sądzę, że Dziewulski ma kompleks Rutkowskiego. Czasami zdarza się, że jesteśmy razem w telewizji i być może kiedyś w końcu dojdzie do ostrej wymiany zdań. Być może nawet dam mu w pysk w Sejmie.

Zostawmy zatem panów konflikty na boku. Prosimy o obiektywną odpowiedź na pytanie, czy Dziewulski to profesjonalista?

Na to pytanie powinny odpowiedzieć osoby, które z nim pracowały. Panują raczej opinie, że od serialu 07 zgłoś się jest gwiazdorem. Szajba mu odbiła. Należałoby zadać pytanie, co w ogóle zrobił poseł Dziewulski?

A nie jest najwybitniejszym polskim antyterrorystą?

Proszę mnie nie rozśmieszać. Z pewnością są lepsi. Nawet w jego wieku. Na przykład Dziewulski nienawidzi się z Edkiem Misztalem i Petelickim, a to są fachowcy. O nich możemy pogadać.

Mijając się na korytarzu sejmowym, podajecie sobie panowie ręce?

Nic sobie nie podajemy. Nawet zimnych spojrzeń.

Czy poza Dziewulskim ma pan wrogów?

Jestem na nich skazany. Kiedyś naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej w Krakowie powiedział mi: „Krzysiek, sukces ma wielu ojców, ale prawda wygląda inaczej – nie ojców, ale wrogów!”. Ale zdziwię panów. Nie są to byli bandyci, ale ludzie z kręgów detektywistycznych. Wielu z nich ocenia moje działania jako zbyt spektakularne. Często to, co piszą w gazetach, brzmi jak laurka pod moim adresem, o co zresztą nie zabiegam, ale tworzy to pewną legendę i niektórym nie jest w smak. Nie należę do żadnego związku detektywów w kraju, nie jest mi to do niczego potrzebne. I tak mam więcej zleceń niż wszyscy detektywi razem wzięci w Polsce. Nie czuję tutaj żadnej konkurencji. Nie jest to skutek pojawienia się nagle z kosmosu i zrobienia jednej akcji, tylko pracy przez wiele lat. Już nawet wstydzę się wysyłać komunikaty prasowe o moich kolejnych interwencjach, tyle tego jest. Każdy, kto jest otoczony wilkami chcącymi go ukąsić, musi rozpalić ogień, musi się obronić. Trudno jednak cały czas odganiać wilki kijem, czasami trzeba podjąć ostrzejsze działania. W moim przypadku to praca i pokazanie skuteczności. Jestem jaki jestem.

Nie wygląda pan na osobę zmęczoną odganianiem wilków…

To dzięki pracy. Ona mnie napędza, wypełnia mnie, daje mi życie. Dlatego nie jestem dobrym kandydatem na męża i na osobę rodzinną. Jestem maszyną skonstruowaną do dokładnego wykonywania zadań.

Zna pan w ogóle pojęcie „wolnego czasu”?

Oczywiście. Dlatego cieszę się z takich wyjazdów jak ten do Iraku. Jedno zadanie, drugie zadanie, a potem luz i wszystko mam, za przeproszeniem, w Polsce. Tutaj zostają moje problemy.

Czyli wolny czas tylko za granicą?

Tak. W Polsce mój dzień pracy trwa zwykle około szesnastu godzin.

A czy jest taki moment, kiedy wyłącza pan wszystkie telefony?

Jeden zawsze jest włączony.

Wydaje się nam, że jest pan pracoholikiem…

Tak, to nawet ostatnie stadium pracoholizmu. Ja już nawet nie czuję pracy. Gdybyście zrobili sobie kiedyś tydzień z Rutkowskim, mielibyście dość z powodu tempa. Jest ono takie, że ludzie po prostu nie wytrzymują. Ale oni mogą odejść, bo mogą być nowi, a ja jestem jeden…

Doszły nas słuchy, że jest pan na dodatek słuchaczem Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej…

No tak. W ubiegłym roku od października nie byłem na żadnym z wykładów, ale pojawiam się na uczelni jako wykładowca (śmiech). Gościnnie uczę studentów dziennikarstwa oraz marketingu, jak stosować pewne chwyty
(śmiech).

A na jaki wydział pan nie chodzi?

Na politologię.

W takim razie jest pan lepszym politykiem czy detektywem?

Jeszcze detektywem. Czy tak zostanie, nie wiem. Zależy to od tego, czemu będę poświęcał więcej czasu.

Co pan czuje idąc dzisiaj ulicą Chmielną w Warszawie?

Trochę szkoda ulicy Rutkowskiego, trochę szkoda… Chociaż starzy warszawiacy wolą Chmielną, bo Rutkowski jako komunistyczny działacz partyjny nie jest postrzegany pozytywnie. Kiedyś było mi bardzo miło, ale zrozumiałem i zaakceptowałem zmianę.

Na skróty:

O „GODLESIU”:
Godlewski to bandzior. Zwykła łachudra i świnia. Jest on nastawiony do mnie psychopatycznie. Gość mnie nienawidzi i ma do tego prawo.

O SPRAWIEDLIWOŚCI:
Wyznaję jedną zasadę: lepiej żeby dziesięciu zbirów było na wolności niż jeden niewinny miał siedzieć.

O „FRYTCE”:
Mój romans z „Frytką” to wymysł dziennikarzy. Pozwoliłem się z nią sfotografować, ale w związku z tym, że wykonywaliśmy dla niej robotę. Z „Frytką” nic nie działałem (śmiech).

O SPRAWIE OJCA „FRYTKI” – WOJCIECHA FRYKOWSKIEGO:
Według mnie to samobójstwo, ale z winną tego samobójstwa. Krótko mówiąc: zostało ono wymuszone psychicznie. Dwie panny, które wówczas przebywały z Frykowskim, powinny zostać od razu zatrzymane. Tak się nie stało i dlatego wszystko się pobabrało. Wpłynął na to fakt, że jedną z „panien” jest Karolina Wajda. Gdyby to była jakaś Kowalska, to by siedziała w pierdlu. Ale rozumiecie, naciski odpowiednie były…