Press enter to see results or esc to cancel.

Krzysztof Krawczyk

PLAYBOY nr 12, 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Rafał Masłow/ Sony BMG


(Po tym wywiadzie wiemy na pewno, że Krzysztof Krawczyk to król życia, a jego małżonka to królowa wśród gospodyń. Krawczykowie podjęli nas domowym obiadem, że palce lizać, a na do widzenia wcisnęli po słoiku specjalnych „gazujących” ogórków. Dajemy głowę, że nikt, absolutnie nikt, nie robi lepszych)

Czy zdradziła pana kiedyś kobieta?

Dobry początek (śmiech). Oczywiście, że tak. W Ameryce. I wierzcie mi, zdradzony mężczyzna czuje się okropnie. Wpadłem w totalną depresję. A mój kolega, skurczybyk, mówi: „Dam cię do takiej grupy, że szybko wyzdrowiejesz”. Chodziło mu o regularną komunę. Nie chciałem z nim nawet rozmawiać. Siedziałem w zaciemnionym pokoju i mogłem słuchać tylko Beethovena. W końcu jednak przeniosłem się do tego wspólnego mieszkania i po pewnym czasie wyszedłem z pokoju skuszony trawką. Na trawkę zawsze byłem chętny, proszę bardzo. Okazało się, że oni byli prawdziwymi fachowcami, nie dźgali się, ale hodowali grzybki halucynogenne i mieli duże ilości innych środków. Wszyscy pracowali, niby normalni ludzie, a po pracy testowali, co popadło. Pomyślałem sobie nawet, że być może to jest sposób na życie.

A czy dzisiaj może pan ocenić, że żyje idealnie? Bo słyszeliśmy, że lubi pan pomarudzić.

Jak marudzę w towarzystwie, mój menadżer podchodzi do mnie i mówi na ucho: „Krzysiu, bardzo dużo osób chciałoby być na twoim miejscu”. Wracam do rzeczywistości w oka mgnieniu.

Kiedyś to pan chciał być na miejscu braci Damięckich…

No tak. W Szatanie z VII klasy grałem harcerza. Boże, jak ja byłem napalony na Polę Raksę! Zasuwała w tym bikini i naprawdę ciężko było wytrzymać. A ja nie dość, że najmłodszy na planie, to do tego jedyny prawdziwy harcerz. Poza mną sami zawodowi aktorzy. Z Raksą nie zamieniłem nawet słówka. Nie to, co stare wygi – Damięccy. Pola była pierwszą kobietą, która zawróciła mi w głowie.

W ogóle kobiety i szalone miłości to w pana życiu ważny rozdział.

Dominujący! Gdy miałem 16 lat umarł mi tata. Fakt ten popchnął mnie w ręce bardzo kochanej, starszej ode mnie, kobiety. Kobiety niewinnej i nietkniętej. Kobiety, która nie wstydziła się ze mną nigdzie pokazywać, mimo że miałem tylko 16 lat. Chociaż, prawdę mówiąc, wyglądałem na 19, bo byłem bardzo wysoki. Wreszcie, kobiety, która została moją pierwszą żoną. Po prostu klasyczna Puppy Love. Poznaliśmy się w szkole wieczorowej…

(W tym momencie Krzysztof Krawczyń unosi do ust szklankę z piwem, a redaktor Bartosiak, dzięki wrodzonemu refleksowi, ostrzega krzykiem, że w piwie pływa osa i ratuje tym sposobem życie znanego muzyka, a przede wszystkim skarb narodowy, czyli bezcenny głos niezrównanego wokalisty. Ów zaś wyjmuje osę z bursztynowego płynu i delikatnie układa na śnieżnobiałym obrusie).

Jak pływam w basenie, to nie wybijam tych wszystkich owadów, tylko wynoszę je na brzeg i myślę, że to dobry uczynek. Wydaje mi się, że mają układ nerwowy, że cierpią, że odczuwają ból. Na tym punkcie jestem kompletnie pierdolnięty.

Są sprawy, które chciałby pan wymazać z życiorysu?

Oj, panowie, jest tego trochę… (ciężko wzdycha). Wiecie, mam teraz wielkie szczęście, że jestem z Ewą (żona Krzysztofa Krawczyka – przyp. red.), że się ustatkowałem. Dobrze mi z tym. A byłem przecież poligamistą, bez wielkich ekscesów co prawda, ale uznawałem to za rzecz całkowicie normalną. Podobnie jak 90 procent moich kolegów. A władcy tego świata usunięcie dziecka uważali za pryszcz… Spowiadałem się z tego i już nie czuję się winny. Nie miałem świadomości, że mogę w ten sposób odbierać komuś życie. Byłem głupi. Na szczęście pan Bóg strzegł mojego syna, bo jak z jego matką szliśmy usunąć ciążę – ona była piosenkarką, ja byłem żonaty, a nie chcieliśmy być razem – to lekarz powiedział: „Proszę się jeszcze raz poważnie zastanowić, to będzie wspaniała sprawa”. Musiałem wziąć rozwód i zdecydować na inne życie. Zacząłem śpiewać romanse w warszawskich knajpach. Bywało ciężko…

Ciężka praca to dla pana nie pierwszyzna. Zaczynał pan jeszcze w dzieciństwie jako goniec.

To nie jest trudna praca, ale na pewno upokarzająca. Goniec to człowiek na posługi. Zarabiałem 650 złotych. Była jednak jedna piękna sprawa w tej robocie. Pracowałem w warsztatach technikum włókienniczego – w starym budynku, po korytarzach którego niosło się piękne echo. Chodziłem i śpiewałem, a zza uchylonych drzwi podglądały mnie dziewczyny.

Wtedy odkrył pan w sobie GŁOS?

Wcześniej. Już jako małolat byłem zafascynowany Armstrongiem i Beatlesami. Ale przede wszystkim Tommym Steelem z filmu W rytmie rock’n’rolla. Stałem tuż przed telewizorem i nie mogłem się od niego oderwać. A odkryłem, że mam to „coś” dopiero, gdy zacząłem śpiewać piosenkę Ricky’ego Nelsona z Rio Bravo. To był mój popisowy numer, aż do momentu, kiedy kolega napisał dla mnie twista pod tytułem Oj,oj,oj,oj boli mnie ząb. Moje pierwsze nagranie po polsku (wybuch śmiechu).

Nie żałuje pan, że nie studiował?

I tak nie jest źle. Jak ojciec usłyszał na próbie nasze śpiewanie na głosy, to zadzwonił do dyrektora estrady i powiedział mu: „Mam tu kurę, która będzie znosić złote jajca”. Dyrektor na to: „Matury mają?”. „Nie”. „Jak zrobią matury, niech przyjdą”. W zasadzie dyrektor nas uratował, bo my nie chcieliśmy robić żadnej matury. Woleliśmy grać na gitarach. Po pewnym czasie braliśmy 175 złotych za imprezę. Zarabialiśmy ponadprzeciętnie jak na ówczesne warunki. Mówiono, że pięknie ryczymy. Wokalnie byliśmy bardzo dobrzy. Doceniła nas wtedy Anna German, dla której nagrywaliśmy chórki. Ale przełomowym momentem był nasz koncert z Czerwono-Czarnymi. Można powiedzieć, że ich zmiażdżyliśmy (śmiech). Rysiek Poznakowski (lider Czerwono-Czarnych – przyp. red.) krzyczał do zespołu: „Kurwa, amatorzy, totalni amatorzy z nami wygrali!”. Zapamiętał ten nasz łomot i po pewnym czasie zadał pytanie: „Czy pozwolicie, że będę regularnym, czwartym trubadurem?”. Potem napisał kilkanaście hitów i na listach przebojów ścigaliśmy się tylko z Czerwonymi Gitarami.

Z dziewczynami problemów chyba nie mieliście?

Same się pchały. Pamiętam, że panienek nie można było wprowadzać do hotelu. Pewnego dnia Rysiek, wielbiciel bardzo dużych kobiet, wziął taką jedną ze sobą. Pani w recepcji pyta: „A ta pani to kto? Nie może wejść, bo tu nie mieszka.” A Rysiek na to: „Czy pani nie widzi, że to Karin Stanek?” (śmiech). Oczywiście był po paru winach. Poznakowski potrafił się zakochać w atletce, która stała na bramce w klubie nocnym. Pamiętam, że wykupił dla niej całą kwiaciarnię. A ta, oczarowana, jak to atletka – wzięła go na ręce i wniosła na górę do pokoju (śmiech).

Poznakowski był dla was wzorem?

Zdecydowanie. Można powiedzieć, że to on nas zdemoralizował. Wcześniej w zasadzie nie piliśmy alkoholu, ale on robił tak doskonałe zakąski, że bardzo to polubiliśmy. Poza tym był z nas najstarszy, najbogatszy i najinteligentniejszy…

Często krytykuje pan waszą pierwszą płytę. Dlaczego?

Nie lubię jej. Przyjęliśmy manierę Beatlesów, która po polsku brzmi po prostu homoseksualnie. Nie mogę jej słuchać bez zażenowania.

W ogóle twierdzi pan, że starego Krawczyka ma dosyć…

Panowie, co tu udawać… Szpanowało się trochę w życiu. Dziś jak patrzę na stare zdjęcia, na których wyglądam jak cacuś, to się zwyczajnie wkurwiam. Rozdęte nozdrza, wzrok a la Valentino… Teraz już nikogo nie udaję, ale moja żona do dziś zachwyca się tamtymi zdjęciami (śmiech).

(O wilku mowa. Pani Ewa wnosi właśnie parującą zupę. Przepyszny kapuśniak z prażochami).

Ewidentnie rozstał się pan ze szpanerstwem, bo nie słychać o żadnych liftingach, powiększaniu ust i innych korektach.

Wiecie, nie wykluczam (wybuch śmiechu). Popatrzę kiedyś w lustro, nie wytrzymam i zafunduję sobie jakieś naciąganie twarzy (demonstruje, naciągając policzki w kierunku uszu). Pamiętam, co Dolly Parton (pokazuje arbuzy na wysokości klatki piersiowej) odpowiedziała na pytanie, dlaczego zrobiła sobie 17 operacji plastycznych – „dla moich fanów, żeby ich nie straszyć”. Na razie waga idzie mi ładnie w dół, zaczynam odzyskiwać normalną twarz. Bo wyglądałem już jak rzeźnik z Milwaukee.

Jak „ryczący spaśloch”, żeby zacytować znanego dziennikarza…

Dokładnie. Rozbawiło mnie to. Nawet, po zastanowieniu, zgodziłem się z Najsztubem (śmiech). Ale dzisiaj jestem chudszy już o 9 kilo.

Gratulacje.

Ale to nie jest moja zasługa. Nazywa się to chyba „balonikowanie”. To metoda polegająca na włożeniu przez gardło do żołądka woreczka wypełnionego solą fizjologiczną. W ten sposób ogranicza się pojemność żołądka. Motywację mam silną. Muszę oszczędzać przeciążone biodro, bo jak ono pada, to ja padam, a jak ja padam, to kilka rodzin razem ze mną.

Chudnie pan, czyli operacji nie będzie.

Zaskoczę was. Pierwszą operację plastyczną mam już za sobą! Pod koniec lat 70. zwężyłem sobie nos. Musiałem, bo kinola złamał mi mój serdeczny przyjaciel Sławek Kowalewski. Pobiliśmy się w studiu nagraniowym. Zdemolowaliśmy perkusję. Nie pamiętam o co poszło i kto wygrał. Ale jego ojciec był bokserem. Dzięki temu Sławek znał kilka sztuczek i trafił mnie idealnie.

Czy ta operacja wiąże się z propozycją od lekarza, że wstawi panu rurki ceramiczne do nosa?

Nie. To było już w Stanach. Ciągnąłem koks dzień w dzień i zacząłem krwawić z nosa. Poszedłem do znajomego lekarza. A on mi mówi: „Nie martw się, wstawię ci plastikowe płytki do nosa i będziesz mógł ciągnąć do końca życia”. Jak podał cenę – 16 tysięcy dolarów – to sobie odpuściłem (śmiech).

Żył pan rozrywkowo. Nie ma co.

Kiedyś nawet brałem PCP, czyli środek do rozśmieszania i uspokajania nosorożców (śmiech). Kiedyś byłem hashmanem. Ale zdarza się i dzisiaj, że jak mnie coś wkurwi, to zapalę.

Nie lepiej pójść do psychoanalityka?

Ludzie wydają 300 złotych na coś takiego, zamiast chodzić do spowiedzi, która jest za darmo. Poza tym spowiednicy mają psychoanalizę na studiach. Uczą się jej z tych samych podręczników.

Często chodzi pan do spowiedzi?

W miarę. Mam jednak duży problem. Każda moja spowiedź to mantra, w kółko to samo. Ale co wy, jesteście z „Gościa Niedzielnego”?

(Śmiech) To lepiej wróćmy do odchudzania. Słyszeliśmy, że najlepszą sylwetkę miał pan w Stanach, kiedy pracował fizycznie.

Układałem dachówki z góralami za 350 dolarów tygodniowo, byłem barmanem, a także jeździłem limuzyną. Ale po dwóch tygodniach milionerka mnie wypieprzyła, bo jeździłem po polsku, czyli hamowanie i zum, i bum, i dzium. A dobry kierowca limuzyny prowadzi samochód w taki sposób, że można w środku herbatę wypić. Pracowałem też jako majster przy projektowaniu balkonów i wyjść ewakuacyjnych. Między innymi dla polskich sióstr mieszkających w murzyńskiej dzielnicy. Kiedyś w roboczym ubraniu usiadłem do kościelnych organów i zacząłem grać polskie kolędy. Skończyłem i dostałem brawa. Za moimi plecami stała czwórka zachwyconych siostrzyczek. Rok po moim powrocie ze Stanów dostałem informację, że siostry szukają tego organisty i chcą go zatrudnić na stałe (śmiech).

Pana, notowanego w Ameryce, prawie przestępcę!?

Pijecie do aresztowania? Kiedyś wyszedłem z klubu z piwem w ręku. Siadam na murku, a tu nagle zajeżdża policja. Trafiłem do aresztu z prawie samymi czarnymi. W celi jakiś facet bił kolesia. Bardzo mi się to nie podobało i wyskoczyłem z gadką w stylu: „Jeszcze raz go uderzysz, a pożałujesz”. Facet do mnie podchodzi, a ja mu nogę kładę na jaja. On: „Ubrudziłeś moje białe spodnie” i rzuca się na mnie. Dostał, wpadł na ścianę. Weszła policja, zobaczyli, że się handryczę i dostałem celę dla niebezpiecznych (śmiech). Siedzę sobie, a przez otwór w drzwiach klawisz pyta: „Kto ty jesteś?”. Mówię, że śpiewak. Śmieje się: „Buha, ha, ha. A skąd?” „Z Polski”. „Buha, ha, ha ha…” Teraz już ryczy ze śmiechu. „Zaśpiewaj coś!”. Jak zapodałem jakiegoś rock’n’rolla, to dostałem brawa od wszystkich klawiszy.

Ile razy przystawiono panu pistolet do skroni?

Do skroni ani razu. Raz poczułem lufę na plecach. A tak naprawdę nie był to pistolet, tylko długopis (śmiech). Wygrywam ponad 12 tysięcy dolarów w ruletkę w Reno. Wychodzę z kasyna do hotelu. Nagle ktoś przykłada mi do pleców „lufę” i mówi grubym, niskim, murzyńskim głosem: „Pieniążki na murek. Spokojnie idź prosto i nie oglądaj się przez trzy minuty. Nic ci się nie stanie. Jak będziesz kombinował, to ci pierdolnę”. Nigdy w życiu nie byłem w takim strachu jak wtedy. Wieczorem koledzy z zespołu ze śmiechem oddali mi kasę. Zapomniałem, że mój perkusista to Murzyn (śmiech).

Po powrocie ze Stanów było panu ciężko. I wtedy pojawiła się możliwość zarobienia pieniędzy w programie „Disco Relax”. Nie lubi pan o tym mówić.

Bo nigdy nie grałem disco polo, a taką przypięli mi łatkę. W telewizji publicznej funkcjonowała komisja do weryfikowania utworów muzycznych. Kompletny absurd. Po odrzuceniu przez tę komisję 8 piosenki, mój menadżer poszedł na spotkanie z ówczesnym dyrektorem rozrywki w TVP i usłyszał, że wszyscy muzycy powyżej 36. roku życia – do piachu. Nie miałem wyboru.

A miał pan w tamtych czasach świadomość mafijności discopolowego biznesu? Szemrany Blue Star…

Akurat ja nie miałem z Blue Starem nic wspólnego. Wydawałem płyty w Omega Music. Tak naprawdę miałem szczęście, bo rodzice Zbigniewa Retkowskiego, który założył Omegę, uwielbiali Krawczyka i Elvisa Presleya. To ludzie, którzy jeszcze w PRL-u mieli fermę kurczaków. Ich syn start w życie miał więc ułatwiony. Żeby się nie nudził, rodzice założyli mu firmę płytową. Kiedy wróciłem z Ameryki do Polski, powiedzieli mu, żeby mnie odszukał i zaproponował nagranie klasycznych pościelówek Elvisa po polsku.

Odszukał pana i co powiedział?

Przyszedł od razu z walizką pieniędzy. Otworzył i mówi: „Wydam pana płytę, ale mam jeden warunek: zabierze mnie pan do Stanów i pokaże Amerykę”. I tak zostałem przewodnikiem (śmiech). Nagraliśmy w Stanach siedem fajnych teledysków. Na głównej ulicy w Las Vegas ze dwa tysiące ludzi stało i patrzyło, jak idąc do kamery śpiewałem „Viva Las Vegas…”. Piękne chwile. Z disco polo wyciągnęła mnie Nina Terentiew i Bregović. A później już poszło.

Zagrał pan kiedyś na weselu?

Raz. Z dwóch powodów. Po pierwsze: byłem pod ścianą finansową, po drugie: w grę wchodziła taka suma, że musiałbym być ciężkim idiotą, żeby odmówić. Limuzyna przyjechała, zamknięte przyjęcie dla 50 osób, wchodzę na salę, a pierwszy rząd płacze. Zrobiłem 45 minut show i zapraszają mnie do stolika. Panna młoda mówi, że jej ojciec był kapitanem żeglugi morskiej i moim wielkim fanem. Przed śmiercią obiecał córce, że na jej weselu zaśpiewa Krzysztof Krawczyk i zapisał w testamencie stosowną sumę. Jak to usłyszałem, następne 45 minut zagrałem za darmo.

Za darmo śpiewał pan też Samoobronie.

(Wybuch śmiechu). Prawda, ale śpiewałem na blokadach drogowych, a nie na wiecu. I dobrze to o mnie świadczy, bo pokazuje determinację, aby za wszelką cenę dojechać na koncert. Chodziło o charytatywną imprezę dla niepełnosprawnych. Powiedziałem to rolnikom na pierwszej barykadzie. Sprawdzili, w porządku, ale zaśpiewaj. Poleciałem: „Parostatkiem w piękny rejs…”. Chłopy dali znać następnej barykadzie, że jedzie Krawczyk i śpiewa (śmiech). Przejechałem z cztery czy pięć blokad i wszędzie musiałem zaśpiewać…

Pora na nasze ulubione pytanie. Kogo chciałby pan obejrzeć na rozkładówce PLAYBOYA?

Jenna Jameson byłaby chyba zbyt oczywista (wybuch śmiechu)?

A z polskiego podwórka?

Oj, raz widziałem. Nie mogę tego zaakceptować. Nieestetyczne są te filmy…

(Śmiech) Ale nam chodziło o polski typ na rozkładówkę.

Polską dziewczynę? Zielonego pojęcia nie mam. Wybierzcie sami.

Może poleci pan koleżankę po fachu?

Niestety nie polecę, bo chciałbym jeszcze trochę pożyć… Może moja żona? Jakby się mogła trochę zadzwonić, żeby nie była zupełnie sauté. Ewa jest przepiękna. Ma bardzo zgrabną nogę i piękne oczy.

(Kobiecy instynkt każe pani Ewie w tym właśnie momencie pojawić się w drzwiach z drugim daniem)

Ewa Krawczyk: Żeby była jasność – gospodyni sama wszystko zrobiła. Jedzenie ekologiczne. Warzywa z ogródka, świeżutkie, nie pryskane. Proszę napisać, że jedzenie było super.

(Potwierdzamy. Wybitny talent kulinarny).

Żona bywa zazdrosna?

Przy niej każdy ksiądz to małe piwo. Taka jest ortodoksyjna. Kiedyś grałem koncert i oślepiony mocnym światłem, skoncentrowałem wzrok na najciemniejszym punkcie sali. Po koncercie Ewa chciała się rozwodzić, bo na linii mojego wzroku była podobno jakaś dziewczyna. Nie wspomnę już o naszym rzeczywistym rozwodzie. Gdyby nie świadkowie mojej niewinności: pokojówka i bagażowy w hotelu, prawdopodobnie nie zeszlibyśmy się ponownie. Ewa uwierzyła w moją zdradę, po tym jak zobaczyła fotomontaż przygotowany przez kandydatów na naszych bliskich przyjaciół. Facetowi podobała się Ewa, a jego żona chciała skonsumować mnie – myślę, że to była ich główna motywacja.

Jaka jest najgłupsza plotka, jaką pan o sobie usłyszał?

Moja żona myślała, że jestem gruby, że mam perukę i jedno szklane oko (śmiech). Powiedziała mi później, że się mile rozczarowała.

Teraz żona podobno nie pozwala panu zgolić wąsów?

Ewa rzeczywiście się nie zgadza (śmiech). Raz zgoliłem. Byłem w szpitalu i mnie zmuszono. Wdało się chyba jakieś zakażenie od zęba. Dziwnie wyglądałem. A tak naprawdę nie mogę zgolić wąsa, bo umowa z firmą fonograficzną jest taka, że nie wolno mi zmieniać wizerunku (śmiech).

A co z wizerunkiem muzycznym?

Marzy mi się nagranie płyty smooth jazzowej, ale to by był album tylko dla dziennikarzy. Kto to kupi? Ten pęd na listy przebojów, walka o top – to wszystko utrudnia decyzję. Powiedzcie o tym Siwemu (Andrzej Kosmala – przyp. red.), bo on nie jest zachwycony takim pomysłem. Menadżer – ortodoks. Tragedia. Dzieli płyty na strategiczne i okazjonalne.

Czy jest jakieś pytanie, którego panu nikt nigdy nie zadał, a chciałby pan na nie publicznie odpowiedzieć? Bo my byśmy z chęcią je zadali…

(Bardzo długie milczenie) Nikt nie zapytał mnie, co bym zrobił, kiedy po śmierci zobaczyłbym Chrystusa.

Co by pan zrobił?

Odetchnąłbym z ulgą, że istnieje i wypłakałbym mu swoje niedowiarstwo.