Press enter to see results or esc to cancel.

Karol Jabłoński

PLAYBOY nr 9, 2009

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. N. Martinez


Jaki dzisiaj wiatr?

Północno-zachodni. Bardzo silny i zimny. Idealny na bojery.

Zdarza ci się nie obserwować pogody, kiedy nie żeglujesz?

Nie ma takiej możliwości. Dla mnie to jak oddychanie. Nie słucham prognoz, bo sam je układam i rzadko się mylę. O wiele rzadziej niż telewizyjni prezenterzy (śmiech). Patrzę na niebo, na chmury i wiem, jakie będą następne dwa, trzy dni.

Stawiasz też długoterminowe prognozy?

Słyszałem wielokrotnie, że w tym roku miało nie być zimy. Tylko się uśmiechałem i powtarzałem wszystkim, że na moje wyczucie, będzie ona wyjątkowo długa. I raczej miałem rację.

Nie da się jednak ukryć, że ocieplenie klimatu psuje pogodę.

Oczywiście, ale nie rozumiem ludzi, którzy na nią narzekają. Słońce, deszcz, czy śnieg – co za różnica? I tak nie mamy na to wpływu. Z perspektywy żeglarza regatowego widzę, że warunki atmosferyczne są coraz mniej stabilne. Nawet na Morzu Śródziemnym, które uchodziło za akwen stosunkowo stabilny w czasie lata, coraz trudniej o dokładną prognozę pogody. Zdarzają się niespodziewane gwałtowne porywy wiatru, widziałem nawet dwie małe trąby powietrzne. Poza tym nie ma już wyraźnego podziału na pory roku – zrobił się taki wielki kogel-mogel.

A w Polsce zdarzają się tak zwane białe szkwały.

Zgadza się, ale nie przesadzajmy. Zamiast straszyć czytelników, trzeba ich zachęcać. Proszę Państwa w tym roku będziemy mieli wspaniałe lato. Zapraszam na Mazury, których jeziora są bezpieczniejsze z roku na rok.

Gwarantujesz ładną pogodę?

Gwarantuję, że będzie świeciło słońce i będzie padał deszcz (śmiech). To naprawdę nie powinno mieć dla nas wielkiego znaczenia. W Polsce sezon żeglarski jest krótki. Nauczmy się wreszcie wykorzystywać go do maksimum, bez względu na pogodę. Czy dacie wiarę, że kiedy w telewizji zapowiadają deszczowy weekend, to na Mazurach jest o połowę mniej turystów? Mnie się w głowie nie mieści, że ludzie wolą siedzieć w mieście, zamiast łapać świeże powietrze. Nie ma niewłaściwej pogody do uprawiania sportu albo wyjścia na spacer.

Jaki wpływ na wyniki regat mają tzw. teamy pogodowe?

Wszystko zależy od rangi regat. Na przykład w Pucharze Ameryki budżety przeznaczone na teamy pogodowe nie bez powodu są olbrzymie i sięgają kilku milionów euro. Prawidłowe przewidzenie siły i kierunku wiatru w pierwszych minutach trwania wyścigu jest warte każdych pieniędzy. Od takiej informacji zależy cała strategia i końcowy sukces. W innych regatach ważna jest dobra, szczegółowa prognoza pogody.

A czy techniczne drobiazgi mają znaczenie?

Jacht klasy ACC waży 25 ton, a optymalizuje się go tak, żeby zaoszczędzić dosłownie każdy kilogram, bo to co uda się „zdjąć” z góry, wsadza się później do bomby, czyli do kilu. Nie uwierzycie, jaką różnicę robi każde 30 kilogramów. Cięższa bomba to większa stateczność, większa energia i większa szybkość.

Czyli teoretycznie – im lżejsi załoganci, tym lepiej.

Dobrze, że powiedzieliście „teoretycznie” (śmiech). Jest wskaźnik, który określa maksymalną wagę załogi i nie wolno go przekroczyć. Średnio wychodzi 93 kilogramy na osobę. Ale są pozycje na jachcie, które wymagają ogromnej siły i odpowiednich warunków fizycznych. Dlatego nikt nie będzie się przejmował kilogramami grindera. Paweł Bielecki, z którym pływam, waży 135 kilogramów i nikt mu tego nie wypomina, bo jest jednym z najsilniejszych grinderów na świecie. On rozgrzewa się, biorąc na ławeczce 180 kilogramów, a potem dochodzi do 240. Grinderzy to konie mechaniczne jachtu, bez ich siły niczego się nie zdziała. Z kolei na dziobie żeglują już lżejsi załoganci, bo tam potrzebna jest duża szybkość i sprawność. A taki masztowy powinien być szczupły i bardzo wysoki, bo na tej pozycji liczy się głównie zasięg ramion, no i oczywiście siła.

Co czujesz, gdy mówi się o tobie „najlepszy na świecie sternik jachtowy”?

Jestem jednym z nich. Najważniejsze jest to, co mówią o mnie ludzie z branży, a nie media. Dobiłem do czołówki i jestem – powiedzmy – w pierwszej piątce. Wygrywałem z wszystkimi ,,gwiazdami’’ tego sportu, czym zasłużyłem sobie na ich szacunek i respekt. Nie wolno zapominać, że na te sukcesy zawsze pracowała cała załoga. Dziś nie jestem w tym środowisku anonimowy. O klasie sportowca mówią wyniki, a nie dziennikarze.

W takim razie, czy kiedy dołączyłeś do Teamu Organika, to od razu było wiadomo, że zaczniecie wygrywać?

Jak odpowiem twierdząco, to ludzie pomyślą o mnie – zarozumialec. Jestem zadowolony z tego, że po długiej przerwie zimowej, na jachcie, którego praktycznie nie znałem, udało się nam pokazać z dobrej strony. Nie jestem marzycielem, wiem jak wiele musimy jeszcze zrobić, aby stać się jednym z czołowych teamów i ile czasu na to potrzeba. Ale jestem pewien, że cel osiągniemy. Najważniejsze jest jednak zaufanie i cierpliwość właściciela jachtu, bo nie stanie się to w ciągu przysłowiowych pięciu minut.

RC44 to klasa składająca się z amatorów i zawodowców. Jak współpracuje ci się z tymi pierwszymi?

To tak wygląda tylko na papierze. Największym problemem tej klasy jest nieścisłe określenie statusu nie-zawodowca. Amatorem może być na przykład ktoś, kto dwa lata temu brał udział w Pucharze Ameryki, ale od tamtego czasu nie zarabiał pieniędzy żeglowaniem. Właściwie wszyscy amatorzy, którzy ścigają się w tej klasie, są doświadczonymi żeglarzami. Team Organika jest chyba najbliżej pierwotnych założeń RC44. To my trzymamy standard klasy, bo nasza załoga naprawdę składa się w części z bardzo doświadczonych amatorów. Dlatego pierwsze zwycięstwo w wyścigu wszystkich tak ucieszyło. Pokazaliśmy w pełni profesjonalnym zespołom, że potrafimy wygrywać i że muszą się z nami liczyć.

Ale kiedyś wszyscy byli amatorami.

A ja długie lata pływałem na jachtach z niezawodowymi żeglarzami i mogę się pochwalić, że wychodziło to dobrze. Umiem dogadywać się z ludźmi. Potrafię amatorów solidnie motywować i uczyć. A przede wszystkim nie frustrują mnie tak mocno ich błędy, w przeciwieństwie do większości kolegów po fachu. Profesjonaliści są przyzwyczajeni do wysokich standardów, bo zawsze żeglowali z zawodowcami, mają zupełnie inne podejście do takiego ,,amatorskiego’’ ścigania się. A ja jestem przyzwyczajony do amatorów na pokładzie, choć bywa to niebezpieczne…

Dla amatorów?

Dla wszystkich! W zeszłym roku miałem przez to koszmarną kontuzję. Ścigaliśmy się przy Capri w klasie Swan 45, a właściciel jachtu dokooptował do załogi swojego syna, kolegę i dziewczynę kolegi. Jak jest lekki wiatr i ładna pogoda, to nawet z taką załogą dasz sobie jakoś radę. Gorzej, kiedy warunki atmosferyczne się zmienią. W długim wyścigu ostrzegłem wszystkich, że nadchodzi ciemna chmura i możemy spodziewać się bardzo mocnego podmuchu. Rozdzieliłem zadania, ale niestety, kiedy przyszedł szkwał, chłopak, który miał zrzucić żagiel, ze strachu zamienił się w słup soli. Resztę załogi też sparaliżowało. Musiałem sam biec do przodu i pomóc zrzucać genakera. W tym samym czasie żagiel wpadł do wody. W całej tej szamotaninie wokół nogi zawinęła mi się lina. Po sekundzie wyrwało mnie za burtę, a szot coraz bardziej zaciskał się pod kolanem. Pamiętam, że pomyślałem sobie – „za chwilę nogi nie będzie”. Wystarczyło, żeby szot zablokował się na jakimś bloku lub knadze. Amputacja błyskawiczna.

Bez nogi, za burtą, na wysokich falach – śmierć.

Miałem mnóstwo szczęścia, że z tego wyszedłem, bo wszystko działo się ok. 6 mil od brzegu. Na szczęście szot się wyplątał i zwolnił ucisk, ale noga była zmiażdżona. Najwidoczniej Bóg dał znać, że jeszcze nie czas, że jeszcze mam coś ważnego do zrobienia.

Szpital?

Chcieli mnie uziemić na dwa, trzy tygodnie, ale nie było czasu (śmiech). Pozostało mi kuśtykanie i przeciwskrzepowe zastrzyki w brzuch. Do tej pory noga nie wróciła jeszcze do pełnej sprawności.

Na pewno masz dosyć tego pytania, ale przed nim nie uciekniesz. Co z polskim teamem w Pucharze Ameryki?

Uważam, że to świetne pytanie. Jeśli przestaniemy je publicznie zadawać, to nigdy polski team nie wystartuje w tych regatach. Wiem co mówię, bo moja droga na szczyt też była długa i kręta. Jestem w takim miejscu, a nie innym, tylko dlatego, że nigdy nie zrezygnowałem z realizacji celów i nie załamywały mnie porażki. Ze startem polskiego teamu w tych regatach powinno być podobnie. Ja wciąż powtarzam, że chcę kiedyś wygrać Puchar Ameryki. Oczywiście czas ucieka. Nie jestem coraz młodszy. Wiadomo, że w kryzysie szanse na realizację takiego przedsięwzięcia są mniejsze. Ale kryzys się skończy i powinniśmy być na to przygotowani. Po rozmowach z Maciejem Nawrockim, właścicielem Organiki, widzę jednak realną szansę na stworzenie polskiego zespołu.

Czy w całości byłby polski?

Nie przesadzajmy. Standardowy team w Pucharze Ameryki liczy około 60 osób. Nie zrobimy tego bez zatrudnienia fachowców spoza kraju. Zresztą nikt tak nie robi. Nie liczy się narodowy skład teamu, tylko kto stoi za przedsięwzięciem.

Kilka lat temu, żeby myśleć o starcie w tych regatach, trzeba było mieć 10 milionów Euro. A dzisiaj?

10 milionów było wówczas budżetem minimalnym. W ostatnim Pucharze budżety wahały się od 35 do około 180 milionów. Jak wiadomo, górna granica w tym przypadku nie istnieje (śmiech). W obecnej sytuacji budżet konieczny na następne regaty jest trudny do określenia.

Na razie jesteś w Team Germany. Chyba też czujesz się tam trochę jak u siebie?

W tej chwili wszystkie teamy z wyjątkiem Alinghi i BMW Oracle zawiesiły swoją działalność. Faktem jest, że czułem się w niemieckim zespole bardzo dobrze, obdarzono mnie dużym zaufaniem, powierzono rolę stworzenia i prowadzenia teamu, a więc moja rola nie ograniczała się tylko do sterowania jachtem. Z zadań wywiązałem się dobrze i dlatego jestem cały czas w kontakcie z szefami teamu.

Z Hiszpanami tak dobrze ci nie szło.

Startowałem tam z innej pozycji. W Desafio Espańol musiałem zmagać się nie tylko z rywalami na wodzie, ale i z wewnętrzną opozycją. Przeciwko sobie miałem część hiszpańskiej załogi i hiszpańską prasę, która chciała, aby jachtem nie sterował obcokrajowiec. Hiszpanie byli hermetyczni i niedostępni. To trudny i ciężki okres w moim życiu. Koncentrowałem się na dobrej robocie w trakcie treningów i regat i tylko dzięki temu przetrwałem.

Aż tak? Myśleliśmy, że w zespołach jachtowych przeważa świetna atmosfera. Nie słyszy się przecież o bójkach między żeglarzami.

Żeglarstwo to sport, w którym nie widziałem nigdy żadnych rękoczynów. Wszystko rozstrzyga się na wodzie. A tam jest walka na noże – full contact. Dlatego wyścigi obserwują sędziowie, których zadaniem jest rozstrzyganie spornych sytuacji. Załoga musi pracować perfekcyjnie i zawodowo, a na brzegu nie musimy się lubić, nie musimy nawet ze sobą rozmawiać. Zresztą niech wynik mojej pracy z Hiszpanami mówi sam za siebie (w 2007 roku hiszpański jacht pod wodzą Karola Jabłońskiego uplasował się na trzecim miejscu w Pucharze Louisa Vuittona, czyli eliminacjach do finału Pucharu Ameryki – przyp. red.). Dzisiaj Desafio Espańol nie ma tak dobrych wyników, a dziennikarze, którzy próbowali mnie wtedy zniszczyć, teraz piszą, że ich team na gwałt znowu potrzebuje Jabłońskiego.

Czy w waszym sporcie istnieje doping?

Podczas Pucharu Ameryki nie, ale podczas regat zawodnicy poddawani byli badaniom antydopingowym. Sternicy rzadziej, bo nam doping i tak się nie przyda. Ale grinderzy, którzy muszą być silni i wytrzymali, badani są non stop. Efekty są takie, że raz na 10 lat znajdują u kogoś śladowe ilości marychy. Zwykle jednak żeglarze potrafią się wybronić (śmiech).

A jak jest z kibickami? Czekają na was na brzegu skąpane w słońcu atrakcyjne adeptki żeglarstwa?

To paradoks, ale jest to tak męski sport, że kobiet praktycznie się nie widuje. Niestety nie mamy groupies (śmiech).

Próbujecie pracować z dziewczynami?

One więcej mówią i głośniej krzyczą, więc współpraca byłaby ciężka (śmiech). Do wykonywania skomplikowanych manewrów na dużych jachtach potrzeba olbrzymiej siły – kobiety generalnie są za słabe. Kiedyś w Pucharze Ameryki wystąpiła kobieca załoga, ale był to ewenement w historii tych regat. Uważam jednak, że doskonale uzupełniają załogi męskie. Są miejsca na jachcie, w których panie czują się jak ryby w wodzie. Na przykład nawigacja.

Jak często masz kłopoty z chorobą morską?

Zdarzyło się to kilka razy, ale nie podczas regat. Nie jestem Terminatorem. Jak czuję, że nie jest dobrze, to schodzę pod pokład i staram się usnąć. Nasz dziobowy – Jacek Wysocki – w trakcie największych sztormów czyta książki albo gotuje spaghetti. Sporo mi do niego brakuje (śmiech).

Nie kręcą cię regaty dookoła świata?

Lubię adrenalinę, muszę mieć kontakt wzrokowy z przeciwnikiem, nie będę też ukrywał, że wolę wygodne łóżko w hotelu niż ciasną i mokrą koję na jachcie. Regaty długodystansowe to inny rodzaj wyzwania. Jestem pełen szacunku dla chłopaków, którzy biorą udział w takich wyścigach. Ja do nich raczej nie dołączę. Ale oczywiście nie wiadomo, jak się życie potoczy. Nie zawsze przecież robiłem to, co lubię i nie zawsze zarabiałem pieniądze – żeglując.

Zamieniamy się w słuch.

Jeszcze na studiach wyjeżdżałem do Niemiec myć samochody i kopać rowy. Potem, kiedy w połowie lat 80. wyemigrowaliśmy, pracowałem w jakichś fabrykach i firmach spedycyjnych. Potem, dzięki znajomym, udało mi się dostać pracę w żaglowni i stoczni jachtowej. Nauczyłem się tam fachu od podszewki. Taka wiedza bardzo procentuje na wodzie. Sprzedawałem też jachty, robiłem materiały ociepleniowe na rynek budowlany, byłem nawet właścicielem pizzerii. Niedawno zresztą spłaciłem długi (śmiech).

Ilu znasz sterników na twoim poziomie, którzy przeszli podobną drogę?

Raczej jestem jedyny. Ale dzięki temu mogę się uważać za jednego z najwszechstronniejszych żeglarzy, czuję się doskonale na wielkich jachtach i małych żaglówkach, nie wspominając o bojerach. Pamiętajcie, że jestem z kraju, który nie istniał i nadal prawie nie istnieje w tym sporcie. Nikt nie uczył mnie żeglowania na wielkich jachtach, nikt nie wziął mnie pod skrzydła. Do tych, z którymi dziś rywalizuję, czyli m.in. Couttsa, Cayarda i Barkera, musiałem dobijać z zupełnie innego świata. Zajęło mi to ponad 20 lat. Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę, jakiej to wymagało determinacji. Szanują mnie za granicą, bo tam po prostu wiedzą, jak trudno przebić się w tym świecie.

A ty dziś jesteś gotów być dla kogoś mentorem? Mógłbyś wziąć jakiegoś talenciaka pod skrzydła. Na przykład Mateusza Kusznierewicza.

Mateusz od wielu lat ma inne cele. W mojej opinii, nie dokonał właściwych wyborów. Już po pierwszym medalu olimpijskim proponowałem, że pomogę mu wejść do świata żeglarstwa zawodowego. Nie był zainteresowany. W Polsce jest wielu młodych utalentowanych żeglarzy, ale niestety w naszym kraju nie ma praktycznie możliwości nauczenia się żeglowania regatowego na dużych jachtach. Sytuacja nie zmieni się szybko. Ja jednak w miarę możliwości będę starał się im pomagać w złapaniu kontaktu z wielkim żeglarstwem.

Co to znaczy „złapać plastik na kilu”?

Chodzi o zahaczenie kilem plastikowej folii pływającej w wodzie. Po czymś takim dramatycznie spada prędkość jachtu. Niestety, takie przypadki zdarzają się regularnie, nawet na jeziorach i tutaj – w Łupsztychu.

Myśleliśmy, że to „Łupstych”…

Tutaj wszyscy mówią Łupsztych. Wiecie przecież, że ja Krzyżak jestem (śmiech). Mazurzy po polsku nie mówili. Moja babcia uczyła się tego języka dopiero po II wojnie, ale jak rozmawiała z koleżankami, używała dziwnej mieszaniny polsko-niemiecko-mazurskiej.

Na pewno wiedziałaby, co to jest „der weisse Hai”…

Biały Rekin (wybuch śmiechu). W Niemczech na regatach objeżdżałem wszystkich zawodników. Ktoś wpadł na to, że pożerałem ich jak rekin. A „biały” wziął się chyba od koloru włosów. W dzieciństwie mówiono na mnie „Biały Murzyn”, ale wtedy na głowie rosło mi o wiele więcej loków w stylu afro.

Jest jeszcze ksywka „Jabol”.

Od nazwiska, nie od spożywania. Kiedyś ktoś z Poznania tak mnie nazwał i przetrwało to ponad 30 lat. Dzisiaj moja główna ksywka to „Karolski”. Tak mówi do mnie większość żeglarzy, szczególnie za granicą.

Na czym polega kultowy „Jablonski move”?

To manewr, który podczas startu pozwala przejść błyskawicznie z defensywy do pozycji kontrolującej przeciwnika. Właściwie użyłem go tylko raz w wygranym wyścigu z teamem New Zealand, ale dzisiaj sporo żeglarzy go wykorzystuje. Nie za często, bo boją się mojej riposty (śmiech). Żeglarstwo to szachy na wodzie, tylko plansza bardziej się rusza.

Kiedy przyjdzie moment, że już niczego nowego w żeglarstwie nie da się wymyślić?

Nigdy. Bo zawsze będzie trwał wyścig technologiczny, a na wodzie będą panowały inne warunki pogodowe. W żeglarstwie nigdy nie zdarzają się takie same sytuacje.

A na bojerach?

Bojery to inna para kaloszy. Przede wszystkim prędkości są nieporównywalnie większe. Przy takim wietrze jak dzisiaj można się ścigać z szybkością 130 -150 km/h. Ale mi i tak cały czas chodzi po głowie pobicie rekordu prędkości. Myślę, że kiedyś polecę 250 km/h. Żeby osiągnąć taką prędkość muszę zbudować specjalny, bardzo zaawansowany technologicznie bojer, podobny do szybowca, tylko, że na płozach i z pionowym skrzydłem. Żeby wyhamować coś takiego potrzeba spadochronu. Nie ma żartów. To sport superekstremalny. Wiem, co mówię, bo zdarzyło mi się parę razy hamować brodą po lodzie. Blizny zostały do dziś.

Pierwszy raz zostałeś mistrzem świata w bojerach w wieku 30 lat. Planujesz jeszcze jakieś starty?

Chciałbym. Ale mój „pociąg” zapieprza teraz bardzo szybko. Gdybym chciał na chwilę wysiąść, to już bym do niego nigdy nie wsiadł. Od razu pojawiłoby się kilku sterników na miejsce „Karolskiego”. Moje życie to od wielu lat ciągłe rozjazdy. Wiele rodzin nie wytrzymuje takiego funkcjonowania. Żeby wszystko dobrze się układało, żeglarz musi znaleźć bardzo wyrozumiałą kobietę (śmiech). Gdyby nie moja żona, nie byłoby „naszych” sukcesów. Ale mam paru kolegów, którzy gdy kończą się regaty i wszyscy jadą do domu, wylatują na snowboard do Kanady. Prawdziwe niebieskie ptaki. Wszystko jednak jest kwestią wieku. Ja już nie mam 25 lat…

A widzisz w Polsce swoich następców?

Kiedyś zaczepił mnie facet, który bardzo chciał zostać członkiem mojego teamu do Pucharu Ameryki. Powiedział mi, że nie musi nawet spać. Poza tym nie spełniał żadnych wymagań. Tacy są na razie moi następcy. Bez kompleksów (śmiech).

Kiedy idziesz na emeryturę?

Nie mam zielonego pojęcia. Póki zdrowia starczy, będę żeglował. Pytanie tylko, do kiedy będę mógł ścigać się na najwyższym poziomie, bo tylko taki w sensie sportowym mnie interesuje. Niektórzy robią to z powodzeniem do 65. roku życia. Wszystko jest kwestią motywacji i chęci. Nie zamierzam w najbliższych latach zakładać ciepłych kapci.

Na skróty:

Bojery są cudowne, są moją pasją. Zasuwa się nimi jak rajdowymi samochodami bez żadnego silnika. Szkoda, że w Polsce to sport mało popularny. Zresztą z żeglarstwem jest podobnie. Moje największe sukcesy sportowe nie są przez media zauważane. Już się do tego przyzwyczaiłem.

Żeglarstwo to sport, w którym nie zarabia się szybko i łatwo.

Kiedyś podczas wyścigu z Hong Kongu do Manili w nocy do kokpitu wskoczyła nam latająca ryba. Nie dość, że nas wystraszyła i oślepiła, to jeszcze tak śmierdziała, że można było umrzeć. Przez tydzień nie mogliśmy się pozbyć tego smrodu.

Chciałbym nad Mamrami otworzyć swoją Marinę. Kiedyś może nadejdzie czas, aby skupić się na czymś, co jest w jednym miejscu (śmiech).

Najgorsze na jeziorach mazurskich są hałasujące skutery wodne i pseudożeglarze z butelką piwa w ręku. Nigdy nie zrozumiem takich ludzi…