Press enter to see results or esc to cancel.

Jan Borysewicz i Janusz Panasewicz

PLAYBOY nr 6, 2007 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. P. Bąbała/ Sony BMG


Widzieliście swoje teczki?

Borysewicz: Nie interesuję się tym.

Panasewicz: Ale wiesz Janek, ty możesz mieć teczkę (śmiech). Musisz mieć!

Borysewicz: To akurat wiem.

Panasewicz: Posłuchajcie, bo to zacna historia. Po powrocie z jakichś występów w Sojuzie pojechałem do siebie do domu do Olecka, żeby zdać paszport w komendzie milicji. Naprzeciwko był Urząd Bezpieczeństwa. Nagle z tamtej strony wołają: „Siemasz, słuchaj co ten Borysewicz wyrabiał? Bo dostaliśmy informację, że do czerwonej marynarki przypiął sobie 50 orderów z Leninem, od wielkiego do malutkiego…”.

Borysewicz: Miałem 45 Leninów, a 46. dostałem od Hermaszewskiego na Okęciu (śmiech).

Panasewicz: I ci ubecy z Olecka pytają mnie, co to niby znaczy. Powiedziałem im, że Janek miał jeszcze jednego Lenina – popiersie i wstawił go do kibla tak, że mu tylko czubek głowy wystawał. Świetnie się na niego lało.

Borysewicz: Śmieszą mnie te ubeckie historie. Pamiętam, że po powrocie ze Stanów wezwali nas do KC do pierwszego sekretarza od spraw młodzieży albo kultury. Potem facet przychodził na nasze koncerty. Nawet się zakumplowaliśmy, a po występie w Stodole razem daliśmy w banię.

Dziś niebezpiecznie się do takich znajomości przyznawać.

Borysewicz: A co tam! Stare czasy. Wiadomo, jak było. Wezwali nas, pojawiły się na stole słone paluszki i wyciągnięte z kasy pancernej dossier. „My wszystko wiemy, panowie”. Z teczki wysypały się wycinki artykułów o nas z „Newsweeka”, „Washington Post” i tak dalej. Ale ten facet to nie był jakiś potwór. Spotkaliśmy się ze trzy czy cztery razy. Karierowicz po prostu, ale karierowicz o sympatycznym usposobieniu. Dał się lubić. Ja zawsze rozróżniałem skurwysyna – komunistę od karierowicza – komunisty.

Panasewicz: A kto się wtedy kręcił wokół organizacji koncertów? Pełno partyjniaków. Wódę pili równo.

A pamiętacie jak SB „metodami operacyjnymi spowodowało spadnięcie przeboju Mniej niż zero” na liście Trójki?

 

Panasewicz: Znana historia. Nagrywaliśmy wtedy w Łodzi piosenki do filmu Pawła Karpińskiego To tylko rock i na planie dowiedzieliśmy się, że jest awantura. Dzwonią do radia z KC i mówią, żeby zwalić ten numer, bo dzieciaki śpiewają go na grobie Przemyka. Później w „Wyborczej” widziałem fragmenty tego polecenia – „metodami operacyjnymi spowodować spadnięcie utworu” (śmiech).

Borysewicz: Przed koncertem w Poznaniu wzięło mnie na bok dwóch panów w garniturach i spytało, czy wiem, że na ich terenie ten utwór jest zabroniony. Kazali wykreślić z repertuaru. No to weszliśmy na scenę i zaczęliśmy od Mniej niż zero. Żadnych konsekwencji nie było. Dziecinada. My, jako „wariaci”, specjalnie ich nie interesowaliśmy. Raczej dawali nam spokój.

Żadnego medalu nie dali? Oprócz Lenina, rzecz jasna.

Panasewicz: Ani tamci nie dali, ani ci dzisiejsi nie chcą dać (wybuch śmiechu). Nie przystajemy do żadnej sytuacji. Chyba musimy zaczekać na V RP.

Borysewicz: Na moim osiedlu mieszkał taki jeden, który zaproponował mi, żebym został dyrektorem festiwalu w Opolu. Powiedział, że wtedy medal dostanę. Posłałem mu tyle jobów, że później mnie z daleka obchodził. Wiesz o kim mówię, Janusz?

Panasewicz: Wiem. Ale nie podamy nazwiska, bo to dziś poważna osoba (śmiech). Wpływowa. Mediami trzęsie i wszyscy go znają.

A czy wy znacie jakiś inny polski zespół, o którym jednocześnie pisał amerykański PLAYBOY i „Newsweek”?

Borysewicz: Raczej nie. To były lata 80. PLAYBOY w tamtych czasach w Polsce był traktowany jako poważna pornografia (śmiech).

Panasewicz: Niezłe jaja. Sesja zdjęciowa w Malibu na plaży (śmiech). Pamiętam, że wtedy powstawała MTV. Kazali nam mówić w jakiejś reklamówce: „I want my MTV”. Nie mieliśmy pojęcia, co to jest.

Aż się nie chce wierzyć, że świadomie zrezygnowaliście z kariery w Stanach.

 

Borysewicz: Mnie to strasznie drażniło. Zaczęli nas wozić do fryzjerów, projektantów mody. Dali amerykańskiego kompozytora, żeby nam pisał nowe numery. Cyrk po prostu. Firma MCA chciała z naszej kapeli zrobić coś zupełnie innego. Dziś to jest norma. Ale dla mnie było to nie do przełknięcia. Poza tym, prawdę mówiąc, my nie byliśmy przyzwyczajeni do takiej harówy. Nie wiedzieliśmy, że wykreowanie wielkiej gwiazdy wymaga tyle wysiłku. Byliśmy przyzwyczajeni do innej harówy, do codziennych koncertów. Ale poza graniem zawsze była też zabawa. A w Stanach fundowali nam przez trzy tygodnie od rana do nocy non stop niewiarygodny zapieprz. Budzili o szóstej rano, a o trzeciej w nocy odstawiali do hotelu. MCA miała już wtedy takie wymagania. Oni wydawali Toma Petty’ego. Byliśmy u niego na prywatce. Pamiętam, że tak się jointem najarałem, że jadłem plastikowe orzeszki, które leżały na talerzyku jako dekoracja. Ja w ogóle jointów nie palę, nie służą mi.

Panasewicz: Palimy, pijemy i w pewnym momencie orientujemy się, że jest dość dziwnie. Pań brak. Wpadliśmy prawie w panikę (Janusz wstaje i śmiejąc się chwyta się za pośladki). Na szczęście zanim uciekliśmy, damy się pojawiły. Do dziś pamiętam nawet ich imiona (śmiech). Okazało się, że to te same panie, które pracowały w biurze MCA, tylko, że na tę okoliczność nieco inaczej ubrane i w nieco innej roli. Jaka wspaniała oszczędność!

(Ogólny wybuch śmiechu).

Czego konkretnie chcieli od was „fachowcy” z MCA?

Borysewicz: Wszystko zmieniali. Ciuchy, fryzury, muzykę nawet. Mówili, że skoro rozpadło się The Police, to my mamy szansę zapełnić tę lukę.

Panasewicz: Jeszcze była niezła akcja w Kalifornii. Koncert dla samych grubych ryb showbiznesu. Nie wiedzieć czemu, wśród nich był jeden Polak, nomen omen – Wojciech Mann. Widocznie akurat przyleciał do Los Angeles i ktoś go zaprosił na ten koncert. Słuchajcie, dwieście może trzysta osób, które trzęsą całym muzycznym interesem, ogląda potencjalne przyszłe gwiazdy na żywo. Dla nas było to śmieszne. A nasi menadżerowie kłócili się z organizatorami, że Lady Pank nie będzie występował jako support, nikomu nie znanej, Madonny (śmiech).

Żałowaliście kiedyś, że się wycofaliście z tego układu?

Borysewicz: Nigdy. Za bardzo tęsknię za Polską. Wytrzymuję za granicą góra kilka miesięcy.

Panasewicz: Ja dziękuję Bogu, że któregoś dnia wstałem w Stanach o tej szóstej rano i powiedziałem sobie: „O nie. Dłużej tu nie będę. Koniec z tym”.

Borysewicz: Nie wtedy, ale kilka lat później, część zespołu, dokładnie basista i perkusista zostali w Ameryce. Chłopaki mieli świetny pomysł. Za wszystkie zarobione pieniądze kupili sobie rockendrollowe ciuchy, buty z ostrogami i zaczęli szukać Jona Bon Joviego. Chcieli mu zaproponować, żeby zwolnił swoją sekcję i przyjął ich, bo lepiej grają i lepiej wyglądają (śmiech).

Panasewicz: Sekcja Lady Pank chciała wywalić sekcję Jona Bon Joviego!

Borysewicz: I faktycznie mieli szansę. W końcu spotkali Bon Joviego. Ale kiedy „Kapiszon” (basista Paweł Mścisławski – przyp aut.) go zobaczył, to zapomniał języka w gębie. Nawet do niego nie podszedł.

Czym różnią się amerykańskie groupies od polskich?

 

Panasewicz: Z całym szacunkiem dla dziewczyn, które przychodzą na koncerty w Polsce, „groupies” to u nas dziwnie brzmi. Takie dziewczyny grupowe (śmiech). Co to naprawdę znaczy „groupies”, przekonałem się w Ameryce. One nie pchają się pod scenę, jak u nas. Na koncercie Roda Stewarta widziałem groupies na najdroższych lożach. Tam wchodziły: mama w norkach za melon, córka w kiecce od znanego projektanta za melon i jej koleżanka, która przyjechała samochodem za melon. Odstawione tak, że ohoho… Myślałem sobie: „Kurwa mać, żeby w Polsce przychodziły na nas takie fanki. W rękawiczkach po pachy, brylantowych koliach i z cyckami na sztorc”. Marzę o tym, ale chyba już nie doczekam (śmiech).

Spotykacie groupies z dawnych lat?

Panasewicz: Przecież nie jesteśmy idiotami, żeby o tym opowiadać (wybuch śmiechu). Pamiętasz Janek, te dwie groupies z Republiki Federalnej Niemiec? To były dopiero groupies!

Borysewicz: Utrzymujesz stały kontakt? (Wybuch śmiechu).

Panasewicz: Opowiem wam fajną historyjkę o groupies. Marek Piekarczyk z TSA powiedział kiedyś w wywiadzie, że najbardziej lubił grać z Lady Pank. „Za nami to w skórzanych kurtkach jakieś babo-chłopy łażą, nie wiadomo co. A Lady Pank ma zawsze najlepsze laski ze wszystkich. A do tego oni ich nie chcą. W hotelu zawsze uciekają do swoich pokoi. No to wtedy te ich ślicznotki dopadamy MY!”.

Borysewicz: To prawda. Tak było.

Panasewicz: Mnie to czasem naprawdę dziwi. W koszulkach z napisem „Lady Pank” dziewczyny jeżdżą za nami w trasy. Na forach internetowych licytują się potem: „Ja byłam już na 28 koncertach”. „A ja na 30!”. Podziwiam je, bo mają 18-20 lat, są na pewno zmęczone, ale zawsze dojeżdżają na miejsce i na czas. Żeby coś takiego robić, trzeba mieć pasję.

Nie bywa to czasem męczące?

Panasewicz: Bywa. Mamy fanów, którzy oceniają nas pod kątem: „Panasewicz w Koszalinie zrzucił marynarkę w trzecim numerze, a w Sieradzu w piątym. Dlaczego tak zrobił? Czy coś się stało?!” Albo widzimy wśród publiczności te same twarze w tych samych miejscach po raz dwudziesty, dzień w dzień. Zwariować można. Ale pewnie Janusz Gajos w teatrze ma podobnie (śmiech).

Pamiętacie jak pachniały perfumy „Lady Pank”?

Panasewicz: Wiem jak się nazywały – „Biały bez”. Okropne były! Siedem złotych kosztowały. Facet, który robił kasę na naszej popularności był z Poznania. Oprócz perfum wypuszczał też na rynek trampki z napisem „Lady Pank” (śmiech).

Rozliczał się jakoś z wami?

Borysewicz: Mieliśmy to w dupie.

Panasewicz: Inne sprawy na głowie były (śmiech). Poza tym, sami sprzedawaliśmy gadżety i one szły świetnie, masowo.

Borysewicz: Na plakatach zarabialiśmy więcej niż za koncert. Pieniądze w celofanowych workach zanosiliśmy prosto do barów.

Panasewicz: Świetnie szły nam żyletki, które wymyślił Janek. Sprzedawały się też czekolady „Lady Pank”. Dziki kapitalizm, super fajne czasy (śmiech).

To wtedy graliście więcej koncertów w roku niż rok ma dni?

Borysewicz: Teraz będziemy mieli podobnie. Podczas majowej trasy promującej nowy album Strach się bać. Ale już nigdy bym się nie zgodził na takie wariactwo, żeby grać bez przerwy cały rok.

Panasewicz: Jak masz dwadzieścia parę lat, to nie myślisz o tym. Zapierdalasz. Młodsi byliśmy, kondycha była. Po prostu amok.

Jaś Wędrowniczek kondychy nie zniszczył?

Panasewicz: Ja dzisiaj poszedłem w niewielką ilość Chivasika, bo jutro nagrywam wokale na nową płytę. Ale nie da się ukryć – Wędrownik to klasyk.

Borysewicz: Wiadomo, lata lecą, zdrowie już nie to, ale recepta na rockendrollowe życie się nie zmieniła (śmiech).

Panasewicz: W dawnych czasach rano waliłem łychę i „jechałem koncercik”. Dzisiaj po czymś takim zdycham. Po co umierać?

Na mieście chodzą słuchy, że Janek już nie pije, bo nie może. To dla ciebie obelga?

 

Borysewicz: No nie! (śmiech). Prawda, po zawale nie mogłem pić przez pół roku. I bardzo dobrze. Potrafię żyć bez tego – nie ma problemu. Ale kiedyś powiedziałem, że na trzeźwo świat mi się nie podoba. Od czasu do czasu lubię odreagować. Niektórzy koledzy z branży musieli się zaszyć. Nas ta przyjemność szczęśliwie ominęła.

Ale podobno ludzie nie lubią, jak wychodzicie na koncert trzeźwi.

Borysewicz: Bywa, że gadają: „O nie! Nic nie wypili, trzeźwi są, pewnie zagrają chujowy koncert”. Wtedy mówię: „Panas, słyszałeś to?” A on: „Dawaj, do baru idziemy!” (śmiech).

Panasewicz: Funkcjonuje opinia, że na trzeźwo nie potrafimy grać.

Borysewicz: Tymczasem gdyby tak było, to nie nagralibyśmy tylu płyt. My po prostu często się wygłupiamy. Może dlatego na scenie wyglądamy na pijanych.

A potraficie naukowo wyjaśnić, że w przeciwieństwie do wódki whisky nie powoduje agresji?

Panasewicz: Naukowo wyjaśniłby to na pewno świętej pamięci profesor Falandysz, wielki koneser wódek kolorowych. Ja pijam czystą dwa razy do roku, w okolicach Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pod śledzika (śmiech). I zawsze wtedy wstępuje we mnie diabeł. Niedobrze mówię do ludzi, źle się zachowuję, jest najgorzej na świecie. Dwa razy do roku proszę mi wybaczyć (śmiech).

Borysewicz: Po łyżce nie ma problemów. Zauważyliśmy to na trasach koncertowych. My piliśmy whisky, inne kapele wódkę. I ci co pili wódę rzygali, szarpali się, kłócili i wszczynali awantury w hotelach. Możecie to potraktować jako dowód naukowy (śmiech).

Panasewicz: Ci, co nas znają, wiedzą, że do naszej garderoby białej się nie wnosi. Chyba, że na własne ryzyko.

Borysewicz: I tak zostanie.

Często w wywiadach zapewniacie, że nie mieliście „okresów narkotykowych”…

Borysewicz: Bo narkotyki są be. Jak zapaliłem jointa i wsiadłem do fury, to wydawało mi się, że jadę autokarem z wycieczką i podziwiam widoki. Otarłem samochodem o barierkę… Znam takich, którym palenie różnych substancji służy. U mnie, jak wspominałem, kończy się to zwykle dramatem.

Panasewicz: Świństwa się nie tykam. Osobiście uwielbiam towary mazurskie (śmiech).

Borysewicz: Lady Pank nie kojarzy się z narkotykami.

Panasewicz: W Stanach dla samego spróbowania przeciągnąłem różne rzeczy. Poza żyłą chyba wszystko. Czułem się okropnie i bałem się każdego. Myślałem, że do Polski już nie wrócę. Od tamtej pory olewam narkotyki.

Krzysztof Krawczyk mówił nam, że w Stanach zażywał środki rozweselające dla hipopotamów.

 

Borysewicz: Proszę was! Załatwcie mi to! Chyba do niego zaraz zadzwonię.

Panasewicz: Ja też bym spróbował! (śmiech).

Dlaczego „kurwa” i „złodziej” to słowa nierozerwalnie związane z Polską?

Panasewicz: To nie my wymyśliliśmy te synonimy polskości. Na różne sposoby one funkcjonują w tym kraju. I funkcjonować będą. Wszyscy tak mówią, ale oficjalnie tego nie ma.

Borysewicz: Zawsze tak było. To nie są dla mnie straszne bluzgi. Panas na koncertach w tym miejscu przestaje śpiewać.

Panasewicz: A wtedy matki z dziećmi z największa przyjemnością wrzeszczą: „kurwy i złodzieje!” (śmiech).

Borysewicz: Z przekleństwami jest tak, że zawsze, kurwa, eksplodują. Pamiętacie, jaki był boom na Liroya? Dzieciaki krzyczały na osiedlach tylko jedno słowo: „Wypierdalaj!” Gdyby było przyzwolenie na oficjalne używanie słowa „kurwa”, wszyscy by przestali go używać.

Panasewicz: Najbardziej lubię obserwować piłkarzy. Jakoś nigdy nie zauważyłem, żeby przeżywali: „O matko, dlaczego nie strzeliłem”. Zawsze z ust wychodzą im kurwy. I to takie mocne, szczere. Podsumowując, nie wnikajmy w ludzką i narodową naturę (śmiech).

To postarajmy się wniknąć w naturę naszej rozkładówki.

Borysewicz: Jak chcecie, to ja mogę się sfotografować na golasa.

Panasewicz: Nawet w Hongkongu by tego nie puścili (śmiech).

Borysewicz: Wydaje mi się, że nie powinno być tak, że rozbiera się jakaś laska, bo jest znana, ma znane nazwisko. Kobiety w PLAYBOYU powinny być ładne i apetyczne, a nie tylko znane.

Panasewicz: A ja bym chciał zobaczyć Stephanie Seymour. Nie wiem, czy przypadkiem u was już nie była (była, była. W 91 i 93 roku – przyp. aut.). Jeżeli możecie, to namówcie ją. Proszę!

Borysewicz: W ogóle to jestem zakochany i nie myślę o innych kobietach, więc nie mam pomysłów.

Czy kiedyś padła propozycja ze strony braci, żebyście zagrali specjalnie dla nich Marchewkowe pole?

Borysewicz: Nigdy. Myślę, że nie mają na tyle dystansu do siebie i z pewnością za mało u nich poczucia humoru.

Panasewicz: Nie oszukujmy się. Oni doskonale wiedzą, kim jesteśmy, o czym śpiewamy i jak się zachowujemy. Myślę, że są zanadto politycznie wyrachowani, żeby coś takiego nam zaproponować. Dla nich mamy słaby wizerunek (śmiech).

Przed tą rozmową przeczytaliśmy, ze jesteście z tego dumni, bo solidnie na taki wizerunek zapracowaliście. Krótko, czym i jak?

Borysewicz: Dwudziestoma pięcioma latami.

Panasewicz: 25-lecie to obciach, bo nie czujemy się tak staro. To przecież dopiero srebrne wesele (śmiech).

Borysewicz: Ile małżeństw może się pochwalić takim stażem?

Panasewicz: A nigdy nie byliśmy święci.

Borysewicz: Zawód rockendrollowca, jeżeli tak można powiedzieć, nie jest zbyt grzeczny.

Panasewicz: To nie zawód. To cudowne natchnienie, które przychodzi i nie chce spierdalać. Nawet po 25 latach.

Ale kiedyś powiedzieliście, że będziecie grali tylko do 33. roku życia.

 

Borysewicz: Jak większość kapel, kłamaliśmy.

Na skróty:

O DOPIERDALANIU:

 

Borysewicz

Panas chodzi w tekstach po chmurach, a Mogiel (Andrzej Mogielnicki – przyp. aut.) stąpa twardo po ziemi.

Panasewicz

Jako tekściarz nie wchodzę w politykę, to Mogiel jest mistrzem w dopierdalaniu. Twardym i brutalnym. Na nowej płycie poszedł w Kaczory. I to jak!

O PRODUKCJI HITU:

 

Panasewicz

Często hit powstaje przez przypadek. Parę lat temu nagraliśmy na płytę 12 numerów. Oddaliśmy je do masteringu i nagle producent mówi: „Ej, ale jeden utwór nie ma tekstu!!”. , Co tu robić?! Mamy tylko godzinę! Wziąłem kartkę i na kolanie na odpierdol napisałem Słońcem opętani. Nie miałem pomysłu, ale lubię filmy Michałkowa (śmiech).

O RUTYNIE:

 

Panasewicz

Na koncertach gramy z reguły te numery, które chcą usłyszeć ludzie. Stonesi też grają góra trzy numery z nowej płyty. Oni rzygają „I can’t get no…”, ale jak tego nie zagrają, to zostaną przez publikę zgwałceni.

O PRAWDZIWYM ROCKENDROLLOWCU:

Panasewicz

Jednym z największych rockendrollowców, jakich znam, jest pan Jerzy Hoffman.

O NAUCZANIU MUZYKI:

 

Panasewicz

Skończyłem z marzeniem o zostaniu nauczycielem muzyki. Od niedawna zabrania mi tego ideologia. Moim przełożonym byłby w końcu Roman G.

 

Borysewicz

Ludzie rockendrolla, tacy jak my, mają trochę inne podejście do życia niż Roman.

O HAZARDZIE:

 

Borysewicz

Wygrałem kiedyś 25 tysięcy dolarów. Obstawiłem, że Gołota przegra w pierwszej rundzie z Lewisem.

O KOTACH I JODZE:

 

Borysewicz

Dostałem kota na punkcie gry w szachy. Gram wszędzie i z każdym. Szachy czyszczą głowę. Są moją jogą.

Panasewicz

A moją jogą jest oglądanie starych polskich filmów. Mam absolutnego pierdolca na punkcie Cybulskiego. To geniusz na miarę Brando.

O WOJSKU:

 

Borysewicz

Urodziła się córka i upiekło mi się jako jedynemu żywicielowi rodziny.

 

Panasewicz

Nie znałem nikogo, kogo mógłbym skorumpować. Osaczyli mnie i w końcu dopadli. Za odmowę służby zamknęli do więzienia. Nic fajnego. Wyszedłem po paru miesiącach.

O KRÓLEWSKIM ŻYCIU:

 

Borysewicz

W wieku 17 lat na dowodzie tymczasowym pojechałem do Niemiec grać z zespołem Romana Runowicza, który się hajtnął z Niemką. Założyli zespół Katja&Ron. Zarabialiśmy straszną kasę. Cztery i pół tysiąca marek wschodnich miesięcznie plus wynajęte super mieszkanie i skrzynie szampanów. Żyliśmy jak królowie.