Press enter to see results or esc to cancel.

Borys Szyc

PLAYBOY nr 10, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Tomek Bergmann


(Wtedy nie był rozpoznawany. Ale przewidywał, że będzie. I miał rację. Rozmowa w „Antrakcie” okraszona sporą dawką alkoholu okazała się jedną z najmocniejszych rozmów w historii polskiego Playboya. Dzisiaj Borys jest już grzeczniejszy. Starość, nie radość?)

Czy Stan Borys miał dla ciebie znaczenie?

Tak, jestem w stanie Borys (śmiech). Szczególnie po trzech drinkach. Chociaż, niestety, mam mocną głowę. I to jest mój problem. Podobno mocne łby sprzyjają alkoholizmowi.

Pijesz codziennie?

Chyba tak. Po piwku.

Pewnie dlatego twoja mama była przeciwna aktorstwu.

Pewnie i dlatego, ale głównie bała się, że mi nie wyjdzie i będę zgorzkniałym aktorem-pierdzielem, który całe życie opowiada, co to on zagrał, ale nikt nigdy o tym nie słyszał. Spotykam takich ludzi i jest to przykre. Mam wrażenie, że będę grał i już. Może to zarozumiałe, ale takie mam przeczucie. Teraz mama jest zadowolona i dumna ze mnie.

Nie dziwimy się. Przeniosłeś się na stałe z Łodzi do Warszawy. Kupiłeś sobie mieszkanie. Chyba się powodzi, co? Warto było zagrać w „Klanie”…

Się kaszle w fabule (śmiech). Żartujecie? W „Klanie” grałem jakieś 40 sekund. Płacą mi za powtórki, mniej więcej 15 złotych za jedną, a wtedy, gdy coś tam zagrałem, miałem jakąś studencką stawkę. Kiedy jestem w ZASP-ie i odbieram swoje pieniądze, to pół godziny czekam aż wydrukują rachunek Paulinie Holtz (śmiech).

Dlaczego nie grasz w telenowelach?

Bo nie chcę pracować w nudnej fabryce. Wolę zagrać w serialu. Granie w telenowelach rozleniwia i zabiera całą frajdę z bycia aktorem. To taka pańszczyzna, która ma niewiele wspólnego ze sztuką. Naprawdę dobry i ambitny aktor, grając w telenoweli, nie odpuszcza sobie i stara się dobrze grać. I na przykład przez pięć czy sześć lat taki aktor pokazuje wszystkie gesty, miny, zachowania, emocje. Potem w jakiejś fabule nie ma już czego pokazywać, bo wszystko sprzedał. Chyba że dostanie rolę wampira albo Quasimodo. Poza tym w teatrze wszyscy widzą jakiegoś Rysia z „Klanu”, a nie Hamleta.

Możesz na luzie utrzymać się z aktorstwa?

Od kwietnia tak. 26 maja skończyłem „Vinciego” Juliusza Machulskiego, a 1 czerwca zacząłem serial „Oficer” (Borys zagrał potem w kontynuacji serialu zatytułowanej „Oficerowie” – przyp. aut.) Macieja Dejczera. Jesteśmy dżentelmenami, więc nie powiem wam, ile dostałem za „Vinciego” (śmiech). Generalnie stawka rośnie, im więcej grasz i jesteś bardziej znany. Kasę negocjuje mój agent, a w agencji aktorskiej jestem od pierwszego roku szkoły.

Kim byłeś w łódzkim liceum, prymusem czy Albercikiem (więzień, którego Szyc gra w „Symetrii” – przyp. aut.)?

Raczej to drugie. Często lądowałem na dywaniku u dyrektorki. Raz zabrałem ze sobą panią od geografii. Powiedziałem: „Proszę ze mną” (śmiech). Chciała mi postawić pałę. Mówiła, że ciągle gadam i przeszkadzam. Pewnie tak było, ale ja miałem wtedy inne zdanie (śmiech).

Co chciał Szyc robić po liceum?

Początkowo wybierałem się na prawo, chciałem być w klasie menadżerskiej. Trafiłem jednak do humanistycznej, a potem sam przeniosłem się do biologiczno-chemicznej. W związku z tym zacząłem myśleć o medycynie. Sugerowała mi ją mama. Po półtora roku przeniosłem się ostatecznie do klasy menadżerskiej i nie był to najlepszy pomysł. Za dużo matematyki i fizyki.

Prawnik, lekarz, menadżer… Dlaczego w takim razie jesteś teraz z nami?

W czwartej klasie liceum zachciało mi się szkoły aktorskiej. Jak już do niej zdałem, a egzaminy są tam wcześniej, miałem najdłuższe wakacje spośród moich kolegów. Skąd taki plan? To szło cały czas drugim torem. Brałem udział w konkursach recytatorskich, byłem w kółku teatralnym. Zrobiłem wtedy m. in. jednoaktówkę Mrożka – Serenada. Grałem koguta, kolega grał lisa, a trzy laski, które wzięliśmy, były kurami. Spodobało się, wygraliśmy nawet jakieś „małe formy teatralne”.

Podobno mogłeś być także następcą Candy Dulfer.

Tak, dwa lata, w trakcie liceum, chodziłem do szkoły muzycznej. Lubiłem dźwięk saksofonu, no i jego kształt (śmiech). Byłem jednak zbyt leniwy i w końcu odechciało mi się. Teraz potrafiłbym zagrać kilka nutek, ale po pewnym czasie raczej chujem by zawiało (śmiech). Swoją drogą, muzyka, oprócz tego, co robię zawodowo, to najważniejsza rzecz w moim życiu. Bardzo mnie motywuje.

Czego słucha niedoszły saksofonista?

Czarno widzę to wszystko (śmiech). Zawsze poruszałem się w rejonach funk i soul. Stevie Wonder, ale nie tylko „I just called to say I love you”, Quincy Jones, James Brown, no i genialny muzyk – Prince. Jestem dzieckiem wychowanym na Michaelu Jacksonie. Kręciło mnie wszystko, co robił. Zawsze znajdziecie u mnie Sade, Stinga i Red Hot Chilli Peppers. Kiedyś wielkim kopem było dla mnie Rage Against The Machine. Szkoda, że skończyło się to na pierwszej płycie… A ostatnio uwielbiam Comę, zespół z Łodzi. Nagrali taki album, że tylko się ukłonić.

Czy jako łodzianinowi często zarzucano ci żydowskie pochodzenie?

Przede wszystkim to nie jest dla mnie żaden zarzut! Moje nazwisko jest akurat czysto niemieckie, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Poza tym w Łodzi byłem raczej Borysem Michalakiem. Po ojcu. Dzisiaj natomiast sporo osób kojarzy mnie z Teatrem Żydowskim. Wolę być Szycem, rozumiecie, kariera filmowa… Jest zwięźle i łatwiej zapamiętać (śmiech). Ale nadal muszę niektórym paniom przez telefon literować swoje nazwisko.

Komu kibicujesz, Widzewowi czy ŁKS-owi?

Nikomu, nigdy nie byłem kibicem. Jeździłem natomiast konno i to dwanaście lat. Nie musiałem na wuefie być gwiazdą piłki nożnej, bo przynosiłem do szkoły nagrody po różnych zawodach.

Dzisiaj pewnie bywasz zapraszany na zawody typu „gwiazdy jeżdżą konno”…

Mam takie zawody w dupie. Zestaw gwiazd, które się tam lansują, mało mnie obchodzi.

Opowiedz, jak trafiłeś do Symetrii?

Wszedłem do mojej agencji. Jakaś pani pokazała mi palcem, że w pokoju obok siedzi dziwny reżyser. I rzeczywiście siedział – taki łysy i wytatuowany. Pogadaliśmy chwilę, zaproponował mi rolę Zborka, którą ostatecznie zagrał Andrzej Andrzejewski. Potem była seria SMS-ów i telefonów, kogo chciałbym zagrać. W końcu dostałem od Niewolskiego (reżyser „Symetrii” – przyp. aut.) jasną i kategoryczną informację: „Grasz Alberta, zdecydowałem!”. Przyjąłem to z pokorą, choć wolałem oczywiście zagrać główną rolę.

Czy Konrad Niewolski jest normalny?

Absolutnie nie. Zresztą sam się do tego przyznaje, to żadna rewelacja. Według niego, na przykład, świat skończy się za osiem lat (śmiech). Konrad nie jest groteskowy. Brakuje takich ludzi. Ma rodzaj wariactwa, który jest twórczy. Czy taki Warhol był normalny? Niewolski jest pojechany, ale nie jest to wariat niebezpieczny, nie poderżnie ci gardła ani nie wydyma ci twojej kobiety. Poza tym liczy się dla niego męska przyjaźń i lojalność. Tak jak dla mnie. Jego odjechanie pomaga nam też w pracy. Dochodzimy razem do poziomów abstrakcji, które otwierają nowe drzwi. Koniec schematów, czyli rozmów ze starymi dziadkami albo panami reżyserami, którzy o niczym nie mają pojęcia!

W Symetrii zagrałeś bandziorka Albercika. Miałeś w związku z tym jakieś przygody?

Byłem kiedyś na warszawskiej Prażce, w knajpie „Łysy Pingwin”. Zresztą z Andrzejewskim, czyli ze Zborkiem z Symetrii. Przyszli „koledzy” z Pragi, sześciu albo siedmiu. Jeden mówi: „Skąd ja cię znam?”, ja na to: „Może oglądałeś Symetrię?”. „O, kurwa, to Albercik!”. Ale Zborka niestety też skojarzyli. „Ty, kurwa, frajera grałeś?” – słyszymy. Nastąpiło w tym momencie baaaaardzo długie zawieszenie głosów. Widać było, że jest kwas. „Za ile, kurwa, zagrałeś frajera?” – pytają. Razem z najbardziej kumatym próbowaliśmy wyjaśnić reszcie, że to rola, że aktor tak czasem robi itd. Ale było ciężko: „A jakby cię w dupę ruchali, to też byś zagrał?” – taka była odpowiedź, a my zaczęliśmy się zapętlać. Byłem na wygranej pozycji, ale Andrzejewski miał przerąbane, bo był „frajerem” i jeszcze wziął za to pieniądze. Zrobiła się afera, tym bardziej że „Dziejek” (ksywka Andrzejewskiego – przyp. aut.) też jest charakterny i zaczął się odgryzać, a potem z jednym z nich bić. Ja tonuję, trzecia w nocy, Praga, i nagle Dziejek krzyczy: „Co ja mam być, kurwa, Chrystusem, żeby cierpieć za wszystkich?!”. A jeden z tych kolesiów odzywa się: „Masz coś, kurwa, do Chrystusa?”. W tym momencie usiadłem ze śmiechu. Dziękuję całej Pradze, że poszła na film (śmiech).

Skąd wytrzasnąłeś taki superdresik w Symetrii?

W ciuchach na wagę kupiłem za 40 zł. Sam wyszukałem. Fryz to też był mój pomysł. Kolor moich fajek był dopasowany do koloru zapalniczek. Chciałem, żeby Albercik był poukładany w tym całym syfie. Niektórych wkurwiał, ale inni go lubili. Taki też zresztą rys chciałem nadać tej postaci.

A co robisz, gdy spotykasz na swojej drodze takiego Albercika? Jak reagujesz?

Prowadziłem głównie walki w autobusach z kolesiami, którzy kradną. Miałem dwie ostre scysje. Raz wymyśliłem, że jestem policjantem. Poszedłem na „stówę” i goście spękali. Innym razem było dwóch młodziaczków, dokładnie takie dwa Alberciki, jeden ze strasznie pociętym ryjem. Było ostrzej, ale też spękali. Po tym jak usłyszeli moją wiąchę. Reaguję w takich sytuacjach, bo nienawidzę złodziejstwa. Jak masz w sobie pewność siebie, której oni nie rozumieją, to sobie poradzisz. Idziesz na „stówę” i wszyscy milczą!

Które z ostatnich polskich filmów uważasz za żenujące?

Number one to oczywiście Quo Vadis, łeb w łeb ze Starą baśnią. Powinni ich za to powsadzać (śmiech). Za to, że zabrali pieniądze, za które mogły powstać inne, na pewno lepsze filmy. Chciałbym odejść z klasą. Jak poczuję, że jestem starym rzęchem, który nie ma nic do powiedzenia, to nie będę ciągnął tego wszystkiego na siłę. Czytam Wajdę, że nie wie, o czym teraz kręcić filmy. To po co je kręci?!

A krajowe perełki?

Symetria i Dług. Wierzę w Krauzego (reżyser „Długu” – przyp. aut.). Zawsze będzie tworzył, a nie zarabiał. Sam zresztą powiedział, że będzie „pierwszym reżyserem w Polsce, który pracuje i umrze z głodu” (śmiech).

Na jakich aktorów możesz patrzeć jak w obrazek?

Na facetów, którzy mają coś w oczach i grają biologicznie. Christopher Walken, Dennis Hopper, Tim Roth, Gary Oldman, Edward Norton.

Jak wspominasz spotkanie z Willemem Dafoe przy okazji Bożych skrawków?

Wspaniale, ale oczywiście Borys trochę zabalował dzień wcześniej i nie wstał rano na pociąg, dzięki czemu spóźnił się na plan. Dafoe poczekał na Szyca (śmiech). Może dlatego tak mnie polubił. Siedzieliśmy sobie razem w jego przyczepie, piliśmy whiskey z Cannes, pojechaliśmy do Krakowa, żeby kupić jointy, potem je jaraliśmy na jakiejś łódce. Poza tym cały czas go kręciłem. Nie ruszałem się z nim bez kamery. Willem jest chudy i mały, ale podobno ma jedną z największych pyt w Hollywood. Na szczęście nie widziałem. On nie wsadzał, a ja nie brałem do buzi (śmiech).

A jak przebiegała współpraca z Romanem Polańskim w trakcie zdjęć do Pianisty?

Z Romanem akurat jointów nie jarałem. Nie chciał się ze mną pobawić (śmiech). Byłem „żołnierzem numer dwa”, więc nawet mnie nie zauważył. Nawet nie dali powiedzieć tekstu. Przyjechał niemiecki aktor o paradoksalnym imieniu Wania i powiedział wszystko za mnie. 30 sekund ekranowych kręciliśmy siedem godzin, totalna perfekcja, a Polański gadał przez swoje cztery komórki: po niemiecku, angielsku, francusku i polsku. W każdym języku idealnie. Najgorszym bucem był Adrien Brody – gwiazda w najgorszym tego słowa znaczeniu. Przeszkadzało mu, że patrzy na niego jakiś chłopak z Pragi, chciał go bić, wkurwiał się, gdy mówili do niego „broda”. Kupił sobie królika, z którym chodził po planie i podobno bardzo go pokochał, a wyjeżdżając zostawił go w hotelowej szafie. Gdyby nie sprzątaczka, pewnie by zdechł… Niemiły ćwok, ale zagrał świetnie. Potwierdza to tezę, że aktor nie musi być mądry ani fajny. Czyli tak jak ja (śmiech).

Czy tak jak niektórzy aktorzy, bałbyś się zagrania roli homoseksualisty?

Ja już zagrałem taką rolę w Teatrze TV. U Dejczera w Wampirze byłem nierozgarniętym, młodym homoseksualistą – Klaudiuszem. Lubię takie role. Zagrałbym pewnie też i zoofila, który dyma owce, jeżeli miałoby to jakieś ręce i nogi oraz przesłanie artystyczne.

A zagrałbyś księdza-pedofila?

Z wielką chęcią (śmiech). Jankowskiego i Rydzyka w jednej postaci (śmiech).

Co prywatnie myślisz o pedofilach? Symetria wskazuje drogę?

Pierwsza reakcja – upierdolić. Ale nie zrobiłbym tego, co w tym filmie. Choć nie wiem, bo gdybym zobaczył, że ktoś krzywdzi moje dziecko albo gwałci żonę, to bym go zabił. I wylądował w więzieniu. Są jednak sytuacje, że sprawiedliwość trzeba wziąć w swoje ręce.

Zagrałeś kiedyś w obcym języku?

Już dwa razy przeszło mi to koło nosa. Pierwszy film miał być po czesku. Przyjechał do nas reżyser Jiři Svoboda, który szukał młodych aktorów. Wygrałem casting, byłem już w Czechach, przymiarki, kostiumy itd. To był genialny scenariusz: historia dwóch kolesiów, którzy dla pieniędzy zabijali ludzi, wsadzali ich w beczki z kwasem, a potem zrzucali je z tamy. Ja miałem być jednym z nich, tym najbardziej bezwzględnym, ale prowadzącym cudowne życie rodzinne, skurwielem (śmiech). Autentyczna historia z końca lat 80. Byłem bardzo podniecony, ale producent pięć dni przed zdjęciami tak pokłócił się z reżyserem, że nic z tego nie wyszło. A drugi film był szwedzki, tak samo wygrałem casting, ale obowiązki w „Oficerze” nie pozwoliły mi na ten kameralny projekt. Miałem tam grać ze szwedzką gwiazdą Tuvą Novotny. Film był po angielsku. Żałuję, bo była to super historia. Do Szwecji przyjeżdża sezonowy pracownik budowlany i zakochuje się w dziewczynie. Przeciwieństwo Albercika (śmiech).

Poczułeś już zawiść środowiska aktorskiego?

Raczej nie, ale jeden z kolegów, który wracał ze mną z premiery Przedwiośnia, nawalił się i powiedział: „Kurwa, jak ja cię nienawidzę za to, jak tam zagrałeś!”. Czyste uczucie zazdrości, które trochę mnie ocuciło.

Często, przystojniaczku, musisz stopować zapędy wielbicielek?

Muszę łapać za pędy wielbicielki (śmiech). Ostatnio w Dębkach pewna 17-letnia pani bardzo mocno mnie szczypała. Co kilka minut podchodziła, wykręcała mojego sutka, śmiała się do rozpuku i szła dalej… Z kolei w Sopocie siedziałem sobie na pufie, na której usiadła jakaś laska. Na początku była grzeczna, ale potem położyła mi się na plecach. Nie zwracałem na nią uwagi. W końcu zarzuciła mi włosy na klatę i tak sobie siedzieliśmy. Ale tak naprawdę mam chyba więcej wielbicieli. Podchodzą kolesie i mówią teksty w stylu: „Ej, koleś, jesteś git, cały Gdańsk Zaspa jest za tobą” (śmiech).

Co się stanie, jak ładniutki Szyc przytyje?

Od razu pakowanie, odsysanie tłuszczu, botoks w ryj i pod pachy, żeby się nie pocić (śmiech).

Kiedyś powiedziałeś, że wierzysz w siłę wyższą i nie modlisz się w kościele, tylko w samotności. O co ci chodziło?

Wiem, że coś mną kieruje i coś mnie powołało na ten świat, żebym coś wykonał, ale nie musi być to Bóg. Chociaż może być. Poza tym nie wierzę w kościół jako instytucję. Celibat mija się z celem i z przykazaniami. Nie wierzę gościom, którzy udają, że nie mają popędu seksualnego i są tylko dla Boga. A jeżdżą wypasionymi furami, palą cygara i całują w usta na pożegnanie. Po co takie zakłamanie? Do kościoła chodzę tylko turystycznie, np. z racji pięknej architektury. U spowiedzi byłem ostatni raz przy bierzmowaniu.

A słuchasz czasami Radia Maryja?

Tak, dla rozrywki (śmiech). Kiedyś na studiach przypadkowo włączyliśmy Maryję. Myśleliśmy, że umrzemy. Najgorsze było to, że nikt nie mógł wstać i wyłączyć radioodbiornika. Dodatkowo oglądaliśmy „Egzekucję”, na której końcu jest przedział: „Saddam Husajn”. Jest pokazane wszystko – jak wiążą faceta, jak kopią mu dół, jak go tam wsadzają, aż w końcu pojechanie z kałasza, raz, drugi, szczęka mu wisi, trzeci, czwarty itd. To było straszne. Od tego momentu nie słucham Radia Maryja i wiem, że zabijanie jest złe.