Press enter to see results or esc to cancel.

Bogusław Linda

PLAYBOY nr 1, 2007

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik


Płakał pan na Jasnych błękitnych oknach?

Bez przesady. Gdybym popłakał się na swoim filmie, byłbym chyba debilem. Ale często płaczę w kinie. Zdarza się, że szlocham.

Pytamy, bo pół godziny temu wyszliśmy z kina i musimy przyznać, że z najwyższym trudem powstrzymywaliśmy łzy.

Traktuję to jako komplement. Ale nie trzeba było się powstrzymywać. Po co? Mi naprawdę zdarza się szlochać i uważam, że to żaden powód do wstydu.

A co pana szczególnie wzrusza?

Zawsze to samo. Umiejętnie pokazane ludzkie cierpienie.

Myśleliśmy, że na przykład szarża konna…

Dziwne skojarzenie. Szarży przyglądam się pod kątem zawodowym. Jak jest sfilmowana? Czy jeźdźcy potrafią jeździć? Czy mają siodła z epoki? Bo zwykle nie mają. Tylko paru reżyserów pilnuje detali w scenach batalistycznych. Roy Hill, mistrz pojedynków – Ridley Scott i oczywiście Peckinpah.

A Walter Hill?

Niedawno obejrzałem powtórkę Dzikiego Billa. Fantastycznie zrobione pojedynki, mimo że wtedy nie było komputerów! Do tego fantastyczna jazda konna. Indianin bez strzemion osadza konia w miejscu. Naprawdę duża sztuka.

Rozumiemy, że w pańskim filmie Krzyżacy równie fachowo dosiadaliby koni. Śni się panu jeszcze po nocach fiasko projektu nowej ekranizacji Krzyżaków?

Rzeczywiście trudno mi było się z tym pogodzić. Tym bardziej, że byłem naprawdę dobrze przygotowany. Została cała masa pomysłów w głowie. Film miałby się zaczynać sceną, w której Krzyżacy ścinają w lesie drzewo. Potem widzimy jezioro, a na nim wyspę, na której stoi ogromny dwór. Po chwili przez długi most łączący wyspę z lądem pędzą na koniach Krzyżacy. Między dwoma szeregami jeźdźców wisi pień drzewa – taran. Wybijają nim wrota i w galopie wpadają do środka… Upatrzyliśmy już nawet miejsce na Mazurach, żeby to nakręcić.

Jest w ogóle jakaś szansa na wskrzeszenie Krzyżaków w pańskiej reżyserii?

Żadna. Przecież w Polsce po Quo Vadis wszystkie duże produkcje padły.

Czy powstał u nas choć jeden dobry film batalistyczny?

Potop ze zdjęciami Wójcika. Świetna robota. Poza tym same nieporozumienia. Jak na dłoni widać zjechaną przez czołgi drogę na poligonie. A na koniach siedzą ludzie, którzy robią to pierwszy raz w życiu. Żenada.

Jak dziś podobają się panu Czarne Chmury?

Pod tym kątem? Są oczywiście żenujące (śmiech).

W tym serialu pojawił się pan pierwszy raz na ekranie. Jako halabardnik.

Fantastyczna rola. Zero odpowiedzialności. Można pokazać rodzinie. Tu w lewym rogu jestem ja (śmiech).

Miał pan plan, że jeśli do 28. roku życia nie usamodzielni się jako aktor, to zmieni zawód. Kim by pan był?

Reżyserem. Taki mam drugi zawód wyuczony.

A nam się wydawało, że strażakiem albo piosenkarzem.

Piosenkarzem nie. Nie przyznaję się do takich marzeń. Tym bardziej, że trzy razy wyrzucali mnie ze szkoły teatralnej za elementarną niezdolność śpiewania. Strażakiem owszem, chciałem być. Ale przestały mi się podobać mundury. W Teatrze Starym grałem młodego oficera w Warszawiance. Byliśmy przebrani w mundury z sukna strażackiego. Od tamtej pory mam wstręt. Były tak gorące, że po pół godzinie na scenie można było oszaleć.

Jednak do piosenkarza panu bliżej niż do strażaka. Szkoda tylko, że nie jeździ pan na koncerty ze Świetlikami.

Nie znam tekstów na pamięć.

Marcin Świetlicki twierdzi co innego. Uważa, że zostawił pan Świetliki jak jednorazową kochankę. Zarobił na płycie wielką kasę i porzucił…

(Wybuch śmiechu). Absolutna prawda. Dzięki Świetlikom stałem się milionerem. No i wreszcie jestem rozpoznawalny. Wziąłem, posiadłem i odrzuciłem. Ale miłość została.

Pan Marcin prosił jeszcze, żebyśmy przekazali, że nie jest pan prawdziwym mężczyzną, skoro się boi koncertować.

Racja. Nie jestem. Jestem wredną, małą kobietą.

A jak idą prace nad westernem pod znamiennym tytułem Sklepy salcesonowe?

Czekam aż Świetlicki i Dyduch napiszą w końcu scenariusz. Oni wciąż tylko gadają. Jak to w Krakowie: siedzą w knajpach, piją wódkę i opowiadają, że scenopis mają już właściwie gotowy. A z tego co mi się wydaje, to na razie obsadzili tylko główne role. Mielibyśmy zagrać trzech braci. W naszą kochankę wcieliłaby się Anna Dymna. Ponadto pan Marcin miałby grać brata umysłowo niesprawnego. Odgrażał się, że będzie lepić bałwanki z mięsa na zapleczu sklepu mięsnego. Tyle zostało powiedziane przy okazji pewnego wywiadu dla pisma niszowego i na razie tylko tyle wiadomo. Natomiast korzystając z okazji chciałbym poprosić panów, abyście powtórzyli panu Marcinowi, że apeluję o więcej optymizmu w twórczości. I jeszcze, żeby napisał o mnie kolejny wiersz, ale tym razem już z nazwiskiem.

Nie omieszkamy. A skoro już jesteśmy przy knajpiano-poetycko-filmowych skojarzeniach, proszę nam powiedzieć, czy potrafi pan, tak jak bohaterowie pańskiego filmu, pić wódkę z gwinta.

Nie, bo jestem obrzydliwy (śmiech). A zupełnie na poważnie, nie potrafię pić wódki czystej. I od razu przepraszam za zbyt daleko posuniętą szczerość – z gwinta chyba bym zwymiotował… Pamiętam natomiast, że testowanie młodej aktorskiej braci studenckiej polegało na tym, aby wypić ćwiartkę wódki z plastykowego kubka duszkiem, leżąc w pustej wannie. Tragedia. Mało kto to przeszedł. Ja nie. Ale mój kolega, świeżo po wojsku, podołał.

A studentki?

Test dotyczył tylko mężczyzn, bo to był męski akademik. Co prawda, kilka dziewczyn próbowało, ale z niespecjalnie dobrym skutkiem.

Jeszcze na studiach grał pan halabardnika, ale prawdziwie debiutował pan w 1975 roku. A to jest nasz rocznik…

(Wybuch śmiechu).

Jak się panu żyło, kiedy my się rodziliśmy?

Fantastycznie. Brałem od życia, co chciałem. Było wesoło. Choć czasy takie nie były.

Ale wkrótce przyszedł 81 rok – raczej zły dla pana. Załamany wrócił pan z Francji. Słyszeliśmy, że żałuje pan tamtej decyzji o powrocie.

Absolutnie nie. Być może żałowałem wtedy, zastanawiając się, co by było gdybym został. Ale prawdopodobnie siadłbym psychicznie. Byłem już tego bliski. Nie jestem materiałem na emigranta. Nie potrafiłem zaczynać od nowa, biegać po castingach. Co nie znaczy, że nie miałem kilku propozycji.

I to nawet świetnie płatnych. Miał pan grać w australijskim serialu. Gaża w granicach stu tysięcy dolarów. Chciał pan za te pieniądze kupić wyspę na Morzu Śródziemnym. Czy to prawda?

Prawda. Grecka wyspa z piękną przystanią i małym kamiennym domem za jakieś 80 tysięcy dolarów.

Ile teraz jest warta?

Uuu… Myślę, że z dziesięć razy tyle.

To może ma pan szansę ją odkupić?

Na pewno nie (śmiech). Za te szalone pieniądze, które zarabiam, nawet działki na wyspie się nie kupi.

Pięć lat temu w wywiadzie dla PLAYBOYA, powiedział pan, że gdyby nie musiał zarabiać, spakowałby się i wyleciał na Seszele.

Zgadza się. Poleciałbym tam i nic nie robił.

Sam?

Nie. W zależności od ilości kasy na utrzymanie innych, stale bym sobie powiększał grono otaczających mnie ludzi.

Czyli nie jest pan typem samotnika?

Jestem. Na pewno mieszkałbym daleko od nich, ale miałbym wszystkich pod ręką. Mam swoje miejsca, do których nikt nie ma wstępu, na przykład gabinet albo kawałek lasu.

I lubi się pan czasami zaszyć. W 2003 i 2004 roku na przykład nie zagrał pan w żadnym filmie pełnometrażowym!

Po pierwsze nie miałem propozycji wartej grzechu, a po drugie zacząłem przeglądać internet i dała mi do myślenia ilość inwektyw pod moim adresem. Postanowiłem odpuścić i nie pokazywać się za często. Byłem mocno podłamany. Dopiero potem mądrzy ludzie powiedzieli mi, że tego się nie czyta.

Co pana bolało najbardziej?

Przypisywanie ról do mojego charakteru. Arogancki brutal, głupi chuj, tandetny aktor. Gorzej być nie może. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego na świecie, jak ktoś dobrze gra to samo jest chwalony, a u nas bywa na odwrót. Ale i u nas są aktorzy, którzy świetnie grają wciąż podobne role – Holoubek i Zapasiewicz na przykład – i wszystko jest ok. A w moim przypadku nie jest ok. Dlaczego? Nie wiem. Najwyraźniej trzeba się z tym pogodzić. Z drugiej strony nie uważam, żebym był taki sam w Jańciu Wodniku, Kobiecie samotnej czy Psach.

Zawiść nie ma granic, nie wiedział pan?

Zgadza się, ale wiecie panowie, na czym ona polega? Na tym, że ludzi wkurza moja niezależność, otwarte wypowiadanie się na różne tematy. Wymykam się kontroli. Kondrata można w rozmowie ułożyć, a tego chuja Lindy nie.

Ludzie odbierają pana jako buca?

Tak. Szczególnie dziennikarze, którzy przychodzą na rozmowę z nastawieniem: co ten chujek dzisiaj powie. Zwłaszcza dziennikarki mają mnie za zarozumiałego imbecyla. Wydaje im się, że jestem jakimś potworem pożerającym kobiety żywcem. Można to olać albo próbować prostować. Jak mi się nie chce, utwierdzam te panie w ich przekonaniu. To prostsze i szybciej idzie, ale potem boli.

Kiedyś powiedział pan zaskakującą dla nas rzecz, że głupota w pana zawodzie jest jeszcze większa niż w naszym. Chcemy zgłosić veto.

Oj, nie wiecie panowie, co mówicie…

Nie będziemy się spierać z rozmówcą, bo to nieładnie. Wróćmy do lat 2003-2004. Zagrał pan wtedy tylko w serialach. Dlaczego?

Bo muszę żyć. Dlaczego wy czasami robicie wywiady z ludźmi, których może nie lubicie, i z którymi nie macie się ochoty spotykać? Bo musicie żyć.

Ale nas pan rozszyfrował. Jak my się teraz wytłumaczymy kolejnym rozmówcom?

Możecie wszystkiemu zaprzeczać (śmiech).

Nadal relaksuje się pan czyszcząc broń?

Już nie. Znudziło mnie czyszczenie broni (pan Bogusław powiedział to słynnym głosem Franza z Psów, wprawiając autorów tego wywiadu w niekłamany zachwyt).

Niewątpliwie spodoba się ta fraza poecie Świetlickiemu. On i tak już od jakiegoś czasu chorobliwie zazdrości panu złotej myśli: „Będzie dobrze albo niedobrze”.

Strasznie był wkurwiony, że sam tego nie wymyślił. Pamiętam.

A pamięta pan, jak czuł się w roli wypchanego niedźwiedzia?

Zaskakujecie mnie panowie…

W Zachęcie swego czasu gościła wystawa Katarzyny Kozyry pod tytułem Nie chce mi się z tobą gadać. Jednym z eksponatów był wypchany Bogusław Linda.

(Śmiech). Żałuję, że o tym nie wiedziałem. Byłbym pierwszy w kolejce!

Wciąż boleje pan nad tym, że jest brzydszy od Deląga?

Nic się nie zmieniło. Wciąż nie mogę sobie z tym poradzić. Ale staram się przynajmniej starzeć godnie.

A czy godne starzenie musi się wiązać z ćwiczeniami fizycznymi?

Oczywiście, że tak. Na twarzy faceta zarysowuje się zwłaszcza to, co przeżył ciężko pracując fizycznie albo uprawiając sport. Przecież twarz prostego drwala jest zawsze o wiele ciekawsza niż twarz biznesmena. Wysiłek fizyczny służy mężczyznom.

Widzimy, że pan nie stroni. Dłoń i ręka w bandażach, raczej nie od obsługi pilota…

Mogę wam powiedzieć, jak to się stało. Otóż na wiślanym brzegu, wieczorową porą goniłem małą dziewczynkę, chcąc ją chwycić za nóżki. Dziewczynka była bardzo szybka, a kiedy nagle stanęła, tak mnie zaskoczyła, że nie chcąc na nią wpaść, przewróciłem się w dość dziwny sposób… Rzecz działa się oczywiście na planie.

Dobrze, że pan dodał. Bo brzmiało groźnie. Szczególnie dla ministra edukacji… A propos edukacji, jeszcze przed szkołą aktorską, w szkole średniej trenował pan boks i judo. Nie mogliśmy się o to nie zapytać. Rozłożyłby pan dzisiaj Leppera?

Z wielką obrzydliwością, ale po co?

Może chciałby się sprawdzić z Lindą. Dużo miał pan takich przygód?

Zdarzali się jacyś psychicznie odmienni goście i nagle chcieli się sprawdzać na przykład w krakowskim szalecie. „Co z ciebie za Franz? Ja jestem Franz!”. Trochę było takich sytuacji, ale odkąd przyznałem się, że lubię broń, zaczęły zanikać (śmiech).

Słyszeliśmy też, że odzywali się do pana chłopcy z mafii.

Mieszkam koło Pruszkowa, więc byłem na nich skazany. Po Mieście prywatnym – świętej pamięci Jacka Skalskiego z Pruszkowa, który pozmieniał ksywki mafiosów, na przykład z Pawlaka na Pawika – przyszedł taki jeden pod mój dom i przez domofon nadawał: „Cześć Boguś! Czemu ty, kurwa, żelazkiem przypalałeś? Ja nikogo nie przypalałem. Powiedz mi, gdzie mieszka ten reżyser”. Z kolei na festiwalu w Gdyni chłopaki sprzedawali mi Porsche: „Jak dla ciebie Franz, to za osiem tysięcy bagsów. Wybierz se tylko kolor. Za tydzień masz furę”. Koledzy po fachu (śmiech).

Kiedyś na pytanie, czy spotkał pan kobietę, która lepiej od pana gotuje, prowadzi pojazd mechaniczny lub obsługuje broń palną, odpowiedział pan, że nigdy. Chcieliśmy zapytać, czy coś się zmieniło?

Nic się nie zmieniło. Możecie panowie śmiało napisać, że nadal szukam (śmiech).

A to, że kobiety w czasie okresu tracą smak? W tej sprawie też pan zdania nie zmienił?

Ależ to nie jest moja teoria. To prawda znana bodajże już od końca XVII wieku, że kobieta nie może być szefem kuchni, bo raz w miesiącu traci smak. Prowadząc zbiorowe żywienie, nie można sobie pozwolić na zatrudnienie kucharki, bo reputacja restauracji może lec w gruzach w ciągu jednego feralnego tygodnia. Zastrzegam jednak od razu, że w domu gotuję ja, a w związku z tym nie miałem okazji sprawdzenia powyższej zasady doświadczalnie.

Jest pan znanym kucharzem, ale i „gadżeciarzem”. Z tym ostatnim pan walczy?

A skąd! Mało, że przyjmuję do wiadomości, ja się w tym lubuję. Elektronika, nowe zapalniczki, papierośnice, słuchawki… To tak jak z czyszczeniem broni (śmiech).

Kobiety lubią gadżety?

No, a czym są pudry, szminki, perfumy? Ale one się do umiłowania gadżetów nigdy nie przyznają. Bo to niby tylko mężczyźni mają swoje zabawki, a one ani ani. Dziwne tylko, że zwykle wyrzucają nam to, malując sobie usta szminką od Diora.

Czy któraś z pań mówi panu jeszcze: „Ale masz fajną pupeczkę”?

(Śmiech). To jest pytanie, na które nie chcę odpowiedzieć. Chociaż… (długie milczenie) Chyba są to dwie kobiety, które ze mną mieszkają. Zamknijmy ten temat w taki sposób.

„Lubię być przez kobiety pomiatany”. Jest pan masochistą?

Absolutnie nie, ale to też jest forma wyrażania uczuć. W tym wypadku miłości. Do pewnego stopnia lubię być własnością kobiety.

A którą z aktorek obejrzałby pan u nas na rozkładówce?

Gruszkę.

Niestety nie możemy jej namówić.

No to przyłączam się do apelu. Karolina, prosimy cię! Zgódź się! (Śmiech).

Uwierają pana czasem niemieckie korzenie?

Przeciwnie. Coraz bardziej się do nich przyzwyczajam. Ale nie da się ukryć, że jestem niemieckim Słowianinem, więc lubię porządek w pracy, a z drugiej strony lubię lenistwo. Za to jak już się wezmę do roboty, to pracuję uczciwie. Dlatego praca mnie boli.

Praca aktora boli?

Niektórzy twierdzą, że aktorstwo jest dla nich powołaniem życiowym, w związku z czym powstają legendy tego zawodu mówiące, że jest się ważnym w społeczeństwie, że przekazuje się coś ważnego i wyższego, że jest się wyżej od jakiegoś „szarego urzędniczyny”. Zwykle twierdzą tak ci, którzy zaczynają od grania halabardników i na tym kończą. Artystą się nie jest non stop. Artystą się bywa. I to krótko.

Wstydzi się pan niektórych swoich ról?

Staram się pracować po niemiecku, ale nie zawsze się da. Martwi mnie, że utożsamia się u nas film z grą aktorską. Ja odpowiadam za rolę, nie za film.

Lubi pan Quo Vadis i Szamankę?

Znając dokonania panów reżyserów, miałem nadzieję, że wyjdzie coś fajnego. Podjąłem ryzyko. Quo Vadis nie podobało mi się już w trakcie pracy. A Szamanka niestety nie jest Trzecią częścią nocy.

Wiemy, że jest pewien typ reżyserów, z którymi nie lubi pan pracować…

Tak. Z takimi, którzy grają na planie reżyserów. Kochają rozkazywać, dyrygować i krzyczeć, że wszyscy są głupimi chujami, tylko nie oni. Typ inteligenta na krzesełku z napisem REŻYSER, odziany w ciemne okulary i szpanerską czapeczkę.

Pan ciemnych okularów nie nosi?

Tylko jak mam kaca.

Żałuje pan, że jakiejś propozycji aktorskiej nie przyjął?

Zwykle jak nie przyjmowałem, to robiłem słusznie. Czasem intuicja zawodziła mnie w drugą stronę. Bywało, że grałem w filmach, które były niedobre.

A dlaczego zapewnia pan, że w trzeciej części Psów by nie zagrał?

Wydaje mi się, że z Władkiem (Pasikowskim – przyp. aut.) niepotrzebnie zrobiliśmy drugą część. Przyjechał producent z kasą i nas chyba trochę omamił…

Twierdzi pan, że granie jest często nudne, ale jeżdżenie po świecie nigdy. Przyjąłby pan rolę, tylko po to, żeby pojechać w jakieś piękne miejsce?

Oczywiście. Dlatego jadę do Rosji, żeby zagrać sobie wojewodę w scenach batalistycznych. Odmówiłem grania Bohuna w Ogniem i mieczem, bo scenariusz wydawał mi się plastikowy i komiksowy. Za to zaproponowałem reżyserowi zagranie nawet epizodu, byleby dokądś pojechać i pojeździć konno. Niestety reżyser się obraził i moja propozycja nie została przyjęta (śmiech).

Czyli najważniejsza i tak jest jazda konna! Niezły ma pan dystans do swojego zawodu.

Gdybym nie miał dystansu, byłbym głęboko nieszczęśliwym człowiekiem.

W mediach słychać, że się pan przyczaił i czeka na lepsze czasy. Nadeszły?

Coś się powoli rusza.

Jakim cudem Cezary Harasimowicz był pana studentem? Przecież panowie są prawie równolatkami.

Bo już za młodu zacząłem uczyć we Wrocławiu. Pamiętam, że portierka nie chciała mi wydawać kluczy. Tłumaczyłem jej, że jestem profesorem (śmiech). A ona na to: „Spierdalaj gnoju!” (śmiech). Czarek studiował aktorstwo, a ja go dyplomowałem.

Rokował?

Niby tak, ale chyba był za inteligentny, żeby być aktorem. Dzięki Bogu skwapliwie skorzystał z rady, jaką dawałem wszystkim aktorom, żeby nie przywiązywać się za bardzo do tego zawodu.

Pięć lat temu mówił pan, że ostatnio był w teatrze osiem lat temu. Czy coś się zmieniło?

Liczba lat (śmiech).

Mamy dwa pytania, na które chyba znamy odpowiedzi, ale… Czy miał pan propozycję z Tańca z gwiazdami ?

Tak. Przy pierwszej edycji.

Pytanie drugie: Czy miał pan propozycję kandydowania?

Tak. Bardzo kulturalną.

Myśleliśmy, że usłyszymy dwie odpowiedzi: „nie”. Jednak szok. A skoro o polityce, jest pan dumny z IV RP?

Jestem bardzo niedumny.

A na wybory pan chodzi?

Nie głosuję w zasadzie od początku. Nie daję się nabrać na gadanie, że mój głos coś zmieni. Za dużo jest starszych pań, które nie mają co robić i zawsze chodzą na wybory. Z nimi nie wygram.

Czy jako mistrz kucharski, ma pan przepis na zostanie gwiazdą w Polsce?

To bardzo prosty przepis. Dla każdego. „Wystąp w telewizji. Niezależnie jak i niezależnie gdzie. Nawet raz. Najlepiej w najgłupszym programie. Wtedy jest szansa, że obejrzy cię bardzo dużo ludzi”.

Wywiady pana nudzą, bo dostaje pan w kółko te same pytania. Czy w trakcie tej rozmowy było jakieś pytanie, które pana zaskoczyło?

Pytanie o pośladki.

Na skróty:

Co ty wiesz o zabijaniu, czyli kilka prawd Bogusława Lindy:

Wykonuję zawód aktora, ale się aktorem nie czuję.

Ubliżające jest granie z kimś nieutalentowanym.

Granie u walniętych reżyserów jest piekielnie męczące. Ich wiwisekcja mocno poniewiera, a ja nie lubię w pracy czuć się sponiewierany.

Środowisko aktorskie zarzucało mi, że grając księdza Robaka, zagrałem bandytę. A kim on, do cholery, był, jak nie bandytą?! U nas księdza zawsze trzeba grać na klęczkach.

W ostatnim filmie obsadziłem się w roli Wildsteina, nie można chyba lepiej.

Z Valem Kilmerem grało się świetnie. Ciskałem pomidory w jego gumową głowę. Rewelacja. Świetny kumpel. Mówiliśmy sobie po imieniu… To znaczy z głową.

U nas biznes polega na tym, żeby nachapać się w dwa miesiące, a potem zobaczymy, jak będzie. Tak jest z restauracjami, stoiskami i produkcją filmową. Biznes długoterminowy jest niepopularny. Szybki przekręt to nasza polska specjalność.

Po ulicach staram się za dużo nie chodzić. Jak już muszę, to przemykam w specjalnych czapkach z długimi daszkami. Mam wprawę.

Póki nie było „Faktu”, można jeszcze było dać komuś zwyczajnie w mordę.

Na wszelkich rautach rzadko bywam.