Press enter to see results or esc to cancel.

Andrzej Stasiuk

PLAYBOY nr 10, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Marcin Meller, Piotr Szygalski

fot. Piotr Małecki


(Andrzej był dziwnie onieśmielony naszą trójką. I tak już zostało do końca. Rozmawialiśmy na werandzie. Po nogach lizał nas pies, po policzkach chciały ciąć pszczoły, od czasu do czasu pojawiała się Tosia. Piliśmy herbatę, a naokoło było cicho, zielono i wietrznie)

Dlaczego udzielasz tak mało wywiadów?

Może dlatego, że mieszkam na wsi. Poza tym najczęściej gonię wywiadowców. Szczególnie z kolorowych gazet.

Nie wolałbyś spotkać się z efektowną panią z kolorowego pisma niż z trzema średniej urody facetami z PLAYBOYA?

Gdybym miał wybierać między wszystkimi dziennikarkami z pism kolorowych, to zawsze wybiorę kolorową „Lampę” i Dunin-Wąsowicza (red. nacz. pisma „Lampa” – przyp. aut.) (śmiech). Panie z tych pism wyglądają, a nie są. „Dunio” nie troszczy się o wygląd, ale istnieje, że daj Boże wszystkim.

Zdarza ci się wyrzucić dziennikarza za drzwi?

Staram się nie wpuszczać do domu kogoś, kogo zaraz wyrzucę. Choć kiedyś wywaliłem z domu znaną i arogancką dziennikarkę „Polityki”. Mieszkaliśmy w Czarnem, było to tuż po wydaniu Murów Hebronu. Wiecie, lekka aura sensacji – przygłup mieszka bez prądu i pisze książki. To było po jakiejś potwornej balandze, dom wyglądał, jakby przeżył bombardowanie. I nagle do tego zadupia zadupiów wchodzi kobiecina, cała w śniegu i od progu mówi: „Dzień dobry, jestem słynną dziennikarką z „Polityki”, dlaczego tutaj jest taki bałagan, mógłby pan posprzątać!”. A we mnie jakby piorun pierdolnął: „Wie pani co? Tam jedzie leśniczy UAZ-em i to jest ostatni samochód, jaki dziś tu przejeżdża. Niech pani wsiada i wraca, skąd pani przyjechała”. Dopiero potem się dowiedziałem, że to rekin tragicznego reportażu.

Czy są pytania, które doprowadzają cię do szału?

„Dlaczego wyniósł się pan na wieś?” To jest pytanie z gatunku: „Dlaczego mieszkasz na Ursynowie?”. Każdy wybiera sobie miejsce życia i już.

No to dlaczego?

Bo mi się tu podoba.

Przyznaj się w takim razie, dlaczego gadasz z nami?

Długo się nad tym zastanawiałem, ale jak bym odmówił, zachowałbym się obłudnie, bo we wczesnych latach 90. pisywałem do PLAYBOYA. Opchnąłem wam parę opowiadań, co pozwoliło mi przeżyć, a byłem wtedy bardzo biednym człowiekiem. Byłbym kutasem, gdybym nie udzielił wywiadu PLAYBOYOWI.

Co to znaczy, że byłeś biedny?

To były przyjemne czasy dla mnie i dla Moniki (żona A.S. – przyp. aut.), kiedy mieszkaliśmy w Czarnem i przez miesiące nie widzieliśmy gotówki (śmiech). W okolicy mieliśmy zaprzyjaźnione sklepy, które udzielały nam kredytów.

A teraz, kiedy już macie pieniądze, do czego się najbardziej przydają?

Do tego, żeby o nich obsesyjnie nie myśleć.

Czy wasze dzieciaki odziedziczą po was tyle, że będą mogły być nic nie robiącymi rentierami, podróżującymi po świecie?

Chyba żartujecie! Nie życzyłbym sobie, żeby moja córka nic nie robiła i podróżowała po świecie jak głupia, za przeproszeniem, gęś. No, ale jestem spokojny: pójdą do pracy. Na początek ciężkiej i słabo płatnej.

Podobno bieda służy artystom.

Świetnie im robi. Szczególnie młodym, którzy powinni dostać w dupę. Nic bardziej mnie nie wkurwia niż młodzi pisarze, którzy nic nie napisali, a już mają agenta, który życzy sobie za ich wydanie sporo kasy. Są gówniarze, którzy przysyłają ofertę – mogą napisać taką książkę albo inną itd. Chcą na tym po prostu doskonale zarabiać. Artyści powinni przejść czyściec biedy i pracy tylko dla pracy. Parę lat obowiązkowo. Po tym okresie odpadają słabi oraz grafomani i pismaki. Bieda daje doświadczenie. To jest obcowanie ze światem, w którym żyje – tak naprawdę – większość ludzi. Dotknięcie ludzkiego dna – w końcu z tego składa się prawdziwe życie. To jest namacalne, w przeciwieństwie do doświadczeń, które niektórzy sobie wymyślają, bo im się nudzi. Prawdziwe doświadczenie to takie, które spada na nas, które nie jest kreowane, bo jest losem.

Twój pobyt w więzieniu to też takie doświadczenie?

Nie do końca, bo więzienie tak naprawdę sobie wymyśliłem. To był los, który sprowokowałem. Zrobiłem to świadomie, bo nie zostałem w wojsku. Zrobiłem to z ciekawości i ze strachu przed strachem. Bałem się tego typu społecznych relacji i chciałem mieć to za sobą. Chciałem się uwolnić od strachu przed represją. Tylko tym może ci zagrozić społeczeństwo. Tak sobie wtedy myślałem: jeżeli chcesz być społecznie wolny, spróbuj więzienia, wtedy nie będziesz się bał, będziesz wiedział, że jest to niedogodność i utrata czasu, ale nie jest to wielki dramat. Teraz myślę trochę inaczej, ale z grubsza podobnie.

Byłeś zadowolony z pobytu za kratkami?

Tak, to bardzo pozytywne doświadczenie. Pamiętajcie jednak, że to było tylko półtora roku. Po półtora roku mogłem stamtąd wyjść, a są tacy, którzy zostają w tym świecie, bo nie znają innego. Dzięki więzieniu stałem się silniejszym, a może tylko mniej tchórzliwym człowiekiem, ale nie wiem, czy tak bym mówił, gdybym siedział pięć lat.

Czy Maleńczuk nie jest przypadkiem twoją bratnią duszą?

Siedzieliśmy za to samo, w tym samym więzieniu, a na dodatek w tym samym czasie, z tymi samymi ludźmi i tak dalej. Ale więzienie w Stargardzie Szczecińskim było na tyle duże, że nigdy na siebie nie trafiliśmy. Długo potem, już na wolności, widzieliśmy się ze dwa razy, ale okoliczności były słabe. Lubię jego wczesne płyty. Nowszych zwyczajnie nie znam. No, ale zdaje się, że on ma to pęknięcie, tę wewnętrzną paranoję czy skazę, która z rzemieślnika robi artystę, chyba ma… to czuć.

A spotkałeś się kiedyś z Janem Marią Rokitą?

Działaliśmy jako młodzi anarchiści w ruchu Wolność i Pokój. Wszyscy byliśmy obdarci, długowłosi, ze znaczkami Sex Pistols w klapach skórzanych kurtek – po prostu freaki. Pomiędzy nami cały czas kręcił się jakiś kolo w garniturze. Pytaliśmy się nawzajem: „Kto to, kurwa, jest?” (śmiech). To był on, szalenie komiczna postać w tym towarzystwie. Dziś Jan Maria nadal mnie śmieszy, ale taki zabawny już nie jest, bo chodzi mu jednak o władzę, władzę w czystej postaci. Zresztą nie ma o czym gadać, bo mi się w ogóle nie podobają politycy. Niestety jestem naiwnym idealistą i potrafię sobie wyobrazić, co nimi rządzi, gdy idą do polityki. To są zazwyczaj psychoanalityczne żywioły, moi drodzy.

Ale brałeś udział w referendum unijnym?

Panowie, ja tu woziłem swoją wieś na głosowanie! Oczywiście bez sugestii, jak mają głosować. Chodziło mi o frekwencję.

Jaka była?

Tutaj tragiczna, ale miałem na myśli frekwencję ogólnopolską.

Kim jesteś w tutejszej, beskidzkiej społeczności?

Myślę, że jakimś odmieńcem. Może wariatem, w końcu bycie pisarzem na wsi to dziwna sprawa. To w ogóle dość skomplikowana okolica, niewielu jest tak naprawdę tutejszych. Ich wysiedlono do Sowietów i na zachód Polski między 1945 a 1947 r. jako niepożądaną mniejszość ukraińską – Łemków.

A jak byłeś traktowany, kiedy tu zamieszkałeś?

Jak nie swój, ale nie miałem z tego powodu żadnych nieprzyjemności.

Ale chyba patrzyli na ciebie jak na kosmitę. Zamieszkałeś tutaj z lamami…

To był pomysł mojego przyjaciela z Czarnego, który sprowadził je z warszawskiego zoo. Pilnowałem jego gospodarstwa, kiedy wyjechał do Ameryki. To było w 1986 r. Sam zaproponował. Mówi: „Widzę, że się świetnie bawisz w mieście, może byś pojechał w góry i odpoczął trochę od tego życia?”. W podtekście – rozrywkowego. I rzeczywiście tego było mi trzeba. Lam miałem pilnować rok, ale przyjaciel wrócił po 10 latach…

Co się z nimi stało?

Miały wściekliznę, robiła się hodowla wsobna, rodziły się słabe lamięta i niestety zdychały. W naturalny sposób stado wymarło. Jedno młode zeżarły wilki. Lamy w Polsce nie miały wartości praktycznej, żaden weterynarz się na tym nie znał. Po prostu sobie były, czasem budząc moje wkurwienie, bo co chwila ktoś przychodził, zwłaszcza latem. Włazili do domu i pytali: „Skąd pan ma te lamy?”.

Uważasz się za wieśniaka?

Jasne. Żyję na wsi i jestem z tego dumny. Moi rodzice pochodzą ze wsi. Uważam, że wieś to prawdziwa twarz tego kraju. Przecież polskiego mieszczaństwa było tyle co na lekarstwo. Miasta budowali nam Włosi albo Niemcy.

A czy Lepper też jest wieśniakiem?

Chciałbym przywrócić słowu „wieśniactwo” dobry status, dobry sens. Lepper jest przedstawicielem mentalnego „lumpenwieśniactwa”, jest wiejskim lumpem bez żadnych korzeni.

Nie tęsknisz czasami za Warszawą?

Zupełnie. Bądźmy szczerzy, jak mieszkałem w Warszawie, to też nie chodziłem do teatru, tak więc niczego mi tu nie brakuje (śmiech). Nie wyniosłem takich nawyków z domu. Poza tym nie po to mieszkałem w Warszawie, żeby chodzić do kina czy do teatru. Nie potrafiłbym już żyć w żadnym mieście. Wstałbym rano i co, wyszczałbym się z balkonu z siódmego piętra? (śmiech) Naprawdę na wsi mieszka się lepiej, bezpieczniej i wygodniej. Byłem ostatnio w Warszawie na bardzo długim spacerze i coś mi nie pasowało. Dotarło do mnie, że czegoś tutaj na wsi nie mamy. Reklam. Całego tego wizualnego śmietnika. Tutaj nikt cię nie gwałci przez zmysły. A tam jesteś cały czas atakowany tym ogromnym kurewstwem na tablicach.

Byłeś w jakimś warszawskim centrum handlowym?

Byłem raz w życiu. Chciałem kupić dyktafon. Poczułem autentyczny lęk. Byłem jedynym, który przyszedł tak nie w porę, tak z przypadku, a cała reszta była tam po coś. Poza tym jest w tym coś odpychającego. Nie można takiej obfitości zbędnych towarów zgromadzić w jednym miejscu i namawiać ludzi: „przyjdźcie i kupcie to!”.

Czy Warszawa to miasto prowincjonalne?

W swoim przekonaniu pewnie nie. Jeśli jednak spojrzeć na nią szerzej, na jej ograniczenia, śmieszności, wtórność wobec innych światów, jest prowincją na maksa. Tylko się do tego nie przyznaje. Chociaż powinna, bo nie ma niczego złego w byciu prowincją. Warszawa przypomina trzeci świat, Tiranę, głównie w intensywności nasycenia materialnym gównem, bajzlem estetycznym i pazernością na każdym kroku. Ale Tirana jest przynajmniej malownicza.

Dlaczego jesteś takim miłośnikiem Albanii?

A dlaczego nie? To piękny kraj, w trakcie tworzenia. Paradoksem jest różnica między sferą prywatną, domami tak czystymi, że można jeść z podłogi, i totalnym syfem na ulicach. Moja żona łatwo to zinterpretowała. W domach rządzą kobiety, a na zewnątrz faceci (śmiech). Swoją drogą, śmieci to chwilowa uciążliwość, wystarczy pójść w góry i już ich nie ma. Do Albanii jeździsz po to, by zobaczyć, skąd tak naprawdę wziął się ten kontynent. Nigdzie w Europie nie ma takiego dotknięcia starości i archaizmu. Albania to podświadomość Europy. Nie da się być na tym kontynencie, będąc tylko w Warszawie i Paryżu.

Podkreślasz czasem, że nieznajomość języków pomaga ci poznawać kraje, po których podróżujesz. Brzmi to dziwnie.

Chciałem tylko powiedzieć, że być może moja wyobraźnia nie pracowałaby tak intensywnie, gdybym znał języki tych wszystkich krajów. Ale dobry angielski by się przydał. Z drugiej strony, jak pojadę na jakieś targi albo literacki spęd… Jak znasz angielski, to co chwila ktoś podchodzi i chce z tobą pogadać o dupie Maryni. Wtedy mówię: „Only russian, only russian”. To jest cudowne, bo mam święty spokój (śmiech).

Co najbardziej lubisz w Polsce, gdy wracasz z zagranicznych wojaży?

Zależy, skąd wracam. Kiedy przyjeżdżam z Niemiec, to kocham ten polski burdel, tę rozjebkę. Gdy natomiast wracam z Albanii, to lubię polski porządek (śmiech). A gdy jestem w Mołdawii albo na Ukrainie, to jestem szczęśliwy, że Stalin nie poszedł dalej i zostawił nas w spokoju. Tak naprawdę mieliśmy farta. Polska to szczęśliwy i piękny kraj po wizycie w Mołdawii.

Czy Rosja budzi w tobie jakieś emocje?

Okropne. Przez ponad 60 lat rozpieprzyli pół świata, zrobili jatkę na wiele milionów ludzi, a teraz udają, że nic się nie stało i wszystko jest w porządku. Nawet nie powiedzieli, kurwa, przepraszam. O Niemcach można mówić różne rzeczy, ale oni wykonali w tym temacie kolosalną robotę. W Rosji można tylko obserwować wielką ścianę obojętności. Jak jesteście w Mołdawii albo na Ukrainie, to dopiero widzicie jaki to gnój, jak działał sowietyzm. To niewyobrażalne. Upadek, dno człowieczeństwa, nędza, nikt nie wie, że wszystko może wyglądać inaczej niż ten ich rozpierdolony i zasyfiony świat. To siedzi i w głowach, i na zewnątrz. Dlatego nie rozumiem, dlaczego wielcy tego świata kłaniają się w pas rządzącemu tym krajem kagiebiście. To tak samo, gdyby kanclerzem Niemiec został były gestapowiec i wszyscy byliby zachwyceni. Moja niechęć do Rosji, do jej polityki, jest coraz większa.

A czy jest coś, co cię irytuje w Polsce?

Opowiem anegdotę. Przyjechała do nas pisarka – Dubravka Ugresić. Jeździła po Polsce, bardzo jej się tu podobało, a pod koniec wizyty zapytaliśmy się jej: „Dubravko, co ci się w Polsce najbardziej podobało?” Odpowiedziała: „To wszystko, co mnie tak strasznie wkurza w Chorwacji” (śmiech). Gdyby mnie coś bardzo wkurzało w Polsce, to bym wyjechał. Po co się męczyć?

Kiedyś powiedziałeś o warszawskiej publiczności, że jest nudna i drętwa. Dlaczego?

W Krakowie jest podobnie. We wszystkich miastach z pretensjami, które czują, że są środkiem świata. A może po prostu chciałem kogoś sprowokować i obrazić?

Zdarza ci się być osobą porywczą?

Tak. Gdy ktoś mi zajedzie drogę (śmiech). Popierdalam sto dziesięć pustą szosą, a tu raptem wyjeżdża łada (śmiech).

Lubisz się bić?

To jest jak z więzieniem. Trochę się boisz, ale chciałbyś. Nie jestem fanem przemocy w dzisiejszym paranoicznym wymiarze. Biłem się wtedy, kiedy musiałem, gdy byłem zamotany w jakąś sytuację. Ale bardzo dawno się nie biłem.

Więcej walk wygrałeś czy przegrałeś?

Wiecie, to nie jest tak, że stoczyłem sto pojedynków. Poza tym zastanawiam się, jak na przykład ocenić wynik pojedynku, gdy czterech na pięciu napierdala się w tramwaju, potem konduktor zatrzymuje pojazd w celu wezwania policji i trzeba się zrywać? Najwięcej boksowałem w więzieniu, co oczywiście było niedozwolone. Mieliśmy rękawice uszyte z koca i wypchane gąbką. To była duża cela. Siedziało nas 16, m.in. były trener Czarnych Słupsk. Urządzał sparingi, więc właściwie regularnie walczyliśmy, ale nie były to żadne masakry, raczej przyjemne spędzanie czasu. Największe obrażenia natomiast były na plecach, od żelaznych łóżek. Jak dostałeś dobry cios, to po prostu na nie leciałeś.

Czy alkohol w twoim życiu znaczy wiele?

Lubię się napić, ale odkąd mam mniej czasu, od kiedy wiem, że nie będę wiecznie młody, także picie alkoholu jest zorganizowane doroślej. Nie mogę się z rana schlać i podtrzymywać tego przez cztery dni, co kiedyś bardzo lubiłem. A nie mogę, bo jest praca, dom, żona, dzieci, wywiad z poważnymi panami z PLAYBOYA (śmiech). A poza tym człowiek już się tak szybko nie regeneruje…

A kiedyś jak to wyglądało?

W latach 80. popijało się codziennie. Nie było pracy, nie chodziło się do szkoły, środowisko było przyjemnie towarzyskie. Naturalne było zatem, że zaczynało się o 10 albo 11. I tak się toczyło cztery, pięć, czasem sześć dni. Ale od kiedy wyniosłem się z Warszawy, takie rzeczy już się nie zdarzały. Chyba że przyjeżdżali przyjaciele. Jakieś 10 lat temu miałem ostatnią czterodniówkę. Było nas pięciu albo sześciu facetów. Cały czas leciał taki opętany kawałek Toma Waitsa z płyty „Black Rider”. Pamiętam scenę, kiedy stoimy w deszczu na werandzie knajpy na słowackiej granicy, a rozradowani wopiści dają nam kałacha, żebyśmy sobie postrzelali. Już nie pamiętam, czym ich przekonaliśmy. Na szczęście spotkaliśmy się z rzeczywistością i strzały nie padły. Ale pamiętam też taki przepiękny obrazek: wstaję rano, jest godzina siódma, przyjaciele śpią w pokojach. Siwe światło świtu poziomo wpełza przez okna do kuchni. W niej stół po balandze. 40 butelek po piwie i winie, rozgrzebane resztki jedzenia itd. A na stole siedzi moja trzyletnia córka Tosia w takiej nocnej koszulinie i w tym pięknym, smutnym, poziomym świetle bawi się kapselkami. Bardzo wzruszające.

Próbowałeś pisać w stanie wskazującym?

Próbowałem, ale się nie da. Poza tym co można napisać na bańce? Tylko list albo felieton do gazety. Chociaż Faulknerowi podobno dobrze szło pisanie książek po pijaku.

Co z innymi używkami?

Muszę z żalem stwierdzić, że już nie używam (śmiech). Pod koniec lat 70. zdarzał się „kompot”, ale miałem taki fart, że w roku 1980 wzięli mnie do wojska. Przeszedłem odtrucie. Nie to, że byłem bardzo uzależniony, ale ucięło się środowisko, kontakty… Zresztą nie miałem nigdy zadatków na nałogowca. W moim przypadku były to tylko eksperymenty. Kiedy czułem objawy głodu, wracałem do domu i siedziałem w nim kilka dni.

Kto jest, według ciebie, polskim gwarantem dobrej literatury? Masłowska?

Należy się zastanowić, jaką skalę powinno mieć zjawisko dobrej literatury. Czy to powinno być 100 tys. sprzedanych egzemplarzy? Kiedy macie gwarancję, że trzy czwarte ludzi w ogóle nie czyta wtedy takiej książki do końca i kupują ją, bo zobaczyli jej zdjęcia, skandalizujące opisy i reklamy? Wszystko zależy od upodobań czytelników. Młodym autorom na pewno nie życzę takiego szumu, który przeżyła Dorota w tak młodym wieku. Jest to bardzo twarda kobita.

A prywatnie czytasz jako pisarz, czytelnik czy wydawca?

Sam już nie wiem. Z byciem wydawcą jest zresztą najmniejszy kłopot. Zazwyczaj czytasz stronę, dwie, trzy i wiesz, czy to się nadaje czy nie.

A twoje książki się nadają?

Nigdy nie przeczytałem swojej książki.

Podobno nie lubisz Białego kruka

Nie wiem, bo go nie czytałem (śmiech). Raczej mogę sobie tylko wyobrażać, jak ta książka wygląda. Na pewno mogła być lepsza.

Jesteś leniem?

Tak, ponieważ mógłbym robić znacznie więcej rzeczy niż robię, a te, które robię – robić lepiej. Mogłem napisać lepiej swoje książki, poświęcić im więcej pracy.

A kiedy piszesz?

Ważne rzeczy w nocy, kiedy jest pusto i cicho. Mogę wtedy spokojnie chodzić po całym domu, wychodzić na werandę, myśleć. Działalność usługową i doraźną można zrobić w dzień.

Co czujesz, gdy prawica zarzuca ci, że pracujesz za niemieckie pieniądze?

Nic nie czuję, bo guzik mnie to obchodzi.

Jak pracuje Stasiuk-pisarz? Chaotycznie czy systematycznie?

Są dwie szkoły pisania. Niemiecka, w której wszystko jest poukładane i zaplanowane, tak jak u Tomasza Manna, oraz ta druga – moja. Piszę książki przede wszystkim dlatego, żeby dowiedzieć się, co będzie na końcu.

Komórka wziętego i modnego pisarza pewnie często dzwoni…

Nie mam komórki.

A będziesz miał?

A po co? Trzy czwarte tych informacji można sobie w dziurkę wcisnąć. Jeżeli ktoś ma naprawdę coś istotnego, to dodzwoni się pod numer stacjonarny albo skorzysta z Internetu. Chcę mieć spokój, a tak to by mi dzwonili: „gdzie jesteś?”, „co u ciebie?”. Pierdolić coś takiego. A co do Internetu, to kompletnie nie kręci mnie surfowanie i szukanie, gdzie są najtańsze sznurowadła. Nawet karty do bankomatu nie mam i nigdy nie miałem.

Myślałeś kiedyś o pisaniu dla młodszych czytelników?

Żona namówiła mnie kilkanaście lat temu, żebym napisał opowiadanie dla dzieciaków. No i napisałem, ale po pięciu minutach czytania wszystkie dzieci spały. Do tego trzeba mieć specjalną wyobraźnię, której ja nie posiadam. Zawsze czułem w tym jakieś oszustwo. Stary zgred wciska dzieciom jakąś ciemnotę. Przecież one i tak zawsze wiedzą lepiej. Nie czuję potrzeby pisania czegoś takiego.

Piękne pejzaże wokół twojego domu, a ty nie piszesz wierszy. Dlaczego?

Kasa jest kiepska z wierszyków, poza tym uważam, że jest wielu lepszych poetów ode mnie. Realizuję swoją poezję w prozie. Czasem piszę takie zdanie, które jest zaszyfrowanym wierszem. Poza tym pejzaż nie ma tu nic do rzeczy. Karol May napisał Winnetou w więzieniu.

Często gościsz u siebie zastępy zakochanych w tobie studentek?

Czasami ktoś przychodzi, ale na ogół wysyłam wtedy dziecko, żeby powiedziało, że ojca nie ma w domu. Albo macham z okna, krzycząc: „Cześć!”. Czytelnicy powinni czytać, a nie defilować pod oknami.

Uderzyła ci kiedyś „sodówka”?

Mam świetną żonę i wstyd by mi było okazać się przy niej idiotą. Pokusa jest, ale do czasu. Potem bierzesz taką Masłowską i jest po „sodówce”.

Szefową wydawnictwa Czarne, które wydaje m.in. twoje książki, jest Monika. A kto szefuje w domu?

Też ona. Czasem stwarzam pozory, że ja, ale ona jest po prostu lepsza w rządzeniu. Natomiast samo wydawnictwo jest w pełni jej autorskim pomysłem. Jest także pierwszą czytelniczką i pierwszą recenzentką moich książek.

Zdarzyło się, że powiedziała kiedyś: „Andrzeju, w tym miesiącu napisałeś za mało”?

Nie, to zbyt autonomiczna sfera. Zresztą skoro przez lata malowniczego, ale jednak, ubóstwa nigdy nie powiedziała: „weź się do porządnej roboty!” albo: „napisz coś dla pieniędzy”, tylko mówiła: „pisz swoje”, to teraz miałaby wspominać o jakichś terminach?

A ty kim jesteś w wydawnictwie?

Jestem lektorem i konsultantem, a w naszej dwuosobowej radzie programowej mam 49 proc. głosów. Jednak nigdy nie było tak, że ja chciałem szajs, a ona nie albo odwrotnie. Najwyżej mówię: „Nie wydawaj tych z Ameryki Południowej, mamy wydawać tych z Europy Środkowej. Albańczyków wydawaj!” (śmiech), a ona na to: „Przecież nie ma żadnej literatury albańskiej”, a ja: „Wszystko jedno, ale Europa ma być”. Monika ma teraz pomysł wydawania młodych, fajnych, latynoskich pisarzy. Dziwnych i dzikich.

Na jakich dziwnych i dzikich pozycjach wydawnictwo Czarne zarobiło najwięcej?

Na Samotności w Sieci Janusza Wiśniewskiego, choć dzieliliśmy się z Prószyńskim (wydawnictwem Prószyński i S-ka – przyp. aut.). To był hicior, który pozwolił potem wydać w cholerę niszowej literatury środkowoeuropejskiej. Któregoś dnia to przyszło, czytałem całą noc i zacząłem płakać. Rano skonany poszedłem spać, a wcześniej flamastrem na teczce napisałem do Moniki: „Kurwa, zajebiste, wydamy to! Love story, tylko jeszcze lepsze!”. Poczułem, że to będzie szlagier. Naprawdę płakałem, a łzy nie mogą przecież kłamać, nie? Drugi hit to Heroina Tomasza Piątka. Koło 30 tys. poszło. Kiedy przyszła, wiedziałem, że jest dobrze napisana, a poza tym nie było do tej pory w Polsce dobrej książki o heroinie, o nałogu.

Czy ktoś kiedyś wytknął ci brak wykształcenia?

Mnie to kompletnie nie zajmuje. Bawię się tym, że skończyłem podstawówkę. Robiłem inne ciekawe rzeczy. Nie traktuję podobnych zarzutów poważnie. A zresztą, czy to w ogóle może być zarzut? Że nie dałeś wpierdolić się w tyle lat szkoły? Że wolałeś spędzać czas z przyjaciółmi, siedzieć w bibliotekach, podróżować?

Dzieciom mówisz to samo?

(śmiech) Po pierwsze mówię, że to były inne czasy. Daję im sporo wolności. Nie idziesz do szkoły, tylko na wagary? Spoko, ale walczysz potem sama ze swoim dyrektorem, ponosisz konsekwencje.

Podoba ci się dzisiejsza młodzież?

Często mnie wkurwia.

Dlaczego?

A dlaczego nie? Dokładnie na tej samej zasadzie, jak my wkurwialiśmy naszych starych.

No właśnie… Kiedyś pewnie Tośka przyjdzie do ciebie ze swoim chłopakiem…

I tego trochę się boję (śmiech). Nie potrafiłbym jej nigdy powiedzieć, że jakiś konkretny, wybrany chłopak jest do niczego. Mam nadzieję, że nastąpi cud zupełnej zgody gustów. Przede mną spore wyzwanie.

Córka czyta twoje książki?

Chyba już podczytuje, ma 14 lat (dzisiaj już 17 – przyp. aut.) i dwuznaczny do nich stosunek. Trochę pewnie się cieszy, że ma ojca pisarza, ale trochę się wstydzi, bo książka to jednak obnażenie, ekshibicjonizm. Ma mieszane uczucia: dumy i zażenowania, kiedy mówi, że jej starsi koledzy czytają. I mówi: „Ale czy musiałeś takie rzeczy wypisywać w <<Jak zostałem pisarzem>>?”. Zaraz jednak dodaje: „Ale podobało im się”.

Z tym twoim brakiem wykształcenia to trochę tak jak z wieśniactwem. Być może tobie nie ma sensu zarzucać, że jesteś niewykształcony, ale Lepperowi chyba trzeba…

No tak. Jemu jakaś szkoła by się przydała, ale sądzę, że nic by mu to nie dało. Lump mentalny i tak by w nim został. Cwaniak zawsze uważa, że jest najcwańszy.

Leppera nikt nie kształcił, a ciebie? Co lub kto ukształtował młodego Stasiuka?

Na pewno nie ukształtowały mnie dzieła wybitne. Zwykle zresztą tak jest. Na przykład Pat Garrett i Billy Kid, gdzie smród kiczu aż unosi się z ekranu. Poza tym muzyka folkowa. Nie wiem, czy dacie wiarę, ale zachwycałem się tym komunistą – Petem Seegerem. Słuchałem go, gdy miałem 18 lat. A z kobiet działa na mnie magnetycznie Kalina Jędrusik. Dzisiaj ten rodzaj kobiecości jest w zaniku. Gorszy pieniądz jak zwykle wypiera lepszy.

Czy Andrzej Stasiuk ma idoli?

Nigdy nie miałem idoli. No może poza Iggym Popem (śmiech).

Pisałeś: „łatwiej jest wygrać wojnę niż myć się regularnie, nie kłamać, nie kraść, być uczciwym w interesach, powściągać zawiść i nienawiść i ciszej przeklinać na ulicach”. W to, że Stasiuk myje się regularnie, gorąco wierzymy, ale jak to jest z pozostałymi cechami?

Od razu wam mówię – nie myję się regularnie. To komfort mieszkania tutaj. Mieszkanie na wsi to swoboda od paranoi higieny. Od tych ogromnych sklepów zapierdolonych od góry do dołu kosmetykami. Nie wychodzisz na ulicę sterroryzowany wyglądem plastikowych kukieł i manekinów, to znaczy współczesnych kobiet i mężczyzn udających się do pracy w międzynarodowych korporacjach. Zresztą, co innego taki zwykły brud, a co innego miejski, zakonserwowany. Czym innym jest spocony chłop, czym innym smród w autobusie w Warszawie. Chociaż ciekawe, że w albańskich autobusach nie śmierdzi…

Jakich kosmetyków używa higieniczny minimalista – Andrzej Stasiuk?

Pasty do zębów, mydła, dezodorantu i tego do golenia.

A często kłamiesz?

Staram się nie kłamać, czasami jednak to robię. Kiedy nie chcę kogoś urazić albo lepiej wypaść. Nie są to zasadnicze kłamstwa, raczej retusze rzeczywistości.

Kradniesz?

Nie i od razu dodam, że – siłą rzeczy – jestem uczciwy w interesach.

Starasz się przy córce nie kląć?

Tak, a jeśli to robię, mówię „przepraszam”.

A do czego w ogóle służą wulgaryzmy?

Do ubarwienia języka, podkreślenia jego emocjonalności i barwności. A czasem do tego, żeby kogoś naprawdę przekląć i dotknąć. Wszystko zresztą zależy od kontekstu, każde słowo ma tysiące odcieni. „Kurwa” i „pierdolę” mogą zawierać w sobie absolutne zadziwienie czy niewinność, ale także nienawiść.

W książkach jednak nie przeklinasz aż tyle, ile w rozmowie prywatnej…

No właśnie, a wszyscy się przypierdalają (śmiech).

Często mówisz do psa: „wypierdalaj!”?

Bardzo często. One taki język kumają. Poza tym żyję w domu z kobietami i tylko z psami mogę pogadać po męsku.

Miałeś kiedyś propozycję zagrania w reklamie?

Mój przyjaciel kombinował, żebym wystąpił w reklamie piły spalinowej. Chętnie bym to zrobił, bo sam często odpalam tu swego „Stihla”. Wszystko się jednak rozmyło.

Ale ty nawet nie mógłbyś tej reklamy zobaczyć…

Fakt, nie mam telewizora, ale czemu posiadanie telewizji jest czymś mniej horrendalnym niż nieposiadanie. Telewizja to w większości gówno. Wolę poczytać gazety i posłuchać radia. Bardziej działają na wyobraźnię.

Zastrzegałeś, że nie będziesz gadał na temat kobiet i seksu. Dlaczego?

Bo to są prywatne sprawy, to nie jest na sprzedaż. Ja handluję literaturą, a nie swoim życiem. Na przykładzie Edyty Górniak sami widzicie, do czego to prowadzi.