Press enter to see results or esc to cancel.

Andrzej Pągowski

PLAYBOY nr 7-8, 2009

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

ilustracja: bohater wywiadu

Pierwszy dyrektor artystyczny polskiego PLAYBOYA – to brzmi dumnie. Prawie jak spełnienie marzeń?

W pewnym sensie tak. Pamiętam, że bardzo zabiegałem o tę posadę. Strasznie chciałem się dostać do tej redakcji. Dlaczego? Bo całe nasze środowisko, wszyscy graficy, regularnie wysyłali swoje ilustracje do amerykańskiego PLAYBOYA. Myśmy po prostu mieli świadomość kultowości tego tytułu. Pamiętam, jak swego czasu przemycałem PLAYBOYA ze Sztokholmu w nogawce spodni. Dziś to się wydaje kuriozalne, ale takie przecież były czasy. I właśnie w tamtych czasach całymi latami wysyłaliśmy ilustracje do amerykańskiej redakcji, mimo, że nigdy nie wydrukowano choćby jednej.

Były za słabe?

Ależ skąd. W ogóle nie chodziło o jakość. Dopiero będąc w Chicago, kiedy przyjechałem do amerykańskiej redakcji jako dyrektor artystyczny polskiej edycji, dowiedziałem się, na czym polegał nasz błąd. Amerykanie chcieli, żebyśmy w polskim PLAYBOYU używali ich ilustracji i ja wtedy stanowczo zaprotestowałem. Powiedziałem, że przywiozłem ze sobą portfolio z pracami najlepszych polskich grafików i w każdej chwili mogę je pokazać. Na co oni odpowiedzieli, że mają już takie portfolio. Po czym otworzyli szufladę i wyjęli z niej grubą teczkę ze skatalogowanymi ilustracjami, które od lat im posyłaliśmy. Wśród nich zobaczyłem i swoje rysunki. To był szok.

Przechowywali ilustracje, których nigdy nie zamierzali użyć?

Mieli dokładnie wszystko! Okazało się, że my z kraju Solidarności – najlepiej znanego związku zawodowego na świecie, nie mieliśmy pojęcia o tym, jak związki zawodowe działają w kapitalizmie. Otóż PLAYBOY nie mógł wydrukować żadnej nadesłanej przez nas ilustracji, bo naraziłby się amerykańskiemu związku zawodowemu rysowników.

To jak pan przewalczył, żeby w naszej edycji nie było amerykańskich ilustracji?

Powiedziałem, że nie ma najmniejszych szans, żeby zgodził się na to polski związek rysowników (wybuch śmiechu). I oni ten argument przyjęli momentalnie. Dla nich to było jasne jak słońce. Nawet przez myśl im nie przeszło, że takiego związku może w ogóle nie być. Ten blef zadziałał znakomicie. Myśmy byli jedyną zagraniczną edycją, która od razu zamawiała prace u swoich grafików. Z wersji oryginalnej zostawiliśmy jedynie bardzo charakterystyczne ilustracje dowcipów. I to, że utrzymały się w naszym PLAYBOYU po dziś dzień, świadczy o tym, że to była słuszna decyzja.

To prawda, że mieliście problemy ze znalezieniem pierwszej playmate?

Proszę pamiętać, że to jednak wciąż były czasy, kiedy u nas PLAYBOY uchodził za pismo pornograficzne, pismo spod kołdry. Co z tego, że my zamierzaliśmy ten wizerunek radykalnie zmienić? Na początku wiedzieliśmy o tym my sami i wydawca. A dziewczyny po prostu się bały rozebrać w PLAYBOYU. Na szczęście Tomek Raczek (pierwszy naczelny naszego magazynu – przyp. red.) przypadkiem spotkał pod kinem Wisła piękną dziewczynę, której zaproponował sesję. Malwina Rzeczkowska to był strzał w dziesiątkę.

Jej sesję zrobili jednak Amerykanie.

To bodajże wynikało z umowy. Jednak nie zamierzam ukrywać, że na początku mieliśmy problem nie tylko z wyszukaniem playmate, ale także z polskimi fotografami. Ich zdjęcia były po prostu zbyt wulgarne. A nam nie chodziło o żaden hard core. Wręcz przeciwnie. My chcieliśmy przekonać opinię publiczną, że PLAYBOY nie ma nic wspólnego z pornografią. Tymczasem w Polsce było mało specjalistów od takiej fotografii. Wcześniej akty na zamówienie robiło się u nas tylko i wyłącznie do kalendarzy. I te pierwsze sesje właśnie takie wychodziły – kalendarzowe. Uważam jednak, ze szybko się z tym uporaliśmy. Nasz PLAYBOY błyskawicznie złapał swojego fajnego odbiorcę. Pamiętam, że stałymi klientami byli od razu prawnicy i lekarze. Okazało się, że pismo było za mądre dla facetów poniżej pewnego poziomu. Ilustracje Starowieyskiego na rozkładówce, a w środku jeszcze literatura latynoamerykańska, wywiad ze znanym artystą. To nie były rzeczy dla „śliniącego się” czytelnika. Tak samo jak zdjęcia, które po prostu były dla niego za „słabe”. W ogóle uważam, że PLAYBOY wszedł do Polski jak po maśle. Mieliśmy wspaniały początek.

I żadnych potknięć?

Oczywiście, zdarzały się. Dochodziło też do wielu kompletnie absurdalnych sytuacji. Pewnego razu zostałem zaproszony do programu 2 Telewizji Polskiej, żeby opowiedzieć o nowym piśmie. I nagle, tuż przed wejściem na antenę pani Fajowska mówi do mnie: „Andrzej, przepraszam cię bardzo, ale dostałam właśnie polecenie z reżyserki, że nie możemy użyć w rozmowie słowa PLAYBOY”. Zdążyłem to usłyszeć i weszliśmy na antenę. Szczerze powiem, że to była jedna z najdziwniejszych rozmów w moim życiu. Kompletnie irracjonalna. Mało tego, że nie mogliśmy powiedzieć, jakie promujemy właśnie pismo, to jeszcze kamera pokazywała okładkę tak, żeby nie było widać tytułu „PLAYBOY”. Sytuacja tym bardziej absurdalna, że operator nie miał żadnego problemu z pokazywaniem logo królika.

A wracając do potknięć?

Wiem, że było kilka redaktorskich. Na przykład pewnego razu z Waleriana Borowczyka zrobiliśmy Waldemara. Ja jednak lepiej pamiętam pomyłki graficzne. Zaczynając tę pracę nie mieliśmy pojęcia, że podczas sesji zdjęciowych często „poprawia” się dziewczyny przy użyciu plastrów. Na przykład przykleja się odstające uszy, lub unosi piersi. A nawet spina się klamrami niektóre części ciała. Później rzecz jasna to wszystko się retuszuje. Niestety raz poważnie daliśmy ciała i puściliśmy zdjęcie z gigantyczną agrafką, którą spięto jakąś skąpą część garderoby. Z jakiegoś powodu nie zwróciliśmy na nią uwagi. Dla Amerykanów to była rzecz nie do pomyślenia. Zresztą nasza ekipa nieustannie musiała budzić w nich co najmniej duże zdziwienie.

Prosimy o przykłady.

Tego jest całe mnóstwo. Po kilku pierwszych spotkaniach w siedzibie amerykańskiego PLAYBOYA w Chicago pewien facet wziął mnie i Tomka na bok i nieco ściszonym głosem powiedział: „Słuchajcie, nie jesteście przecież starzy, dlaczego nie pofarbujecie włosów, żeby ukryć tych kilka szpakowatości…”. Zrozumieliśmy, że w Stanach nie można w wieku 30-40 lat mieć na głowie siwych włosów. Bo siwizna jest zarezerwowana dla mężczyzn 50-60 letnich. Ci nawet specjalnie czasem się wybielają, żeby wyglądać bardziej dostojnie. Chcąc nie chcąc poszliśmy z Tomkiem do sklepu i wrzuciliśmy po farbie do koszyka. Ale jak już doszliśmy do kasy, spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy – NIE. Wypieprzyliśmy te farby.

Z tego co wiemy, Amerykanie chyba bardzo chcieli zrobić rozbieraną sesję naszej wydawcy, Beacie Milewskiej?

Myślę, że do tej pory o tym marzą (śmiech). Oni wtedy rzeczywiście byli przekonani, że przyjechaliśmy na rozmowy o biznesie razem z dziewczyną na okładkę. Beata jest piękną kobietą. Wysoka zgrabna blondynka. Wtedy robiła piorunujące wrażenie – zresztą dziś jest podobnie. Jak wparowało trzech facetów z taką dziewczyną, to co Amerykanie mieli pomyśleć? Widać było potem, że mieli ogromne problemy, żeby zaakceptować zaskakującą prawdę. Kiedy dowiedzieli się, że ta młoda kobieta jest szefem, byli autentycznie zszokowani. Tym bardziej, że Beata przywiozła ze sobą nie tylko niezłą bandę świrów, ale też świrów z konkretnymi dokonaniami. Tomek na przykład zaskakiwał Amerykanów na każdym kroku znajomością ich kultury. Poruszał się płynnie w literaturze, teatrze, filmie, musicalach. Na nich robiło to duże wrażenie. Pamiętajmy, że Amerykanie są ludźmi szufladkowymi. Nie spotyka się wielu z wszechstronną wiedzą.

Pan z kolei zaskoczył ich odmawiając wizyty w nowojorskim Museum of Modern Art.

Z tego powstała nawet niezła anegdota. Amerykanie pod pewnymi względami są straszni. Zanim do nich przyjechaliśmy, musieliśmy wypełnić całe stosy ankiet. Odpowiedzieć na absurdalne pytania o to co jemy, o jakich porach, na co jesteśmy uczuleni, co lubimy, czy śpimy w pidżamie czy bez, czy odpowiadają nam cięte kwiaty w wazonach, czy drinki wstrząśnięte, czy mieszane – pytali dosłownie o wszystko. Myśmy się potwornie męczyli siedząc nad tymi papierami i często wpisywali, co bądź, oby tylko mieć już tę udrękę z głowy. Byliśmy pewni, że nie służy ona zupełnie niczemu. Ale kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Chicago momentalnie odkryliśmy, że nasze ankiety zostały wnikliwie przestudiowane. Każde z nas miało inny pokój w hotelu, z kwiatami ciętymi lub bez, inne menu, a także inne plany zajęć. Ponieważ jestem uczulony na pierze, dostałem nawet specjalną antyalergiczną pościel…

Ale jak to się ma do sprawy muzeum?

Już wyjaśniam. W ankiecie zaznaczyłem, że chciałbym zobaczyć Nowy Jork, więc do programu wpisano mi wizytę w Museum of Modern Art. A ja potwornie nie cierpię muzeów. Dlatego odpowiedziałem, że dziękuję za ten punkt programu, bo tam wiszą moje prace i nie mam zamiaru ich oglądać. To ich kompletnie zamurowało. Po pierwsze, żaden z dyrektorów artystycznych PLAYBOYA nie mógł się czymś takim pochwalić. Po drugie, moje zachowanie było tak ekstremalnie nie-amerykańskie, że chyba przekraczało ich możliwości pojmowania. A to był po prostu jedyny argument jaki mi przyszedł do głowy, żeby się z tej wycieczki wypisać. Później dochodziły nas słuchy, że w amerykańskiej redakcji to była często powtarzana anegdota – Pągowski nie chciał pojechać do MoMA, bo tam wiszą jego prace (śmiech).

Amerykanie koniecznie chcieli dać złotego królika na pierwszą okładkę polskiego PLAYBOYA. Jak to się stało, że w końcu zrobił pan swoją wersję?

Oni nam na początku po prostu nie ufali. Jednak po kilku spotkaniach zaczęli się orientować, że ta banda świrów, naprawdę może mieć coś do powiedzenia. Dzięki sporym wysiłkom wywalczyliśmy sobie wolność. A potem okazało się, że to nasz królik zrobił furorę w Ameryce. Zamówiliśmy u jubilera przypinane do marynarki znaczki z tym królikiem, a facet wykonał fantastyczną robotę. Ja stworzyłem ilustrację odciskując kształt królika na uprzednio rozmazanych farbach. Jubiler na tej podstawie wykonał najpierw nieregularną siatkę z metalu, a potem wypełniał ją ręcznie kolorami. Efekt był wspaniały. Amerykanie oszaleli na punkcie tego znaczka.

W tamtym czasie pańskim „znaczkiem” rozpoznawczym były sumiaste wąsy, trochę na Wałęsę. Postanowił pan zgolić pod wpływem Amerykanów?

Ależ skąd. Straciłem wąsy przypadkowo. Stałem się ofiarą nieplanowanej depilacji (śmiech). Kosmetyczka założyła mi kiedyś na twarz maseczkę. Kiedy zesztywniała, okazało się, że może zejść jedynie z zarostem. Nie dość, że straciłem same wąsy, to jeszcze na dobre zostały poskromione cebulki. Później długo jeszcze trzymałem tamtą maskę z wąsami na pamiątkę.

Żałuje pan?

Chyba nie, bo kobiety zawsze na moje wąsy narzekały.

Pan z kolei w pewnym momencie zaczął się łapać na tym, że patrzy na kobiety jak na szklanki.

Rzeczywiście po kilku miesiącach pracy w PLAYBOYU pictoriale z rozebranymi dziewczynami zacząłem oglądać bez emocji. Patrzyłem na gołe dziewczyny jak na puste szklanki. Nawet się wystraszyłem, że raz na zawsze wyleczę się z przyglądania się pięknym kobietom. Prawdopodobnie to była kwestia przemęczenia. Na szczęście szybko się okazało, że to były całkowicie płonne obawy (śmiech).

Czego dowodem jest pana najnowsza – inspirowana PLAYBOYEM – wystawa. Zaczęło się ponoć od jednego zdjęcia?

Zobaczyłem w PLAYBOYU zdjęcie dziewczyny, która kucnęła w butach. To było niesłychanie erotyczne. Tak mi się spodobała, że zacząłem ją rysować. Skończyłem i odłożyłem ten rysunek. Z czasem jednak do niego wróciłem i dla relaksu w przerwach, lub po pracy zacząłem rysować kolejne dziewczyny. Może trochę w formie ćwiczenia. W pewnej chwili jednak spostrzegłem, że cały ten relaksujący cykl zaczyna się układać w fajną całość. Nie wiedziałem jednak co w tym pomyśle drzemie, dopóki nie zrobiłem dużych powiększeń na płótnie. I wtedy to naprawdę zadziałało. Jak ustawiłem pierwszych pięć, to poczułem, że powinienem poukrywać tym dziewczynom twarze.

Dlaczego?

Bo w oczach jest rozpoznawalność. A bez nich pojawia się anonimowość. I o to mi na tej wystawie chodzi. Chcę pokazać facetowską miłość do kobiet w ogóle, nawet tych nieznanych. Chciałbym, żeby kobiety z tych obrazów były takim męskim fetyszem. Stąd pomysł z „sukami”, bo uważam, że kobiety w sytuacjach intymnych czekają na to słowo od mężczyzn. „Suka” nie musi być powiedziana wulgarnie. Mi chodzi o „sukę” z podziwu, z uczucia, z miłości. Gdy ludzie znają się jak łyse konie, takie wyrażenie może brzmieć jak niewiarygodny afrodyzjak.

A do suk doszły jeszcze psy.

Mniej więcej w tym samym czasie zobaczyłem w internecie obraz Jana Tarasina „Dalmatyńczyk”. Pomyślałem, kurczę, a może by zrobić… psy i suki? Oczywiście to nie mógł być tytuł dla całej wystawy. Jednak to połączenie samo się nasuwa. Jest zbyt silne, żeby z niego rezygnować. Czasem, kiedy pokazywałem te obrazy anonimowych kobiet znajomym, oni mówią: „Andrzej, ale ta to suka…”. Z takim smaczkiem, bez wulgarności. I właśnie o ten smaczek mi chodzi. Poza tym od dłuższego czasu borykałem się z problemem jak elektronicznej ilustracji dodać galeryjności, którą na przykład ma plakat. Przy tym projekcie odkryłem, że przeniesienie pikseli na płótno i zawerniksowanie daje ten efekt. Dlatego zapraszam na wystawę malarstwa, mimo że jest to malarstwo elektroniczne.

Kobiety z tych obrazów zawsze mają coś na sobie. A to pończochy, a to buty, rękawiczki…

Tak jak na zdjęciach z ulotek agencji towarzyskich (śmiech). Wtedy są jeszcze większym fetyszem. Jeszcze bardziej nas kręcą.

Pan dobrze o tym wie, bo jest pan zbieraczem.

Od lat kolekcjonuję wszystkie zawycieraczkowe reklamy agencji towarzyskich. Mam najstarsze roczniki z początku lat 90. Badam, jak zmienia się ten typ reklamy na przełomie „wieków”. Wiele obserwacji bawi mnie do łez. Na przykład sformułowania – „prawdziwe biusty”, albo „francuski bez”. Poza tym zawsze, gdy widzę hasło – „trzecia godzina gratis”, zastanawiam się, kto tam wytrzyma trzy godziny (śmiech).

Wspomina pan, że ta wystawa to pański debiut. To jakiś chwyt marketingowy?

To żaden chwyt, to czysta prawda. Do tej pory zawsze pracowałem na zamówienie. To będzie moja pierwsza wystawa prac, które przygotowałem sam z siebie.

Nawet na studiach pracował pan tylko na zamówienie?

Już jako licealista pisałem wiersze i opowiadania do gazet, własnoręcznie je ilustrując, bo wtedy więcej płacili (śmiech). Potem na studiach najgorszą karą było namalowanie czegoś na zaliczenie. I chyba tylko z tego powodu wybrałem plakat. Bo na plakaty miałem zamówienia już jako student. Teraz pierwszy raz pokażę prace, których nikt nie zamówił, i które powstały bez wyraźnej przyczyny, czy okazji. I dlatego mam tremę. Chociaż udaję, że jej nie mam (śmiech).

Na ulicach widać teraz pański plakat do przedstawienia „Lot nad kukułczym gniazdem”…

Ten plakat miał wyglądać dużo lepiej! Tam miał być piękny, czerwony Chrystus…, ale dzisiaj cenzura jest jeszcze gorsza niż za komuny. Poczynając od cenzury kościelnej, przez cenzurę MZK, na cenzurze rozklejaczy kończąc. Ostatnio zrobiłem też plakat do „Niebezpiecznych związków”, ale jakiś komitet blokowy kazał to zdjąć. Wszyscy w kółko nic tylko się obrażają.

Kiedyś tak nie było?

Tylko raz w Stanach cenzura zdjęła mi plakat z wystawy. Była na nim naga, bardzo konturowa dziewczyna z gniazdkiem na łonie. Usłyszałem, że może to pobudzić negatywne emocje wśród czarnoskórych. Poza tym przypadkiem nie miałem żadnych poważnych problemów. Przez cenzurę przeszedł tyłek z „Męża i żony”, „Imperium namiętności”, „Dekameron”.

Ale i tak był pan stałym gościem przy Mysiej.

Ale tylko w kwestiach obyczajowych. Przy plakacie do „Imperium namiętności” usłyszałem, że „ładne to jest, ale dwie piersi nie przejdą”. Musiałem zapaćkać drugą pierś japońskimi słowami: „plum plum, chlap chlap” – dzwoniłem nawet w tej sprawie do mojej znajomej Japonki.

A „Łuk erosa”?

Świetny przykład. Proszę, taki wielkoformatowy kutas i zero problemów. Dzięki temu plakatowi powstała zresztą fantastyczna anegdota. Podczas wizyty w Polsce Antonioni specjalnie wysiadł z samochodu, żeby obejrzeć mojego plakatowego penisa. Kazał przetłumaczyć wszystko, co było tam napisane, a następnie poprosił tłumaczkę o stanięcie obok i piękny uśmiech. Potem pewien facet zadał jej pytanie: „Jak mogłaś dać się sfotografować z takim kutasem?”. A ona na to: „Jak ty możesz tak o nim mówić?! To bardzo miły facet!” (śmiech).

Motywem przewodnim wielu pańskich prac nie były jednak fallusy, tylko pupy. Prosimy zatem o najbardziej pupiasty typ na playmate PLAYBOYA.

No masz! Jennifer Lopez oczywiście. Codziennie patrzę na jej zdjęcie! Stoi przecież na moim biurku. Dostałem je od żony ze spreparowanym przez nią „oryginalnym autografem”. Ubóstwiam wszystkie filmy z J Lo. Nawet „Oczy anioła” (śmiech). Jak ją widzę, cierpnie mi skóra… Dla mnie kobieta bez fajnej pupy jest nijaka.

Już wiemy, dlaczego pańskie prace kojarzą się Polakom przede wszystkim z tą częścią ciała.

Cztery litery to dla mnie początek drogi artystycznej. Gdyby nie one i plakat do „Męża i żony” Fredry w Narodowym, być może nie rozmawialibyśmy w tej chwili. Pupa przylgnęła zresztą do mnie już na dobre. Swego czasu plakat „Papierosy są do dupy” zrobił tak oszałamiającą karierę, że długo byłem kojarzony tylko z nim. Ludzie mnie zaczepiali i dziękowali, a kardiolodzy gratulowali. Czego bym nie zrobił i tak kończyło się na rozmowie o tej dupie. Przyznaję bez bicia, że strasznie mnie to wtedy wkurwiało. Dziś wiem, że nie dorosłem wtedy do popularności tego plakatu. Zamiast po amerykańsku się cieszyć, po polsku się martwiłem.

A nie martwił się pan odchodząc z PLAYBOYA?

Rozstałem się z PLAYBOYEM w momencie, kiedy pojawiły się badania i właściwie wszystkie magazyny zaczęły się szybko zmieniać pod ich wpływem. Nagle to odbiorcy, poprzez swoje odpowiedzi na pytania ankietera, zaczęli kształtować pismo. Ten sposób ewolucji prasy przyjęli niestety wszyscy. Moim zdaniem nie przyniosło to dobrych efektów. A najlepszym przykładem, do czego doprowadziło jest na przykład Kuba Wojewódzki, który mówi do swojego gościa: „powiedz kurwa, to mi wzrośnie oglądalność”. Dla mnie pierwszym dniem katastrofy medialnej był dzień emisji pierwszego odcinka Big Brothera. Ten program udowodnił, że nikt może być kimś. Wystarczy, że zamkniesz się z kimś pod prysznicem i coś głupiego powiesz. A później zrobią z ciebie prezentera, piosenkarza czy kogokolwiek innego. Jaki problem wypromować beztalencie? Żaden.

Żal panu starego PLAYBOYA?

Żal mi wysokiej sztuki, która wcześniej gościła w każdym numerze. Żal ilustracji i literatury. Jedynie wywiady utrzymały swoją mocną pozycję. Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze żaden rozsądny wydawca nie będzie szedł wbrew klientom. Poza tym PLAYBOY nie mógł stać w miejscu, musiał ewoluować razem z całym rynkiem, dostosować do tych nowych realiów. Uważam jednak, ze nadal jest w awangardzie i że potrafi się skutecznie opierać zalewowi głupoty. Niestety na tę gigantyczną oryginalność, którą niósł ze sobą kilkanaście lat temu, nie ma dzisiaj już szans. Ma natomiast coś, czym przewyższa konkurencję o głowę – ma markę. I w Polsce także nauczyliśmy się już to doceniać.

Nigdy nie chciał pan wyemigrować?

Miałem nawet kilka propozycji. Na przykład po odebraniu głównej nagrody pisma „Hollywood Reporter”, spotykałem się z ludźmi z Paramount Pictures i Universalu, którzy mocno namawiali mnie do zostania w Kalifornii. Zapytałem ich wtedy, czy znają Wołodyjowskiego. Nie znali. Wtedy powiedziałem, że mimo, że ja przynajmniej słyszałem o Dicku Tracy, to tak naprawdę nie znam ich kultury, literatury, bolączek, problemów, uśmiechów i skrótów myślowych. Zostając tam, nie wiedziałbym po prostu, dla kogo tworzę. Gdybym był malarzem, to co innego. Oczywiście dzisiaj, dzięki internetowi i globalizacji, trochę nadrobiłem, ale za granicę nadal się nie wybieram.

Jest pan playboyem?

Mentalnie, jak najbardziej. Po to zarabiam pieniądze, żeby je wydawać. Ubóstwiam cieszyć się życiem, cenię towarzystwo kobiet, lubię się dobrze ubrać, lubię dobre samochody. I mam wspaniałą żonę. Mało tego, taką, która potrafi ogarniać finanse, bo ja sam nie wiem, ile zarabia moja firma. Być może to także jest playboyowi cecha (śmiech).

Na skróty:

Nie mam kompleksów. Da Vinci namalował kultową „Mona Lizę”. Ja też mam kultowe plakaty na koncie.

Najbardziej lubię i szanuję tych rysowników, których prac nie potrafiłbym sam narysować. Mówię tu między innymi o Mleczce, Raczkowskim, czy Borowskim. Nie pojmuję, jak można o różnych rzeczach opowiadać zawsze w swoim stylu, zawsze swoją kreską. Ja jestem kameleonem, zmieniam style i dopasowuję je do konkretnego zamówienia. I tylko tak potrafię.

Beata Milewska jeszcze zanim rozkręciła PLAYBOYA miała już duże zasługi nie tylko dla rynku polskiej prasy kobiecej, ale i mody jako takiej. Pamiętam, że swego czasu wysłałem do jej magazynu „Bea” zamówienie na męski płaszcz i jak go wkrótce dostałem, ta przez długie lata mogłem zadawać szyku na mieście (śmiech). Koledzy pytali, gdzie za granicą go kupiłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że wystarczyło wysłać list do redakcji w Gdańsku. Oczywiście, kiedy spotkaliśmy się z Beatą po raz pierwszy w sprawie PLAYBOYA nie omieszkałem zaprezentować jej swojego płaszcza.

W amerykańskiej redakcji magazyn robiło około stu osób. Ta pani zajmowała się okładką, ta drugą stroną, następna trzecią i czwartą… Patrzyłem na to w pełnym zdumieniu, bo miałem świadomość, że my całe pismo z powodzeniem robimy w pięć osób.

Zdarzało się, że jacyś szemrani faceci przyprowadzali swoje dziewczyny i próbowali załatwić im sesje. Trzeba było na nich autentycznie uważać. Zresztą na początku lat 90. mafijne dziewczyny to był duży problem także podczas wyborów Miss Polonia. Nagle się okazywało, że za dziewczyną stał kark próbujący na siłę ją promować. W PLAYBOYU też mieliśmy kilka takich prób. My sobie poradziliśmy, ale już rosyjska edycja nie. Zaczynali normalnie z redakcją w Moskwie, ale już po pierwszym numerze musieli uciekać i robili magazyn bodajże z Amsterdamu.

Kiedy ktoś się dowiaduje, że prowadzę agencję (reklamową – przyp. red.), a moja żona „obsługuje klientów” wpada w niezłą konsternację.

Jestem człowiekiem ulicy, lubię ją obserwować. Pewnie dlatego moim guru jest Warhol. Ubóstwiam go i żałuję, że tworzył tak wcześnie. Gdyby żył dzisiaj, skopałby rzeczywistość jeszcze bardziej. Facet uzmysłowił mi, że ulica nie wymaga detalu, tylko efektu, na przykład prostej kreski, czy zestawienia dwóch barw. Dlatego dziwię się Olbińskiemu, że chce mu się rysować wszystkie guziki i szwy na marynarce. Przecież ludzie nie zauważają takich szczegółów, gdy jadą samochodem albo śpieszą się na zakupy. Cały wysiłek idzie w gwizdek.

Wojskowa Komenda Uzupełnień przeniosła mnie do rezerwy… kobiet. Jakiś mądrala zobaczył „niepotrzebne skreślić”, no i skreślił. Zrobił ze mnie kobietę.