Press enter to see results or esc to cancel.

Dawid Podsiadło

PLAYBOY nr 02, 2017 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban / Studio MMP

Pamiętasz swój pierwszy występ publiczny?

Pamiętam nawet pierwszy występ zagraniczny! Miałem 12 lat. W Tunezji na wakacjach, podczas konkursu zorganizowanego przez animatorów, stojąc przy basenie, śpiewałem Długość dźwięku samotności Myslovitz. Mam nawet nagranie. Pokazać?

A nie strach?

Trochę, ale słowo to słowo.

Dawid wyjmuje z kieszeni smartfona i odpala zdigitalizowaną wersję nagrania VHS. Chłopczyk w przeciwsłonecznych okularach jest wyraźnie stremowany. Śpiewa piskliwym głosem przed mutacją. Skąpą choreografię wzmacnia zaangażowaniem wykonawczym. Dobrze, że nie wszyscy spędzali wtedy wakacje w Tunezji!

Twoim popisowym numerem był wtedy także Zakazany owoc Krzysztofa Antkowiaka.

Nie cierpię tego kawałka! Musiałem to śpiewać dosłownie wszędzie, bo mój przyjaciel i nauczyciel na zajęciach muzycznych w Młodzieżowym Ośrodku Pracy Twórczej uważał, że to świetny utwór dla kogoś w moim wieku. Festyny, akademie, święta, plenery – jak występowałem, to zawsze z Owocem. Tortura.

Dawid zaczyna śpiewać:

Mówią mi tak:

Na to jeszcze masz czas,

Nie dla ciebie ten film,

Dzieci muszą iść spać”.

Masakra. No straszne. Śpiewałem ten numer przez kilka lat. Kiedyś wysłałem jedną z wersji mojej dziewczynie, długo nie mogła się zorientować, że to ja śpiewam na tym nagraniu. W końcu się przyznałem. Najpierw nie wierzyła. Potem przepraszała za wszystkie inwektywy (śmiech).

Chyba lubisz śpiewać dla dziewczyn. W szóstej klasie…

…śpiewałem dla Natalii z VI C. Tak, to był chyba mój pierwszy występ publiczny. Niestety Natalia gustowała w bad boyach, a nie stękających chuchrach. W pewnym momencie udało mi się jednak zostać jej przyjacielem. Na więcej liczyć nie mogłem. Ale cieszyłem się i z tego. 

A nas ucieszył komentarz na YouTube pod twoim wywiadem: „Facet ma elegancko wyjebane na całej linii. Pięknie się ogląda”. 

Super! (Śmiech).

Chcieliśmy zapytać, czy rzeczywiście masz „elegancko wyjebane”?

Niestety nie. Zwykle mocno się wszystkim przejmuję. Dopiero uczę się funkcjonowania w zawodowym życiu. Nabieram asertywności. Zazwyczaj byłem gościem, który nie odmawiał. Żeby ludzie nie pomyśleli, że jestem jakiś… żeby lubili mnie bardziej po prostu. Ale już wiem,
że nie ma znaczenia, co ktoś o tobie mówi. To nie jest moje być albo nie być! Ostatnio w busie oglądaliśmy materiał z trasy Oasis. Naprawdę nie jest łatwo mieć tak wyjebane na wszystko, jak bracia Gallagher. Niestety ja jestem inaczej wychowany.

Za dobrze?

(Śmiech). Nigdy nie musiałem się buntować. Nie miałem przeciwko czemu. Od jakiegoś czasu bardziej stawiam na swoim, ale to chyba nie jest bunt. Generalnie lubię żyć według zasad. Może prawdziwy bunt jeszcze przede mną? Dzięki muzyce ominąłem parę etapów w życiu.
Na przykład studia. 

Pójdziesz?

W najbliższym czasie nie planuję. Na razie robię roczną przerwę od koncertów. Zobaczymy, co potem. 

Nasz redaktor naczelny, obeznany z twoim środowiskiem, twierdzi, że Warszawka może cię wessać na dobre…

Raczej mi to nie grozi. Mieszkam tu od 2 lat i… nic (śmiech). Przez najbliższy rok będę się skupiał na sobie: wyśpię się wreszcie, odpocznę, pouczę się czegoś, przytyję. 

Ciekawa motywacja.

Ostatnio w trasie schudłem 8 kg. Jak na mnie to dużo za dużo. W czerwcu 2016 r. ważyłem najwięcej w historii – 75 kg. I taki mam teraz cel. Będę spał i jadł. Inwestycja w relaks i sadło.

Zero muzyki?

Zero koncertów. A muzy jak najwięcej. Chodzi mi po głowie bardzo wiele projektów zarówno premierowych jak i kontynuacji tego, czym już dzieliłem się ze światem. To będą całkiem nowe przygody. 

Twoja popularność solowa nie przekłada się bezpośrednio na zespół Curly Heads. Dlaczego?

W jakimś stopniu chyba się jednak przekłada. Celowo nie używaliśmy mojego nazwiska w promocji płyty i koncertów, ale nie mam złudzeń i wiem, że wiele osób sięgnęło po płytę mimo wszystko dlatego, że znali moją twórczość. Curly Heads debiutowało, a mimo wszystko osiągnęliśmy status złotej płyty, mieliśmy dwie okazałe trasy, uczestniczyliśmy w wielkich wydarzeniach muzycznych w kraju. To jednak spory sukces.

Ale wasze numery w sieci nawet w porywach nie osiągają 10 procent wyświetleń teledysków Dawida Podsiadły. Taki Reconcile

Genialny Marcin Dorociński, Anna Próchniak. Zajebisty teledysk, pojechany. Super numer. Wszystko się zgadza. No tak… więc w sumie nie wiadomo czemu wyświetleń jest mniej.

Bardziej wymagająca muza?

Możliwe. Ale można na to spojrzeć też z innej strony – jak dużo osiągnęliśmy jako zespół kumpli z liceum. Choćby to, że zagraliśmy z Kasią Nosowską na Paszportach „Polityki”. Złota płyta to duży sukces. Tym bardziej, że na tym albumie nie ma ani jednego numeru śpiewanego po polsku. Trudno się przebić z taką propozycją w naszym kraju. Weźcie pod uwagę, że X Factor docierał do 3 milionów widzów co tydzień. Ludzie zdążyli się do mnie przyzwyczaić. Pod koniec prac nad solowym materiałem wydawca przekonał mnie, żebyśmy zrobili Trójkąty i kwadraty po polsku, bo pierwotnie tekst był angielski. Pamiętam, że stawiałem opór, ale w końcu dałem się przekonać w imię zasady „warto spróbować”. I wtedy nagle…

Wystrzeliło jak rakieta.

No właśnie! Nawet wczoraj jechałem taksówką, a taksówkarz mówi coś w stylu: „Panie Dawidzie, lubię pana słuchać. A jak w ogóle się wiedzie? Zrobił pan coś jeszcze po tych Trójkątach…?” (śmiech). To pokazuje, jak ważny był ten numer. Dzisiaj cieszę się bardzo, że W dobrą stronę prześcignęło Trójkąty… pod względem wyświetleń i miejsc na listach przebojów. To też singiel, ale o wiele bardziej go lubię. 

Czy programy typu talent show zgłaszają się do ciebie jako do przyszłego jurora?

Tak. Miałem już kilka propozycji. Ale na razie odmawiam. Jestem za młody, żeby oceniać innych. Kiedyś może się zgodzę, bo chciałbym zobaczyć, jak to jest z drugiej strony. To może być ciekawe. Ale wejdę w to tylko na swoich warunkach.

To znaczy?

Zakładam, że w niektórych kwestiach trzeba słuchać głosu reżysera i producenta programu. Że jest jakaś konwencja czy polityka, której trzeba przestrzegać. A ja, gdybym miał już kiedyś wziąć udział w takim programie, to mogę to zrobić nawet na „promocyjnych zasadach”, ale tylko jeśli będę miał wolną rękę i będę mógł mówić to, co naprawdę myślę. Taki młodzieńczy bunt (śmiech).

Czy młodzi buntownicy zaglądają dziś do PLAYBOYA?

Wpadam często do pewnego studia muzycznego, gdzie są wyłożone stare PLAYBOYE z lat 80. Do tych zaglądam. Nie czytam regularnie żadnego polskiego pisma. Prenumeruję co prawda „CD-Action”, ale tylko z sentymentu i tradycji w sumie. Czyli odpowiedź na wasze pytanie brzmi: „Nie czytam prasy prawie w ogóle” (śmiech). 

A pamiętasz chociaż swojego pierwszego PLAYBOYA?

Nie. Ale pamiętam pierwsze czasopismo erotyczne. Miałem 9 może 10 lat, kiedy poszliśmy z kumplami nad rzekę. W wodzie pływała gazetka, otwarta na zdjęciu i dużym tytule: „Buju buju na twardym chu…” (śmiech). Bardzo się cieszyliśmy. Niezatarte wspomnienia. 

Masz jakieś typy na naszą rozkładówkę?

Takie głosowanie byłoby pozbawione rycerskiego pierwiastka. Dlatego pozostawię nazwiska z mojej listy wyłącznie w pamięci.

Skoro jesteśmy przy płci pięknej, powiedz chociaż, jaka jest kondycja dzisiejszych groupies.

Nikła. Znikoma. Właściwie żadna. Nic się nie dzieje.

Nie załamuj nas!

Naprawdę. Nie ma żadnej intencji, że ktoś przychodzi po koncercie, czeka i ma jakieś zamiary. Zamiary, którym trzeba by się opierać, żeby była jasność. Nie ma się czemu i komu opierać, i to jest bardzo przykre. Zacząłem się już nawet zastanawiać, czy to jest nasza wina. Czy wytwarzamy wokół siebie aurę odpychającą groupies? A może czasy tak bardzo się zmieniły? Jeżeli w ogóle są jakieś dziewczyny, to zawsze kończy się w hotelowym lobby na rozmowach o życiu. A potem nagle: „O, to już trzecia, dzięki chłopaki, było super, na razie”. Mega smutne. Za to moja narzeczona jest bardzo zadowolona (śmiech). 

A koledzy po fachu?

No… chyba nie narzekają. Czyli to jednak my. Shiiit.

Może jesteście jeszcze za młodzi?

Bez takich! Co prawda wąs mi się sypnął całkiem niedawno… W czasie X Factora chyba się w ogóle jeszcze nie goliłem. Trzeba przyznać, że owłosienie pojawiło mi się bardzo późno. Wszędzie. Na klatce mam na razie tylko jednego włosa. Z dumą go hołubię i pieszczę, bo
to może być wszystko w tym zakresie… Za to pojawił się już pierwszy siwy włos. W wąsach (śmiech). 

Starzejesz się, zanim zdążyłeś dorosnąć.

Wszystko od stresu i ciężkiej pracy. Patrzę w lustro, siwy włos pod nosem i myślę, że trzeba jednak zrobić rok przerwy. To prawdziwy powód. Muszę odnaleźć kolory.

Jakie miałeś ksywki w gimnazjum?

Chyba najdłużej trzymał się mnie „Szczurek”. Nie miałem z tym problemu. Lubię wszystkie swoje pseudonimy. Raz na koloniach przez dwa tygodnie byłem „Papugą”. Podobno przez wygląd, intuicja mi podpowiada, że chodziło o nos. Tak mnie nazwała pewna dziewczyna, chyba Agata, która mi się podobała, więc wtedy miało to dla mnie jakieś znaczenie (śmiech). Teraz najczęściej wołają do mnie „Podsiad”. I super. Rzadko ktoś do mnie mówi „Dawid”. 

A sprawdzałeś korzenie swojego nazwiska? Czuć militarne wątki…

Prawda? Pod siodłem woziło się różne rzeczy. Na przykład mięso, które peklowało się tam ze słonym końskim potem. Palce lizać. W Południowej Afryce wciąż uchodzi za przysmak. Sprzedaje się tam paski wysuszonego mięsa pod nazwą Biltong. Kiedyś chciałem nazwać swoją audycję w Czwórce Biltong ze strusia. Mega oryginalnie co? Testowałem ten tytuł na ludziach i reakcja zawsze była: „No… wiesz” (śmiech). Skończyło się na Podsiadówce. A wracając do pytania, tak na serio nigdy nie sprawdzałem, jakie jest źródło nazwiska Podsiadło. 

W dzieciństwie mieszkałeś z bratem w jednym pokoju?

Pewnie. Dzięki temu miałem od małego szczęście do dobrej muzyki i dobrych plakatów. Wisiało u nas Alice in Chains, Pearl Jam, Nirvana, Pink Floyd, Radiohead, Queen. Pamiętam czas, kiedy słuchaliśmy tylko Mozarta. Generalnie dorastałem w świetnej muzie. W ogóle było cudownie i beztrosko. Kocham Dąbrowę Górniczą. Uwielbiam do niej wracać. Gdzieś tak na wysokości Częstochowy wszystkie warszawskie sprawy przestają już mieć jakiekolwiek znaczenie. Telefon dzwoni, patrzę leniwie na ekran, nie odbieram… „Cziluję”.  

Jesteś zagłębiackim patriotą?

Na pewno jestem Zagłębiakiem i upominam się, gdy ktoś mówi o mnie Ślązak. Ale nie dlatego, że ja mam z tym wielki problem, raczej dlatego, że nie chcę żeby Ślązacy poczuli się urażeni, że Zagłębiok się pod Ślązaka podszywo. Wiecie, to działa w dwie strony.

Komu kibicowałeś?

Tym, którym było trzeba, żeby nie dostać po ryju (śmiech). Tak naprawdę nigdy nie interesowała mnie polska liga. 

A sam kopałeś?

Pewnie. Byście się zdziwili. Byłem niezły. Ale najlepiej grałem w badmintona. Trenowałem całe gimnazjum i trochę w liceum. Zwykle byłem na zawodach drugi, trzeci, czyli w czołówce. Raz zająłem pierwsze miejsce, ale tylko dlatego, że nie przyjechał ten najlepszy (śmiech). On był z prawdziwego badmintonowego klubu, a ja chodziłem tylko na zajęcia w szkole. Może dlatego nigdy nie wskoczyłem na profesjonalny poziom. Z wygody i lenistwa. Chociaż zawsze lubiłem robić 50 rzeczy naraz i pewnie dlatego nigdy nie mogłem być bardzo dobry w jednej dyscyplinie.

Pamiętasz swoją pierwszą bójkę?

U mnie pierwsza była zarazem ostatnią. W szóstej klasie pewien kolega rzucał śnieżkami w dziewczyny. Wydało mi się to nieeleganckie, więc zdjąłem plecak i stanowczo go odepchnąłem. Potem nastąpiło jedno uderzenie. Nie moje. Pęknięty nos. Trochę ciekło. Byłem w szoku, a dziewczyny się przeraziły. Koniec historii. W sumie w jakiś przewrotny sposób trochę mnie martwi, że nigdy nikogo nie uderzyłem, bo nie wiem, czy odpowiednio bym zareagował, gdybym musiał to zrobić. Być może tego nie potrafię, a zawsze może przyjść taki moment, że będzie trzeba. Ale nie spędza mi to snu z powiek. 

Kiedyś powiedziałeś o sobie, że zawsze byłeś dziwny.

Tak? No to teraz nie zgadzam się z samym sobą. Raczej lubiłem o sobie myśleć w taki sposób. Że jestem inny niż ludzie dookoła. Chciałem być dziwny, chciałem się wyróżniać. Niestety nie udało mi się. Muszę się sam przed sobą przyznać, że jestem zwykłym „normalsem”. Moja
jedyna dziwność jest taka, że nie nadawałem się do wojska. Mam „D”. Ale nawalałbym z karabinu, jakbym musiał.

W kogo?

W złych. 

Chciałbyś?

Nie, raczej boję się broni.

Byłoby ci do twarzy w mundurze. 

Słuszna jest teoria, że jak się gada o wojnie, to ta wojna zaraz do nas przyjdzie. Lepiej o tym nie gadajmy. 

Porozmawiajmy więc o likwidacji gimnazjów. 

Wiem, że zarówno za likwidacją gimnazjów jak i za ich pozostawieniem są merytoryczne argumenty. Przyznam, że nie śledzę ich na bieżąco, więc mogę wypowiedzieć się tylko z perspektywy własnych doświadczeń. Będąc w gimnazjum, marzyłem o tym, żeby je zlikwidować.
Ta instytucja jest moim zdaniem z dupy. Nie lubię jej i źle ją wspominam. Dojrzewanie mentalno-fizyczne nie łączy się za dobrze z nowościami, które trzeba nagle przyswajać. Po 6 latach względnego spokoju i układania sobie życia następują 3 lata rewolucji: towarzyskiej, psychologicznej i emocjonalnej. Pamiętam, że było to dla mnie bardzo stresujące. A potem nastąpiło cudowne, relaksujące liceum. 8 klas podstawówki wydaje mi się chyba lepszym rozwiązaniem, ale w sumie nie mam porównania.  Na pewno nie rozumiem, dlaczego taką ważną zmianę trzeba wprowadzać na wariata, po łebkach, nie licząc się ze społecznymi konsekwencjami. Nie lubię wypowiadać się na tematy polityczne, bo się na nich nie znam, ale naprawdę nie czuję, żeby ostatnio opiekowali się nami odpowiedzialni ludzie, bo sam fakt tak wielu niejasności i zamieszania wokół likwidacji gimnazjów, a przede wszystkim sposobu wprowadzania tej reformy jest – delikatnie mówiąc – mega słaby.

Klasyczny „lewak” z ciebie.

Irytujący jest ten podział na „lewaków” i „prawaków”. Generalnie podziały są zawsze z dupy, ale jeżeli musiałbym przypiąć sobie jakąś łatkę, to patrząc na wartości moralne, którymi oceniam świat, jestem zdecydowanie bardziej lewakiem niż prawicowcem, a wartości liberalne są mi bliższe niż konserwatywne. Np. mimo ciemnych stron Hillary Clinton, nie potrafiłbym zagłosować na Trumpa (śmiech). Nie ufam szaleństwu. A teraz chyba nastał czas globalnego szaleństwa… 

Za chwilę zarzucą ci, że nie jesteś patriotą.

Jestem! Bardzo kocham swój kraj. Nie rozumiem, dlaczego dziś synonimem patrioty jest narodowiec. Pomieszanie pojęć. A to przecież bardzo proste rzeczy – dla mnie oczywiste. Patriotyzm kojarzy mi się z miłością, a taki zacietrzewiony narodowiec z nienawiścią. A ja
zdecydowanie wolę kochać.

Czy prezydent Andrzej Duda jest twoim fanem?

Musicie jego zapytać… Chociaż wydaje mi się, że pan prezydent słucha kogoś innego, niekoniecznie Podsiadły (śmiech). 

Miałeś już jakieś polityczne propozycje?

Raz w życiu. Było mi miło, bo poczułem wtedy, że posiadam jakąś iluzję wpływu na innych. Ale odpowiedziałem, że publicznie nie jestem jeszcze gotowy do takich deklaracji, bo jestem za młody, a do tego to muzyka, a nie polityka, jest dla mnie priorytetem. 

Dobrze to rozegrałeś.

Bo w ogóle jestem dobry w graniu (śmiech). Chciałbym coś zagrać. Na razie dwa razy pytano o mnie w kontekście komedii romantycznych. Ale ja chciałbym zrobić coś trudniejszego, wymagającego i nieoczywistego. Kiedyś to ogarnę!

W teledyskach wypadasz obiecująco.

Serio? Na razie, jak patrzę na siebie, to czuję duże rozczarowanie.