Zbigniew Boniek

PLAYBOY nr 05, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Robert Laska

Można na panu polegać jak na Zawiszy?

Jak na rycerzu, czy jak na moim rodzimym klubie sportowym? W pierwszym przypadku – na pewno tak. Jest mało ludzi, którzy się na mnie zawiedli. A jeśli chodzi o Zawiszę Bydgoszcz, to jak to w sporcie – raz się zwycięża, raz przegrywa. Najważniejsze jednak, w jakim stylu się grało.

Pana styl od początku był wyjątkowy. Słyszeliśmy, że futbol wygrywał nawet z kościołem.

To fakt, zawsze uciekało się z niedzielnej mszy na stadion. Czekało się tylko, żeby usłyszeć ewangelię, w razie gdyby ojciec chciał przepytać, a potem od razu ucieczka. Stadion był prawie za płotem. W minutę można było dobiec. Wtedy kochałem nie tylko piłkę. Interesował mnie każdy sport. Jak w czasie katechizmu słyszałem warczenie motorów, to mówiłem księdzu, że muszę do toalety i ile sił w nogach leciałem na stadion, żeby zobaczyć, co się dzieje na żużlu. Po pięciu minutach, cały zgrzany, byłem z powrotem.

Jakie plakaty wieszał pan wtedy na ścianach?

Czesia Niemena i Włodka Lubańskiego. W 1978 roku schodziłem z boiska pięć minut przed końcem meczu z Brazylią, a na moje miejsce wbiegał Włodek. Myślałem sobie: „To jest niemożliwe – mój idol wchodzi za mnie na boisko, na samą końcówkę spotkania”. Niesamowite uczucie. A wracając do plakatów, to miałem jeszcze Czerwone Gitary. Panowie, gdybyśmy mieli więcej czasu, to mógłbym wam zaśpiewać każdą piosenkę Seweryna Krajewskiego od A do Z. Wszystkie ich płyty znam na pamięć.

A odpowiedzi na pytania z biologii też do dziś zna pan na pamięć?

Biologię lubiłem, miałem wspaniałą nauczycielkę…

Która przyłapała pana w nocnym klubie Zodiak.

No tak. Jako 17-latek grałem już w seniorach Zawiszy Bydgoszcz i po jakimś wygranym meczu koledzy zabrali mnie do Zodiaka. Pech chciał, że przyfilowała mnie pani profesor i później co lekcja byłem odpytywany. Ale nie narzekałem. Nigdy nie miałem problemów z nauką.

Jak na boisku wołali na pana rówieśnicy?

Przez krótki czas miałem pseudonim „Murzyn”. Jak na rudego przystało, zawsze byłem biały jak ściana. Na zasadzie przeciwieństwa koledzy dali mi złośliwą ksywkę. Ale zwykle byłem po prostu Zbyszkiem. Imię niełatwe do wymówienia. Żartowałem kiedyś z ojca, że powinien mi dać „Janek”. Wtedy Włosi mówiliby na mnie „Giovanni”. Powstał jednak Zibi i nie narzekam. Ostatnio nawet odkryłem, że na młodych Zbyszków mówi się w Polsce „Zibi”. Niesłychane.

Nas bardziej zaskoczyło, że kiedy wpisać pańskie nazwisko w wyszukiwarkę, pojawia się masa zdjęć psów i kotów. W całej Polsce pełno małych Bońków.

Świadczy to o tym, że ludzie mnie lubią i… bardzo kochają zwierzęta. Powiem panom, że jeżeli sportowiec nazywa się do kitu, ciężko mu się w dzisiejszych czasach wybić. Jeśli ludzie nie mogą zapamiętać twojego nazwiska, kariery nie zrobisz. Ja mam bardzo dobre nazwisko.

Czy pierwsze pieniądze zarobił pan na piłce?

Tak. W Zawiszy miałem miesięczne stypendium. Starczało mi na „wafelki teatralne”, które uwielbiałem. Były fantastyczne. Może dlatego, że jedyne. Przecież jak byłem mały, to myślałem, że pomarańcze rosną na Wielkanoc, a banany na Gwiazdkę. Inne czasy. W domu się nie przelewało, było bardzo skromnie, ale zawsze sympatycznie. Nigdy w swoim życiu nie czułem się zagrożony finansowo. Mama pracowała chałupniczo szyjąc, a ojciec był pracownikiem zakładów energetyki cieplnej. Żeby dorobić, tata każdej zimy brał dodatkowe dwie kotłownie, które musiał opalać. Razem z bratem mocno mu w tym pomagaliśmy. Trzeba było rano wstać, dojechać na miejsce, oczyścić piec, a potem przewieźć i wrzucić trzydzieści taczek węgla. Ojciec był w jednej kotłowni, ja z bratem w drugiej. Taka poranna rozgrzewka – wszuflować trzydzieści taczek węgla do pieca przez otwór na wysokości oczu. Nie dziwne, że potem człowiek trochę siły w sobie miał.

A propos palenia… Pamięta pan swojego pierwszego papierosa?

Po raz pierwszy zapaliłem, jak miałem 7 lat. Ojciec mnie przyłapał. Pamiętam, że była młócka… Trochę mnie poturbował (śmiech). Na kolejne 10 lat rzuciłem palenie. Potem lubiłem czasem zapalić po meczu, ale nigdy nie miałem z papierosami problemu. Paliłem mało i nigdy nie miało to wpływu na moje wyniki. Nie należałem do zawodników, którzy w 90 minucie oddychają rękawami. Śmiałem się, że nie mam problemu z płucami, a co najwyżej z techniką.

Często zasługiwał pan na lanie?

Dostało mi się jeszcze raz – za czepianie się ciężarówki. Podbiegłem, złapałem się za pakę, podciągnąłem i miałem cholerną zabawę, bo wywrotka naprawdę zaczęła zasuwać. Cały zadowolony przejechałem dobrych 500 metrów przez centrum miasta. Pech chciał, że przypadkowo wypatrzył mnie ojciec. Uśmiechnięty i niczego nieświadomy wróciłem do domu, a tam już od progu zaczęła się walka – rozpędzony Mike Tyson kontra zawodnik wagi koguciej (śmiech).

Kiedy stoczył pan swoją ostatnią bójkę?

Nie lubię się bić. Mam zasadę, że jak widzę bójkę, to odsuwam się na bok. To do niczego nie prowadzi. Ale oczywiście zdarzało mi się walczyć, jeśli wymagała tego sytuacja. Pewnego razu w Turynie podjechaliśmy z żoną samochodem pod nasz dom. Nie było wolnych miejsc parkingowych, więc wysadziłem ją pod drzwiami naszej klatki i odjechałem kawałek dalej. Zobaczyłem jednak kątem oka, że dwóch typków zaczyna sobie moją żonę oglądać. Bardzo mnie to zdenerwowało, ale przecież patrzenia zabronić nikomu nie można. Po chwili zaczęli jednak wykonywać w jej kierunku jakieś gesty. Tego było za dużo. Wyskoczyłem z auta, po cichu nabrałem rozpędu i z zaskoczenia jednego kopnąłem z całej siły w tyłek, a drugiemu sprzedałem bombkę w głowę. Tak szybko uciekali, że nie mogłem ich dogonić. A byłem wtedy w szczytowej formie (śmiech).

Dzisiaj piłkarze w trakcie meczu przebiegają średnio około 10 kilometrów. Ciekawe, ile wy biegaliście. Chyba trochę mniej…

W życiu nie mniej! Po prostu biegało się inaczej. Weźcie pod uwagę fakt, że dzisiejsi piłkarze różnią się od nas fizycznie. My przypominaliśmy biegaczy długodystansowych, a oni przypominają sprinterów. W naszych czasach grało się na większej przestrzeni – między napastnikiem a libero było 60 metrów. Dzisiaj jest raptem 30. Piłkarze grają w rytmie – przyspieszenie, spowolnienie, przyspieszenie. Bardzo dużo zrywów. Dzisiaj piłka jest szybsza, ale my biegaliśmy dłuższe dystanse. Bilans pewnie wychodzi na zero. Zresztą bardzo bym chciał, żeby ktoś to policzył. Jestem ciekaw, ile kilometrów w czasie meczu przebiegali Boniek i jego koledzy.

Od małego wygrywał pan sam mecze?

Jak graliśmy klasa na klasę, to tak. Mogłem wziąć piłkę i wszystkich kiwnąć. Ale to było zbyt łatwe. Na szczęście mam starszego brata, więc na podwórku zawsze grałem ze starszymi i większymi od siebie. Mimo, że byłem najmniejszy, to i tak cieszyłem się uznaniem kolegów, którzy zawsze wybierali mnie do składu na pierwszym lub drugim miejscu. W tamtych czasach trzeba było naprawdę szybko biegać, bo po meczach często w ruch szły kamienie (śmiech).

Stąd ta słynna szybkość na boisku – wyrabiana od kołyski.

Nie tylko stąd. Trenowałem, ganiając tramwaje. Jak wychodziłem z klubu, to było widać pętlę tramwajową. Wielokrotnie trzeba się było puścić sprintem, a jak już tramwaj nabrał za dużej szybkości, to strach było wskakiwać i biegło się do kolejnego przystanku. Normalna rzecz. Wtedy to nikogo nie dziwiło. Zresztą coś panom powiem – moje pokolenie było wybiegane, wysportowane i zahartowane. Mamusie na nas nie chuchały i nie dmuchały, jak na dzisiejszych nastolatków.

I to jest przyczyną tak dużej liczby kontuzji w dzisiejszej piłce?

Niewykluczone. Jak my wracaliśmy ze szkoły do domu, to nie było nic ciekawego do roboty, bo jeden program telewizji polskiej nie przedstawiał się zbyt interesująco. Biegło się więc od razu na podwórko, a tam zajęć było w bród. Wyścigi rowerowe wokół bloku, podchody, zabawa w chowanego, i wreszcie mecz piłki nożnej. Potem wracało się na chwilę do domu i od razu biegło na trening do klubu. A dzisiaj co? Najpierw się gra w piłkę, ale na komputerze, potem bawi się w podchody na telefonie, a na koniec mama zawozi samochodem do klubu. Po treningu jeszcze wkłada rękę za kołnierz i mówi: „O Boże, spociłeś się synku. Jedziemy szybko do domu!”. W ten sposób nie można dojść do wielkiego wyczynu sportowego. Zadam proste pytanie – czy widzieliście kiedyś przeziębione cygańskie dziecko, które całymi dniami siedzi na zimnie? Nie widzieliście, bo te dzieci są zahartowane. W przeciwieństwie do tych wożonych ogrzewanymi i klimatyzowanymi samochodami.

Czy piłkarze nie zarabiają dziś za dużo?

Zarabiają dużo za dużo. Piłkarz światowej klasy pogra rok, dwa i jest ustawiony do końca życia. Te niebotyczne zarobki to głupota. Gdyby wszyscy piłkarze zarabiali o 50 procent mniej, to w piłkę graliby tak samo. Ani gorzej, ani lepiej. To jest oczywiście biznes i nikomu nie zamierzam zaglądać do portfela. Twierdzę tylko, że w moich czasach to, że zarabialiśmy setki razy mniej od piłkarzy z Zachodu, wcale nie przeszkadzało nam z nimi wygrywać. Z Widzewem pokonaliśmy Manchester United, Manchester City i Juventus Turyn. I przypominam, że to nie były żadne obrony Częstochowy. Przeciwnie, graliśmy jak równi z równymi. A nasze zarobki nijak się miały do osiągnięć sportowych.

Grając w Widzewie, miał pan trzy fikcyjne etaty.

Nie trzy, ale pięć. W pięciu różnych zakładach włókienniczych. Pierwszego dnia każdego miesiąca chodziłem w pięć miejsc, żeby odebrać pensję. Było przyjemnie. Wpadałem rano do zakładu i dawałem paniom czekoladkę. Wszyscy byli zadowoleni. Bez zawiści. Zarabiałem tylko ciut więcej od faktycznych pracowników tych zakładów. Nikt nie myślał wtedy o pieniądzach, tak jak dziś. Kiedyś na parkingu przed blokiem grało się w piłkę. Dziś te same parkingi służą do mierzenia statusu. Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja nie narzekam na kapitalizm. Mówię tylko, jak bardzo nas zmienił.

O dziwo przeszliśmy też transformację w sporcie, która – nie wiedzieć czemu – polegała na radykalnym obniżeniu poziomu.

Powiem wam dlaczego. W PRL-u sport wykorzystywano do celów politycznych. To było podstawowe narzędzie do promowania rządu. Tamto państwo nie mogło się pochwalić żadnymi osiągnięciami, dlatego inwestowano w sport. Zwróćcie też uwagę, że w żadnej dziedzinie – oprócz sportu właśnie – nie mogliśmy dowalić „braciom” zza wschodniej granicy. Nie mogąc dać ludziom wolności i dobrobytu, decydenci dawali im igrzyska. Wszystko zmieniło się wraz z upadkiem tamtego systemu. Nagle zaczęliśmy traktować sport jako margines życia publicznego. I to był nasz wielki błąd. Jego społeczne koszty są olbrzymie. To nie tylko słabe wyniki na arenach międzynarodowych, ale także setki tysięcy krzywych kręgosłupów. Takie zaniedbania ciągną się latami. A wiecie, ile polskie państwo zarabia na polskim sporcie, a ile w niego wkłada?

Nie mamy pojęcia.

Ten bilans wychodzi na plus dla budżetu. Co oznacza minus dla społeczeństwa. Jeśli ktoś powie, że mówię bzdury, to służę danymi. Państwo polskie powinno znacznie więcej łożyć na wychowanie sportowe młodzieży. Zaoszczędzilibyśmy wtedy na służbie zdrowia. Dziś piłka i cały sport to trochę pic na wodę. Ja grałem w prawdziwą piłkę. Bez marketingu, aktorstwa i udawactwa. Nikt mi nawet żony nie dobierał, co się zdarza dzisiejszym piłkarzom.

Grał pan w prawdziwą piłkę, ale wasza reprezentacja z 1982 roku przegrałaby z tą dzisiejszą.

Nie rozśmieszajcie mnie panowie! Gdyby wystawić Kuleja na Adamka, to Jurek nie miałby szans, bo to dwie różne epoki pięściarstwa. Ale w piłce jest inaczej. Byliśmy jedną z najlepszych reprezentacji na świecie, a wy twierdzicie, że nie dalibyśmy rady drużynie klasyfikowanej poza pierwszą pięćdziesiątką, która nie może wygrać żadnego meczu… Zbilibyśmy ich i tyle. Dostaliby 5:0 i poszli do domu. Tyle, że to utopia. Nigdy tego nie udowodnię, choć jestem pewny swoich słów. Jestem też pewny, że nasza dzisiejsza reprezentacja nie jest taka zła. Problem polega tylko na tym, że kiedyś mieliśmy kilku artystów i świetnych rzemieślników. Dzisiaj mamy jednego czy dwóch artystów i przeciętnych rzemieślników.

Z całym szacunkiem, wydaje nam się jednak, że nie daliby panowie rady. Futbol zmienił się w sposób kosmiczny.

Tylko w czasie i rytmie. Jest mniej czasu na przyjęcie piłki i wszystko toczy się w szybszym tempie. Ale w światowej piłce nie mamy tylu gwiazd i wybitnych jednostek co kiedyś: Maradona, Zico, Falcao, Socrates, Rummenigge, Passarella, Platini i wielu innych. Dziś piłkarze są bardziej zmechanizowani i wszyscy do siebie bardzo podobni. Poza tym to nie piłkarze rządzą klubami, tylko kluby piłkarzami. Zero osobowości. Jak by mi kiedyś ktoś powiedział, że nie mogę rozmawiać z dziennikarzami… Jak miałem ochotę gadać, to gadałem. Koniec kropka.

Ale wydolnościowo…

Dziś rano przebiegłem 10 kilometrów. Czas: 44 minuty. Jesteście pewni, że każdy gracz reprezentacji Smudy dotrzymałby mi kroku? Przypominam, że mam 56 lat.

Jesteśmy pod wrażeniem.

Wcale mnie to nie dziwi. Ale i tak ich kocham, bo reprezentację ma się tylko jedną.

A jest dziś jakiś piłkarz, który gra w pana stylu?

Jest paru lepszych ode mnie. Ale czy ktoś gra podobnie? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Po co mam męczyć rozum? Teraz gra się inaczej. Ja na 250 rozegranych meczów, w 249 byłem kryty indywidualnie. Dziś nikt na świecie nie jest kryty w taki sposób. Weźmy Messiego. To piłkarz fenomenalny, ma wszystko. W mojej epoce byłoby tylko jedno zadanie – uciąć mu nogi z korzeniami. Tak się grało i nie wiem, czy chłopak by sobie poradził. Byłby cięty, miałby indywidualne krycie, a co za tym idzie nie dostawałby 50 procent podań, bo po co podawać komuś, kto jest tak szczelnie kryty.

Panu nóg nie ucięli.

Bo byłem silny, zdrowy, miałem szczęście i szybko uciekałem. Poza tym hart, siermiężny komunizm, sadzone jajka, zsiadłe mleko i ziemniaki… Dlatego ominęły mnie poważne kontuzje. Ale parę razy było blisko. Jak wszedł we mnie jeden Peruwiańczyk, to myślałem, że mi dwie piszczele złamał na raz.

Dziś coś pana boli?

Złe pytanie. Powinniście spytać, co mnie nie boli. Bo boli mnie wszystko!

Strzelił pan kiedyś samobója?

Oczywiście. Na Górniku Zabrze. W ostatniej minucie. Jest 1:1. Idzie wrzuta, ja stoję na piątym metrze, piłka siada mi na kolanie, dostaje rotacji i wpada w samo okienko naszej bramki. Bardzo ładny gol. Przegrywamy 2:1. Do szatni wchodzimy w nastrojach minorowych. Wszyscy na mnie patrzą z byka. Co mogłem powiedzieć? „Panowie, co wy tak, kurwa, na mnie patrzycie! Tyle meczy wam wygrałem, to chociaż jeden dałem wam przegrać” (śmiech). Zaczęliśmy się śmiać i było po problemie.

Czy pana żona wie, co to spalony?

Dobre pytanie. Musiałbym ją spytać. Ale chyba nie. Chociaż… licho wie. Jest bardzo inteligentna, więc pewnie jakoś by się wybroniła. Muszę się jednak przyznać, że moja żona widziała bardzo mało meczy. Czasami chodziła na Widzew, ale siedziała tam z koleżankami w kawiarni i czekała na końcowy gwizdek. Czasami wracałem też do domu po jakimś meczu, prawdziwej wojnie atomowej w światowym futbolu, finale najważniejszych rozgrywek, w którym strzeliłem dwie bramki, a ona… nic o tym nie wiedziała. Cały świat podniecony, 20 milionów Włochów przed telewizorami, a ona miała to kompletnie gdzieś (śmiech). Bardzo mi się to podobało. Po końcowym gwizdku i prysznicu od razu miałem spokojną głowę. W domu nie gadaliśmy o mojej pracy. Dzięki temu nigdy się nie przejmowałem tym, co piszą w gazetach. Nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.

Jakby pan dzisiaj wyjaśnił żonie, na czym polega spalony?

Kiedy zawodnik, który atakuje i dostaje piłkę, nie ma pomiędzy sobą a bramką co najmniej dwóch zawodników drużyny przeciwnej, to jest na pozycji spalonej.

Często nazywa pan żonę policjantem?

Nie. Ale żona faktycznie do przesady lubi porządek. Jak mi się zdarzy położyć coś, gdzie nie trzeba, to będzie po łapach, bez dwóch zdań. Policjantem jej jednak nie nazywam. Całe życie ona mówi do mnie Gruby, a ja do niej Gruba. Wydaje mi się to bardzo sympatyczne. Pamiętam, że mój teść zawsze powtarzał: „Nie chwal dnia przed zachodem słońca, nie chwal żony przed śmiercią”. Mimo to uważam, że spokojnie mogę ją pochwalić. Dogadujemy się znakomicie, chociaż mamy zupełnie inne hobby. Nigdy nie miałem problemu moich kolegów, czyli pytania pod tytułem: „Gdzie mnie dzisiaj zabierzesz, kochanie”. Moja żona wspaniale organizuje sobie czas, ma mnóstwo koleżanek i mnóstwo zainteresowań. Jesteśmy 36 lat po ślubie, a znamy się od 40. Jestem przekonany, że dzisiaj tak samo się lubimy i kochamy, jak wtedy – na samym początku w liceum w Bydgoszczy.

Ponoć małżonka zmieniła pana na lepsze.

Pamiętajcie, że mężczyzna nigdy nie zmieni kobiety. A na odwrót jest to możliwe i prawie zawsze w dobrym kierunku. Kobiety mają o wiele większy wpływ na nas niż my na nie. Mężczyzna może wpływać na swoją partnerkę tylko przez krótki okres, w momencie pierwszego zauroczenia, gorącej miłości. Potem to ona wraca do swojego ja i w dłuższej perspektywie zaczyna zmieniać jego. Nam może się wydawać, że jest inaczej, ale to tylko pozory.

W takim razie w czym jest pan dzisiaj lepszy?

Już nie jestem w gorącej wodzie kąpany. Kiedyś wściekałem się za boiskowe sprawy, miałem jakieś dyskwalifikacje, dużo kartek. W młodości chciałem wszystkim wypowiadać wojny. Żona zawsze mnie tonowała. Wiadomo, że jak rano wychodzisz do pracy musisz być wyspany, wiedzieć, że w domu się wszystko dobrze układa i być pewny swego. Ja zawsze tak miałem. I to na pewno dzięki żonie. Jak mi po śmierci dadzą jakiś medal, to połowa dla żony (śmiech).

Już jest pan Commendatore Orderu Zasługi Republiki Włoskiej. Polska w kontekście odznaczeń państwowych chyba o panu zapomniała.

Ja się o nic nie dopominam. Faktycznie mam wysokie odznaczenie Republiki Włoskiej, które mi przyznano po zakończeniu kariery piłkarskiej. Nie potrzebuję jednak już żadnych medali. Mam nadzieję, że Jan Paweł II powoła mnie do swojej drużyny jak najpóźniej. A jak już powoła, to nie chcę tu na dole żadnych dużych ceremonii. Pewnie to się zakończy we Włoszech i niech będzie cicho i spokojnie.

I bez wąsów?

Nieznane są wyroki Boskie (śmiech). Wąsy zgoliłem tylko raz i czułem, że czegoś mi brakuje.

Jak pan wyglądał?

Dwadzieścia lat młodziej, ale według mnie wyglądałem gorzej, zmieniła mi się gestykulacja, po prostu straciłem osobowość sceniczną (śmiech). Nigdy już tego nie zrobię, niech zostanie, jak jest.

Kiedy ostatnio brał pan udział w wyścigu kłusaków?

Cztery dni temu. Przyleciałem piąty. Następny wyścig za trzy dni. W sumie mam już ich na koncie około dwustu, z czego piętnaście razy byłem pierwszy, z siedemdziesiąt razy stałem na podium i z trzydzieści razy mieściłem się w piątce. Wtedy można na mnie nawet coś zarobić. Od szóstego miejsca ma się status „nieklasyfikowany”.

Ile można na panu zarobić?

Nawet 18:1. Ale niełatwo wygrać. Koński zakład to zadanie tylko dla intelektualistów. Znać konie to trzy czwarte sukcesu. Tylko ćwiartka wyniku zależy od tego, kto powozi. Są konie, które nie lubią biegać na zewnątrz, są takie, które nie lubią być w środku. To bardzo złożone zwierzęta.

Stawia pan na siebie?

Nie, bo jest to bardzo niemile widziane. W innych gonitwach czasami lubię postawić 30 czy 50 Euro na konia, który mi się podoba. Jak przychodzi pierwszy, to fajnie, a jak nie, to po prostu płacę „podatek od dobrego samopoczucia”.

Jak długo wchodził pan w świat kłusaków?

Pięć minut. Poszedłem pierwszy raz na tor i od razu wiedziałem, że będę miał zajęcie na starość. Nie zrozumie tego nikt, kto tego nie widział. Co za uczucie! Trzymasz w trzech palcach lejce, nogi otwarte, między nimi tyłek konia… Siła i moc tych zwierząt robią niesamowite wrażenie. Mimo to trzeba je trzymać delikatnie. Jeżeli się tego nie robi sprawnie, koń może się znarowić i powieźć nawet 20 kilometrów.

Jak pan wspomina swój pierwszy wyścig?

Znakomicie, bo go wygrałem. Wcześniej musiałem zdawać specjalne egzaminy teoretyczne i praktyczne, żeby w ogóle móc startować, żeby stać się fantino, czyli kierowcą sulki. Dostałem numer pięć. Jechałem ze swoim malutkim koniem – „Crown Boyem”.

A czy „Lucky Boy”, który wygrał dla pana wiele gonitw, to nadal pana najlepszy koń?

Nie. W tej chwili jest reproduktorem w Serbii. Mam teraz lepsze konie. Staram się mieć zawsze pięć swoich kłusaków. Hodowla i zajmowanie się nimi są dla mnie wielką przyjemnością. Dobrze się starzeję dzięki koniom. A żeby się dobrze starzeć, trzeba mieć zajęcia po pracy, a nie tylko kłaść się na kanapie, wypić trzy piwka i czekać na dziennik. Mnie to nie grozi. Jestem ekspertem od genealogii wyścigowych kłusaków.

Kto nie powinien zajmować się końmi?

Ludzie niezbyt lotni. Konie są tylko dla ludzi inteligentnych. Wytrenować zwierzaka i zrobić z niego atletę – to zadanie cholernie trudne, bo koń nie mówi. Ktoś nawet kiedyś powiedział, że pan Bóg odebrał koniom mowę, żeby nie wprowadzać ludzi w kompleksy.

Mimo to pan do nich przemawia. Zawsze po włosku?

Zawsze. Wydaje mi się, że po włosku lepiej mnie rozumieją.

A pańska żona rozumie pana hobby?

Nie była nawet na jednym wyścigu. Mało tego, nigdy nie oglądała ze mną żadnego konia. I dobrze robi. Ona wie, że świat koniarzy jest niezwykle męski, chwilami trochę chamowaty. Kobiety w tym środowisku wyglądają dziwacznie i czują się mocno niezręcznie. Dodatkowo sieją ferment, który zmienia na gorsze wszystkich koniarzy dookoła. Och, mówię wam – konie to temat rzeka. Nie będę was już dłużej nudził…

Nie nudzi nas pan. Zastanawiamy się tylko, w jakim języku pan myśli, kiedy mknie sulką.

Zawsze po włosku, bo tylko we Włoszech startuję w zawodach. A moje myślenie zależy od tego, gdzie ląduję. Jak w Warszawie, to myślę po polsku, jak we Włoszech – to po rzymsku. Podobnie mam ze snami.

Jakie było pierwsze słowo po włosku, które pan poznał?

Io sono – ja jestem. Po podpisaniu kontraktu z Juventusem miałem zgrupowanie z reprezentacją przed Mundialem. Pojechałem do Empiku do Rybnika, żeby kupić słownik polsko-włoski. Otworzyłem i zobaczyłem: Io sono – ja jestem.

Świetny tytuł do książki o Zbigniewie Bońku. Zaklepujemy.

Proszę bardzo. Podoba mi się. Uwielbiam włoski język. Włosi na przykład pięknie przeklinają, ale koledzy z drużyny zawsze chcieli przeklinać po polsku. Tak więc uczyliśmy się nawzajem. „Kurwa jego mać” potrafili powiedzieć wszyscy piłkarze, z którymi grałem. Platini na pytanie, czy zna jakiś wyraz po polsku, od razu wypala te trzy słowa.

Mówi ktoś do pana – Kazimierzu?

Musiałbym się zastanowić, ale Kazimierz w naszej piłce był tylko jeden (śmiech). A tak na serio jestem Zibim albo Grubym. O tym, że na drugie mam Kazimierz wiem chyba tylko ja. A dzieci mówią do mnie – Stary. Jak siadamy przy stole, to ja już jestem tym Starym, który wspomina stare czasy, a oni się z tego śmieją.

To zastanawiające, że żadne z nich nie poszło w sport zawodowy…

Najstarsza – Karolina – bardzo dobrze gra w tenisa. Jako nastolatka doszła nawet do ćwierćfinału wielkiego turnieju. Ale od razu widziałem, że nie miała chęci na ciężkie treningi. Syn ma dzisiaj 26 lat i znakomicie gra w golfa, ma papiery na to, żeby być zawodowcem. Postawił jednak na naukę. Skończył London Business School i dziś pracuje w londyńskim oddziale Deutsche Banku. W tej chwili tylko 21-letnia Kamila mieszka z nami. Studiuje języki obce i od czasu do czasu ma do mnie pretensje, że mimo moich znajomości nie chcę jej nigdzie wkręcić (śmiech). Kamila również dobrze gra w tenisa, ale tak naprawdę tylko mój wnuczek Mateo może być sportowcem. Ma handicup w golfie, jest świetnym tenisistą, lubi grać w piłkę. Jak na 8-latka całkiem nieźle.

Ma szansę na futbolową karierę?

Jest za wcześnie, żeby o tym mówić. Jedynym polskim piłkarzem na dzień dzisiejszy, który może zrobić karierę podobną do mojej, jest Robert Lewandowski. Dobrze biega, jest elastyczny, ma dobrą głowę i myśli. Ma wszystko. Smuda kiedyś twierdził, że to ziemia do kwiatów, ja zawsze uważałem inaczej. Lewy na razie gra w Dortmundzie, który nigdy nie będzie się zaliczał do pierwszej ligi piłkarskiej. Widzę go w Bayernie, PSG, Chelsea, Manchesterze, Juventusie, Interze, Milanie, Barcelonie albo Realu. Chłopak ma szansę daleko zajść.

Możemy mu zadać jakieś pytanie w pana imieniu?

Jak byłem w jego wieku i szedłem jeden na jednego, to wiedziałem, że mogę łyknąć każdego. Niezależnie od klasy sportowej i popularności nazwiska. Zastanawia mnie, czy on ma tak samo. Uważam, że taka pewność to połowa sukcesu. I nie chodzi tu o pewność siebie, tylko wewnętrzne, niezależne od niczego, przekonanie o własnych umiejętnościach.

A czy Szczęsny ma szanse być większy od Młynarczyka?

Większy to on już jest, bo Młynarz ma 186 cm wzrostu (śmiech). To zależy, jakie sukcesy odniesie w karierze, jakie puchary będzie miał w szafce z pamiątkami. Nie można mówić „byłem dobry, ale nic nie wygrałem”. Wojtek jest butny, pewny siebie, charakterny, a to się bardzo przydaje. W Polsce uważa się ludzi skromnych za wzór. Pytam – wzór czego? Niepewności? Zbyt dobrego wychowania? Braku zaufania do samego siebie? Ja lubię piłkarzy pokroju Wojtka. Tak trzymać!

A kto będzie trzymał puchar mistrzów Europy 1 lipca?

Hiszpanie. Kto się utrzymuje długo przy piłce, ten się nie męczy.

Bukmacherzy płacą 1,8 złotego za każdą złotówkę postawioną na nasze wyjście z grupy. Obstawi pan?

Mogę. 150 Euro. Nie więcej, bo hazard mnie nie kręci. To zajęcie dla nieszczęśliwych ludzi. Z grupy musimy wyjść. Jak się nie uda, to znaczy, że jesteśmy słabi i już nigdy z niczego nie wyjdziemy. Pamiętajmy, że po wyjściu z grupy jest tylko jeden mecz dzielący nas od wielkiej czwórki. A w takim meczu może się zdarzyć wszystko!

Półfinał z Włochami?

Wiecie co? Śpijmy spokojnie.

Pośpimy, ale tylko, kiedy wskaże nam pan swoją faworytkę na rozkładówkę PLAYBOYA. Kogo chciałby pan obejrzeć w negliżu?

Jak się nazywa ta feministka, która opowiadała banialuki o EURO? Jakaś Kazia… Ją weźcie. Za karę!

Na skróty:

Piłkę mogłem podbijać dniami i nocami. Wygrałem nawet jeden konkurs. Staliśmy w kółku i żonglowaliśmy. W ośmiu, w tym Maradona. Na polu boju zostałem w końcu tylko ja i on. Wygrałem białe Renault 5 Abarth. Asfalt rwało.

Niech się Lato dalej kompromituje. Do końca. Trzymam kciuki.

Blokowanie dostępu do internetu, to jak przybijanie kisielu do ściany.

Galop co najwyżej toleruję. A ci od galopu nie przepadają za kłusem.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*