Ryszard Tymon Tymański

PLAYBOY nr 11, 2004 rok

TEKST: Rafał Księżyk

fot. Tomek Bergmann


Na gali Fryderyków w 1998 r., gdy odbierałeś statuetkę w kategorii album alternatywny, grzmiałeś przeciw „establiszmentowej mafii”. Twoją najnowszą płytę Wesele wydał koncern BMG. Co się przez ten czas zmieniło?

Mój ogląd sytuacji. Przez ostatnie trzy lata klepałem biedę. Pomyślałem, że coś tu nie gra, skoro artysta znany i szanowany, w dodatku nie pijący i nie uprawiający hazardu, ma długi, a w kieszeni 5 zł. Przez rok z nerwobólami i nie wyleczonymi zębami zagrałem 135 koncertów, niekiedy nie zarabiając za noc tysiąca złotych na cały zespół. W domu czekał syn i pieluszki. Niby mieliśmy na wszystkie podstawowe potrzeby, ale zrobiłem się szary na twarzy. Odwróciłem sytuację, już nie zarabiam z jazzu na swoje szalone piosenki, ale z piosenek zarabiam na szalony jazz, co jest bardziej naturalne. Podłączam się na jedną płytę pod dużą wytwórnię, chcę sprawdzić, jak to działa. Może dzięki temu małżeństwu z rozsądku będę w stanie wydawać niezależne rzeczy. Zresztą publikowałem sporo w alternatywnych wytwórniach i w większości to tacy sami ściemniacze jak koncerny. W tej branży można liczyć tylko na dobrych kolegów. Mając 25 lat nie byłem gotowy na takie decyzje. Bałem się, że gdy podpiszę kontrakt z dużą wytwórnią, będę musiał malować twarz i śpiewać z panem Krawczykiem.

Dzwoniła do nas pani z BMG, zachwalając, że możesz dużo powiedzieć o swoich byłych żonach.

To bardzo fajne i zdolne dziewczyny. Artystki. Ania Lasocka jest rzeźbiarką, buddystką, grała na basie w zespole Kobiety. Była dla mnie przyjazną przystanią, napisałem wtedy muzykę na pierwsze płyty Miłości i Kur. Marta Handschke jest fotografem. Mamy syna Kosmę. Zgubił nas podobny charakter, tendencje do dominacji i histerii. Dopiero po latach nauczyliśmy się szacunku do siebie. Nie jestem łatwym człowiekiem, ale zawsze zależało mi na rodzinie.

Jesteś przystojniakiem i chłopakiem z gitarą. Żadnych ekscesów z fankami?

Nie jestem przystojny w sposób oczywisty. Mój brat był zawsze przystojniakiem a la młody Travolta i miał grono adoratorek. A ja, szczególnie w bardziej rozdętej formie, przypominam raczej Jeana Reno. Trochę się podobam kobietom, szczególnie tym wrażliwszym. Jednak babki po koncertach nigdy nie łapały mnie za jaja. Tak się dzieje z gośćmi typu James Dean, którzy są słodcy i nieduzi. Moja nieco szalona aura sprawia, że kobiety nie czynią podchodów. Rozczaruję was, ale nigdy nie byłem playboyem i nigdy nie musiałem odpierać kobiecych ataków.

Podobno ojciec polskiego punk rocka Robert Brylewski z twojego powodu po raz pierwszy w życiu chciał dzwonić na policję?

To nie było tak. Owszem, Brylu dał mi do zrozumienia, że odstrzeli mi jaja, gdyby coś złego stało się jego córce, ale dzwonić na policję to nie w jego stylu. Byłem na fali potężnego uczucia. Spotkałem Sarę i poczułem, że znalazłem dziewczynę, która pasuje do mnie jak ulał, która ukoi moje neurozy. Miała wtedy 15 lat i jasne było, że środowisko oceni taki związek konserwatywnie. Jedni strugali moralistów, ale wielu po prostu mi zazdrościło. Przynajmniej trzy czwarte znajomych odwróciło się ode mnie, inni mnie wyklęli.

Jak wygląda środowiskowe potępienie faceta, który odchodzi z domu z nastolatką?

Przyjęło się u nas, że zmian w życiu rodzinnym się nie robi. Ale co robić? Marnować życie swoje, dziecka i żony, utrzymując fasadowy związek? Żyć w bolesnym niedopasowaniu, obłudnym piekle, w którym dwoje znajduje swoje własne ścieżki i szemrane ściemy? Kiedy się zdecydowałem na rozwód w drugim związku, czułem, że dokonuję ruchów tektonicznych, które zmienią całą moją geologię. To był dramat, który trwał ponad dwa lata. Zraniłem wtedy wiele osób. Dostawałem anonimowe SMS-y z pogróżkami typu: „Co będzie, jak ci skrzywdzimy dziecko?”, „Połamiemy ci ręce na koncercie”. Chętnie bym im wpierdolił, każdemu po kolei, ale nie ujawniali się wprost. Najlepszym prztyczkiem dla tych, którzy nas wyklęli, jest fakt, że przetrwaliśmy. Były też dobre aspekty tej sytuacji. Uznałem, że muszę się trzymać psychicznie. Zabrałem się za sport, totalnie obciąłem używki. Alkohol, bo nigdy nie byłem trawiarzem. Gardzę jointami, uważam, że robią źle ludziom w głowie, są niby niegroźnym, acz dość upierdliwym ogłupiaczem. W tym czasie sprawdziły się też prawdziwe przyjaźnie. Znaleźli się ludzie, którzy nie odsuwali się ode mnie jak od trędowatego. Janerkowie powiedzieli mi: „Jeśli się kochacie, to o co im wszystkim chodzi?”. Tak zaczęła się przyjaźń, która zaowocowała udziałem Lecha w sesji nagraniowej Wesela.

Sara skończyła 18 lat i mieszkacie razem. Mówisz, że jesteś w klanie Brylewskich. Tworzycie muzykującą rodzinę?

Trochę tak. Miło się przyjaźnić z Robertem. Gdy wpada do nas do Gdańska, zostaje na tydzień i piszemy piosenki. Rzadko się zdarza taka współpraca – na luzie, bez rywalizacji. Trochę wspólnych pomysłów znalazło się na Weselu, być może inne pojawią się na nowej płycie Brygady Kryzys, którą Robert przygotowuje wraz z Tomkiem Lipińskim.

A jaki jesteś wobec syna. Ojciec muzyk, nie ma go w domu?

Ojciec jest. Zajmuję się Kosmą 2–3 dni w tygodniu i wszyscy wiedzą, że Tymański wtedy nie może zrobić próby. Nie chcę też, żeby był chowany pod kloszem, dlatego zdarza mi się zabrać go na koncert. Jesteśmy z Sarą i Kosmą mało imprezowi. Spędzamy czas w domu, chodzimy do kina, na pizzę, na spacer do lasu. Jeśli jest w mym ojcostwie jakaś rysa, to jest to moja relacja z pierwszym synem, Lukasem, z którym nie mam zbyt często kontaktu. Jego matka Simone jest Szwajcarką, mieszkają teraz w Düsseldorfie. Dopiero gdy poduczył się w szkole angielskiego, zaczęliśmy więcej rozmawiać. Chciałbym bardziej zaistnieć w jego życiu. Lukas ma teraz 13 lat i założył pierwszy zespół hiphopowy o nazwie Energy Outlet. Zamierzam mu dać na urodziny perkusję. I liczę, że w przyszłości będzie bardziej świadomy, czego ode mnie potrzebuje, a ja mu to będę w stanie dać. Dlatego chcę zarobić dużo kasy. Chciałbym kupić synom mieszkania. Dla siebie nie potrzebuję wiele – fajne mieszkanie w Sopocie i sprawny, szybki samochód. Mogę chodzić ubrany jak szmaciarz, jak to określił pieszczotliwie Maleńczuk.

A co o nim sądzisz?

Mam szacunek do artystów, bez względu na to jak są manieryczni, bo cenię ich energię. Jeśli widzę, że Maleńczuk świetnie śpiewa, pisze ciekawe teksty i ma charyzmę, to robi na mnie wrażenie niczym piękny tygrys biegnący przez sawannę. Niedawno się spotkaliśmy. Rozmawiało się ciekawie, choć łatwym kompanem to on nie jest. W pewnej chwili szepnął mi do ucha: „Stary, wyglądasz jak szmaciarz, zacznij się porządnie ubierać– od razu zaczną ci więcej płacić”. Na fali sympatii i imprezowej emocji zabrał mnie do pokoju, ubrał w swój najlepszy kremowy garnitur za 3 tys. i po prostu mi go dał.

Jako młodzieniec byłeś raczej chmurny?

Strasznie się męczyłem w wieku dojrzewania. Życiem, Polską, systemem, niemożnością, wrażliwością, dziewczętami. Miałem kiepskie kontakty z otoczeniem. Mój świat to był Joyce, Kafka, Witkacy, Gombrowicz, Velvet Underground, Joy Division, Birthday Party, filmy Felliniego, Herzoga, Saury, Passoliniego. Przez całe liceum marzyłem, aby w szkole rozbić głową szybę. Po prostu nagle wstać i jebnąć głową. Zrobić coś, żeby zobaczyli, że mam w dupie to, o czym mówią, żeby wyrazić bezkresne cierpienie. Wydawało mi się, że jak rozbiję tę szybę, już nigdy nie będę taki jak oni. W końcu po godzinie czajenia się i zbierania na odwagę, rozwaliłem okno w domu, nie z bańki, bo bałem się o oczy, ale pięścią. I myślę, że się udało. Nie uległem mieszczańskiemu schematowi. Nigdy nie pracowałem w żadnej firmie, nie byłem na etacie, nie chodziłem do pracy w garniturze.

Na studiach trafiłeś do grupy performersko-poetyckiej TotArt. Słynęła z anarchicznych ekscesów. Jakie były najbardziej radykalne?

Wystąpienia TotArtu miały to do siebie, że im bardziej nieprzychylna publiczność, tym bardziej stawały się radykalne. W Rzeszowie w 1986 r. wyświetlaliśmy obraz z filmu porno z podłożonymi dźwiękami kolęd. Odbywały się symultaniczne recytacje poezji przez dwie, trzy osoby. Kudłaty miał zwyczaj mycia nóg podczas recytacji. Zbigniew Sajnóg czytał manifesty w rodzaju: „O zaprzestaniu prokreacji”. A potem Konjo Konnak po wykonaniu derwiszowskiego tańca zrobił kupę na tacę, którą mu podsunęliśmy, a ja rozbiłem swoją jedyną gitarę w akcie poświęcenia. Z 200 widzów zostało może 15, w tym zafascynowani członkowie słynnego Teatru Ósmego Dnia. Na pewno nie byliśmy idiotami ani satanistami, jak sugerował nawiedzony Robert Tekieli z Brulionu. Taka była pokręcona ekspresja cierpiących, wrażliwych ludzi. Nie mieliśmy swego miejsca ani w komunizmie, ani w Solidarności, ani w Kościele. Robiąc rzeczy fanaberyjne, szalone, odnaleźliśmy się poza tym wszystkim. Wyzwalaliśmy się z traumy Orła Białego, fałszywie pojętej polskości i kompleksików, które obśmiewał Gombrowicz. Burzliwy koniec lat 80. to był świetny czas na takie akcje. Pośrodku tego fermentu czuliśmy, jakbyśmy pana Boga za cycki złapali.

Były jakieś przegięcia, których teraz się wstydzisz?

Nie. Uczestnictwo w TotArcie było dla mnie udaną psychoterapią. Poprzestawiały mi się mentalne klocki. Zresztą ludzie z TotArtu dobrze sobie radzą, z wyjątkiem naszego kaowca Zbyszka Sajnoga, który został prawą ręką guru sekty Niebo. Ludzie z Nieba wpadali czasem na koncerty Kur. Byli naszymi fanami, przypisywali tajemne znaczenie tekstom z płyty P.O.L.O.V.I.R.U.S., trochę a la Charlie Manson. Mówili, że nie zdaję sobie sprawy z tego, o czym śpiewam. Tłumaczyli, że np. kiedy śpiewam „Nie mam jaj”, znaczy to: „Nie ma oszustwa”. Kiedyś Kury zagrały w siedzibie Nieba koncert zakończony zabawnym performance’em, w którym wraz z Sajnogiem odtańczyłem taniec śmierci, po czym Zbyszek symbolicznie zabił mnie siekierą. Są nawet z tego zdjęcia.

Nie przyjąłeś propozycji udziału w Idolu. To była duża pokusa?

Sugerowano, bym zastąpił Wojewódzkiego. Może i jestem ostry w gadce, ale nie chcę być quasi-zabawnym gościem, który jebie nieboraków. Pokusa była nie w sensie blichtru i kariery, bo nie nadaję się na osobowość telewizyjną. To była pokusa wielkiej kasy. 300 tys. zł w ciągu roku! A na taką kasę musiałbym zarabiać przez jakieś 10 lat. Szybkie pieniądze, ale duży konflikt, bo Idola nie poważam.Powinien nazywać się Pindol. To jedna wielka ściema. Ludzie, którzy mają niezłe głosy i zero osobowości, zostaną gwiazdami popu… Bzdura! Ten program promuje jurorów, którzy stają się jakimiś półbogami. Wkurza mnie medialny klimat podkręcania sytuacji, rozognianie błahych konfliktów.

Dlatego stwierdziłeś na łamach prasy, że zatłukłbyś bejsbolem Kazimierę Szczukę?

Tak to poszło?! Tekst poszedł bez autoryzacji! To jest właśnie niemoralność dziennikarzy. Człowiek poględzi dobrej znajomej, która nawet tego nie nagrywa, tylko coś tam notuje – i tak to się kończy. Jako Rychu lubię ludzi, jako buddysta ich szanuję. Jako artysta bywam faszystą i nie cierpię flaków polskiej kultury masowej. Nie chciałbym zrobić krzywdy ani Szczuce, ani nikomu innemu. Ona wkurwia mnie po prostu. Mówiąc oficjalnie, jej zachowanie w programie „Najsłabsze ogniwo” jest według mnie totalnie niemoralne. A ja się czuję moralistą, może przewrotnym i perfidnym, ale wszystkie moje teksty i moje występy służą pewnej moralnej tezie. Nie podoba mi się kultura, w której 12-letnie dziewczynki malują się, udają atrakcyjne dupy i oglądają w MTV potok quasi-pornoli. Nie podoba mi się ktoś, kto jest zjadliwy, wstrętny i chociaż powinien pójść do psychoterapeuty, w telewizyjnym programie mówi do ludzi: „Kazimierz! Wiesz, że jesteś do dupy. Jesteś nikim. Musisz odejść, ty szmato”. To może być powiedziane inaczej, językiem pozornej dyplomacji, ale sens jest właśnie taki.

Trenujesz karate. Zdarzyło ci się robić z tego użytek?

Raz zdarzyło mi się umieścić cios łokciem na szczęce nachalnego pijaka. Moja postura sprawia, że nie jestem zaczepiany. Bardzo dobrze, bo nie lubię się bić. Rozwiązywanie sytuacji przez walkę to oznaka słabości.

Swego czasu publicznie zachwalałeś onanizm. Co dziś sądzisz na ten temat?

Troszkę się od tamtej pory postarzałem. Nie będę plótł tych samych głodnych kawałków, ale powiem ci tak na marginesie, że konika dobrze jest czasem pogonić. Kiedyś powiedziałem jednej pani, że może powinna pobawić się swoją cipką, żeby się wyluzować. Obraziła się na mnie.

Kiedyś bałeś się, że przylepią ci jak Kukizowi gębę jajcarza lub że jak Kazik skręcisz w populizm. Jak obroniłbyś w tym kontekście płytę Wesele? Śpiewasz tam Białego misia i utwór o Adamie Małyszu.

Ta muzyka powstała z myślą o filmie Wesele Wojtka Smarzowskiego. Potrzebował piosenek w pastewno-biesiadnym klimacie. Mój pomysł soundtracku był taki, żeby zrealizować go w konwencji pastiszu i na kanwie polskiej muzyki bigbeatowej. Brzmi to może tak, jakby Klenczon przedrzeźniał muzykę biesiadną, a później poprosił o produkcyjne wsparcie Becka Hansena. Kolegom, którzy boją się o mój image frika, obiecałem, że popełnię jedynie tryptyk piosenek kabaretowo-rozrachunkowych. Pierwsza część to P.O.L.O.V.I.R.U.S. Kur, drugą jest Wesele, a w przyszłości, kiedy nazbiera się tematów, pojawi się jeszcze puenta. Ale te płyty z jajcarskim wątkiem to znikoma część tego, co wydałem. Ich po prostu słucha najwięcej ludzi. Ja ze swoich płyt najbardziej lubię Taniec Smoka Miłości, Songs For Genpo zespołu Trupy, wszystkie trzy albumy Kur oraz Samsarę Czanu. Kabareciarzem bywam, ale nim nie jestem. Naprawdę nie jestem polskim Zappą. Nazywam się Rychu.

Był jakiś zatarg z TP SA, po tym, jak lansowałeś piosenkę Telekomunikacja chuje?

Oficjalnie nie było reakcji. A poza tym napisałem o nich samą prawdę. Raz w radiu wziąłem udział w rozmowie z rzecznikiem Tepsy. Ów pan stwierdził, iż tak wulgarny język od razu stawia naszą rozmowę poniżej poziomu dysputy. Z tego względu nie odniósł się konkretnie do moich zarzutów. Ja jednak wciąż podpisuję się pod nimi rękami i nogami, choć forma jest zaczepna i ma przewrotne znaczenie moralitetowe.

Jak z pozycji tekściarza i weterana undergroundu oceniasz boom polskiego hip-hopu?

Narodziny nurtu odczułem bardzo pozytywnie. Podobały mi się zespoły takie jak Wzgórze Ya-Pa 3, Kaliber 44, Paktofonika. Mieli charyzmę i byli prawdziwi. Teraz hip-hop się zdegenerował. Widzę tłum ujaranych lalusiów, którzy chełpią się tombakowymi łańcuchami i bezmózgimi partnerkami. Bez zmartwienia pożegnam ich, bo z pewnością niedługo już trafią do lamusa.

Niedawno, wraz z kilkunastoma polskimi muzykami zagrałeś w projekcie Cobra pod dyrekcją Johna Zorna. Ile w nim geniusza, a ile hochsztaplera?

Tyle samo co we mnie. Na pewno nie jest moim idolem, jak Lennon i Coltrane. Zorn to wybitny cwaniak, który potrafi sprzedać swoją koncepcję, a jest to często zręczna kompilacja. Z drugiej strony ja też czuję się kompilatorem – cóż może zrobić artysta w czasach post-postmoderny? Nowa jakość pojawia się dziś głównie ze stron najmniej oczekiwanych, jak mieszkanie hip-hopowca czy piwnica technomaniaka – od ludzi, którzy nie mają pojęcia o muzyce i to dzięki swej ignorancji odkrywają coś świeżego. Ludzie oczytani, osłuchani nie tworzą nowatorskich gatunków, bo za dużo wiedzą. Zorn istotnie jest kompilatorem, ale niezwykle błyskotliwym. Zaimponował mi tym, że nauczył się japońskiego. Wyczułem w nim pół-stryjka-geniusza, pół-wujka-ściemniacza.

Czujesz się pół-geniuszem, pół-ściemniaczem?

Jak najbardziej. Ale myślę, że Lennon też taki był. I Zappa, i Gombrowicz. To wynika z natury kreacji, kokieterii, bez których artysta nie może się obyć. Ściemy wynikają ze skrótów myślowych, a jeśli jesteś encyklopedystą, do niczego w sztuce nie dojdziesz. Ważne, aby w tym co się robi była wrażliwość, inteligencja, przewrotność. Zresztą my, artyści, często psujemy sobie image plotąc pierdoły, a tymczasem można by nic nie mówić. Muzyka obroni się sama.

Skomentuj

*

Spam Protection by WP-SpamFree