Piotr Pytlakowski

PLAYBOY nr 1, 2005 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann

Co pana łączy z Aleksandrem Kwaśniewskim?

(Śmiech)

Ponoć pan też nie ma magisterium.

A, to o to chodzi. Rzeczywiście mam dyplom ukończenia wyższej uczelni, ale nie mam magisterium. To wymagałoby dodatkowej fatygi, a nie bardzo mi się chciało. Jestem politologiem. Skończyłem zaoczne zawodowe studium nauk politycznych dla dziennikarzy przy Instytucie Dziennikarstwa UW.

W roku 1982 nie mógł pan jednak podjąć pracy jako dziennikarz. Co pan robił?

W tym czasie byłem kaowcem na Chomiczówce. Głównie zajmowałem się żoliborską ligą szóstek piłkarskich. Najciekawsze rzeczy jednak robiłem przed studiami w latach 70.

Czym się pan zajmował?

Zdałem maturę, ale nie dostałem się na socjologię, a coś trzeba było robić. Pierwszą pracę podjąłem w Pałacu Kultury w Ośrodku Rozpowszechniania Wydawnictw Naukowych PAN. Byłem ekspedytorem książek. Adresaci zamawiali, ja je pakowałem w paczki, naklejałem adresy i na pocztę. Było fajnie, bo książki zamawiało się z zagranicy, a pozadebitówki nie trafiały do powszechnego obiegu. Dzięki tej pracy miałem wtedy możliwość przeczytania wszystkich dzieł Marka Hłaski.

Potem był pan maszynistą sceny. Co takiego robi maszynista sceny?

Odszedłem z Pałacu, bo kolega namówił mnie na pracę w Teatrze Wielkim, gdzie jego tata był szefem stolarni. Nazywał się Zagórski i był swego czasu jedynym Polakiem, który miał na deskach Laszlo Pappa (Węgier, jeden z najsłynniejszych bokserów świata, trzykrotny mistrz olimpijski – przyp. red.). W ten sposób zostałem maszynistą sceny prawej strony. Była też grupa maszynistów sceny lewej strony. Było tam trochę jak w stoczni – ciężka praca fizyczna. Megafon: „prawa strona dźwiga, lewa strona puszcza!”. Nosiliśmy, ciężkie jak diabli, horyzonty i temu podobne.

Czy przydział na konkretną stronę sceny wynikał z zapatrywań politycznych?

Nie. Trzymaliśmy się razem, mieliśmy tylko inne szatnie i szafki. Pamiętam, że jeden facet w wieku przedemerytalnym miał przepiękny głos operowy. W naszej ocenie – znacznie lepszy od wszystkich artystów. Kiedyś złożyliśmy się na dwa piwa i namówiliśmy go, żeby zaśpiewał partię Jontka w czasie próby generalnej Halki. Siedząc za kulisami, oczywiście. Facet nie wiedział, że w tym samym czasie Jontek śpiewał na scenie. Wyszła z tego straszna awantura. Nasz kolega zagłuszył oryginał.

Nie dostał angażu?

Nie. Był na z góry przegranej pozycji. Podobnie jak pewna pani śpiewająca Halkę, której bardzo nie lubiliśmy. Podczas próby generalnej zrobiliśmy jej psikusa. W trakcie przedstawienia ona rzuca się do rzeki, popełnia samobójstwo. Było to zorganizowane tak, że aktorka stała na podeście i rzucała się z niego na materac, który zawsze leżał w tym samym miejscu. Myśmy przesunęli go o jakieś pół metra, ale to wystarczyło. Całkiem zmieniło jej punkt widzenia. Kiedy, już w locie, zobaczyła, że materaca nie ma, zaczęła gwałtownie machać rękami, jakby chciała z powrotem wyfrunąć na scenę. Oczywiście była afera. Wytrzymałem tam trzy miesiące.

Co potem?

Ten sam energiczny kolega doniósł mi, że blisko naszego domu jest fajna praca w szpitalu. I rzeczywiście, obok nas był milicyjny szpital na Wołoskiej, wtedy Komarowa. Jemu chodziło głównie o to, że było tam darmowe jedzenie dla pracowników. Ważny element motywujący. Poza obiadami można było konsumować w dużych ilościach spirytus, używany w celach szpitalnych. Co prawda szefostwo się zmądrzyło i dodawało do tego spirytusu nafty, ale mimo potwornego smrodu nam to nie szkodziło i potrafiliśmy się z tym uporać. Pracowałem tam jako sanitariusz na oddziale neurologicznym, gdzie leczono m. in. dyskopatię. Pierwszego dnia pracy kazano mi zająć się paniami, które leżały na specjalnych wyciągach i należało przyczepić im ciężarki, aby dobrze układał im się kręgosłup. Niektóre miały przepisane ciężarki pięciokilowe, inne półtorakilowe. Ja na pierwszy ogień dostałem taką z piątką. Uniosłem ciężarek, który wyleciał mi z ręki i walnął ją w głowę. O mało jej nie zabiłem. Nie wiedziałem co zrobić, więc chwyciłem ją za głowę, pocałowałem w guza i uciekłem. Bardzo ją to ujęło. Wszystkie panie potem żądały, żebym to ja zakładał im ciężarki. W szpitalu spędziłem kolejne trzy miesiące. Potem już inny kolega pokazał mi ogłoszenie w „Ekspresie Wieczornym” o naborze konduktorów do wagonów sypialnych. Kojarzyło się to z elitarnym zajęciem, związanym z wyjazdami za granicę. Z obcowaniem z bardzo bogatymi ludźmi, królami życia. To była fajna praca, bo w wagonach było piwo, rzadki wówczas rarytas. Najpierw egzamin z rosyjskiego, a potem trzymiesięczny kurs kończący się dyplomem. To jeden z najwartościowszych dyplomów, jaki w życiu zdobyłem. Posiadłem olbrzymią wiedzę na temat przepisów ruchu kolejowego. Wiedziałem, o co chodzi z semaforami i co należy robić, jak zaśnie maszynista (śmiech). Poznałem całą konstrukcję wagonu sypialnego. Gdzie idą rury, gdzie można coś odkręcić, gdzie są ewentualne skrytki. Ale wbrew pozorom to wcale nie okazało się bardzo przydatne. Rosjanie byli świetnie wyspecjalizowani. Jak wchodził nowy typ wagonów to Ruscy na wszelki wypadek stwierdzali jego awarię i go odłączali. Trzymali go dwa tygodnie i rozbierali do ostatniej śrubki. Taki wagon nadawał się później tylko do kasacji, a Rosjanie wiedzieli o wszystkich możliwych skrytkach.

Na jakich trasach pan jeździł?

Po KDL-ach, na wkładki paszportowe. Na lepsze trasy jeździła elitarna grupa konduktorów Warsu. Mniej więcej wiedzieliśmy, kim oni są. Byli to ludzie należący do partii i nie tylko. Pamiętam, jak jechaliśmy kiedyś dwie doby do Warny. Wieczorami spotykaliśmy się na wódeczce. Jeden z kolegów się upił i wyleciała mu legitymacja. Ktoś podniósł, patrzy i pyta się: „jak to, ty jesteś kapitanem?!”. A ten już wstawiony, język rozwiązany, bez żenady: „tak, oczywiście, chłopaki. Ale nie bójcie się, dzisiaj nie jestem na służbie, dziś jestem tylko konduktorem”.

Obsługiwał pan znanych ludzi?

Jako mój pomocnik występował kiedyś jeden z braci Damięckich, słynnych aktorów. Trasa była krajowa i piwna, bo trasy generalnie dzieliły się na piwne i niepiwne. Żeby trasa zasłużyła sobie na miano piwnej, musiało schodzić około pięciuset butelek. Jechaliśmy gdzieś za Bełżec, w którym Damięcki miał jakiś występ. Musiało go to strasznie przygnębiać, więc postanowił odreagować, zamieniając się w mojego pomocnika. Całą noc handlował mi piwem i robił to w sposób profesjonalny, nieprawdopodobnie umiejętnie kantując wszystkich klientów. Zresztą w ogóle praca w Warsie polegała na jednym wielkim kancie. Obejmuje mnie okres przedawnienia, więc mogę to chyba ujawnić. Kantować nauczyłem się już podczas pierwszej samodzielnej jazdy. Po powrocie z Zakopanego do Warszawy wypełniłem listek handlowy. Wyszło, że sprzedałem trzydzieści kaw i osiemdziesiąt herbat. Niespodziewanie wpadł do mnie zmiennik i krzyknął: „coś ty na głowę upadł człowieku?!”. Przyniósł nowy listek i mówi: „pisz – dziewięć kaw, siedemnaście herbat. Jadę po tobie i nie mogę wykazać odbiegających danych. Musisz tak robić człowieku, bo stracisz pracę!”. Siłą rzeczy wszedłem do przestępczego kartelu konduktorów Warsu. Dla takich jak ja najlepszym biznesem była sprzedaż piwa. Sprzedawało się piwo z kaucją, ale nie brało się z powrotem butelek. Na stacji końcowej szło się z poszewką i zbierało całe to szkło. Człowiek zawsze wychodził na swoje. Każda butelka to dwa złote kaucji. Jak była dobra trasa, np. z rezerwą wojskową, schodziło dwa tysiące butelek, czyli wychodziło się na cztery tysiące złotych za kurs. A ja zarabiałem tysiąc siedemset na miesiąc. Takich tras miesięcznie miałem piętnaście. Żył ze mnie wtedy cały Mokotów. Jak wracałem, to chłopaki czekali na dworcu. Nie chcieli, żebym gdzieś się zawieruszył. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

Jak długo był pan konduktorem?

Zassało mnie tam na pięć lat. Gdyby nie mama, to być może byłbym konduktorem do dziś. Strasznie mi to pasowało, czułem się na swoim miejscu. Nieustanne przygody i nieustannie kobiety – taka jest prawda. Na szczęście inicjację seksualną miałem wtedy już za sobą. Ale prawdziwe przygody przeżywałem właśnie w Warsie. Było to miejsce niesamowicie przesycone seksem

Rozumiemy już, dlaczego aż pięć lat…

No właśnie. Kiedyś zimą wracałem z Zakopanego i, o dziwo, miałem prawie pusty wagon. Tuż za moim przedziałem umieściłem taką jedną panią. Rozumiecie, miałem jakieś przeczucie, które zresztą mnie nie zawiodło. Wszystko pięknie się układało, do czasu kiedy poczułem chłód. Wagon był ogrzewany węglem. Postanowiłem szybko dorzucić do pieca. Wrzuciłem na siebie tylko czapkę. Nie wiem, dlaczego. Wyjrzałem na korytarz – wszyscy śpią, cisza, wagon jest pozamykany, nikt nie będzie przechodził, kompletne bezpieczeństwo. Wyjrzałem przez okno – ciemna noc, żadnych świateł. Wziąłem się za dokładanie węgla. W tym momencie pociąg stanął. Wyglądam i widzę, że ciemno, szczere pole. Dorzucam, żar bucha. Mam jednak niejasne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Spoglądam na drzwi wejściowe i widzę, że to nie jest pole, że nie jest strasznie ciemno, że za tymi drzwiami stoi grupa ludzi i na mnie patrzy. Okazało się, że to Kraków Główny, a pociąg stanął troszkę za peronem. To byli moi pasażerowie. Nie wiem, co sobie pomyśleli. Ubrałem się w minutę i otworzyłem im drzwi, udając, że ten facet, co dorzucał węgiel w samej czapce, to nie byłem ja.

W końcu jednak laba się skończyła?

Moja mama doszła do wniosku, że musi mnie stamtąd wydostać. Rodzice byli dziennikarzami. Razem pracowali w Polskim Radiu i uznali, że jestem czarną owcą, że się marnuję, a bycie dziennikarzem jest przecież przeznaczone każdemu. Dowiedzieli się o egzaminie na studium dziennikarskie. Papiery mogli tam składać tylko ludzie pracujący w zawodzie, tak więc rodzice załatwili mi pracę w Teatrze Polskiego Radia. Byłem człowiekiem od efektów akustycznych, ale to wystarczyło, żeby mnie dopuścili do egzaminu. Jednego dnia skończyłem pracę w Warsie, drugiego znalazłem się na Myśliwieckiej. To był szok.

I tak łatwo dał się pan zabrać z Warsu?

Miałem świadomość, że czas ucieka, a jakieś ambicje posiadałem. Poszedłem na egzamin, a tam ze stosunków międzynarodowych odpytywał Kapuściński. Opowiedziałem mu swoje przygody, tak jak wam teraz opowiadam. On dosłownie chłonął tę moją wiedzę kolejarską. Na koniec powiedział: „proszę pana, pan z niejednego pieca chleb jadł, ma pan doświadczenia życiowe człowieka znacznie starszego. Po co pana pytać? Dla mnie pan zdał”.

Czyli był pan skazany na dziennikarstwo.

Nie tylko ja. Siostra też jest dziennikarzem (pracuje w magazynie „Viva” – przyp. red.).

Geny dziennikarskie pan przekazał?

Nie wiem. Córka studiuje filologię białoruską, ale była już na letniej praktyce w „Gazecie Wyborczej” i „Przekroju”.

Ponad dwadzieścia lat temu jako kaowiec zajmował się pan szóstkami piłkarskimi. Dzisiaj nadal gania pan za piłką.

Fascynacja, oczywiście. Grałem od urodzenia. Najpierw w drużynie FC Publikator, którą założył dziennikarz sportowy Romek Hurkowski, dziś najsłynniejszy statystyk futbolowy. Później zespół zmienił nazwę na FC Bastion. W lidze szóstek graliśmy przez kilka ładnych lat. Plasowaliśmy się w środku tabeli.

Ponoć jest pan pieniaczem boiskowym. Tak mówi kolega z boiska…

To jakiś wredny człowiek (śmiech). Mam po prostu szalone poczucie sprawiedliwości społecznej. Rzeczywiście czasem sobie pokrzyczę. Jak ktoś fauluje, jak ktoś jest egoistą na boisku. Poza tym przypadła mi rola sędziego naszych meczy, bo jako jedyny mam gwizdek. Jestem sędzią nadzwyczaj sprawiedliwym. Sam siebie kiedyś wykluczyłem na dwie minuty.

Mścił się pan na Jerzym Pilchu za bliznę na prawym łuku brwiowym?

A więc to jest wasz informator… Nie, nie mściłem się. Właściwie to był mój błąd. Wiedziałem, że Jurek nie odpuści i to ja powinienem odpuścić.

Jerzy Pilch ma na ten temat zdanie dokładnie odwrotne, ale chyba obaj jesteście z tego zderzenia głowami bardzo dumni?

Ja jestem dumny, bo Jurek opisał to w swoim felietonie i jest to jeden z jego najlepszych felietonów, a ja jestem tam uwieczniony. Jestem mu za to wdzięczny.

Proszę się pobawić w proroka. Będzie pan kibicować naszej reprezentacji piłkarskiej podczas niemieckich MŚ?

Tak, bo ona tam będzie. Chyba, że nadal w środku będzie grał Kałużny (śmiech). Wszystkie jego przebłyski to przypadek.

Dlaczego wnikliwie przygląda się pan biathlonowi?

(Śmiech) To jest ostatnia dyscyplina sportowa, której jestem jedynym kibicem w tym kraju. Takie przynajmniej miałem wrażenie, ale na szczęście po sukcesie Tomka Sikory, przekonałem się dzięki Internetowi, że takich jak ja jest więcej. Miałem kiedyś ochotę zadzwonić do Wojtka Kuczoka, który w jednym z wywiadów, opowiadając o swoich fascynacjach sportowych, mówił o depresji psychicznej, jaką odczuwał po sukcesie Małysza. On przez lata samotnie kibicował skoczkom. Podobnie jak ja. Skoki miałem zakodowane od lat 60., od kiedy mieliśmy pierwszy telewizor. Kuczok opowiadał, jak po sukcesach Adama Małysza poczuł się odarty z tej wyłączności na skoczków, bo wszyscy zaczęli o tym mówić, zaczęli się na tym znać. Pomyślałem sobie, że on czuje to samo, co ja. Gdy nawet redaktor Paradowska zaczęła w redakcji komentować skoki, załamałem się. Skoki straciły elitarność, społeczeństwo nabyło je z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tak więc został mi tylko biathlon. Sam siedzę w redakcyjnym pokoiku z telewizorem i oglądam, a wszyscy pukają się w czoła.

Kiedy i w jakich okolicznościach został pan naczelnym PLAYBOYA?

Znowu Jurek. Napisał tak o mnie w Mieście utrapienia. Powiedział, że tak mu pasowało. Nigdy mi do końca tego nie wytłumaczył. Nie wnikałem w to.

Powiedział pan kiedyś, że odkrywanie nawet najbardziej mrocznej przeszłości jest konieczne i krzywdą byłoby skrywanie faktów. A gdyby dowiedział się pan, że coś bardzo złego w sensie globalnym zrobił pana dziadek albo ojciec – osoby przez pana kochane i szanowane – też nie ukrywałby pan tych faktów?

Jeżeli ode mnie zależałoby, czy dziennikarz ma ujawnić takie rzeczy, to na pewno bym mu nie przeszkadzał. Ale sam bym nie pisał, byłoby to nieludzkie.

Spotyka się pan z zawiścią środowiska?

Raczej nie. Czasem zdarzają się jakieś drobne uszczypliwości, głównie od płci odmiennej, ale to mało istotne.

Ilu gangsterów figuruje w Panoramie Firm?

Dziesięć procent bardzo szanowanych gangsterów prowadzi bardzo szanowane „legalne” biznesy.

Miał pan opory moralne przed rozmowami z nimi?

Nie, bo stoi za tym ciekawość.

Często powtarza pan, że wśród gangsterów są ludzie sympatyczni. Czy z kimś z nich zaprzyjaźnił się pan?

Zdecydowanie nie. W rozmowach z nimi zawsze jestem dziennikarzem.

Boi się pan ich?

Nie. Przy pracy nad Alfabetem mafii nie miałem żadnych obaw ani sygnałów zastraszania. Wcześniej zdarzało się, ale było to raczej zabawne. Czasami dzwonią do mnie ludzie z więzień, którzy nie występowali w filmie, ale są w nim wymieniani. Nie są to jakieś plugawe rozmowy (śmiech).

Kiełbasa jednak się na pana zdenerwował nie na żarty…

Napisałem, że koledzy mówią o nim „penis”. Chciałem być kulturalny, bo w istocie mówili o nim per „chuj”. Nie wiedziałem, że go tak rozsierdzę. Być może wolał być „chujem”, bo nie przepadał za słownictwem wyrafinowanym.

Czy w momencie, gdy zaczynał pan pisać o polskiej mafii, stał się pan ostrożniejszy w życiu prywatnym?

Tylko na samym początku. Rozglądałem się częściej, obserwowałem, czy nikt nie kręci się koło samochodu. Pamiętajcie, że były to czasy ciągłych wybuchów. Ktoś mógł mi to zrobić nawet dla żartu. Poza tym dzieci były mniejsze, przez co dochodziło do małych domowych scysji. Żona radziła mi, żebym zajął się innym typem dziennikarstwa. Dzisiaj jednak już nikt nie ma tego rodzaju obaw.

A czy pod wpływem kilkuletniego obcowania z bandytami, zmienił się pan jako człowiek?

Schamiałem (śmiech). Żartuję, mam nadzieję, że nie.

Jak zostawało się Dziadem albo Masą? Można im zarzucić wszystko, ale nie inteligencję. W Alfabecie mafii jeden z emerytowanych policjantów podsumowuje ich: „szybko działają, gorzej z myśleniem”.

To przeważnie proste chłopaki z dużą dozą cwaniactwa, ale na przykład Masa, czy Czarny wyłamują się ze sztancy, są bystrzy. Wszystko zaczęło się od grypsery i garowania. Ktoś, kto tego nie przeżył, nie miał szans zaistnienia w środowisku gangsterskim. Kiełbasa rozpoczął swoją karierę od bycia chłopakiem na posyłki. Do wszystkiego doszedł więc ciężką pracą (śmiech). Poza tym, kimś takim zostawało się dzięki, wiadomo jakim, służbom. Łatwość wyjeżdżania tych ludzi za granicę w poprzednich latach jest zastanawiająca. Wariat, brat Dziada, był zamieszany w operację „Żelazo” kierowaną przez SB. Wyjechał, uciekając ze sprawy sądowej. To smutne, ale mieliśmy piętnaście lat, by wychować służby specjalne nie skażone złą przeszłością. To się, niestety, nie udało. Szefowanie tym służbom zależy tylko od nadania politycznego, dzięki czemu mamy do czynienia z chocholim tańcem, z którego nic dobrego dla państwa nie wynika.

Widzi pan jakąś szansę na poprawę?

Tak. Muszą się za to wziąć młodzi ludzie – pokolenie, które w Polsce zaczyna coś znaczyć. Krótko mówiąc, wy (śmiech).

Co pan myśli o Masie?

Sympatyczny facet. Potrafi być duszą towarzystwa, jest dowcipny i wbrew pozorom – wrażliwy. Z drugiej strony jest człowiekiem skomplikowanym. Popada z jednej skrajności w drugą. Czasem się go nienawidzi, czasem się go lubi. Czasem ma się przekonanie, że jest to człowiek szczery i wiarygodny, a czasem, że kłamie, ponieważ jest to dla niego w tym momencie wygodne.

Jaką przyszłość ma przed sobą najsłynniejszy świadek koronny?

Mroczną, bo jest znienawidzony. Skończy mu się status świadka koronnego, straci ochronę i w każdej chwili może spodziewać się jakiegoś ataku. Zmieni pewnie nazwisko, tożsamość, kraj, być może nawet twarz. W tym wszystkim musi mu pomóc aparat państwowy.

Uważa pan, że Masa przeżyje?

Tak. Mam taką nadzieję. Byłoby fatalnie, gdyby stało się inaczej. W procesach, w których był świadkiem, najgroźniejsi dla niego ludzie dostali niewysokie wyroki – siedem, osiem lat. Prosta kalkulacja mówi, że może im się nie opłacać działanie dla prostej zemsty. Tym bardziej, że zemsta jest rzadkim motywem działań polskich gangsterów. Chyba, że wiąże się z pieniędzmi. Można wynająć kilera, ale to kosztuje. Parasol pytany, co by zrobił, gdyby po odzyskaniu wolności spotkał Masę na ulicy, powiedział, że naplułby mu w twarz. Tylko tyle.

A jak dziś wygląda życie Masy?

Dużo pracuje. Jego pracą jest składanie zeznań. Wciąż jest w tym bardzo aktywny. Poza tym prowadzi normalne życie rodzinne. Jego dzieci studiują. Ma poza tym bardzo troskliwą żonę, która pilnuje, żeby mu nic nie strzeliło do głowy.

Na czym opierała się współpraca prokuratury z polską mafią? Tylko na finansach?

Nie tylko. Również na szantażu i zastraszaniu.

Dużo można było zarobić współpracując z przestępcami?

Niewiele.

Komu Słowik zapłacił sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów za swoje ułaskawienie?

Zapłacił przez adwokatów. To oni dotarli do właściwych ludzi. Słowik miał dobrego adwokata, tyle że adwokat N. już nie żyje. Słowik nie powie, kto wziął, bo bezpośrednio nie dawał. Ci, którzy brali, mogą czuć się bezpiecznie.

Czy odpowiedzialność pośrednio spływa na Wałęsę?

W to akurat bym go nie mieszał.

W zeznaniach Masy pojawia się polityk SLD, którego Masa nazywa Łysym, były szef antyterrorystów, który pomógł uciec Bagsikowi do Izraela…

Masa mówi o Dziewulskim, a Dziewulski temu zaprzecza. Ale jeśli Masa mówi nieprawdę, to Dziewulski może go pociągnąć do odpowiedzialności, a tego nie czyni. Wszyscy ci, którzy są pogrążani przez zeznania świadków koronnych, wykuwają taką teorię, że świadkowie koronni są nauczeni zeznań, bo jest to w czyimś interesie politycznym.

Masa opowiada także o partii politycznej, którą finansował Pruszków…

SLD, oczywiście.

A kto umożliwił gangsterom kontakt z kartelami kolumbijskimi?

Tym zajmował się Słowik.

Tak, ale Masa mówi w wywiadzie, że najpierw pomógł jeden znany dziś polityk. Czy on także zasila skład SLD?

Nie, ale patrzyłbym na to wstrzemięźliwie. To Kolumbia mogła szukać kontaktu. Pierwszym odbiorcą była zupełnie niepolityczna firma spod Piaseczna. Politycy wtedy woleli spirytus, był bezpieczniejszy. Narkotyki były zbyt ryzykownym zajęciem, choć – jak się okazało – szalenie opłacalnym.

W książce Alfabet mafii wraz z Ewą Ornacką wskazujecie na powiązania Andrzeja Leppera z tajnymi służbami PRL-u. Przewodniczący dzwonił do pana?

Nie miałem żadnych sygnałów z jego strony i nie sądzę, żeby zdecydował się na jakiś proces, ponieważ napisałem prawdę. Myślę, że im gorzej pisze się o Lepperze, tym więcej ma zwolenników, tak więc utnijmy ten wątek.

A czy wśród dzisiejszej wierchuszki politycznej są ludzie ewidentnie umoczeni w kontakty z gangsterami, którzy siedzą?

Tak.

Wszyscy z lewej strony?

Nie.

Czy polscy gangsterzy snobowali się na zachowania mafii sycylijskiej?

Takim człowiekiem był Krakowiak, który chciał być postacią z filmów gangsterskich. Cygara, sygnety, całowanie rąk – dbał o ornamentykę, ale ryb nikomu nie posyłał. Chyba (śmiech).

A czy wśród nich był jakiś Robin Hood?

Żona Carringtona twierdziła, że współczuł on wszystkim biednym. Masa opowiadał, że nawet Parasol był zdolny do takich gestów jak wykupienie sklepu spożywczego i rozdanie asortymentu biednym staruszkom. Nie zapomniał jednak dodać, że Parasol był wtedy nieźle urąbany.

Czy nasi mafiozi są pantoflarzami?

Zdarzają się. Pierwszy z brzegu przykład to Masa, który bardzo liczy się ze zdaniem swojej żony. W trakcie emisji Alfabetu mafii zawsze uaktywniał się, gdy z czegoś nie była zadowolona jego małżonka. Wydzwaniał do wszystkich związanych z tym filmem. Głównie chodziło o zdjęcia archiwalne, na których Masa przeklinał. Pił piwko z Kiełbasą i bluzgał. Panowie byli nadźgani. Strasznie zdenerwowało to jego i ją, że pokazujemy sceny, w których on jest niekulturalny, wulgarny, a do tego można pomyśleć, że ma problemy z alkoholem. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, bo w końcu przyjaźń facetów polega na piciu piwka i mówieniu otwartym tekstem.

Dzwonili do pana kryminaliści z gratulacjami za super film?

Tak, ale przede wszystkim proponowali siebie jako aktorów w kolejnym filmie (śmiech).

Czyli mają parcie na szkło?

Oczywiście, a ci, którzy już to zrobili, zrobili to ze względów użytkowych. Była to jedyna szansa na sprzedanie własnej prawdy, czyli zamącenie obrazu rzeczywistego.

Zainteresowałby pana polski film fabularny o rodzimej mafii? Taki np. Masa jako nasz narodowy Człowiek z blizną…

Pewnie, że tak. Nawet uważam, że jest aktor, który znakomicie nadaje się do głównej roli. Nazywa się Robert Więckiewicz (życzenie naszego rozmówcy spełniło się w filmie „Świadek koronny” i serialu „Odwróceni” – przyp. red.) – aktor naturalny, zbytnio nieograny i z cudownie pooraną twarzą.

Alfabet mafii to nie był pana pierwszy w życiu epizod filmowy. Wcześniej napisał pan scenariusz, a nawet grał jako aktor…

W Życiu po życiu wystąpiłem jako facet, który ma reaktywować PGR w Krokowej. To było ciekawe doświadczenie dziennikarskie, ale już nigdy nie powtórzę czegoś takiego. To nie dla mnie. Propozycja scenariusza W poszukiwaniu utraconych lat padła natomiast od Agnieszki Petelickiej, żony generała (Sławomira, twórcy jednostki GROM – przyp. red.), która pracuje w fundacji Krauzego, gdzie są spore pieniądze. Drugim scenarzystą został Michał Sobelman. Napisaliśmy wszystko razem, opierając tekst na naszych osobistych przeżyciach. Są tam sceny fabularne i dokumentalne, m. in. z udziałem Etgara Kereta (popularny izraelski pisarz – przyp. red.), Kasi Groniec i Małgorzaty Pieczyńskiej. Mój wątek opowiada o tym, że bardzo późno dowiedziałem się, że jestem w jakiejś części Żydem. Moja matka była Żydówką, o czym bardzo długo nie wiedziałem. Gdy miałem 11, 12 lat grałem z chłopakami w piłkę. Jeden z nich wymyślił zabawę „w żyda”. Podbiegało się do kogoś i krzyczało: „Żyd!, Żyd!, Żyd!”. Była to niedziela, mało ludzi na ulicach. Pamiętam, że potem okrążyliśmy pewną starszą panią, którą zakrzyczeliśmy: „Żydówa!, Żydówa!, Żydówa!”. Potem wróciłem do domu, mama coś gotowała, a ja oglądałem telewizję. Leciał właśnie Ostatni etap Wandy Jakubowskiej. A ja cały czas podniecony tą zabawą, krzyczę do matki: „Mama, zobacz, Żydków prowadzą!”. Nieświadomie byłem najbardziej okrutny, jaki mogłem być. Matka wyrżnęła mnie wtedy w twarz, wybuchła płaczem, zaczęła histeryzować i powiedziała mi, że jestem Żydem, a moi dziadkowie zginęli najprawdopodobniej w Oświęcimiu. Do końca swojego życia zresztą nie dowiedziała się, co się z nimi stało. Potem dopiero zrozumiałem, dlaczego moja matka od czasu do czasu płakała po nocach. Michał Sobelman natomiast opowiedział o swoim wyjeździe z Polski. Został do tego zmuszony przez ojca w 1968 roku. W Izraelu, tu was zaskoczę, grał w piłkę, ale nie szło mu za dobrze i po kolejnym złym zagraniu jeden z miejscowych wykrzyczał do niego: „ty głupi Polaku! Ty nawet w piłkę nie umiesz grać!”. Ja w Polsce byłem Żydem, a on w Izraelu Polakiem. Taka metafora ludzkich losów. Początkowo w filmie z Keretem miał gadać Stasiuk, ale nie zgrały się terminy. Potem miał grać Kukiz, który powiedział, że nie może brać udziału w takim przedsięwzięciu, bo jako zwolennik Żydów, straciłby swoją publikę. Od tej pory nie chcę mieć nic wspólnego z Kukizem. W końcu stanęło na Kasi Groniec.

Pisze pan o Kiełbasach, Masach, Parasolach, Wariatach, a sam jest podobno Serwerem… Ponoć wszystko pan zapamiętuje.

To przesada. Zapamiętałem coś, o czym nie wiedział Miszczak (Edward, dyrektor programowy TVN – przyp. red.), który nazwał mnie tak w rozmowie z moją redakcyjną koleżanką. Moja ksywa jest oczywista – Pytlak.

Jest pan dziennikarzem śledczym. Czy automatycznie przekłada się to na powodzenie u kobiet?

Nienawidzę określenia „dziennikarstwo śledcze”. Drażni mnie to. Wielu dziennikarzy pisze „moje źródło”, „mój informator” – to jest język policyjny. Dziennikarstwo według mnie nie ma prawa przekraczać pewnych granic. Jestem normalnym dziennikarzem, reporterem, który lubi dogrzebać się newsów.

A co z kobietami? Nie widzi pan różnicy między sobą a innymi dziennikarzami?

Widzę. Na korzyść felietonisty Pilcha (śmiech).

Czym dla dziennikarza lubiącego newsy są papierosy?

Podłym nałogiem, który odstresowuje i pomaga w pracy. Planuję rzucić od wielu lat, dlatego pewnie mi się nie uda.

Do tej pory wypalił pan jedenaście…

Ale się nie zaciągam i kończę w połowie. Stresujecie mnie, panowie. Jeżeli udzielam już wywiadów, to znaczy, że nie jest dobrze.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*