Katarzyna Pakosińska

PLAYBOY nr 4, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Krzysztof Opaliński


Bardzo liczę na naszą rozmowę, bo wciąż czekam na rzetelny, dobry wywiad. Środowisko kabaretowe jest pod jakimś względem nietykalne; a może po prostu zbyt trudne do eksplorowania dla osób z zewnątrz. Ciężko się z nami rozmawia, bo ponoć wszyscy jesteśmy mocno hermetyczni. Krótko mówiąc, chciałabym, żeby ktoś w końcu przyparł mnie do ściany.

Zabrzmiało bardzo erotycznie… Umówmy się, że nas uwiodłaś, a w nagrodę możesz sobie zadać pierwsze pytanie.

Wiem, jakiego bym nie zadała: jak czuję się jako jedyna kobieta w pracy z mężczyznami. Brakuje mi już odpowiedzi, bo wszyscy dziennikarze o to pytają. Na waszym miejscu, drodzy WYWIADOWCY, zapytałabym się, czy redaktorowi naczelnemu PLAYBOYA udałoby się przekonać mnie, żebym się dla was rozebrała.

To miło, że rozumiemy się bez słów.

I przyznam, że próby ze strony Marcina były. Nawet przed jego gruzińskim weselem! Ponieważ była to kosztowna impreza, staraliśmy się w grupie przyjaciół jakoś problem rozwiązać i wtedy padł pomysł, że sfinansujemy ją z mojej sesji. Na szczęście skończyło się na żartach, bo znając moją asertywność, finał mógłby być różny. Tego samego dnia, kiedy wasz naczelny jechał samochodem, raptem z jakiejś ciężarówki wychylił się do niego facet i wrzasnął: „Panie! Tę śmiejącą się rozbierz!”.

W takim razie nie masz wyjścia.

Jak mówią moi koledzy z kabaretu: „Jak wsadzać palec do nosa, to w całości!” Więc, gdybym już wystąpiła, to musiałoby to być na ostro, bez woali. Ale tak na poważnie – po co mi to w moim zawodzie?! Poza tym cyniczne męskie grono KMN uważa, że „jest już po czasie”.

A jest?

A jak myślicie?

W takim razie można tylko zazdrościć widoków kolegom z kabaretu. Jak często zrzucasz przed nimi ubranie?

Za każdym razem… w garderobie.

Pewnie dlatego są tacy opiekuńczy.

Bardzo o mnie dbają i chyba są zazdrośni. Pamiętam czasy, kiedy z braku głębszej argumentacji, traktowali moich adoratorów kamieniami. Dziś mają wyrobiony pogląd, kto może mi się ewentualnie spodobać: mężczyzna ten musi mieć brodę, musi udawać mądrego i musi mieć pochodzenie gruzińskie.

A ty zanim byłaś taka mądra jak dzisiaj, to co „dziwnego” robiłaś?

Malowałam szyldy na cukierniach i na piekarniach. Robiłam projekty pocztówek. Przez rok uczyłam dzieci plastyki w domu kultury w Pruszkowie. W Polsacie prowadziłam relacje sportowe z wyścigów konnych. Raz w życiu byłam też hostessą. Reklamowałam herbatę Lipton na targach w Pałacu Kultury. Jakaś pani władczym tonem co chwilę kazała mi coś robić – obróciłam się na pięcie i wyszłam. Bez zapłaty.

No to wiemy już, dlaczego „gruba nie trybi”.

Po pierwsze stałam się gruba, gdy byłam w ciąży. Ciąża minęła, ksywa została. A po drugie, to nie trybienie ma podobno miejsce, kiedy zaczynają się tzw. „męskie rozmowy”. Wcale tak nie uważam, ale akceptuję takie postrzeganie sprawy.

Jakie inne ksywki akceptowałaś?

„Pakosinka”, „Pakosianna”, „Pakosa” – klasycznie. Natomiast w podstawówce koledzy mówili na mnie, i to akurat bardzo pasuje do PLAYBOYA – Samantha, bo kiedy przeistaczałam się w kobietę rosłam bardziej w biuście niż do góry.

Byłaś wtedy blondynką?

Mentalnie, kto wie? Zawsze byłam czarna. Dlatego dziwiłam się, dlaczego nie zostałam Sabriną.

Może z tego samego powodu, dla którego zostałaś „małym żydkiem”?

Chłopaki do dziś mają z tego ubaw! Jechaliśmy kiedyś pociągiem na nadmorskie warsztaty teatralno-kabaretowe. Do przedziału weszła pani z poczęstunkiem. Wszyscy wzięli, a ja nie, bo nie chciało mi się wstawać po pieniądze. Szkopuł w tym, że to było gratis. Chłopaki umierali ze śmiechu. W ogóle często dowcipkują, nawet w poważnych wywiadach, że „Pakosinka to fajna koleżanka, ale nigdy nie oddaje pieniędzy”. I co ja mam z tym zrobić?!

Dzisiaj my stawiamy, więc nie ma problemu. Gruzini też się z ciebie tak podśmiewają?

Nie. Raczej śmiejemy się razem. Podejrzewają jednak, że nie do końca jestem czystej krwi Słowianką.

A nie jesteś?

Kiedyś zaczęłam szperać w swojej przeszłości i okazało się, że gdzieś tam kapnęła spora ilość krwi tatarskiej. Wszyscy mamy czarne włosy i jasne oczy.

Jak Sabrina. W jej czasach nad twoim łóżkiem wisiał plakat kogoś znacznie starszego – Mortena Harketa z A-HA. Wisi nadal?

Niestety już nie. Choć myślę, że wycinki z jego zdjęciami z „Dziennika Ludowego” i „Bravo” gdzieś można by jeszcze w domu znaleźć. Morten wciąż jest moją wielką platoniczną miłością. Na zeszłorocznym koncercie w Łodzi udało mi się stać w pierwszym rzędzie! Trochę ta jego łysinka mnie zdeprymowała, ale starałam się jej nie zauważać. Czas leci jak wariat… A ostatnio kupiłam płytę The demo tapes, na której można posłuchać A-HA po norwesku. Odpadłam.

To twoi najwięksi idole z dzieciństwa?

Zaraz po nich weszłam w The Cure.

Obstawialiśmy Limahla.

Byliście blisko, bo kochałam się w basiście Kajagoogoo (Nick Beggs – przyp. aut.) Zawsze kochałam się zresztą w basistach.

Ale Jan Frycz nigdy nie grał na basie.

(ogromne teatralne westchnięcie) A no tak. Pan Jan umknął mi, bo skupiłam się tylko na scenie muzycznej. Jestem mu wierna już od 20 lat. Dla mnie to jeden z bardziej męskich aktorów. Takich już dzisiaj niestety brakuje. W przyrodzie większość jest papierowa, a ja za papierem nie przepadam. Jan Frycz przypomina mi moich idoli zagranicznych – Keitela, Nivena czy Oldmana. W związku z tym nikogo nie powinno dziwić, że zawsze wolałam Brunnera od Klossa.

A jak jest z papierem w polityce? Roman Giertych?

To bardziej papier ścierny.

A Sikorski?

Patrzę na niego bardzo pozytywnie. To mężczyzna, który się nie boi i potrafi podejmować decyzje. Nie jest papierowy.

W ten sposób czytelnicy dowiedzieli się, na kogo będziesz głosować.

Komorowski też jest bardzo… sympatyczny.

A jak oceniasz gruzińskiego i polskiego prezydenta? Swego czasu o ich wspólnej eskapadzie było głośno.

Jak ktoś lubi teatr… Gruzini byli całą tą sprawą bardzo zawstydzeni… Czy wiecie, co mi się w Gruzji najbardziej podoba? To, że jesteś oceniany po tym, co robisz, a nie po tym, co ktoś o tobie powie lub napisze. Ludzie mają tam ze sobą bardzo szczere układy. Gruzińska przyjaźń jest na śmierć i życie. Za przyjaciela ludzie gotowi są pójść i walczyć. Jak to się może nie podobać? Tam nie ma miejsca dla papierowych mężczyzn.

Masz już kilku takich, którzy pójdą za tobą w ogień?

Paru by się znalazło.

A nasz naczelny nadaje się na Gruzina?

Marcin jest bardzo wrażliwy i delikatny. Aż dziwię się czasem, że jest szefem takiego pisma. Kiedyś w Gruzji żartowałam: „Marcin, otwórz się, pokaż nam Mellera, pokaż nam Mellera”. „Ale co ja mam pokazać?” „Ty, naczelny Playboya, nie wiesz, co masz pokazać?!”. Strasznie się wtedy speszył. Potrafię być okrutna…

Czyli jednak papier.

No, w papierze ma spore doświadczenie, nie da się ukryć.

Powiedz w takim razie, który z kabareciarzy nie jest papierowy.

Pierwszy, który przychodzi mi do głowy to Jerzy Kryszak, którego cenię i uwielbiam… A większość to chłopcy, którzy mówią do mnie „proszę pani”. Zresztą uważam, że kabaret potrzebuje tego chłopięctwa. Żeby się dobrze uzewnętrznić, trzeba mieć w sobie chłopca.

Ty go w sobie masz.

Zawsze wydawało mi się, że jestem bardzo kobieca. W spodniach chodzę dopiero od czterech lat.

Zgadza się, ale wcześniej chciałaś być Tonym Halikiem, a nie Elżbietą Dzikowską.

A jeszcze wcześniej weterynarzem i krytykiem teatralnym. Ale chciałam też zostać ilustratorką książek dla dzieci. Ilustratorką! Po Liceum Plastycznym miałam być studentką ASP, ale jakoś mi to minęło, bo zakochałam się w teatrze i scenie. Chodziłam na zajęcia do państwa Kłosowskich, Andrzeja Chyry. Wszystko po to, by dostać się do szkoły teatralnej. Nie udało się.

Kto cię oblał, dlaczego i czy dzisiaj żałuje?

Spotkałam się z Jerzym Englertem w jakimś jury i powiedział mi, że bardzo żałuje. Tłumaczył się, że nie mógł wtedy wymyślić szuflady, do której chciałby mnie włożyć. Podobno też odpadłam na podniebieniu gotyckim (zbyt wysoko ustawione podniebienie – przyp. aut.). Poza tym jak 20-letnia dziewczyna może przygotować tekst Lubow Andriejewny z Wiśniowego Sadu?!

Po Warszawie był atak na Łódź.

I znowu zabrakło mi paru punktów. Obraziłam się na cały świat i wyszłam. Nawet przez głowę nie przeszła mi myśl, żeby napisać odwołanie. Po prostu uważałam, że to Bronisław Wrocławski będzie żałował.

A ty żałujesz?

Raczej się cieszę. Patrząc na problemy niektórych aktorek, czuję, że ktoś nade mną wtedy czuwał. Polonistyka była strzałem w dziesiątkę.

Ale i tak bez papierów występowałaś na scenie Starej Prochowni m.in. z Chyrą i Rozmusem.

A miała grać Joasia Kurowska. Jednak wybrała 40-latka 20 lat później i w ten sposób znalazłam się „po amerykańsku” na scenie. Do dziś pamiętam problemy, żeby powiedzieć „kocham cię” do Roberta Rozmusa, którego widziałam pierwszy raz w życiu!

Rozmusa akurat ci nie zazdrościmy, ale grania obok Renaty Dancewicz i jej najpiękniejszych wówczas piersi polskiego kina już tak.

Mhm, czasem żałuję, że do filmu Deborah nie weszła, niestety dla was, scena naszej wspólnej kąpieli w wannie.

Czekamy zatem na wersję reżyserską. Wychodzi na to, że twoje piersi też mogły zrobić oszałamiającą karierę.

A wy swoje. Wciąż wokół jednego tematu.

To świetny moment, żeby zadać pytanie, czy w busie Kabaretu Moralnego Niepokoju oglądacie „te” filmy.

Tylko raz coś takiego się zdarzyło. Bardzo się koledzy wtedy stremowali. Przy mnie nie czuli się na pewno swobodnie i naturalnie. Na każdych światłach zasłaniali zasłony, byli przerażeni. Myślę, że gdyby mnie nie było, byłoby im łatwiej. Zwykle oglądamy wszystkie Piły i pochodne. Musi być krew i latające kawałki ciał. Naszym bożyszczem jest Rob Zombie.

Chłopaki mają groupies?

To ich największa bolączka. Oni naprawdę woleliby być zespołem rockowym. Ja się nie nadaję. Do mnie zawsze lgną panowie urodzeni przed II Wojną Światową, więc marzenia o byciu rockową ikoną odstawiam na bok. Ostatnio pewien dżentelmen zaproponował mi zatańczenie tanga – to jak na razie najostrzejsza konkretna propozycja. Poza tym lgną też do mnie nietrzeźwi. Nie wiem, dlaczego.

W Pruszkowie, w czasach szkolnych, też tak było?

Wtedy to ja miałam chłopaka z motorynką, a potem MZ-etką. Ponieważ bardzo lubił w nich dłubać, cały czas miał czarne ręce i brudne paznokcie. Często stawał przed moim blokiem, wył silnikiem i wołał: „Kaaaśkaaa!”. Tata strasznie się denerwował. Ale mimo tych rąk i zamiłowania do mechaniki, chłopak był bardzo romantyczny. Któregoś dnia jechałam na wycieczkę o 5 rano. Jego mama zabroniła mu wychodzić tak wcześnie, a on chciał mnie koniecznie odprowadzić. Zrobił sobie z prześcieradeł linę i zszedł po niej z drugiego piętra. Poranił sobie dłonie, ale mimo to dopiął swego. Zaniósł mi walizkę na dworzec.

Tańczyłaś i śpiewałaś wtedy w zespole folklorystycznym „Pruszkowiacy”. To dzięki niemu po raz pierwszy wyjechałaś do Gruzji.

Nie tylko. Byliśmy też w Katalonii, w Jugosławii, Finlandii… Jednak właśnie Gruzja zafascynowała mnie od pierwszego wejrzenia. Do Polski przywiozłam sobie wtedy swój pierwszy, ogromny i bardzo ciężki sprzęt grający wraz z płytami Sandry, Modern Talking. Desireless i… Vangelisa. To był dopiero szyk!

Ale wcześniej po raz pierwszy się upiłaś – gruzińską czaczą.

Wylądowałam na wielkiej rodzinnej biesiadzie i nie mogłam odmówić wypicia, gdy był toast za miłość. Zadziałało w minutę – straciłam przytomność. To był mój pierwszy i ostatni raz. Dziś tylko czasami z chłopakami z kabaretu na rozgrzewkę zdarza mi się wypić łyk żołądkowej na stacjach benzynowych.

Nigdy nie zdarzyło ci się zasnąć w ubraniu?

Skąd wy o tym wiecie?!! Przyznaję się bez bicia! Ale we własnym domu i tylko raz. Byłam wtedy dumna, że jestem taka prawdziwa! No dobrze, to była moja druga przygoda, ale tym razem z czerwonym winem, a nie czaczą.

A jak często jeździsz po Warszawie z prędkością 160 km/h?

Tylko raz mnie złapali.

Nie takie było pytanie.

Jeżdżę po męsku, zdecydowanie. Pewnie dlatego, że w dzieciństwie wolałam bawić się samochodami niż lalkami. A prawo jazdy zrobiłam jako niepełnoletnia. Ale spokojnie – mam tylko jeden punkt za parkowanie w niedozwolonym miejscu. Wcześniej z punktami bywało gorzej.

Skoro jesteśmy przy punktach… Twój śmiech w skali od 1 do 10 wśród Polaków zdobywa punktów 11. Aż ciężko uwierzyć, że kiedyś byłaś poważną panią z telewizji.

Aleksander Bardini na kursie dla prezenterów telewizyjnych mówił o mnie: „nasza pensjonarka z Krakowa”. Chyba dlatego, że byłam strasznie grzeczna, ułożona. Powtarzał mi: „Kasia, widzę cię w programach dla dzieci. Broń boże, trzymaj się z daleka od informacji. Z twoją fizjonomią to wykluczone”.

Już wtedy wyczuwał, że nie uwolnisz się od wizerunku śmieszki?

Wtedy tak często się nie śmiałam. Mimo to nie wyobrażał sobie mnie czytającą newsy o trzęsieniach ziemi. Uważam jednak, że nie miał racji. Potrafiłabym być dobrą prezenterką informacyjną. Szczególnie teraz – po doświadczeniach kabaretowych – dobrze panuję nad emocjami. Prawdziwa Kasia ma tak wiele odcieni, nie koniecznie uśmiechniętych… Ale co z tego? Na castingach reżyserzy zawsze chcą jednego: „a teraz się zaśmiej”. W takich momentach blednę.

Problem w tym, że na razie nikt nie chce widzieć prawdziwej Kasi. Chciałabyś gwałtownie zerwać ze swoim dotychczasowym wizerunkiem?

Gwałtownie się nie da. Trenuję małe kroki: audycje w Trójce z Piotrem Baronem, serial i film o Gruzji, scenariusze, projekt indyjski… Wszystko to próby ucieczki. W takiej Gruzji jestem zupełnie nieznana i jest to bardzo miłe. Pozwala być bardziej twórczym. A w Polsce? Kiedyś, gdy wracałam z targu z kapustą kiszoną pod pachą, na moją posesję wbiegł facet. Byłam ciężko przerażona. W myślach przypominałam sobie kursy samoobrony. A on raptem krzyczy: „Przepraszam bardzo, ale ja marzę, żeby nagrała mi pani swój śmiech! Chciałbym się przy nim codziennie budzić”. No i zaśmiałam mu się do komórki.

Nie mogłaś odmówić?

To mój odwieczny problem – asertywność. Byłam nawet na specjalnym kursie, ale sił starczyło mi tylko na jeden dzień. Już taka jestem.

Nam się wydaje, że ludzie nie wierzą, że w twoim życiu może się dziać coś niezabawnego. Skoro cały czas się śmiejesz, musisz zawsze i wszędzie być w dobrym nastroju. Dlatego tak cię lubią – chcieliby być tobą.

Bycie wesołym to ciężka praca. Szczególnie, gdy kompletnie nie jest ci do śmiechu. Półtora roku temu, po rutynowym USG, lekarz powiedział mi, że mam nowotwór, a moje szanse widzi marnie. Spłakałam się dopiero w domu, po tym jak odwiozłam córkę do dziadków i byłam sama. Zrobiłam bilans i listę spraw do załatwienia. Po tygodniu – wyjętym z życiorysu – za radą znajomych poszłam do innego lekarza. Okazało się, że tamten się pomylił. Nagle znowu byłam całkowicie zdrowa.

Dlaczego tak mało kobiet para się kabaretem?

Chyba dłużej docieramy do puenty. W szybkiej piłce, która w kabarecie jest szczególnie ważna, jesteśmy po prostu słabsze. Na szczęście z wyjątkami. Po drugie, lubimy być bawione, a niekoniecznie lubimy bawić. Wreszcie po trzecie, w kabarecie trzeba się wybebeszyć, kompletnie odsłonić. I nie każdą kobietę na to stać. Mężczyźni o wiele łatwiej akceptują siebie. A każda z nas chciałaby mieć dłuższe nogi albo krótszy nos, mniej odstające uszy i większy biust. Poza tym dziewczyny muszą się o wiele więcej napracować na scenie, bo publiczność akceptuje je o wiele wolniej. Faceci są momentalnie zaszufladkowani i zaakceptowani: ten jest śmieszny, ten wysoki, a tamten gruby. A dziewczyna? Zobaczmy najpierw, czy się wdzięczy, potem czy ma proste nogi i jakie założyła buty… Dopiero po jakimś czasie publiczność słucha tego, co mówi ze sceny kobieta.

A my z chęcią posłuchamy, jak klniesz po gruzińsku.

Nie namówicie mnie.

Kasiu, sama wiesz, jak bardzo asertywna jesteś… Przecież i tak nikt nie zrozumie.

No dobra, ale zostanie to między nami. Najgorsze z możliwych przekleństw to: Sheni deda sheveci… Nie pytajcie nawet, co znaczy. Nie chcę zrobić się czerwona jak burak.

Na skróty:

Jeden z członków kabaretu udaje przed żoną, że nie lubi i nie pije piwa. W trakcie naszych wyjazdów pije tylko piwo.

Kiedyś mylono mnie z Hanią Śleszyńską. Jesteśmy do siebie podobne z uzębienia.

Nagminnie chodziłam na „żyletę” na Mazowszankę Pruszków. Wspominam to fantastycznie.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*