Janusz Gajos

Janusz-GajosPLAYBOY nr 7-8, 2009

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak

Przeczytaliśmy, że w wywiadach lubi pan stawać się ze średniego bruneta wysokim, szczupłym blondynem. Obiecujemy, że się postaramy…

To nie ja. Ja już dawno z tego zrezygnowałem. Moja żona ma takie ambicje. Widocznie taki ideał mężczyzny krąży jej po wyobraźni. Efekt jest taki, że dostaję mniej jedzenia niż lubię. Ale z tym różnie bywa. Potrafię też postawić na swoim.

A jak dzisiaj podczas sesji zdjęciowej szło panu udawanie samego siebie?

Fatalnie. Kiedy się ma coś do wykonania i kamera czy aparat to rejestruje, to jest w moim zawodzie normalne, ale stać bezczynnie przed obiektywem i udawać siebie? Po prostu wstyd. Fotografowanie ludzi to wyraźna ingerencja w czyjąś prywatność. Kiedy ja fotografuję, zawsze czuję się tym faktem skrępowany. Z drugiej strony nie będę ukrywał, że bardzo mi się podoba podglądanie ludzi. W zeszłym roku w Portugalii obiektywem 200mm fotografowałem ludzi z balkonu. W Brazylii zdarzyło mi się zapłacić za możliwość zrobienia zdjęcia pewnemu człowiekowi. Pojawiło się kilka ciekawych twarzy.

Portretuje pan też swoich znajomych.

To jest zdecydowanie najtrudniejsze. Mam cały czas wrażenie, że włażę z butami w cudze życie.

Znaleźliśmy pańską wypowiedź, w której twierdzi pan, że każdy fotograf przynajmniej raz w życiu powinien sobie pozwolić na sesję z prawdziwego zdarzenia… W związku z tym chcemy panu zaproponować, żeby zrobił pan dla nas pictorial.

(I tu następuje przerwa na chwilę namysłu). Nie wiem, czy bym się odważył. Może zawieśmy na razie ten temat…

Cieszy nas, że nie mówi pan „nie”.

Przecież nie mógłbym od razu odmówić. PLAYBOY to piękne kobiety, a do tego wielkie wyzwanie fotograficzne. I przede wszystkim ciekawość – jak te kobiety zachowują się przed obiektywem. Podejrzewam, że jest trochę jak w moim zawodzie, że pewne intymności chowa się jednak najgłębiej jak można.

Musimy o to zapytać. Z jaką modelką chciałby pan współpracować podczas takiej sesji?

Panowie byli łaskawi tak mnie zaskoczyć, że mam pustkę w głowie. Pozwólcie, że nie będę na szybko próbował odpowiedzieć na to pytanie. Człowiek w moim wieku nie jest już taki impulsywny.

Ale w młodości gotów był pan ryzykować utonięciem, oby tylko zdobyć dziewczynę.

Ciekawe skąd o tym wiecie… To było w czasach, kiedy podejmowało się szybkie, emocjonalne decyzje. Pamiętam tamto wydarzenie bardzo dokładnie. Rzeczywiście był bym się utopił. Z trzema kolegami ze szkoły aktorskiej poznaliśmy w kawiarni w Mielnie ładną dziewczynę, która zaproponowała, żebyśmy poszli się wykąpać. Pogoda była sztormowa. Ona jednak szybko wskoczyła do wody. Koledzy się wycofali, a ja żeby bronić męskiego honoru, skoczyłem za nią. Z początku było wspaniale ale po chwili nie mogliśmy już wrócić do brzegu. Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałem, że to koniec, że zostanę w tym miejscu na zawsze. Resztkami sił trzymaliśmy się falochronu, o który raz po raz obijały nas fale. Byłem przekonany, że to ostatnie chwile na tym padole i… bardzo było mi żal nowych butów, które kupiłem sobie w Koszalinie. (śmiech).

Kto was uratował?

Zmęczenie. Kiedy zrezygnowaliśmy z dalszej walki, fala przerzuciła nas przez falochron. Poczułem piasek pod nogami. Powoli wyczołgaliśmy się się z wody na brzeg.

Warto było się tak poświęcić?

Chodzi o profity? Nie, wszystko rozeszło się „po falochronie”.

A buty wygodne?

Nie pamiętam (śmiech).

Sam pan przyznaje, że lubi dla kobiet stawiać piórka. Próbkę sprzed lat przed chwilą usłyszeliśmy. Zastanawiamy się jak dzisiaj pan stawia piórka. Równie intensywnie?

Mam nadzieję, że stosownie do wieku. Kiedyś szło się „na barykady” nie myśląc o trudnościach. Decydowała nieodparta i szczera chęć. Tak też było przed moim ostatnim małżeństwem. Były listy, duże rachunki za telefon, romantyczne eskapady do Krakowa, kwiaty pod Sukiennicami, wino i wszystko co w takiej sytuacji robi człowiek, który popadł w urocze uzależnienie od wybranki. Stawianie piór czyli irracjonalne choć szczere udawanie, że się jest o wiele lepszym niż się w istocie jest. Od tamtej pory minęło przeszło dwadzieścia lat. Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Atrakcyjne kobiety oczywiście w dalszym ciągu wywołują atawistyczny odruch stawiania piór ale poczucie rzeczywistości szybko osadza nas w realnym miejscu i czasie. Jest taka anegdota o trzech bardzo znanych starszych panach, którzy spacerowali kurortowym deptakiem gdzie roiło się od skąpo ubranych dziewcząt. Jeden z nich stanął w pewnym momencie jak wryty i podświadomie, choć głośno wypowiedział znaną mu z przeszłości frazę: – Ale dupa! Jednak po chwili dodał – no i właściwie co z tego?

Udało nam się dowiedzieć, że wypadek do którego doszło na planie „Czterech pancernych…”, kiedy przejechała pana ciężarówka, to wcale nie był wypadek, tylko zemsta mężczyzny zazdrosnego o kobietę.

Nie mogę tego z pełną odpowiedzialnością potwierdzić. Ale rzeczywiście mogło tak być. Wjechać na człowieka ciężarówką, nawet leżącego w trawie, to trzeba naprawdę sporej nieuwagi… albo wręcz przeciwnie.

Odczuwa pan do dziś skutki tamtego zdarzenia?

Mam tylko lekko skrzywiony kręgosłup. A mówiono mi, że do końca życia będę przepowiadał pogodę.

Czy ma pan pamiątkę w postaci lusterka z uśmiechającym się Jankiem Kosem?

Długo nie miałem. Waldemar Krzystek robił film o tamtych czasach „Małą Moskwę” i szukał gadżetów. Pewnego razu zadzwonił do mnie i powiedział: „Mam dla ciebie coś. Rzecz, której nigdy byś się nie spodziewał”. I przywiózł to lusterko. Coś niesamowitego.

W youtube.com można obejrzeć znakomity wywiad z panem przeprowadzony przez Irenę Dziedzic w „Tele-Echu”. To było w szczycie popularności „Pancernych…”. Jest pan z siebie bardzo zadowolony podczas tej rozmowy.

Ostatnio oglądałem to w internecie. Rzeczywiście jestem baaaardzo zadowolony… (śmiech). Zupełnie bez powodu. Popularność, która spada na człowieka w młodym wieku ma naprawdę zaskakujące odmiany. Teraz patrzyłem na to nagranie, myśląc, że dobrze jest być w poważnym wieku, bo człowiek się aż tak nie wygłupia. Szkoda tylko, że nie jest się wysokim, szczupłym blondynem.

Kazimierz Kutz opowiada, że po „Pancernych…” uderzyła panu sodówka do głowy i kiedy do pana zadzwonił, nie zgodził się pan na zdjęcia próbne do jego „Soli ziemi czarnej”.

Ponieważ mam okazję, to wreszcie zaprotestuję (śmiech). Podejrzewam, że jest to jedna z konfabulacji Kazimierza Kutza. Po pierwsze nie mógł do mnie zadzwonić, bo to były lata 60-te. Nie miałem telefonu. Nikt wtedy prawie nie miał, oprócz wybranych. Najprawdopodobniej było tak, że ktoś z jego ekipy zadzwonił do Teatru Jaracza, w którym byłem wtedy zaangażowany i powiedział, że chcą mnie zaprosić na zdjęcia próbne. W teatrze, również ktoś, może sekretarka powiedziała: „pan Gajos nie może przyjechać, ponieważ ma próby” albo coś w tym rodzaju. I na tym się skończyło. Nikt mnie wtedy poważnie nie traktował a już na pewno nie dbał o moje interesy. W każdym razie dowiedziałem się o tym dopiero przy okazji publicznej wypowiedzi kochanego Kazia. Na szczęście wiele lat później dane nam było spotkać się kilkakrotnie i bardzo solidnie popracować.

Mamy jeszcze jedną anegdotę z tamtych lat. Cezary Pazura pacholęciem będąc, miał okazję na żywo zobaczyć pancernych. Gdy poprosił pana o autograf, pan mu rzucił – „spierdalaj”. Kiedy już jako aktor zagadnął pana o to zdarzenie, usłyszał w odpowiedzi: „Czarek, było mi powiedzieć, że to ty…”.

(Śmiech). Ładnie brzmi. Kto wam opowiadał?

Marek Kondrat.

Marek umie opowiadać. Szczerze mówiąc, nie przypuszczam, żebym mógł tak powiedzieć, ale wykluczyć nie mogę. Momentami miałem już dość dzieciarni. Przecież wszędzie gdzie pojawiała się ekipa przychodziły nieprzebrane tłumy. Czarek Pazura pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego, a my kręciliśmy w okolicach, więc historyjka wydaje się prawdopodobna. Nie chcę się przedstawiać jako święty, ale nie podejrzewam siebie, żebym potrafił się tak do dziecka odezwać. Nawet jeśli Czarek nie zmyślił sobie tej anegdoty, to już Marek Kondrat z pewnością dołożył pointę. . Całość jest dosyć zgrabna. Niech będzie, że tak było.

Dzieciństwo spędził pan w Będzinie. Chcemy pana prosić o pierwsze skojarzenia. Góra Dorotka?

Tam nauczyłem się jeździć na nartach. Wydawała mi się olbrzymia i wyjątkowo stroma.

Zamek w Będzinie.

Wtedy był zaniedbany, tak jak i zapuszczony park wokół niego. Miejsce spotkań w zależności od potrzeb – w męskim towarzystwie pijaliśmy tam wino, ale z dziewczyną też można było się gdzieś zaszyć.

Cementownia.

Kiedyś w pobliżu mieszkała moja siostra. To było okropne miejsce. Tuż za płotem dwa potwornie dymiące kominy. Przygnębiające wrażenie. Za moich szkolnych czasów była w tym miejscu spora glinianka. Uczyłem się tam pływać.

Urodził się pan 23. dnia wojny. Po wojnie rodzina przeniosła się do Zabrza…

Ojciec dostał tam posadę ogrodnika. Pomagałem mu w pracy. To było niewdzięczne i uciążliwe zajęcie. Wykonywałem polecenia typu: przynieś, podaj, i nie gadaj.

Czy to prawda, że ojciec za pana plecami jeździł do szkoły teatralnej upominać się o syna, któremu nie poszczęściło się na egzaminach wstępnych?

Nie wiem. Nigdy mi o tym nie wspominał, opowiadał tylko matce. Ojciec był kolorystą. O swoim dzieciństwie i młodości opowiadał niesamowite historie. Na przykład, że ze swojej rodzinnej wsi, prysnął w świat na własnoręcznie skonstruowanym rowerze. Nie wyobrażam sobie jak i z czego taka maszyna mogła wtedy powstać. Faktem jest jednak, że ojciec naprawdę uciekł do Stanisławowa, potem do Lwowa i do domu już nie wrócił. O jego interwencji w szkole teatralnej dowiedziałem się od mamy, kiedy już nie żył. Jeśli to prawda, to z pewnością zdecydował się wesprzeć mnie w ten sposób po tym, jak wygrałem ogólnopolski konkurs recytatorski. Moje zdjęcia ukazały się w popularnym piśmie „ Panorama Śląska” i pewnie to go przekonało. Podobno przywiózł ze sobą tę Panoramę i powiedział: tu jest napisane, że on jest najlepszy. Dlaczego nie chcecie go przyjąć?

Pański tata doczekał jakiejś roli radiowej swojego syna?

Niestety nie. Był wielkim miłośnikiem radia. Ja byłem u szczytu popularności w związku z „Pancernymi…”, a on nie miał telewizora. Kiedy przyjeżdżałem w rodzinne strony, byłem sensacją. A trzeba pamiętać, że tamtej popularności nie da się porównać do tej jaką mają dzisiejsze młode gwiazdy. Wtedy dosłownie pustoszały ulice w trakcie emisji serialu. Więc kiedy przyjeżdżałem do domu, sąsiedzi przychodzili do ojca i mówili: „Panie Tadeuszu, pański syn jest wspaniały, cała Polska go zna…”, a on na to odpowiadał: E, tam.. Jakby w radiu coś zagrał, to tak.

To wtedy dziesięcioletnim garbusem przyjeżdżał pan w rodzinne strony i zadawał niebywałego szyku?

Mniej więcej (śmiech). To był cały luksus, na jaki było stać młodego człowieka, dzięki któremu pustoszały ulice w demoludach. Kiedy studiowałem w Szkole Filmowej z pieniędzmi było oczywiście bardzo krucho. Po dwóch latach założyliśmy na wydziale aktorskim kabaret. Jeździliśmy po całej Polsce. Jak na studentów zaczęliśmy całkiem nieźle zarabiać. Jeden z kolegów znalazł również sposób na pomnażanie naszych zarobków. Najlepsze koszule non-iron można było kupić na wybrzeżu. Woziliśmy je potem do komisów w Łodzi. Któregoś razu stałem właśnie przed takim komisem i przyglądałem się koszulom na wystawie, a obok przechodził facet, który nagle do mnie powiedział: „Panie, taką koszulę, żeby sobie kupić, to trzeba kraść”. Splunął i poszedł dalej. Cały interes organizowali koledzy, bo ja bym na to na pewno nie wpadł.

Jakie inne dobre pomysły mieli koledzy aktorzy?

Raz pojechałem z ekipą filmową na Węgry i za radą sprytniejszych ode mnie wziąłem kryształowy wazon, żeby z zyskiem sprzedać. Wróciłem z nim z powrotem do Polski. Zdecydowanie nie mam łba do interesów.

Pamięta pan produkcję „Super in position” w reżyserii Davida Williamsona? To chyba był pański debiut filmowy?

Nie przypominam sobie… Ach, tak, to była etiuda studencka. David studiował na wydziale operatorskim i zaprosił kilku kolegów z wydziału aktorskiego do swojego ćwiczenia. Śmiesznie mówił po polsku. Pamiętam jego uwagi, kiedy tłumaczył mi, że filmuje to co ja widzę, a ja miałem widzieć jak „motylek ulatuje, ulatuje, ulatuje…, uszaduje i wypoczynkuje…”. Poprawiłem go, że motylek nie „wypoczynkuje” tylko „wypoczywa”. Na to on: „Jak to nie wypoczynkuje? Dom wypoczynkowy jest? To dlaczego nie wypoczynkuje?”. Nie wiem, co dalej działo się z karierą Davida.

W którym filmie tak naprawdę pan zadebiutował „Obok prawdy”, czy w „Panience z okienka”?

W „Panience z okienka” . Byłem wtedy na trzecim roku. Maria Kaniewska, która była naszym opiekunem zaproponowała mi dość poważną rolę. Pamiętam, że przed pierwszym dniem zdjęciowym przyszedłem do niej i zapytałem, jak to właściwie będzie jutro. Nie miałem zielonego pojęcia o profesjonalnej produkcji filmowej, choć moja szkoła miała w tytule „Filmowa i Teatralna” Odpowiedziała: „Jednak boisz się skurwielu. To dobrze” (śmiech). A potem zrobiła mi krótki wykład. Po tym filmie zaczęto mówić, że w pojawił się na planie młody człowiek i dał sobie radę.

To wtedy poważnie się pan pochorował, widząc się po praz pierwszy na ekranie?

Tak. Zostałem dopuszczony do fragmentu produkcji, który nazywa się oglądanie materiału, wtedy nie tak jak dziś, wszystkie duble oglądało się w kinie. Po raz pierwszy zobaczyłem się na dużym ekranie i zrobiło mi się niedobrze. Nie podejrzewałem, że jest aż tak źle. Kamera obnaża nas bezlitośnie. Przyszedłem wieczorem do akademika i byłem pewien, że mam ciężką grypę. Temperatura skoczyła mi do 39 stopni. O dziwo, rano wszystko przeszło. Okazało się, że pochorowałem się z przerażenia.

Ponoć trudno wyprowadzić pana z równowagi, ale jak już się uda, to nie daj Boże…

Bardzo się tego wystrzegam. Po nazbyt żywiołowej reakcji zawsze fatalnie się czuję. Uważam, że jestem człowiekiem spolegliwym i nie narzucającym się w życiu prywatnym, jednak w pracy potrafię stanąć okoniem tak, że zaskakuję samego siebie. Jeszcze w szkole, zdarzało mi się zejść z planu i w rozmowie telefonicznej z kierownikiem produkcji używać słów uważanych za obelżywe.

Musimy spytać o powód tych studenckich krzyków.

To było przy okazji kręcenia „Obok prawdy”. Grałem też wtedy małą rolę w Teatrze Jaracza. Przyszedłem rano na zdjęcia i uprzedziłem kierownika produkcji, że muszę o szóstej wyjść, żeby zdążyć na siódmą do teatru. Zdjęcia się przedłużały, a ja się przypominałem raz, drugi, trzeci. Ignorowano wszystko, co mówiłem. W końcu, przeprosiłem i zszedłem z planu, żeby się przebrać. Wychodząc dostałem wiadomość, że kierownik produkcji, który już był w domu, chce ze mną rozmawiać. Podniosłem słuchawkę i słyszę: „Proszę pana, pan jest za młody, żeby pan robił nam takie numery. To jest poważna produkcja” . Dostałem szału, zacząłem krzyczeć: „Kurwa wasza mać, i tak dalej.. Trzasnąłem słuchawką i wrzasnąłem do asystenta: „taksówka!”. Dojechałem do teatru, ochłonąłem i oczywiście przeraziłem się swojej reakcji. Zacząłem od razu układać przepraszające przemówienie. Następnego dnia pojechałem na zdjęcia, jak na ścięcie. Już widząc kierownika produkcji z daleka, zaczynałem od „bardzo przepraszam”, ale zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć ten wypalił: „Cześć, aleśmy się wczoraj zdenerwowali…”. Poklepał mnie po plecach i poszedł dalej (śmiech).

Słyszeliśmy, że na planie reklamy kawy Pedros też nie było z panem łatwo.

Tak? Wręcz przeciwnie. Ja się strasznie bałem tej reklamy. Podpisałem umowę, a potem się przestraszyłem, że będę musiał robić wszystko, co mi każą. Wyobrażałem sobie, że każą mi robić coś idiotycznego. Tymczasem było odwrotnie. Na planie spotkałem reżysera rudego Flamanda, miłego i rozsądnego faceta. W czasie pierwszego ujęcia wziąłem do ręki kubek z kawą i pijąc, bardzo delikatnie starałem się dać do zrozumienia że ta kawa jest naprawdę dobra. Wtedy usłyszałem od rudego: „Too much!.” . Pomyślałem: „kocham cię, człowieku” i wszystko poszło bardzo sprawnie. (śmiech).

Najwyraźniej nasi informatorzy czasem się jednak mylą. Zdarzyło się panu ugotować kolegów na scenie, albo samemu zostać ugotowanym?

Są tak zwane zielone przedstawienia, kiedy sztuka schodzi z afisza, albo osiągnęła duży sukces, wtedy na jubileuszowy spektakl zaprasza się znajomych, cała widownia jest zaprzyjaźniona i wszyscy tylko czekają, co dziwnego się stanie. Mnie jest trudno ugotować, ale dwa razy uciekłem ze sceny. Raz w Kwadracie, kiedy graliśmy „Rozmowy przy wycinaniu lasu” Staszka Tyma. Rzecz się działa jak mówi tytuł w lesie, więc na scenie była trawa i drzewa. Jarek Stempowski przywiózł z Ameryki nowość – gówno z plastiku. Położył je w trawie. Mnie to w ogóle nie śmieszyło. Ale była jedna scena, w której bohater rozcierał w dłoniach liście i dawał powąchać drugiemu. Krzysiek Kowalewski w tym momencie podniósł to plastikowe gówno i powiedział: „powąchaj”. Nie wytrzymałem, uciekłem (śmiech).

Od informatorów wiemy, że był pan świadkiem dantejskich scen w teatrze z wymiotami na widowni włącznie.

Tym razem się zgadza. W Teatrze Dramatycznym w „Weselu Figara” graliśmy na zmianę z Markiem Kondratem. To był smutny czas upadku Dramatycznego, kiedy po zwolnieniu z funkcji dyrektora Gustawa Holoubka, władza chciała za wszelką cenę udowodnić, że teatr nadal będzie świetnie prosperował i zwoziła na przedstawienia publiczność skąd się dało. Pewnego razu poszedłem zobaczyć jak Marek gra tę samą rolę i na widowni miałem okazję zobaczyć pijącą wódę i piwo młodzież, która następnie wymiotowała z balkonów. Po przedstawieniu poszedłem do Marka i mówię mu: grasz tak, że ludzie na widowni rzygają.

I co on na to?

Marek ma, jak wiadomo wspaniałe poczucie humoru.

Dzwonią do pana z propozycjami ról w operach mydlanych?

Raz dostałem propozycję wystąpienia w pewnym serialu, ale nie było to interesujące.

Sprzeciwia się pan czasem swojemu agentowi?

Myślę, że mój agent, czyli żona ma ze mną o wiele łatwiej w życiu prywatnym. W pracy gorzej.

A ktoś proponował już panu stanowisko dyrektora teatru?

Nikt. I chwała mu za to. Nie nadaję się do takiej funkcji – brak predyspozycji. Wiem jednak, że przychodzi taki okres, kiedy chce się być kimś więcej niż aktorem. Obserwuję to u kolegów. Zaczynają dyrektorować, reżyserować. Traktują to jako kolejny etap rozwoju. Mnie to do głowy nie przychodziło. W szkole teatralnej starano się powierzyć mi jakieś funkcje, ale się skutecznie wybroniłem.

Ale jednak reżyserował pan swoich studentów.

Trzeba było zrobić dyplom, więc się podjąłem. Wyszło bardzo przyzwoite przedstawienie.

Mamy wrażenie, że film w pańskiej reżyserii też byłby co najmniej przyzwoity.

Skoro tak cierpliwie drążycie to powiem… Myślę, że mógłbym się podjąć takiego. zadania. Miałem okazję pracować z nawybitniejszymi, dobrymi i mniej niż średnimi. Wiem jak to się robi. Może dlatego zdaję sobie sprawę z wielu okoliczności, którym mógłbym nie podołać. Musiałoby się zacząć od mozolnego przekonywania wszystkich wątpiących, którzy oczywiście wiedzą lepiej. Odpowiadać na pytania dlaczego, co się stało i.t.d. Kiedy reżyserowałem studentów, nie było tych problemów. Wierzyli mi.

Jak pan ocenia młody polski teatr? Nie ułożyła się pana współpraca z Warlikowskim. Czy to wystarcza za odpowiedź?

Oczywiście, że nie. Z braku czasu nie oglądam wszystkiego, co powinienem obejrzeć, żeby móc w sposób odpowiedzialny mówić na ten temat. Teatr, jak każdy rodzaj sztuki, to zjawisko w ciągłym ruchu. Zmienia się tak, jak zmienia się nasze życie. Staramy się rozmawiać z widownią najszczerzej, jak się da. Wszelki iluzjonizm, także w działaniach aktorskich nie tylko nas śmieszy ale irytuje. Podlegamy prawu ewolucji. Często ze szlachetnej niecierpliwości dokonujemy zmian rewolucyjnych. Burzymy wszystko, co było, żeby na tym miejscu zbudować nowe a owo „nowe” nie zawsze ma równie solidne fundamenty jak „stare”. Poszukując innej formy wpadamy w różne pułapki. Forma często staje sie niekomunikatywna. Pachnie pychą. Pozbawia nas emocjonalnego, wręcz intymnego związku z dziełem. Bywa również inaczej. Nie dawno obejrzałem w Łodzi przedstawienie w reżyserii pani Dudy-Gracz. Przedstawienie nie ukrywało, że zrywa folmalne stosunki z pierwowzorem, a pierwowzór nie byle jaki – Szekspir. Otrzymałem w to miejsce szczerą i wzruszającą opowieść – skargę. O sobie samym. O człowieku. Czułem się jakby ktoś zaglądał w najbardzie skrywane rejony mojego ja. Siedziałem na widowni i miałem wrażenie, że dostałem w prezencie coś bardzo istotnego, coś co długo będzie mi o sobie przypominać. Mam się za bardzo dobrego widza. Przychodzę do teatru i zapominam, że to jest miejsce, w którym pracuję. Czekam, aż bajka mnie wciągnie w swój świat i będę się zachowywał jak dziecko, które krzyczy z widowni do aktorów: nie idź tam! Tam jest zły czarodziej! Z Krzysztofem Warlikowskim, ktorego bardzo cenię, było trochę inaczej. Obaj szukaliśmy formy. Każdy z nas inaczej. Nie mogłem go zrozumieć. W końcu zrozumiałem jedno, że nie wiem o czym mam przekonywać widownię. Wiedziałem, że przyjdzie taki wieczór, kiedy trzeba to będzie zrobić, a ja stanę przed nią bezbronny. Musiałem zrezygnować.

Musiano kiedyś odwołać spektakl z pańskiego powodu?

Raz zaspałem. Odbyła się potem poważna rozmowa z dyrektorem Teatru Powszechnego Zygmuntem Hubnerem, wspaniałym człowiekiem. Miał dar skupiania wokół siebie niebanalnych ludzi. . Był jednym z nielicznych, którzy potrafią wydobywać talenty z drugich i trzecich planów.

Pana także w specyficzny sposób przyjmował do pracy.

Kiedy Dramatyczny się załamał, wiedziałem, że muszę coś ze sobą zrobić. Wcześniej jednak nigdy sam nie prosiłem o pracę. Nie z próżności, tylko źle pojętej skromności. Było to dla mnie zbyt krępujące. Dzisiaj uczy się odwrotnych zachowań, bo trzeba walczyć o swoje. W każdym razie wtedy odważyłem się po raz pierwszy i zadzwoniłem do dyrektora Teatru Powszechnego z prośbą o spotkanie. Zaprosił mnie następnego dnia. Przyszedłem. Poczęstował kawą i przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedział: „To chyba wiem, o czym będziemy rozmawiać. Ja na to: no właśnie. On: no to ja się cieszę, a pan?”. Rzecz jasna też się cieszyłem. Sprawa była załatwiona.

Powtarza pan za największymi mistrzami, że w roli trzeba się czuć wygodnie, jak w fotelu. Zdarzały się panu takie role, w których długo czuł się pan niewygodnie i dopiero z czasem się do nich przekonał?

Po przeczytaniu scenariusza „Przesłuchania” miałem poważne wątpliwości. Postać, którą przypadło mi grać była tak potworna, tak obrzydliwa, że nie potrafiłem nawet o niej spokojnie myśleć. Postanowiłem jednak przyjąć tę propozycję, bo wiedziałem, że to będzie ważny film. Później idąc na pierwsze dni zdjęciowe, czułem się jakbym szedł na ścięcie. Dopiero po kilku rozmowach z Bugajskim, zaczęło się wszystko układać. Jednak nawet po zakończeniu zdjęć miałem obawę, że ludzie na tyle utożsamią mnie z tamtą postacią, że na ulicach będą rzucać w moim kierunku kamieniami. Okazało się, że było zupełnie na odwrót. Film chodził w drugim obiegu. Któregoś razu na lotnisku, poprosiłem kogoś, żeby popilnował mi na chwilę bagażu. Kiedy podziękowałem, usłyszałem: „Proszę nie dziękować, to był mój obowiązek. Widziałem film…”.

Jakby się dzisiaj prezentował Turecki jako poseł? Idealnie by chyba pasował?

Może i idealnie, ale nie daj Boże (śmiech).

W której partii by się odnalazł?

Mógłby się znaleźć w każdej. Byle tylko istnieć. Mniejsza o ideały.

Dużo Tureckich w naszej dzisiejszej polityce?

Sporo. Ale chyba nie będziemy wyliczać?

Nie, bo nie starczyłoby nam miejsca. W stanie wojennym rzucił pan legitymacją partyjną. A skąd w ogóle pomysł, żeby się zapisać?

Nie rzuciłem tylko oddałem. Cokolwiek bym nie powiedział, zabrzmi to jak kwintesencja banału. Ale dobrze. Spróbujmy sobie wyobrazić młodego człowieka z małego miasteczka który po trzecim roku szkoły teatralnej rokował duże nadzieje. Przyszedł wtedy do niego profesor, którego młody człowiek bardzo szanował. Profesor powiedział: słuchaj, ja jestem członkiem partii. W naszym kraju nie wszystko mi się podoba. Jest wiele do zrobienia, trzeba wiele zmienić a kto to ma zrobić jak nie tacy, jak ty. Młodzi i zdolni. Przecież to wy i.t.d. Rozmawiał ze mną jeszcze kilka razy. Zawsze poważnie i wydawało mi się – zupełnie szczerze. Pomyślałem wtedy – ten facet ma chyba rację. Później dopiero zrozumiałem, że zupełnie nie umiem się w tej materii poruszać i że to jest ślepa uliczka, z której wcale nie łatwo było wtedy wyjść. W stanie wojennym poszedłem i oddałem legitymację. Wtedy postanowiłem, że nigdy nie zapiszę się do niczego. Nawet do osiedlowego kółka rowerzystów.

Ktoś panu wypominał przynależność?

Tak. Czasem nawet dość brutalnie. Miałem też okazję zorientować się, jak działa ostracyzm. Musiałem jednak tę żabę połknąć, skoro sam sobie ją urodziłem.

Miał pan ogon?

Nie wiem czy miałem jakiś jeden osobisty ogon. Widziałem, że ogonów było wówczas co nie miara. Jeździłem po Polsce z różnymi imprezami kabaretowymi. W restauracjach, hotelach, na dworcach, co chwila ktoś chciał się z nami napić wódki, porozmawiać. Trudno było się zorientować z kim ma się do czynienia. Niektórych można było rozpoznać po kilku pytaniach i od razu ucinać rozmowę

Zajrzał pan do swojej teczki?

Nie. I nie zamierzam. Sam siebie jestem pewien, a kto donosił na mnie, w ogóle mnie nie interesuje. Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby to sprawdzać. Nie warto.

Nigdy nie myślał pan o emigracji.

Nie. W najgorszych czasach, po stanie wojennym, dostałem propozycję, żeby w Londynie zagrać w polskim teatrze. Ale wtedy się rozwodziłem, ponadto miałem szlaban na paszport, który wycofano z Pagartu do dyspozycji odpowiednich władz. Zresztą zdawałem sobie doskonale sprawę, że na wyjazd na stałe można się decydować mając 20, może 25 lat. Osiąść, wejść w nowe środowisko, a przede wszystkim opanować język i to nie w stopniu umożliwiającym jedynie komunikację. Wyjechać, zagrać, wrócić, może tak. Ale ja, szczerze mówiąc, nie miałem takich propozycji. Nigdy serio nie myślałem o karierze zagranicznej.

A miałby pan ochotę zagrać w obcym języku?

Jako kolejne doświadczenie, rodzaj wyzwania, czemu nie. Mógłbym dać sobie radę w angielskim. Mam oczywiście świadomość, że gdy czytam współczesny tekst po polsku to wiem, jak jest napisany i gdzie można go poprawić, w przypadku tekstu angielskiego byłbym bezradny.

Powiedział pan kiedyś: „kilka razy w ciągu życia wyrastamy z siebie, zmieniamy się”. Łatwiej to dostrzec u siebie, czy u innych?

U innych trudniej. Obserwacje siłą rzeczy są bardziej pobieżne. Ale też nie wszyscy mają ochotę, czy też zdolność obserwowania samego siebie. Jestem zwolennikiem teorii, że co jakiś czas zmieniamy się dość radykalnie. Jakbyśmy zmieniali skórę. Ładunek doświadczenia musi w jakiś sposób procentować. Wydaje mi się, że ideałem jest zmierzać w życiu do szlachetnej prostoty.

Ile razy pan się zmieniał? To się da wyliczyć?

Zaryzykowałbym twierdzenie, że u mnie ta zmiana skóry następuje średnio co dziesięć lat. Zawsze się denerwowałem pod koniec każdej dekady, około siódmego, ósmego roku. Przeczuwałem coś złego. Że coś będzie nie w porządku. I bywało. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko coraz lepiej (śmiech).

Krytycy lubią powtarzać, że jest pan mistrzem detalu i bacznym obserwatorem ludzi. W związku z tym mamy pytanie od kompletnych laików. Czy pan obserwuje ludzi i odkłada na półkę ciekawe zachowania, reakcje, a później w miarę potrzeby z takiego zbioru korzysta?

Nie mam żadnego magazynu z minami. Kiedyś kolega, oczywiście nie z branży, powiedział mi komplement: „Słuchaj, rozumiem, że tekstu musisz się nauczyć, nie ma wyjścia. Ale te wszystkie miny zapamiętać po kolei, to jest dopiero numer…” (śmiech). Jeżeli się mówi o specjalnej zdolności do obserwowania ludzi, to ona się bierze sama z siebie. Pewne rzeczy zapamiętuje się nieświadomie. Później podczas pracy one przychodzą w postaci pomysłów i z nich się wybiera. Bierze to, co najciekawsze.

A gdyby miał pan zagrać samego siebie, taka kreacja byłaby ciekawa dla widzów?

W żadnym wypadku. Przecież nie po to zostałem aktorem, żeby udawać siebie.

Na skróty:

W czasie „Pancernych…”, ale też długo po, często przekręcano moje nazwisko. Mylili się nawet konferansjerzy. „A teraz przed państwem ulubieniec wszystkich, nie trzeba przedstawiać, znany, kochany… Jonasz Golas”.

Na kolejny egzamin do szkoły teatralnej przyjechałem prosto z jednostki. W wojsku byłem rachmistrzem, co w praktyce oznaczało noszenie na plecach 32-kilogramowego stołu kreślarskiego. Pamiętam uwagi komisji w stylu: „Widać od razu, że chłopak zmężniał…” (śmiech). Pomogło. Dostałem się.

W dziesiątej klasie na WF-ie dostaliśmy rękawice bokserskie. Próbowałem boksować, ale to raczej ja dostawałem po głowie, nie koledzy. To była pierwsza i ostatnia moja bójka na pięści.

Przez długie lata śniły mi się koszmary zawodowe. Jestem w podziemiach opery i za chwilę kurtyna ma iść w górę, a ja nie potrafię znaleźć drogi na scenę, nie wiem, co mam śpiewać, co gorsza wiem, że nie umiem śpiewać i wiem, że nie zdążę przed ostatnim dzwonkiem. Budziłem się zlany zimnym potem.

Przeczytaliśmy, że w wywiadach lubi pan stawać się ze średniego bruneta wysokim, szczupłym blondynem. Obiecujemy, że się postaramy…

To nie ja. Ja już dawno z tego zrezygnowałem. Moja żona ma takie ambicje. Widocznie taki ideał mężczyzny krąży jej po wyobraźni. Efekt jest taki, że dostaję mniej jedzenia niż lubię. Ale z tym różnie bywa. Potrafię też postawić na swoim.

A jak dzisiaj podczas sesji zdjęciowej szło panu udawanie samego siebie?

Fatalnie. Kiedy się ma coś do wykonania i kamera czy aparat to rejestruje, to jest w moim zawodzie normalne, ale stać bezczynnie przed obiektywem i udawac siebie? Po prostu wstyd. Fotografowanie ludzi to wyraźna ingerencja w czyjąś prywatność. Kiedy ja fotografuję, zawsze czuję się tym faktem skrępowany. Z drugiej strony nie będę ukrywał, że bardzo mi się podoba podglądanie ludzi. W zeszłym roku w Portugalii obiektywem 200mm fotografowałem ludzi z balkonu. W Brazylii zdarzyło mi się zapłacić za możliwość zrobienia zdjęcia pewnemu człowiekowi. Pojawiło się kilka ciekawych twarzy.

Portretuje pan też swoich znajomych.

To jest zdecydowanie najtrudniejsze. Mam cały czas wrażenie, że włażę z butami w cudze życie.

Znaleźliśmy pańską wypowiedź, w której twierdzi pan, że każdy fotograf przynajmniej raz w życiu powinien sobie pozwolić na sesję z prawdziwego zdarzenia… W związku z tym chcemy panu zaproponować, żeby zrobił pan dla nas pictorial.

(I tu następuje przerwa na chwilę namysłu). Nie wiem, czy bym się odważył. Może zawieśmy na razie ten temat…

Cieszy nas, że nie mówi pan „nie”.

Przecież nie mógłbym od razu odmówić. PLAYBOY to piękne kobiety, a do tego wielkie wyzwanie fotograficzne. I przede wszystkim ciekawość – jak te kobiety zachowują się przed obiektywem. Podejrzewam, że jest trochę jak w moim zawodzie, że pewne intymności chowa się jednak najgłębiej jak można.

Musimy o to zapytać. Z jaką modelką chciałby pan współpracować podczas takiej sesji?

Panowie byli łaskawi tak mnie zaskoczyć, że mam pustkę w głowie. Pozwólcie, że nie będę na szybko próbował odpowiedzieć na to pytanie. Człowiek w moim wieku nie jest już taki impulsywny.

Ale w młodości gotów był pan ryzykować utonięciem, oby tylko zdobyć dziewczynę.

Ciekawe skąd o tym wiecie… To było w czasach, kiedy podejmowało się szybkie, emocjonalne decyzje. Pamiętam tamto wydarzenie bardzo dokładnie. Rzeczywiście był bym się utopił. Z trzema kolegami ze szkoły aktorskiej poznaliśmy w kawiarni w Mielnie ładną dziewczynę, która zaproponowała, żebyśmy poszli się wykąpać. Pogoda była sztormowa. Ona jednak szybko wskoczyła do wody. Koledzy się wycofali, a ja żeby bronić męskiego honoru, skoczyłem za nią. Z początku było wspaniale ale po chwili nie mogliśmy już wrócić do brzegu. Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałem, że to koniec, że zostanę w tym miejscu na zawsze. Resztkami sił trzymaliśmy się falochronu, o który raz po raz obijały nas fale. Byłem przekonany, że to ostatnie chwile na tym padole i… bardzo było mi żal nowych butów, które kupiłem sobie w Koszalinie. (śmiech).

Kto was uratował?

Zmęczenie. Kiedy zrezygnowaliśmy z dalszej walki, fala przerzuciła nas przez falochron. Poczułem piasek pod nogami. Powoli wyczołgaliśmy się się z wody na brzeg.

Warto było się tak poświęcić?

Chodzi o profity? Nie, wszystko rozeszło się „po falochronie”

A buty wygodne?

Nie pamiętam (śmiech).

Sam pan przyznaje, że lubi dla kobiet stawiać piórka. Próbkę sprzed lat przed chwilą usłyszeliśmy. Zastanawiamy się jak dzisiaj pan stawia piórka. Równie intensywnie?

Mam nadzieję, że stosownie do wieku. Kiedyś szło się „na barykady” nie myśląc o trudnościach. Decydowała nieodparta i szczera chęć. Tak też było przed moim ostatnim małżeństwem. Były listy, duże rachunki za telefon, romantyczne eskapady do Krakowa, kwiaty pod Sukiennicami, wino i wszystko co w takiej sytuacji robi człowiek, który popadł w urocze uzależnienie od wybranki. Stawianie piór czyli irracjonalne choć szczere udawanie, że się jest o wiele lepszym niż się w istocie jest. Od tamtej pory minęło przeszło dwadzieścia lat. Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Atrakcyjne kobiety oczywiście w dalszym ciągu wywołują atawistyczny odruch stawiania piór ale poczucie rzeczywistości szybko osadza nas w realnym miejscu i czasie. Jest taka anegdota o trzech bardzo znanych starszych panach, którzy spacerowali kurortowym deptakiem gdzie roiło się od skąpo ubranych dziewcząt. Jeden z nich stanął w pewnym momencie jak wryty i podświadomie, choć głośno wypowiedział znaną mu z przeszłości frazę: – Ale dupa! Jednak po chwili dodał – no i właściwie co z tego?

Udało nam się dowiedzieć, że wypadek do którego doszło na planie „Czterech pancernych…”, kiedy przejechała pana ciężarówka, to wcale nie był wypadek, tylko zemsta mężczyzny zazdrosnego o kobietę.

Nie mogę tego z pełną odpowiedzialnością potwierdzić. Ale rzeczywiście mogło tak być. Wjechać na człowieka ciężarówką, nawet leżącego w trawie, to trzeba naprawdę sporej nieuwagi… albo wręcz przeciwnie.

Odczuwa pan do dziś skutki tamtego zdarzenia?

Mam tylko lekko skrzywiony kręgosłup. A mówiono mi, że do końca życia będę przepowiadał pogodę.

Czy ma pan pamiątkę w postaci lusterka z uśmiechającym się Jankiem Kosem?

Długo nie miałem. Waldemar Krzystek robił film o tamtych czasach „Małą Moskwę” i szukał gadżetów. Pewnego razu zadzwonił do mnie i powiedział: „Mam dla ciebie coś. Rzecz, której nigdy byś się nie spodziewał”. I przywiózł to lusterko. Coś niesamowitego.

W youtube.com można obejrzeć znakomity wywiad z panem przeprowadzony przez Irenę Dziedzic w „Tele-Echu”. To było w szczycie popularności „Pancernych…”. Jest pan z siebie bardzo zadowolony podczas tej rozmowy.

Ostatnio oglądałem to w internecie. Rzeczywiście jestem baaaardzo zadowolony… (śmiech). Zupełnie bez powodu. Popularność, która spada na człowieka w młodym wieku ma naprawdę zaskakujące odmiany. Teraz patrzyłem na to nagranie, myśląc, że dobrze jest być w poważnym wieku, bo człowiek się aż tak nie wygłupia. Szkoda tylko, że nie jest się wysokim, szczupłym blondynem.

Kazimierz Kutz opowiada, że po „Pancernych…” uderzyła panu sodówka do głowy i kiedy do pana zadzwonił, nie zgodził się pan na zdjęcia próbne do jego „Soli ziemi czarnej”.

Ponieważ mam okazję, to wreszcie zaprotestuję (śmiech). Podejrzewam, że jest to jedna z konfabulacji Kazimierza Kutza. Po pierwsze nie mógł do mnie zadzwonić, bo to były lata 60-te. Nie miałem telefonu. Nikt wtedy prawie nie miał, oprócz wybranych. Najprawdopodobniej było tak, że ktoś z jego ekipy zadzwonił do Teatru Jaracza, w którym byłem wtedy zaangażowany i powiedział, że chcą mnie zaprosić na zdjęcia próbne. W teatrze, również ktoś, może sekretarka powiedziała: „pan Gajos nie może przyjechać, ponieważ ma próby” albo coś w tym rodzaju. I na tym się skończyło. Nikt mnie wtedy poważnie nie traktował a już na pewno nie dbał o moje interesy. W każdym razie dowiedziałem się o tym dopiero przy okazji publicznej wypowiedzi kochanego Kazia. Na szczęście wiele lat później dane nam było spotkać się kilkakrotnie i bardzo solidnie popracować.

Mamy jeszcze jedną anegdotę z tamtych lat. Cezary Pazura pacholęciem będąc, miał okazję na żywo zobaczyć pancernych. Gdy poprosił pana o autograf, pan mu rzucił – „spierdalaj”. Kiedy już jako aktor zagadnął pana o to zdarzenie, usłyszał w odpowiedzi: „Czarek, było mi powiedzieć, że to ty…”.

(Śmiech). Ładnie brzmi. Kto wam opowiadał?

Marek Kondrat.

Marek umie opowiadać. Szczerze mówiąc, nie przypuszczam, żebym mógł tak powiedzieć, ale wykluczyć nie mogę. Momentami miałem już dość dzieciarni. Przecież wszędzie gdzie pojawiała się ekipa przychodziły nieprzebrane tłumy. Czarek Pazura pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego, a my kręciliśmy w okolicach, więc historyjka wydaje się prawdopodobna. Nie chcę się przedstawiać jako święty, ale nie podejrzewam siebie, żebym potrafił się tak do dziecka odezwać. Nawet jeśli Czarek nie zmyślił sobie tej anegdoty, to już Marek Kondrat z pewnością dołożył pointę. . Całość jest dosyć zgrabna. Niech będzie, że tak było.

Dzieciństwo spędził pan w Będzinie. Chcemy pana prosić o pierwsze skojarzenia. Góra Dorotka?

Tam nauczyłem się jeździć na nartach. Wydawała mi się olbrzymia i wyjątkowo stroma.

Zamek w Będzinie.

Wtedy był zaniedbany, tak jak i zapuszczony park wokół niego. Miejsce spotkań w zależności od potrzeb – w męskim towarzystwie pijaliśmy tam wino, ale z dziewczyną też można było się gdzieś zaszyć.

Cementownia.

Kiedyś w pobliżu mieszkała moja siostra. To było okropne miejsce. Tuż za płotem dwa potwornie dymiące kominy. Przygnębiające wrażenie. Za moich szkolnych czasów była w tym miejscu spora glinianka. Uczyłem się tam pływać.

Urodził się pan 23. dnia wojny. Po wojnie rodzina przeniosła się do Zabrza…

Ojciec dostał tam posadę ogrodnika. Pomagałem mu w pracy. To było niewdzięczne i uciążliwe zajęcie. Wykonywałem polecenia typu: przynieś, podaj, i nie gadaj.

Czy to prawda, że ojciec za pana plecami jeździł do szkoły teatralnej upominać się o syna, któremu nie poszczęściło się na egzaminach wstępnych?

Nie wiem. Nigdy mi o tym nie wspominał, opowiadał tylko matce. Ojciec był kolorystą. O swoim dzieciństwie i młodości opowiadał niesamowite historie. Na przykład, że ze swojej rodzinnej wsi, prysnął w świat na własnoręcznie skonstruowanym rowerze. Nie wyobrażam sobie jak i z czego taka maszyna mogła wtedy powstać. Faktem jest jednak, że ojciec naprawdę uciekł do Stanisławowa, potem do Lwowa i do domu już nie wrócił. O jego interwencji w szkole teatralnej dowiedziałem się od mamy, kiedy już nie żył. Jeśli to prawda, to z pewnością zdecydował się wesprzeć mnie w ten sposób po tym, jak wygrałem ogólnopolski konkurs recytatorski. Moje zdjęcia ukazały się w popularnym piśmie „ Panorama Śląska” i pewnie to go przekonało. Podobno przywiózł ze sobą tę Panoramę i powiedział: tu jest napisane, że on jest najlepszy. Dlaczego nie chcecie go przyjąć?

Pański tata doczekał jakiejś roli radiowej swojego syna?

Niestety nie. Był wielkim miłośnikiem radia. Ja byłem u szczytu popularności w związku z „Pancernymi…”, a on nie miał telewizora. Kiedy przyjeżdżałem w rodzinne strony, byłem sensacją. A trzeba pamiętać, że tamtej popularności nie da się porównać do tej jaką mają dzisiejsze młode gwiazdy. Wtedy dosłownie pustoszały ulice w trakcie emisji serialu. Więc kiedy przyjeżdżałem do domu, sąsiedzi przychodzili do ojca i mówili: „Panie Tadeuszu, pański syn jest wspaniały, cała Polska go zna…”, a on na to odpowiadał: E, tam.. Jakby w radiu coś zagrał, to tak.

To wtedy dziesięcioletnim garbusem przyjeżdżał pan w rodzinne strony i zadawał niebywałego szyku?

Mniej więcej (śmiech). To był cały luksus, na jaki było stać młodego człowieka, dzieki któremu pustoszały ulice w demoludach. Kiedy studiowałem w Szkole Filmowej z pieniędzmi było oczywiście bardzo krucho. Po dwóch latach założyliśmy na wydziale aktorskim kabaret. Jeździliśmy po całej Polsce. Jak na studentów zaczęliśmy całkiem nieźle zarabiać. Jeden z kolegów znalazł również sposób na pomnażanie naszych zarobków. Najlepsze koszule non-iron można było kupić na wybrzeżu. Woziliśmy je potem do komisów w Łodzi. Któregoś razu stałem właśnie przed takim komisem i przyglądałem się koszulom na wystawie, a obok przechodził facet, który nagle do mnie powiedział: „Panie, taką koszulę, żeby sobie kupić, to trzeba kraść”. Splunął i poszedł dalej. Cały interes organizowali koledzy, bo ja bym na to na pewno nie wpadł.

Jakie inne dobre pomysły mieli koledzy aktorzy?

Raz pojechałem z ekipą filmową na Węgry i za radą sprytniejszych ode mnie wziąłem kryształowy wazon, żeby z zyskiem sprzedać. Wróciłem z nim z powrotem do Polski. Zdecydowanie nie mam łba do interesów.

Pamięta pan produkcję „Super in position” w reżyserii Davida Williamsona? To chyba był pański debiut filmowy?

Nie przypominam sobie… Ach, tak, to była etiuda studencka. David studiował na wydziale operatorskim i zaprosił kilku kolegów z wydziału aktorskiego do swojego ćwiczenia. Śmiesznie mówił po polsku. Pamiętam jego uwagi, kiedy tłumaczył mi, że filmuje to co ja widzę, a ja miałem widzieć jak „motylek ulatuje, ulatuje, ulatuje…, uszaduje i wypoczynkuje…”. Poprawiłem go, że motylek nie „wypoczynkuje” tylko „wypoczywa”. Na to on: „Jak to nie wypoczynkuje? Dom wypoczynkowy jest? To dlaczego nie wypoczynkuje?”. Nie wiem, co dalej działo się z karierą Davida.

W którym filmie tak naprawdę pan zadebiutował „Obok prawdy”, czy w „Panience z okienka”?

W „Panience z okienka” . Byłem wtedy na trzecim roku. Maria Kaniewska, która była naszym opiekunem zaproponowała mi dość poważną rolę. Pamiętam, że przed pierwszym dniem zdjęciowym przyszedłem do niej i zapytałem, jak to właściwie będzie jutro. Nie miałem zielonego pojęcia o profesjonalnej produkcji filmowej, choć moja szkoła miała w tytule „Filmowa i Teatralna” Odpowiedziała: „Jednak boisz się skurwielu. To dobrze” (śmiech). A potem zrobiła mi krótki wykład. Po tym filmie zaczęto mówić, że w pojawił się na planie młody człowiek i dał sobie radę.,

To wtedy poważnie się pan pochorował, widząc się po praz pierwszy na ekranie?

Tak. Zostałem dopuszczony do fragmentu produkcji, który nazywa się oglądanie materiału, wtedy nie tak jak dziś, wszystkie duble oglądało się w kinie. Po raz pierszy zobaczyłem się na dużym ekranie i zrobiło mi się niedobrze. Nie podejrzewałem, że jest aż tak źle. Kamera obnaża nas bezlitośnie. Przyszedłem wieczorem do akademika i byłem pewien, że mam ciężką grypę. Temperatura skoczyła mi do 39 stopni. O dziwo, rano wszystko przeszło. Okazało się, że pochorowałem się z przerażenia.

Ponoć trudno wyprowadzić pana z równowagi, ale jak już się uda, to nie daj Boże…

Bardzo się tego wystrzegam. Po nazbyt żywiołowej reakcji zawsze fatalnie się czuję. Uważam, że jestem człowiekiem spolegliwym i nie narzucającym się w życiu prywatnym, jednak w pracy potrafię stanąć okoniem tak, że zaskakuję samego siebie. Jeszcze w szkole, zdarzało mi się zejść z planu i w rozmowie telefonicznej z kierownikiem produkcji używać słów uważanych za obelżywe.

Musimy spytać o powód tych studenckich krzyków.

To było przy okazji kręcenia „Obok prawdy”. Grałem też wtedy małą rolę w Teatrze Jaracza. Przyszedłem rano na zdjęcia i uprzedziłem kierownika produkcji, że muszę o szóstej wyjść, żeby zdążyć na siódmą do teatru. Zdjęcia się przedłużały, a ja się przypominałem raz, drugi, trzeci. Ignorowano wszystko, co mówiłem. W końcu, przeprosiłem i zszedłem z planu, żeby się przebrać. Wychodząc dostałem wiadomość, że kierownik produkcji, który już był w domu, chce ze mną rozmawiać. Podniosłem słuchawkę i słyszę: „Proszę pana, pan jest za młody, żeby pan robił nam takie numery. To jest poważna produkcja” . Dostałem szału, zacząłem krzyczeć: „Kurwa wasza mać, i tak dalej.. Trzasnąłem słuchawką i wrzasnąłem do asystenta: „taksówka!”. Dojechałem do teatru, ochłonąłem i oczywiście przeraziłem się swojej reakcji. Zacząłem od razu układać przepraszające przemówienie. Następnego dnia pojechałem na zdjęcia, jak na ścięcie. Już widząc kierownika produkcji z daleka, zaczynałem od „bardzo przepraszam”, ale zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć ten wypalił: „Cześć, aleśmy się wczoraj zdenerwowali…”. Poklepał mnie po plecach i poszedł dalej (śmiech).

Słyszeliśmy, że na planie reklamy kawy Pedros też nie było z panem łatwo.

Tak? Wręcz przeciwnie. Ja się strasznie bałem tej reklamy. Podpisałem umowę, a potem się przestraszyłem, że będę musiał robić wszystko, co mi każą. Wyobrażałem sobie, że każą mi robić coś idiotycznego. Tymczasem było odwrotnie. Na planie spotkałem reżysera rudego Flamanda, miłego i rozsądnego faceta. W czasie pierwszego ujęcia wziąłem do ręki kubek z kawą i pijąc, bardzo delikatnie starałem się dać do zrozumienia że ta kawa jest naprawdę dobra. Wtedy usłyszałem od rudego: „Too much!.” . Pomyślałem: „kocham cię, człowieku” i wszystko poszło bardzo sprawnie. (śmiech).

Najwyraźniej nasi informatorzy czasem się jednak mylą. Zdarzyło się panu ugotować kolegów na scenie, albo samemu zostać ugotowanym?

Są tak zwane zielone przedstawienia, kiedy sztuka schodzi z afisza, albo osiągnęła duży sukces, wtedy na jubileuszowy spektakl zaprasza się znajomych, cała widownia jest zaprzyjaźniona i wszyscy tylko czekają, co dziwnego się stanie. Mnie jest trudno ugotować, ale dwa razy uciekłem ze sceny. Raz w Kwadracie, kiedy graliśmy „Rozmowy przy wycinaniu lasu” Staszka Tyma. Rzecz się działa jak mówi tytuł w lesie, więc na scenie była trawa i drzewa. Jarek Stempowski przywiózł z Ameryki nowość – gówno z plastiku. Położył je w trawie. Mnie to w ogóle nie śmieszyło. Ale była jedna scena, w której bohater rozcierał w dłoniach liście i dawał powąchać drugiemu. Krzysiek Kowalewski w tym momencie podniósł to plastikowe gówno i powiedział: „powąchaj”. Nie wytrzymałem, uciekłem (śmiech).

Od informatorów wiemy, że był pan świadkiem dantejskich scen w teatrze z wymiotami na widowni włącznie.

Tym razem się zgadza. W Teatrze Dramatycznym w „Weselu Figara” graliśmy na zmianę z Markiem Kondratem. To był smutny czas upadku Dramatycznego, kiedy po zwolnieniu z funkcji dyrektora Gustawa Holoubka, władza chciała za wszelką cenę udowodnić, że teatr nadal będzie świetnie prosperował i zwoziła na przedstawienia publiczność skąd się dało. Pewnego razu poszedłem zobaczyć jak Marek gra tę samą rolę i na widowni miałem okazję zobaczyć pijącą wódę i piwo młodzież, która następnie wymiotowała z balkonów. Po przedstawieniu poszedłem do Marka i mówię mu: grasz tak, że ludzie na widowni rzygają.

(Wybuch śmiechu) I co on na to?

Marek ma, jak wiadomo wspaniałe poczucie humoru.

Dzwonią do pana z propozycjami ról w operach mydlanych?

Raz dostałem propozycję wystąpienia w pewnym serialu, ale nie było to interesujące.

Sprzeciwia się pan czasem swojemu agentowi?

Myślę, że mój agent, czyli żona ma ze mną o wiele łatwiej w życiu prywatnym. W pracy gorzej.

A ktoś proponował już panu stanowisko dyrektora teatru?

Nikt. I chwała mu za to. Nie nadaję się do takiej funkcji – brak predyspozycji. Wiem jednak, że przychodzi taki okres, kiedy chce się być kimś więcej niż aktorem. Obserwuję to u kolegów. Zaczynają dyrektorować, reżyserować. Traktują to jako kolejny etap rozwoju. Mnie to do głowy nie przychodziło. W szkole teatralnej starano się powierzyć mi jakieś funkcje, ale się skutecznie wybroniłem.

Ale jednak reżyserował pan swoich studentów.

Trzeba było zrobić dyplom, więc się podjąłem. Wyszło bardzo przyzwoite przedstawienie.

Mamy wrażenie, że film w pańskiej reżyserii też byłby co najmniej przyzwoity.

Skoro tak cierpliwie drążycie to powiem… Myślę, że mógłbym się podjąć takiego. zadania. Miałem okazję pracować z nawybitniejszymi, dobrymi i mniej niż średnimi. Wiem jak to się robi. Może dlatego zdaję sobie sprawę z wielu okoliczności, którym mógłbym nie podołać. Musiałoby się zacząć od mozolnego przekonywania wszystkich wątpiących, którzy oczywiście wiedzą lepiej. Odpowiadać na pytania dlaczego, co się stało i.t.d. Kiedy reżyserowałem studentów, nie było tych problemów. Wierzyli mi.

Jak pan ocenia młody polski teatr? Nie ułożyła się pana współpraca z Warlikowskim. Czy to wystarcza za odpowiedź?

Oczywiście, że nie. Z braku czasu nie oglądam wszystkiego, co powinienem obejrzeć, żeby móc w sposób odpowiedzialny mówić na ten temat. Teatr, jak każdy rodzaj sztuki, to zjawisko w ciągłym ruchu. Zmienia się tak, jak zmienia się nasze życie. Staramy się rozmawiać z widownią najszczerzej, jak się da. Wszelki iluzjonizm, także w działaniach aktorskich nie tylko nas śmieszy ale irytuje. Podlegamy prawu ewolucji. Często ze szlachetnej niecierpliwości dokonujemy zmian rewolucyjnych. Burzymy wszstko, co było, żeby na tym miejscu zbudować nowe a owo „nowe” nie zawsze ma równie solidne fundamenty jak „stare”. Poszukując innej formy wpadamy w różne pułapki. Forma często staje sie niekomunikatywna. Pachnie pychą. Pozbawia nas emocjonalnego, wrecz intymnego związku z dziełem. Bywa również inaczej. Nie dawno obejrzałem w Łodzi przedstawienie w reżyserii pani Dudy-Gracz. Przedstawienie nie ukrywało, że zrywa folmalne stosunki z pierwowzorem, a pierwowzór niebyle jaki – Szekspir. Otrzymałem w to miejsce szczerą i wzruszającą opowieść – skargę. O sobie samym. O człowieku. Czułem się jakby ktoś zaglądał w najbardzie skrywane rejony mojego ja. Siedziałem na widowni i miałem wrażenie, że dostałem w prezencie coś bardzo istotnego, coś co długo będzie mi o sobie przypominać. Mam się za bardzo dobrego widza. Przychodzę do teatru i zapominam, że to jest miejsce, w którym pracuję. Czekam, aż bajka mnie wciągnie w swój świat i będę się zachowywał jak dziecko, które krzyczy z widowni do aktorów: nie idź tam! Tam jest zły czarodziej! Z Krzysztofem Warlikowskim, ktorego bardzo cenię, było trochę inaczej. Obaj szukaliśmy formy. Każdy z nas inaczej. Nie mogłem go zrozumieć. W końcu zrozumiałem jedno, że nie wiem o czym mam przekonywać widownię. Wiedziałem, że przyjdzie taki wieczór, kiedy trzeba to będzie zrobić, a ja stanę przed nią bezbronny. Musiałem zrezygnować.

Musiano kiedyś odwołać spektakl z pańskiego powodu?

Raz zaspałem. Odbyła się potem poważna rozmowa z dyrektorem Teatru Powszechnego Zygmuntem Hubnerem, wspaniałym człowiekiem. Miał dar skupiania wokół siebie niebanalnych ludzi. . Był jednym z nielicznych, którzy potrafią wydobywać talenty z drugich i trzecich planów.

Pana także w specyficzny sposób przyjmował do pracy.

Kiedy Dramatyczny się załamał, wiedziałem, że muszę coś ze sobą zrobić. Wcześniej jednak nigdy sam nie prosiłem o pracę. Nie z próżności, tylko źle pojętej skromności. Było to dla mnie zbyt krępujące. Dzisiaj uczy się odwrotnych zachowań, bo trzeba walczyć o swoje. W każdym razie wtedy odważyłem się po raz pierwszy i zadzwoniłem do dyrektora Teatru Powszechnego z prośbą o spotkanie. Zaprosił mnie następnego dnia. Przyszedłem. Poczęstował kawą i przez chwilę milczeliśmy. W końcu powiedział: „To chyba wiem, o czym będziemy rozmawiać. Ja na to: no właśnie. On: no to ja się cieszę, a pan?”. Rzecz jasna też się cieszyłem. Sprawa była załatwiona.

Powtarza pan za największymi mistrzami, że w roli trzeba się czuć wygodnie, jak w fotelu. Zdarzały się panu takie role, w których długo czuł się pan niewygodnie i dopiero z czasem się do nich przekonał?

Po przeczytaniu scenariusza „Przesłuchania” miałem poważne wątpliwości. Postać, którą przypadło mi grać była tak potworna, tak obrzydliwa, że nie potrafiłem nawet o niej spokojnie myśleć. Postanowiłem jednak przyjąć tę propozycję, bo wiedziałem, że to będzie ważny film. Później idąc na pierwsze dni zdjęciowe, czułem się jakbym szedł na ścięcie. Dopiero po kilku rozmowach z Bugajskim, zaczęło się wszystko układać. Jednak nawet po zakończeniu zdjęć miałem obawę, że ludzie na tyle utożsamią mnie z tamtą postacią, że na ulicach będą rzucać w moim kierunku kamieniami. Okazało się, że było zupełnie na odwrót. Film chodził w drugim obiegu. Któregoś razu na lotnisku, poprosiłem kogoś, żeby popilnował mi na chwilę bagażu. Kiedy podziękowałem, usłyszałem: „Proszę nie dziękować, to był mój obowiązek. Widziałem film…”.

Jakby się dzisiaj prezentował Turecki jako poseł? Idealnie by chyba pasował?

Może i idealnie, ale nie daj Boże (śmiech).

W której partii by się odnalazł?

Mógłby się znaleźć w każdej. Byle tylko istnieć. Mniejsza o ideały.

Dużo Tureckich w naszej dzisiejszej polityce?

Sporo. Ale chyba nie będziemy wyliczać?

Nie, bo nie starczyłoby nam miejsca. W stanie wojennym rzucił pan legitymacją partyjną. A skąd w ogóle pomysł, żeby się zapisać?

Nie rzuciłem tylko oddałem. Cokolwiek bym nie powiedział, zabrzmi to jak kwintesencja banału. Ale dobrze. Spróbujmy sobie wyobrazić młodego człowieka z małego miasteczka który po trzecim roku szkoły teatralnej rokował duże nadzieje. Przyszedł wtedy do niego profesor, którego młody człowiek bardzo szanował. Profesor powiedział: słuchaj, ja jestem członkiem partii. W naszym kraju nie wszystko mi się podoba. Jest wiele do zrobienia, trzeba wiele zmienić a kto to ma zrobić jak nie tacy, jak ty. Młodzi i zdolni. Przecież to wy i.t.d. Rozmawiał ze mną jeszcze kilka razy. Zawsze poważnie i wydawało mi się – zupełnie szczerze. Pomyślalem wtedy – ten facet ma chyba rację. Później dopiero zrozumiałem, że zupełnie nie umiem się w tej materii poruszać i że to jest ślepa uliczka, z której wcale nie łatwo było wtedy wyjść. W stanie wojennym poszedłem i oddałem legitymację. Wtedy postanowilem, że nigdy nie zapiszę się do niczego. Nawet do osiedlowego kółka rowarzystów.

Ktoś panu wypominał przynależność?

Tak. Czasem nawet dość brutalnie. Miałem też okazję zorientować się, jak działa ostracyzm. Musiałem jednak tę żabę połknąć, skoro sam sobie ją urodziłem.

Miał pan ogon?

Nie wiem czy miałem jakiś jeden osobisty ogon. Widziałem, że ogonów było wówczas co nie miara. Jeździłem po polsce z różnymi imprezami kabaretowymi. W restauracjach, hotelach, na dworcach, co chwila ktoś chciał się z nami napić wódki, porozmawiać. Trudno było się zorientować z kim ma się do czynienia. Niektórych można było rozpoznać po kilku pytaniach i od razu ucinać rozmowę

Zajrzał pan do swojej teczki?

Nie. I nie zamierzam. Sam siebie jestem pewien, a kto donosił na mnie, w ogóle mnie nie interesuje. Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby to sprawdzać. Nie warto.

Nigdy nie myślał pan o emigracji.

Nie. W najgorszych czasach, po stanie wojennym, dostałem propozycję, żeby w Londynie zagrać w polskim teatrze. Ale wtedy się rozwodziłem, ponadto miałem szlaban na paszport, który wycofano z Pagartu do dyspozycji odpowiednich władz. Zresztą zdawałem sobie doskonale sprawę, że na wyjazd na stałe można się decydować mając 20, może 25 lat. Osiąść, wejść w nowe środowisko, a przede wszystkim opanować język i to nie w stopniu umożliwiającym jedynie komunikację. Wyjechać, zagrać, wrócić, może tak. Ale ja, szczerze mówiąc, nie miałem takich propozycji. Nigdy serio nie myślałem o karierze zagranicznej.

A miałby pan ochotę zagrać w obcym języku?

Jako kolejne doświadczenie, rodzaj wyzwania, czemu nie. Mógłbym dać sobie radę w angielskim. Mam oczywiście świadomość, że gdy czytam współczesny tekst po polsku to wiem, jak jest napisany i gdzie można go poprawić, w przypadku tekstu angielskiego byłbym bezradny.

Powiedział pan kiedyś: „kilka razy w ciągu życia wyrastamy z siebie, zmieniamy się”. Łatwiej to dostrzec u siebie, czy u innych?

U innych trudniej. Obserwacje siłą rzeczy są bardziej pobieżne. Ale też nie wszyscy mają ochotę, czy też zdolność obserwowania samego siebie. Jestem zwolennikiem teorii, że co jakiś czas zmieniamy się dość radykalnie. Jakbyśmy zmieniali skurę. Ładunek doświadczenia musi w jakiś sposób procentować. Wydaje mi się, że ideałem jest zmierzać w życiu do szlachetnej prostoty.

Ile razy pan się zmieniał? To się da wyliczyć?

Zaryzykowałbym twierdzenie, że u mnie ta zmiana skóry następuje średnio co dziesięć lat. Zawsze się denerwowałem pod koniec każdej dekady, około siódmego, ósmego roku. Przeczuwałem coś złego. Że coś będzie nie w porządku. I bywało. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko coraz lepiej (śmiech).

Krytycy lubią powtarzać, że jest pan mistrzem detalu i bacznym obserwatorem ludzi. W związku z tym mamy pytanie od kompletnych laików. Czy pan obserwuje ludzi i odkłada na półkę ciekawe zachowania, reakcje, a później w miarę potrzeby z takiego zbioru korzysta?

Nie mam żadnego magazynu z minami. Kiedyś kolega, oczywiście nie z branży, powiedział mi komplement: „Słuchaj, rozumiem, że tekstu musisz się nauczyć, nie ma wyjścia. Ale te wszystkie miny zapamiętać po kolei, to jest dopiero numer…” (śmiech). Jeżeli się mówi o specjalnej zdolności do obserwowania ludzi, to ona się bierze sama z siebie. Pewne rzeczy zapamiętuje się nieświadomie. Później podczas pracy one przychodzą w postaci pomysłów i z nich się wybiera. Bierze to, co najciekawsze.

A gdyby miał pan zagrać samego siebie, taka kreacja byłaby ciekawa dla widzów?

W żadnym wypadku. Przecież nie po to zostałem aktorem, żeby udawać siebie.

RAMKI

W czasie „Pancernych…”, ale też długo po, często przekręcano moje nazwisko. Mylili się nawet konferansjerzy. „A teraz przed państwem ulubieniec wszystkich, nie trzeba przedstawiać, znany, kochany… Jonasz Golas”.

Na kolejny egzamin do szkoły teatralnej przyjechałem prosto z jednostki. W wojsku byłem rachmistrzem, co w praktyce oznaczało noszenie na plecach 32-kilogramowego stołu kreślarskiego. Pamiętam uwagi komisji w stylu: „Widać od razu, że chłopak zmężniał…” (śmiech). Pomogło. Dostałem się.

W dziesiątej klasie na WF-ie dostaliśmy rękawice bokserskie. Próbowałem boksować, ale to raczej ja dostawałem po głowie, nie koledzy. To była pierwsza i ostatnia moja bójka na pięści.

Przez długie lata śniły mi się koszmary zawodowe. Jestem w podziemiach opery i za chwilę kurtyna ma iść w górę, a ja nie potrafię znaleźć drogi na scenę, nie wiem, co mam śpiewać, co gorsza wiem, że nie umiem śpiewać i wiem, że nie zdążę przed ostatnim dzwonkiem. Budziłem się zlany zimnym potem.

Wybrane zdjęcia:

!cid_4A1BA367-2701-43B3-84E4-22B74A08E148@marquard.jpg

!cid_BF555F5E-FDF4-486C-BE30-5AB1F2968AD8@marquard.jpg

!cid_C5B3E96D-8C1F-4866-BC4E-4F78995976C2@marquard.jpg

!cid_7374A5B4-C560-415E-9994-2EC7EE91C69B@marquard.jpg

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*