Jan Frycz

Jan-Frycz

PLAYBOY nr 4, 2006

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


(Spotkaliśmy się na krakowskim Kazimierzu, w kolorowej knajpce nieopodal mieszkania naszego rozmówcy. Był ścisk. Kolorowa krakowska młodzież, wyglądająca zdecydowanie bardziej stylowo od nas, warszawiaków, popijała kolorowe napoje, paliła kolorowe papierosy i wydmuchiwała kolorowy, tęczowy dym. Być może dlatego nasza rozmowa zaczęła się tak, a nie inaczej…)

Fajną fuchę macie chłopaki, co?

Ale niestety nie ma nas przy rozbieranych sesjach…

A jak w ogóle znaleźliście się w PLAYBOYU?

Wszystkim mówimy, że mamy tę robotę, bo znamy naczelnego.

A co, może on jest gejem?

(Rechot). Z tego co nam wiadomo, to nie jest.

Ja nie mam nic przeciwko gejom. Szkoda tylko, że niektórzy brzydko się starzeją, ale to dotyczy nas wszystkich, nie tylko gejów. Przestań strzelać tym długopisem! No dobra, zaczynamy… Oczywiście rozumiem, że jesteście w tak samo głupiej sytuacji jak ja. Dobrze wiemy, że nie ma o czym gadać.

Dobry początek. Spodoba się Czytelnikom. To może zaczniemy od tego, dlaczego się pan zgodził na ten wywiad?

Bo mi kazali. Mam to w umowie. Muszę udzielać wywiadów w ramach promocji filmu.

To tak jak nam.

A wam kto kazał?

Naczelny. Ale powiedział, że jest pan ciężkim rozmówcą. Aż strach się bać, bo później pana żona pouczyła nas, że musimy być dobrze przygotowani…

Wychodzę z założenia, że aktorzy najczęściej nie mają nic do powiedzenia. A moja żona broni mnie, bo boję się rozmów z gatunku: „czy woli pan grać w kinie czy teatrze”.

To może nie będziemy rozmawiać o aktorstwie?

A o czym? O dupach?

Dokładnie. Podobno maluje pan akty.

Ja!? Malowałem akty w szkole podstawowej. Z wyobraźni. Potem sprzedawałem kolegom. A wy nie malowaliście?

My nie potrafimy.

Poproszę jakieś konkretniejsze pytanie.

Ależ proszę bardzo. Czy Dudek powinien grać na Mistrzostwach Świata?

(30 sekund ciszy). Trudne pytanie. Są ludzie, którzy się lepiej na tym znają niż ja. A już na pewno trener Paweł Janas. To tak jakbyście mnie zapytali, czy Małysz powinien dalej skakać.

A powinien?

To sakramentalne pytanie ładnie brzmi, ale odpowiedź nie jest prosta.

To może inaczej, czy pan by chciał, żeby Dudek grał?

Tą obroną w Lidze Mistrzów przejdzie do historii. Ja nie znam się na piłce, mimo że każdy się przecież zna, ale podobali mi się piłkarze, którzy grali z podniesioną głową. Pele, Cruyff i Deyna będąc przy piłce nie patrzyli pod nogi. Zawsze kontrolowali sytuację na całym boisku.

Jest pan kibicem?

Kibicuję Cracovii, a poza tym lubię prawdziwe, czyste zawody sportowe.

Jeden z naszych informatorów stwierdził, że jeżeli pan powie, że jest kibicem, to znaczy, że pan kłamie.

Bo ja wolę filozofować na temat sportu. Ostatnio jestem zafascynowany sportem skandynawskim. Chciałbym, żeby w sporcie zawsze chodziło o wynik, nie o pieniądze. Taki romantyzm w stylu skandynawskim.

Ma pan jakichś tamtejszych idoli?

Hamalainen, Kirvesniemi, Nykanen, Bystoel, no i oczywiście Roar Ljokelsoey! Już trzy lata temu w garderobie w teatrze powiedziałem, że ten facet będzie mistrzem.

Skąd pan wiedział?

Odniosłem wrażenie, że on chce tylko skakać. Tak samo na początku było z naszym Adamem. Ale będziemy rozmawiać o sporcie?

Nie tylko.

Sport to pierwszy syndrom degeneracji, jak powiedział Atanazy Bazakbal w Pożegnaniu jesieni Witkacego. Widzieliście ten film?

Oczywiście, jak wszystkie filmy Trelińskiego. Ale nie wszystkie nam się podobają.

Który na przykład? Będę bronił.

Egoiści na przykład.

Dlaczego? Uważam, że to jest dobry obraz tamtej rzeczywistości.

A dla nas nie ma takiej rzeczywistości. Grafomania.

Szanuję waszą opinię, ale mam inne zdanie. Ten film was obraża?

Nie, ten film nam się nie podoba.

Ale ukłony dla Trelińskiego na łamach PLAYBOYA wydrukujecie?

Właśnie to robimy. Wracamy do naszego informatora. Podobno bardzo często pan się z nim kłóci? Kto to może być?

Żona? Na pewno nie!

Niestety. Chodzi o Jana Nowickiego.

Aaaaaa, Janek. No tak. Kłócimy się o zasady aktorstwa.

Słyszeliśmy, że pana ulubionym filmem z jego udziałem jest Zostać Miss?

Nie. Ja nawet tego filmu nie widziałem! Wolę jego rolę Ketlinga z Pana Wołodyjowskiego. Giienialna (śmiech). Zawsze proszę, żeby powtórzył mi monolog o miłości. A on nie chce… Mówiąc poważnie, na Janka mogę zawsze liczyć.

Poza Nowickim wypomina pan rolę w Kiepskich Grabowskiemu.

Wypominałem. Szanuję go. Pokazał, jak należy zadbać o rodzinę. Wtedy takiej roli ja bym nie przyjął, dzisiaj spojrzenie na to wszystko trochę mi się zmieniło.

I nie drze pan kotów z innymi aktorami o ich role?

Nie wypada aktorowi oceniać innego aktora. Od tego jest publiczność i krytycy, których prawie nie ma. Aktorzy są jak call girls, czekają na telefon i stresują się, jak nikt nie dzwoni. W końcu ktoś dzwoni i mają swoje pięć minut. Nie ma aktorów wielkich bez przerwy, wielkich ciągle i nieustannie.

Kiedyś powiedział pan, że niektórzy aktorzy nie powinni brać się za reżyserię. Jakieś konkrety?

Już mówiłem, że nie będę oceniać. Skupmy się na pozytywach, nie mówmy o błędach. Uważam, że inteligentny aktor w pewnym momencie ma dosyć grania i chce wziąć sprawy w swoje ręce. Podoba mi się kino Stuhra, Eastwooda i Branagha, który Szekspirem nie męczy. To jest zresztą instrukcja obsługi i metoda na Szekspira: żeby go reżyserować lub grać, nie można się nim męczyć. W przeciwnym razie gówno z tego wynika.

Podobają się panu filmowe i teatralne postmodernistyczne przeróbki Szekspira?

Nie. Tu jestem tradycjonalistą i uważam, że to co u niego jarmarczne, proste i śmieszne jest najbardziej ludzkie. I takim powinno pozostać. O! Tak, jak w Zakochanym Szekspirze. Piękny film.

W sztuce aktorskiej najważniejsze są buty. Czyje to słowa?

Ryszarda Filipskiego. Chodzi o to, żeby nie stać na scenie w baletkach na gumie, ale stać na twardych, solidnych podeszwach. Jeżeli Hamlet w baletkach powie być albo nie być będzie innym Hamletem niż ten, który stoi twardo na ziemi. Wy pewnie widzielibyście Hamleta w kowbojkach (śmiech).

Co panu przynieść?

Smugglera.

AB: A ty co chcesz?

ŁK: Piwo.

Z ust ci będzie śmierdziało.

Nie szkodzi. My się nie całujemy…

Dobra, dobra…

Wróćmy na chwilę do Skandynawii. Był pan tam kiedyś?

Byłem w Danii i bardzo podobało mi się, że przez odsłonięte okna wszystko widać. Jak ludzie żyją, gotują, jedzą i ….gaszą światło.

Chciałby pan tak żyć?

A dlaczego nie? Tylko, że w Polsce, by to nie przeszło.

Skoro o podglądactwie mowa, co pan myśli o Big Brotherze?

Ścieki i głupoty, które zżynamy z tzw. Zachodu. To smutne, bo wychodzi na to, że polska kultura nie ma nic do zaoferowania. Oprócz tańców góralskich, oscypków i wódki Wyborowej. Nie patrzcie na mnie jak na idiotę, to jest prawda!

Nigdy nie byliśmy za mocni w kulturze.

W XVI i XVII wieku byliśmy super. A dzisiaj mam nadzieję, że pojawi się jeszcze ktoś taki jak np. Lupa. Wiecie, kto to jest Krystian Lupa?

Jak pan chce, możemy udawać, że nie wiemy. Będzie lepsza dramaturgia.

Sprytni jesteście.

Dlaczego zdolni reżyserzy przez całe życie kręcą reklamówki, usprawiedliwiając się tym, że zbierają kasę na swój film, którego i tak nigdy nie zrobią?

Bo jak już się dorobią, to nie mają erekcji.

Wychodzi na to, że żyjemy w kraju kulturalnych impotentów.

Trochę tak, ale gdzieś z oddali skradają się fajni, zdolni ludzie. Zobaczycie.

Zdarzyło się panu przedwcześnie zakończyć pracę na jakimś planie filmowym?

Nawet całkiem niedawno – z przyczyn leżących po stronie kierownictwa produkcji. To są poważne sprawy. Bo wiecie, ciągle jeszcze spotyka się ludzi z gatunku homo sovieticus: „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy”. Ja się na to nie zgadzam. A wracając do filmu – na planie najważniejszy jest reżyser, catering i ciepła przyczepa, w której aktor może poczekać na następne ujęcie.

No tak, ale co z biednymi, debiutującymi reżyserami, którzy o przyczepach nawet nie marzą?

To zupełnie co innego. Jeżeli mają pasję i szaleństwo w oczach, idę w to od razu. Tak było na przykład z Magdą Piekorz.

A jak było z Robertem Wichrowskim?

Robert to fantastyczny, inteligentny gość. Świetnie nam się pracowało. Francuski numer to dobry film. Wyszedł mu. Poza tym gra w nim Karolina Gruszka.

Chciałby pan obejrzeć ją na naszej rozkładówce?

A ona jeszcze nie była?! Jest piękną dziewczyną. Poza tym jest dla mnie wzorem wolności i bezinteresowności w tym zawodzie.

Mówi pan, że nie miał szczęścia ani do filmów, ani do reżyserów. Dlaczego?

Czasy były inne. Adam Michnik przed laty mnie zapytał: „To pan jest aktorem, który zagrał w tym chujowym filmie?” Chodziło mu o Wierne blizny. Przestań strzelać tym długopisem! Znerwicowany jesteś? O czym to ja… Poza tym jak skończyłem studia, to pierdolnął stan wojenny i pomyślałem sobie: „Kurwa! Dlaczego teraz?”. Z tamtych lat pamiętam jeszcze taką historię. W kawiarni hotelu Forum dosiadł się do mnie znany powszechnie w branży filmowej ubek z propozycją nie do odrzucenia. Mówię mu, że nie, nie będę grał w filmie o tym, jak rodziła się przyjaźń polsko-radziecka. A on na to: „No wie pan, możemy tak załatwić, że pan już w żadnym filmie nie zagra”. Zamknęły się wrota kariery. Przez trzy lata po kościołach mówiło się wiersze. Ale czy was to interesuje?

Nas wszystko interesuje. Nawet pana dwa lata w Warszawie. Jak się pracowało?

Jak byłem młody, to mi się świetnie pracowało. Dzisiaj w Warszawie pracuje mi się gorzej. Wszyscy gdzieś pędzą. Pytam taksówkarza: Panie, dokąd ci warszawiacy tak się spieszą? A on na to: A gdzie pan tu, kurwa, widzisz warszawiaka? Ale chciałbym pracować w Teatrze Narodowym. Może nawet niedługo coś z tego wyjdzie. Chcielibyście mnie zobaczyć na scenie w Warszawie?

Oczywiście.

Ale nie będę rapował…

To jednak trochę zawód.

(Śmiech). Życie u was jest droższe. W Krakowie piwo kosztuje 3,50, a w Warszawie od 5 w górę.

Ale od piwa śmierdzi z ust.

Smutna prawda. Wiecie, że ja reżyserów przede wszystkim wącham? Reżyser musi mieć przyjemny głos i ładnie pachnieć. Aktorzy też. Jak się kręci przez kilkanaście godzin scenę miłosną, to naprawdę jest ważne. Zastanawiam się, jak można grać w filmie porno?

Może jakiś zdolny student filmówki zaproponuje panu taką ciekawą rolę.

Lubię pracować ze studentami, bo cholera wie, co z nich wyrośnie. Czy to nie jakiś przyszły Fellini. Tak jak z wami. Myślę sobie, no trzeba iść, porozmawiać, trudno. Może coś z tego będzie. A nuż, jacyś fantastyczni ludzie. Dla wszystkich trzeba mieć szacunek… Czy ja was teraz obrażam?

Nie. A my pana?

Też nie (śmiech). To jedziemy dalej.

Dlaczego tak późno zrobił pan dyplom?

Byłem bardzo zdolnym studentem i już po trzecim roku wiedziałem, że będę miał angaż w teatrze. Popełniłem błąd, ale i tak się obroniłem, tyle, że 3 lata później.

Ale ożenił się pan za wcześnie.

Ożeniłem się bez sensu. Miałem 22 lata.

Z miłości pewnie?

Nie. Tak wyszło po prostu. Ale co to jest „Gala” czy PLAYBOY?

(Śmiech) Skoro ożenił się pan za wcześnie, to jaki wiek jest do tego odpowiedni?

Żeby tak efektownie zabrzmiało… 33. Nie, nie, nigdy nie jest za późno. Chodzi o to, żeby potem wiszącym brzuchem nie zasmucać dziewczyny, która ma 19 lat. Ale, dlaczego my rozmawiamy o takich rzeczach? Dlaczego nie rozmawiamy na przykład o literaturze?

Bo my jesteśmy zawodowcami. Robimy wywiad dla PLAYBOYA, a nie „Literatury na świecie”. Przecież pan też inaczej gra Hamleta, a inaczej Świętoszka.

Podoba mi się taka odpowiedź. Swoją drogą, jakbyście chcieli grać Szekspira, to się przy tym nie męczcie, bo nic wam nie wyjdzie.

To już wiemy. Dla odmiany porozmawiajmy trochę o literaturze (śmiech). Powieść epokowa to dla pana…

Sto lat samotności. Wytchnienie… Książka o tym, że literatura jest wieczna.

A mówił pan, że pisarzy iberoamerykańskich nie lubi.

A skąd to wiecie?!

Pańska żona radziła, żebyśmy się dobrze przygotowali.

Kiedyś wszyscy ich czytali. Moda była. Teraz sobie spokojnie czytam, jak już Márquez jest passe w towarzystwie, a w rankingach wygrywa literatura pisana z „przerwami na reklamę”, np. książki Dana Browna.

Dokończył pan sklejanie modelu „Mayflower”?

Tak. Ale poprzestałem na jednym żaglu, żeby nie zasłaniać olinowania. Teraz robię „Golden Hind”. To mój siódmy żaglowiec. Taka praca w ramach walki z piciem. Bo, jak wiecie, aktorzy piją. A właśnie tym wywiadem przerwaliście mi pracę. Jestem przy pokrywaniu kadłuba. Więc kończmy tę rozmowę, bo chciałem wrócić do domu.

Chyba z czystym sumieniem możemy kontynuować. I tak pan już dzisiaj nie siądzie do klejenia.

Racja. Nie wolno sklejać modelu nawet po jednej lampce Smugglera. To jest praca z drzewem. Trzeba dociąć, doszlifować, wygiąć na parze. Precyzyjna robota. W ogóle filozofia żagli to coś niesłychanego. Żagiel nie ma formy, dopiero wiatr mu ją nadaje. I wtedy jest nie tylko łapaczem wiatru, ale łapaczem bytu. Przychodzi ten moment postawienia żagla – złapania wiatru. Coś niezwykłego się dzieje. Czy nam się to wydaje, czy jest to naprawdę? Platon?

A pan żegluje, czy tylko klei?

Mam chorobę morską.

I pewnie powodzenie u kobiet?

Owszem mam. Bolesne jest tylko to, że one nie traktują mnie poważnie. Eee, to jest aktor, on tylko udaje.

Chłopięca uroda zawsze robiła wrażenie na płci przeciwnej…

Tak, byłem ładnym chłopcem z grubym głosem. I… brakowało harmonii. Adam Hanuszkiewicz kiedyś powiedział do mnie: „Musisz trochę poczekać, swoje przeżyć, trochę dopić, by to wszystko zestroiło się w jedną całość”. Mam nadzieję, że w tym momencie głos i uroda już się zgrały (śmiech).

Słyszeliśmy, że na planie Pręg udawał pan nieprzyjemnego gbura przed Wackiem Adamczykiem, grającym Wojtusia, żeby przygotować go do roli.

Mało z nim rozmawiałem.

Właśnie. Ponoć chłopiec bał się pana i dlatego tak dobrze zagrał.

Poza pracą omijaliśmy się, lecz któregoś dnia, w przerwie kręcenia sceny w kościele, czekając na ujęcie, zapytał: „pan to w Krakowie gdzie mieszka?”. Ja mu odpowiadam, że na Kazimierzu. „Hmm… Będę tam kiedyś musiał przyjechać na rowerze”. Miłe, nie?

A jaki ma pan wpływ na próby aktorskie swoich dzieci?

Powiem krótko. Nie miałem nigdy nic wspólnego z tym, że moje dzieci występowały w rolach dziecięcych i tak samo nic wspólnego z ich późniejszymi studiami aktorskimi. To zasługa mojej byłej żony. Powtarzam, nie mam z tym nic wspólnego. Aktorstwo to wiele złych rzeczy w życiu.

Przykłady?

Chybotliwość nastrojów, niepewność bytu, zadzwonią nie zadzwonią etc., etc. Nie wiem czy wy też tego doświadczacie? Jak macie podpisane umowy?

Nie mamy (śmiech). A jakby pan wygrał 20 milionów w Totka, to dalej by pan grał na scenie?

Jak ja bym wygrał… Założyłbym fundację, nie wiem – na rzecz chorych dzieci…, może jakieś stypendium dla młodych zdolnych, a potem żył sobie spokojnie. Brałbym jedną rolę na rok i cieszyłbym się życiem. O! Pomógłbym Krysi Jandzie dokończyć budowę teatru.

A pan wziąłby udział w reklamie?

W porno filmie i reklamie – jestem pierwszy (śmiech). Lepiej już kończmy. Ale coś wam jeszcze powiem. Przypomniało mi się takie zdanie chyba Jeana Geneta, jeśli chodzi o teatr i aktorstwo. On pisze tak: „Scena. Na scenie stół. Na stole wazon. A w wazonie sztuczne kwiaty”. Ciekawe, co?

Przypomniała się panu ta sentencja jako pointa do tej rozmowy?

Właśnie. To chyba na tym skończymy…

Jeszcze jedno. Czy chciał pan być kiedyś Mickiem Jaggerem?

Skąd wiecie?! Mick Jagger! Aleście trafili w czuły punkt! Jadę niedługo na koncert Stonesów. Wiecie, jedyne pocieszenie w tym, że Mick Jagger jest… kiepskim aktorem! I to mnie trzyma przy życiu. Jakby on jeszcze dobrze grał, musiałbym się zabić. Amen.

(Jan Frycz zaczyna śpiewać: She would never say where she came from / Yesterday don’t matter if it’s gone…)

Tagi:

3 komentarze
Skomentuj »

  1. Kocham tego Pana:)

  2. Super wywiad. Pan Janek świetny facet ;)

  3. Jest bardzo prostacki w wypowiedziach.Wolę go oglądać w filmach.Mam wrażenie patrząc na jego twarz,że bardzo dużo pije,ale na pewno nie napoje orzeźwiające.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*