Jacek Wszoła

Jacek-Wszola

PLAYBOY nr 8, 2008

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Georgiew


Jak to jest: być bohaterem komiksu?

Tak samo jak jednym z haseł w każdej encyklopedii. W czasach mojej młodości zbierało się Kapitana Żbika, teraz można zbierać Olimpijczyków. Uważam, że pomysł „Gazety Wyborczej” jest znakomity.

Ma pan jakieś zastrzeżenia do swojej rysunkowej postaci?

Nie. Zależało mi tylko, żeby w miarę wiernie oddać stadion lekkoatletyczny. Męczyłem rysowników, ale ze słabym skutkiem. Generalnie jednak, jeżeli ten komiks zachęci choćby pięciu chłopaków do przyjścia na stadion, to już będzie sukces.

Pański przykład pokazuje, że na rozpoczęcie kariery nie jest za późno nawet w wieku kilkunastu lat. Dzisiaj mistrzowie olimpijscy muszą zaczynać znacznie wcześniej.

Dlaczego? Pamiętajcie, że ja przed skokami trenowałem inne dyscypliny lekkoatletyczne, pływałem i byłem gimnastykiem.

Czy to znaczy, że gdyby nagle szybko pan nie urósł, byłby pan reprezentantem Polski w gimnastyce artystycznej?

Nie, bo raz zrobiłem taki odmach na kółkach do kołowrotu tyłem, że zwaliłem się na ryj. Do dziś mam szwy. Wtedy przeszła mi gimnastyka.

Skoki są mniej kontuzyjne?

Skoki tak, treningi nie. Każdy skoczek ma problemy ze stawami i kręgosłupem. Ja sam miałem operacje na obydwa kolana i staw skokowy. Wszystko przez treningi. Ale i tak uważam, że wyszedłem cało ze sportu (śmiech).

Niczego pan nie żałuje?

Dzisiaj, jeżeli skakałbym na swoim poziomie sprzed dwudziestu lat, zarobiłbym parę milionów dolarów i startował o kilka lat krócej. Żałuję, że skakałem za długo.

A tego, że nie został pan prawnikiem?

Też żałuję. Od rana do wieczora siedziałbym sobie dzisiaj w kancelarii w garniaku szytym na miarę…

I nosiłby pan bryle.

I tak noszę… Coś za coś. Jak studiowałem, nie miałem czasu na trening, wypoczynek i regularne jedzenie. Jak trenowałem, nie miałem czasu na naukę. I tak wszyscy profesorowie wykazywali dużą tolerancję wobec mnie. Studiowałem trzy lata, ale cały czas miałem zaległości z pierwszego roku.

A co wyniósł pan z technikum łączności?

Nic, bo jak je kończyłem funkcjonowały już elektroniczne półprzewodniki, a my kręciliśmy jeszcze korbą. Pamiętam, że na koniec technikum kolega zrobił mi jakieś urządzenie z dwiema świecącymi lampkami. Tylko dlatego technikum skończyłem (śmiech).

Gdyby został pan specem od łączności albo prawnikiem nie dostawałby pan tylu listów od wielbicielek.

To fakt. Najwięcej listów dostałem w klasie maturalnej tuż po Igrzyskach w Montrealu.

Jakieś propozycje matrymonialne?

Nie pamiętam. Mama głównie czytała (śmiech).

Żadnego listu pan nie zapamiętał?

Pewnego razu dostałem list od byłego kawalerzysty. Facet odniósł siedemnaście ran w bitwach, przeżył wszystko, co najgorsze, mieszkał w Londynie i był inwalidą wojennym. Pisząc do mnie, stwierdził, że nigdy nie czuł się tak szczęśliwy i dumny aż do momentu, kiedy skoczyłem po złoto. Przywróciłem mu wiarę w to, że Polska kiedyś będzie silna. Można się popłakać, czytając coś takiego. To jest czad! Skakałem dla siebie, walczyłem z wiatrem, deszczem, upływającym czasem; rozbierałem się, ubierałem; miałem ochotę zapalić, ale nie mogłem, mimo że między skokami była aż godzinna przerwa. Igrzyska wygrałem na luzie i było to dla mnie powszednie jak poranne jedzenie płatków na mleku. Aż tu nagle dostaję taki list… I okazuje się, że to moje głupie skakanie dla kogoś znaczy bardzo wiele. Coś więcej niż dla mnie. Bo ja myślałem tylko o tym, żeby pojechać na zawody i wszystkim wpieprzyć.

A co z listami od fanek?

Odpowiedziałem na jeden list i do dzisiaj żałuję. Nieświadomie spowodowałem staropanieństwo pewnej damy. A napisałem do niej tylko: „Dzięki”. Dziewczyna wkręciła się jak swego czasu siusiumajtki za Rolling Stonesami. Wszystko o mnie wiedziała, więc nie uciekło jej również to, że chodzę na koncerty jazzowe. I na jednym z Jazz Jamboree zauważyłem dziewczynę, która patrzy na mnie, a łzy ciekną jej po policzkach. Podeszła do mnie i przyznała się, że ona to ta od listu. Wiem, że po trzydziestu latach nadal jest starą panną, bo drugiego Wszoły nie spotkała… Okazało się, że czasami jednak nie warto wkręcać swojej obojętności w czyjeś życie.

Nie wierzymy, że popularność wśród nastolatek mimo wszystko pana wtedy nie łechtała.

Oczywiście, że łechtała. Opowiem pewną historię. Moim idolem zawsze był Rosjanin Walery Brumel. Dlatego tak ważne było dla mnie pobicie jego trzynastoletniego rekordu Europy. Kiedy mi się w końcu udało – w Koblencji w 1976 roku – spotkałem się ze stadem nakręconych Niemek, którym składałem autografy na rękach, piersiach i pupach. Było to bardzo przyjemne. I dopiero wtedy ten mały Romek z Polski, czyli ja, zaczął się zastanawiać, co musi czuć taki Mick Jagger.

Do którego zresztą jest pan podobny. I to bardzo.

Podobno. Słyszałem już takie porównania. Mick ma szczęście, że nie śpiewam tak dobrze.

A jakby pan śpiewał?

To bym nie skakał (śmiech).

Co się stało z koralikami z Montrealu i Moskwy?

Zabrał je złodziej, który włamał się do naszego domu. Dostałem je od narzeczonej. Były bardzo fartowne. Szkoda ich. Ale jeszcze bardziej żałuję, że złodziej ukradł także srebrny medal olimpijski Tadeusza Ślusarskiego. Po jego śmierci rodzina była zmuszona sprzedać dom i poproszono mnie, żebym go na chwilę przeprowadzki przechował. Odwoływałem się przez media do złodziejskiego honoru. Medal jest przecież niesprzedawalny, w końcu kruszcu w nim tyle, co kot napłakał. Honor złodzieja dzisiaj nie istnieje.

Myślał pan kiedyś, żeby ubiegać się o złoto za Moskwę? Po latach okazało się, że Niemiec Wessig, który wtedy pana pokonał, był na ostrym koksie.

Może ktoś kiedyś postanowi wszcząć postępowanie w tej sprawie. Skoro mamy dowody, to może warto przywrócić nadzieję w normalność? Być może złoto Gerdowi Wessigowi trzeba odebrać. Ale na pewno nie ja będę prokuratorem w tej sprawie. Zwróćcie uwagę, że takie przypadki są szczególnie ważne dla tych, którzy zajęli czwarte miejsca…

Pan jako sportowiec – choć zabrzmi to dziwnie – jest ogromnym pechowcem.

Wielu pewnie chciałoby mieć takiego pecha. Nie mogę mieć pretensji do losu, ale poniekąd macie rację. Pech mnie prześladował. Bo co można zrobić więcej w swojej dziedzinie, po zdobyciu olimpijskiego złota w wieku 19 lat? Skąd brać napęd do dalszej pracy? Tylko z marzeń o kolejnych olimpijskich złotach. Nikt wcześniej nie zdobył w skoku wzwyż dwóch złotych medali. Do dziś zresztą nikomu się to nie udało. W Moskwie przegrałem z dopingiem Wessiga, a do Los Angeles Polacy nie pojechali.

Ale miał pan ponoć pomysł, żeby startować pod flagą olimpijską.

Rozmawiałem z sekretarzem Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej – Johnem Holtem i pytałem go, co by było, gdybym – wzorem szwedzkiej ekipy w Moskwie – wystartował pod flagą olimpijską. Holt stwierdził: „Byłbyś medialną gwiazdą igrzysk, ale pamiętaj o tym, że po takim numerze nie wróciłbyś do Polski. Co będzie z twoją rodziną? Wiesz, w jakim kraju żyjesz”.

A jakby pan zdobył medal? Byłby tylko pański, czy też polski?

Formuła jest czytelna. Medale zdobywa się dla siebie i kraju. W tym wypadku spiker pewnie powiedziałby: „The winner is Jacek Wszoła for Poland”. Czy Polska mogłaby być dumna z tego medalu, czy musiałaby się go wstydzić? Zwróćcie uwagę, że do tej pory nikt nie przeprosił sportowców, którzy nie polecieli na igrzyska do Los Angeles.

Pekinu chyba już nikt nie zbojkotuje.

Te igrzyska to absurd, ale świat w tej chwili jest w całości porąbany. Trzeba jednak dać jakiś margines świętego spokoju sportowcom. Nie można stawiać ich przed kamerami i mediami i pytać: „Dlaczego nie jesteś za poszanowaniem praw człowieka w Tybecie?”. Każdy sportowiec ma się martwić o swoje zdrowie, bagaże, jadłospis, aklimatyzację oraz o to, czy w hotelu nie będzie miał za ścianą orkiestry murzyńskich bębniarzy…

Zdarzało się tak panu?

Zawsze tak jest (śmiech). Dlaczego niby sportowcy mają nie jechać na igrzyska? Bo jak pojadą, to będzie nieładnie? A dlaczego nie protestujemy już przeciwko igrzyskom w Soczi? Jaki chuj zdecydował, że to właśnie tam będą jeździć na nartach w 2014 roku? A Czeczenia to co? Pikuś? Albo oddzielamy sport od polityki albo nie. Kurwa, przecież polityka nie powinna mieć na sport żadnego wpływu!

Jaka jest najlepsza forma protestu?

Pojechać na igrzyska i nie zdobyć żadnego medalu. I to może się nam udać (śmiech). Nieprzypadkowo Tybetańczycy tuż przed igrzyskami zaczęli się mocniej stawiać, bo w kontekście igrzysk wszyscy teraz o nich głośno mówią. Czyli jest dobrze, sprawa jest nagłośniona. Tylko idiota nie solidaryzuje się z Tybetem – to jasne. Ale też tylko idiota mógłby chcieć nie dać szansy zdobycia medalu przez reprezentanta własnego kraju. A takich idiotów w przeszłości nie brakowało. Wszystkie igrzyska, na których byłem, lub – dzięki takim decyzjom – nie byłem, były zbojkotowane przez część państw. W Montrealu nie startowała większość krajów afrykańskich, w Moskwie nie startował Zachód, a w Los Angeles nie było nas, czyli Wschodu. Sotomayor, który jako 17-latek skakał 2,35 m, mógł zdobyć parę złotych medali na kolejnych igrzyskach! Gdyby mógł na nich startować…

Skakał pan z nim?

Oczywiście, bo on na arenie międzynarodowej pojawił się w 1985 roku. Parę razy z nim wygrałem, wielokrotnie przegrałem. Nigdy nie zapomnę, jak bił rekord świata w Salamance w 1988 roku. Poźniej w hotelu w recepcji usłyszałem krzyk, że do Sotomayora dzwoni sam El Commandante. Patrzę, a Javier rozmawia z Fidelem prawie na klęczkach. Pomyślałem, że go pogięło, ale żeby aż tak? Bez wazeliny? Okazało się, że kabina telefoniczna miała 180 cm, telefon był na wysokości 140 cm, a sznurek do telefonu miał 10 cm (śmiech).

Pan w „maluchu” musiał wyglądać równie komicznie.

Musiałem zmienić kierownicę na o wiele mniejszą. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju tuning (śmiech). Dzięki temu miałem miejsce na kolana. I tak przejechałem z dwa miesiące aż do wypadku, w którym maluch dosłownie rozsypał się na kawałki. Wpadłem w poślizg i przywaliłem w barierkę na Trasie Łazienkowskiej. Ja cały, auto nie.

Proszę nam wyjaśnić – jak to jest, że pana rekord świata – 2,35 m z 1980 roku dziś jest rezultatem osiąganym przez niewielu? A jak już ktoś tyle skoczy, to na ogół wygrywa zawody.

Myślę, że Sotomayor odebrał zawodnikom motywację. Poza tym, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Najlepsi w lekkiej atletyce zarabiają gigantyczną kasę. Ale ich jest pięciu, dziesięciu w jednej konkurencji. A pozostali? Zarabiają tyle, co 30 lat temu. Dzisiaj lepiej być rezerwowym w zawodowej drużynie koszykarskiej lub siatkarskiej niż dwunastym na świecie w skoku wzwyż. Zawsze zadawałem sobie pytanie, co by było gdyby skok wzwyż uprawiali Michael Jordan albo Scottie Pippen. W końcu dostałem odpowiedź. W zeszłym roku w Osace mistrzem świata został Donald Thomas (bahamski lekkoatleta, który skoczkiem wzwyż został na początku roku 2006. Podobno pierwszego dnia uprawiania tej dyscypliny skoczył 2,15 m – przyp. red.), były koszykarz. Jego rekord życiowy to 2,35 m. Taki jak mój. A facet nie ma pojęcia o technice.

Jest aż tak źle?

On skacze jak cudak. Wymachuje rękami i nogami. Teoretycznie robi wszystko, żeby poprzeczki nie pokonać. Wychodzi do góry, po czym kuli się, jakby chciał najpierw podciągnąć nogi. W rezultacie wygląda to tak, jakby leżał na poprzeczce. I co z tego? Ważne, że wygrywa. Porównajcie sobie przepiękną technikę Artura Partyki z żadną Thomasa i macie odpowiedź. To, jak się pokonuje poprzeczkę, nie ma najmniejszego znaczenia.

A jak ktoś zacznie skakać „tygryskiem”?

Warunkiem zaliczenia skoku wzwyż jest odbicie jednonóż. Dla mnie „skok tygryskiem” polega na wybiciu z dwóch nóg. Ale gdyby nawet dopuścić taką metodę, to nie wróżę jej sukcesów, bo skoczkowie wzwyż wykorzystują siłę odśrodkową, a „tygryskiem” skacze się na wprost. Nie ma wtedy szans na pokonanie wysoko zawieszonej poprzeczki.

Przewiduje pan rewolucję w technice skoku wzwyż?

Na razie największą rewolucją była zmiana sposobu rozbiegu, dzięki której zawodnicy zaczęli wykorzystywać siłę odśrodkową. Na tym polu raczej niewiele da się poprawić. Być może kiedyś ktoś wpadnie na to, że łatwiej pochylić się do przodu niż wygiąć do tyłu. Jeśli połączy ten pomysł z rozbiegiem i odbiciem, to może być ciekawie. W takim przypadku po odbiciu zawodnik musi wykonać obrót 460 stopni i pokonać poprzeczkę twarzą do niej. Ponoć da się to zrobić. Próby już były, ale niezbyt udane.

Lekkoatletyka to także sztuka koncentracji. Jej formy bywają naprawdę szokujące.

Myślę, że wiele tych ruchów jest wystudiowanych.

Monika Pyrek?

Suszy dłoń. Dłonie od adrenaliny wilgotnieją. Dość zabawnie to wygląda, fakt. Ale zobaczcie, co robi Stefan Holm? Ciągle poprawia fryzurę… To, że niektórzy wyrywają sobie zęby, smarczą i plują świadczy o tym, że mają problemy z własnymi emocjami. Może nad takimi rzeczami rzeczywiście się nie panuje. Ja w każdym razie nie wierzę w to, co powtarzają zawodnicy, że przed skokiem nie widzą, nie słyszą i są tylko oni i poprzeczka. Ja słyszałem i widziałem.

A czy dzisiaj widzi pan kandydatkę-lekkoatletkę na Playmate PLAYBOYA?

Pewnie. Na przykład Blanka Vlasic – 193 cm wzrostu. Kalendarz Pirelli i PLAYBOY – oby szybko. Susanna Kallur też by się pięknie prezentowała. Pogadajcie z naczelnym (śmiech).

Zdarzało się panu uprawiać seks tuż przed zawodami?

Oczywiście. I nie był to dobry pomysł. Nie chodzi jednak o utratę sił – to jest bzdet. Brakowało wtedy rytuału, standardu zachowań przed startem, czyli długiego spania, łóżkowej przyczajki przed telewizorem, kawy, gazety czy książki. To tak jak przyjazd żony przed zawodami: parę godzin spaceru po sklepach i dupa. Nogi uklepane, wyniku nie ma.

Kiedy dowiedział się pan, że ma tylko jedną nerkę?

Parę lat temu. Wydawać by się mogło, że sportowcy powinni być pod szczególną opieką lekarzy. Ale kto słyszał w Polsce w latach 70. o USG lub rezonansie? Dziwne jednak, że żaden z lekarzy nie skojarzył faktów. Przez całą karierę miałem powtarzające się regularnie kłopoty. Lekarze tylko wzruszali ramionami.

Jakie były objawy?

Nagle traciłem kompletnie siły. Nie dawałem rady wstawać z łóżka. Wyciągałem się z tego stanu tygodniami.

A może to była kwestia palenia?

Bez przesady. Nie paliłem aż tak dużo, ale to absurdalne, że zacząłem palić, gdy zetknąłem się ze sportem wyczynowym. Mając dzisiejszą mądrość, pewnie nigdy bym nie zaczął. Ale co to dla mnie? Tyle razy rzucałem, jeszcze raz spróbuję.

Wcześnie pan zajął się biznesem.

Już na początku lat 80. Z Marianem Woroninem kupiliśmy dwie wtryskarki do tworzyw sztucznych. Zapomnieliśmy jednak, że trzeba mieć do nich półprodukt, czyli granulat. W końcu znaleźliśmy ogłoszenie „sprzedam granulat”. Pojechaliśmy do jakiejś zadupiastej, syfiastej i zabłoconej wsi w okolicach Wołomina. Wychodzimy z samochodu na zagracone podwórko, na którym widzimy traktory i rozkładającą się stodołę. Jest ciemny listopad, późne popołudnie. Słychać tylko szczekające psy. Nagle wychodzi facet w białym kowbojskim kapeluszu, białym płaszczu, białych dżinsach i w białych skórzanych kowbojkach. Biznesmen sprzedający bezbarwny polipropylen! Kupiliśmy wszystko, co miał (śmiech). Ale i tak nie mieliśmy serca, czasu i cierpliwości i wszystko oddaliśmy siostrze Mariana. Nic nie wytworzyliśmy.

A jak wspomina pan pracę trenera za kołem podbiegunowym?

Wspaniale, chociaż było to trudne doświadczenie. Traciłem tam poczucie czasu. Poza tym jako facet wesoły, otwarty i ceniący dobre towarzystwo bywałem zapraszany na różne uroczystości, na przykład na urodziny swoich zawodników. I zawsze byłem jedynym gościem, który coś mówił! – Jak tam? Coś zimno dzisiaj! – Joho. – Fajnie się bawicie? – Joho. Wszyscy milczą i patrzą się na siebie. Myślałem, że wytrzymam tam z dwa lata, ale nie doceniłem natury. Chciałem robić tam to, co w Polsce, czyli biegać na dworze. Niestety przy -40 st. biegać się da, ale nie oddychać. Jest też ciemno i wtedy trzeba coś zrobić z wolnym czasem. Doszło do tego, że prowadziłem za friko zajęcia lekkoatletyczne dla szkoły i wykładałem historię powszechną, z Potopem w roli głównej. Byłem znudzony i bezradny. Jak miałem nauczyć zmęczonego faceta, który cały dzień zapieprza na budowie, skakania i biegania? To tak jakby renifera nauczyć skakać na Wielkiej Pardubickiej.

Rzeczy niemożliwe czasami jednak okazują się możliwe. Na przykład przemycanie „lisów” w oponach kolarzówek.

Fachowcami w tej dziedzinie są oczywiście kolarze i to ich trzeba by spytać, jak to robili. Słyszałem, że w jedną oponę wchodziło nawet sześć lisów. My, jako lekkoatleci, byliśmy trochę uprzywilejowani. Zarabialiśmy ogromne, jak na tamte czasy, pieniądze i niczego nam nie brakowało. Nie musieliśmy przemycać. Ale żeby nie wyszło na to, że lekkoatleci nie mieli dobrych pomysłów… Jeden z moich kolegów przemycał do Francji kawior w zbiorniku paliwowym swojego samochodu. Co półtorej godziny stawaliśmy, żeby zatankować (śmiech). Zbiornik był podzielony na pół, zaspawany i do jednej połówki lało się paliwo, a w drugiej leżał sobie w szklanych opakowaniach kawior.

Po przygodzie szwedzkiej, miał pan szansę na przygodę irlandzką.

Miałem pracować na bardzo dobrych warunkach jako trener w klubie tenisowym w Dublinie. Wszystko już w zasadzie załatwiłem, ale znienacka dostałem inną, lepszą propozycję od Hush Puppies, właściciela brandu Brooks – marki bardzo dobrych butów sportowych. Miałem być szefem wschodnioeuropejskiego przedstawicielstwa tej firmy. Padł mur berliński i – niestety dla mnie – chłopaki zaczęli ogarniać rynek w NRD, rezygnując całkowicie z działalności w Polsce. Zostałem bez butów i bez tenisa.

Bez butów na pewno. Ale niebawem zaczął pan produkować kurtki. Pod jaką marką?

Nie pamiętam. Ale były to całkiem porządne ciuchy, w których chodziło pół Polski. Mieliśmy problem z ozdobieniem kurtek, bo nie chcieliśmy, żeby wyglądały nijako i monotonnie. Aż tu nagle wpadł nam do głowy pomysł! Do ozdoby zużyliśmy dziesiątki kilometrów tasiemek od staników. Naszywaliśmy je z boczków. Coś a la Adidas (śmiech). To był bardzo dobry interes. Zatrudnialiśmy masę szwaczek.

Potem był kantor.

Prowadziłem ten interes bardzo krótko, bo nie byłem w stanie przy szalejącej inflacji kupować tyle, co trzeba. Poza tym można było wtedy dostać w łeb albo i pożegnać się z życiem.

Otworzył pan sklep sportowy.

Był to sklep w jednym z pierwszych warszawskich centrów handlowych na Ursynowie. Zaprzyjaźniłem się z facetem, z którym podpisywałem umowę najmu powierzchni na sklep. Powiedziałem mu, że gdyby wybetonować pole kapusty, to można byłoby na nim robić jakieś akcje promocyjne sklepu. A on na to: „Tam są inne plany. Chcecie mieć fitness club?”. Marzyłem o tym od 20 lat, no i poszło. To najlepszy interes mojego życia. Dzisiaj mamy już 25 klubów Gymnasion w całej Polsce.

Na skróty:

Między pierwszą a drugą klasą technikum, przez cztery miesiące, urosłem czternaście centymetrów.

Kiedyś ktoś zażartował, że jak bym coś wziął, to skakałbym 2,50 m.

Sport jest dla ludzi młodych i trwa bardzo krótko.

Codziennie się golimy, nawet się myjemy, ale nie trenujemy serca. A potem czterdziestolatek nie może podnieść na prostych rękach swojej dziesięcioletniej córki. Ja cię sunę!

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*