Jacek Borcuch

PLAYBOY nr 11, 2011 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik

Czy twój następny film też będzie dla nas?

A który był dla was?

Wszystkie.

To fajnie. Bo ja robię filmy dla siebie. Zaspokajam swoją wyobraźnie. Jeżeli waszą również, to bardzo mi miło. Możemy się spokojnie umówić, że robię kino dla nas trzech (śmiech). Pytanie tylko, czy dalej będziemy mieli ochotę na to samo.

Nie mamy wrażenia, że twoje filmy są takie same.

Powiem wam, że po Tulipanach chciałem zrobić coś zupełnie innego. Ale się nie udało. Wszystko, co kocham jest przepełnione melancholią. Teraz robię historię na wskroś współczesną i mam nadzieję, że tym razem tego uniknę.

No to nie gwarantujemy, że nam się spodoba…

(Śmiech). Tulipany to jest marzenie o tym, żeby życie było piękne do końca. Żeby starość była wspaniała, bez chorób, bez niedołężności, z miłością, w blasku słońca. Wszystko, co kocham to skok w kulturową przeszłość. Ten film jest o tym, co się wydarzyło ze mną na koncercie Beastie Boys. Chłopaki zagrali w starym stylu, bardzo punkowo. I zdałem sobie sprawę, że nie mam już nawet w domu muzyki, której słuchałem będąc nastolatkiem. A to przecież była wtedy dla mnie najważniejsza rzecz na świecie. Utraciłem gdzieś swoją przeszłość. I dzięki Beastie Boys ją odzyskałem. Powróciły wspomnienia pierwszego wina, papierosa, pierwszego seksu… Zresztą, po co o tym opowiadać. Filmy więcej o mnie mówią, niż jestem w stanie powiedzieć w jakimkolwiek wywiadzie.

A co powie o tobie nowy film?

Powie o tym, co dzieje się w moim życiu teraz. Jako czterdziestolatek postanowiłem wreszcie zmierzyć się z rzeczywistością. Część zdjęć kręcimy w Polsce, a część w Hiszpanii.

Javier Bardem dostał scenariusz?

To byłoby zbyt banalne. Dlatego pomyślałem o jego bracie Carlosie, który jest mniej oczywisty i do tego bardzo ciekawy. W międzyczasie jednak udało się porozumieć z Angelą Moliną, która zgodziła się zagrać. Doszedłem do wniosku, że Molina i Bardem to trochę za dużo. Zatrudniłem więc innego, nieznanego, hiszpańskiego aktora.

I Andrzeja Chyrę…

Za każdym razem mam plan, by go nie zatrudniać. I zawsze wychodzi, jak widzicie. Zaczynam od epizodu dla Chyry, kończę na roli głównej… Tym razem zamieniłem matkę bohaterki na ojca. Pomyślałem – co się będę wygłupiał z jakąś matką, skoro jest Chyra (śmiech).

Kiedy zrezygnowałeś ze szkoły aktorskiej, na prawie pół roku wyjechałeś do Hiszpanii. Rozumiemy, że film nawiązuje do tamtych wydarzeń.

Nie. To zupełnie inna historia. Tamta jest gotową opowieścią na oddzielny film. Julek Machulski, który ją zna, powiedział mi, że to jest gotowy kinowy hit. Faktycznie całość składa się w idealny scenariusz. Nawet nie trzeba by go ubarwiać, bo prawda jest barwna aż nadto.

No to musisz nam opowiedzieć.

Nie mogę. Nie mam pewności, że wszystkie sprawy już się przedawniły (śmiech).

Kilka na pewno.

No dobra. Ale pamiętajcie, że miałem wtedy dwadzieścia parę lat. A to wiele wyjaśnia. Kiedy już z kumplem znaleźliśmy się w Hiszpanii, postanowiłem przedłużyć nam wizy z trzech miesięcy do sześciu. Wziąłem więc paszport i elegancko żyletką wydrapałem trójkę. Ale kiedy chciałem w to miejsce wpisać szóstkę, atrament z długopisu rozlał się w kleksa. O dziwo, nie zrażony niepowodzeniem, ten sam numer powtórzyłem z paszportem kumpla, który o niczym nie wiedział, bo w tym czasie spał. Kiedy się obudził, nie powiem, stracił nieco dobry humor. Ale już po chwili obydwa paszporty kąpaliśmy w wannie. Byliśmy tak zachwyceni naszą pomysłowością, że jeszcze tego samego wieczora przepiliśmy wszystkie pieniądze. I tu zaczyna się opowieść, której już nie mogę wam sprzedać…

Trudno. W takim razie sprzedaj nam chociaż informację, czy pierwsze randki spędzałeś nad Liwą (rzeka przepływająca przez Kwidzyn, rodzinne miasto Jacka Borcucha – przyp. red.).

Ale pytanie! Chyba od czasów liceum nie wypowiedziałem słowa Liwa. Oczywiście, że randki i nie tylko randki spędzało się nad rzeką. Liwa już od marca gościła nas w swoich ramionach. To były czasy, w których kto wcześniej wskakiwał do wody, ten gość. W lipcu kąpały się jakieś mięczaki. W marcu ściskało jajka jak cholera, ale się wchodziło. Ja prowadzałem się po mieście z łobuzerką, więc musiałem nadrabiać i udawać twardszego niż jestem. Piliśmy tanie wina i wydawało się to genialnym pomysłem na życie. Dużo miłych wspomnień. Powiem wam, że Liwą zjednaliście moje serce.

Bardzo nam miło. W rewanżu postaraj się sobie przypomnieć twojego pierwszego PLAYBOYA.

To musiało być dopiero w liceum. Żyłem na wojskowym osiedlu, na którym prędzej można było znaleźć jakieś maski gazowe lub radiostacje niż PLAYBOYA. Zresztą mój ojciec – poważny wojskowy – skutecznie odcinał mnie od kapitalistycznych brzydkich rzeczy. Ale paradoksalnie pierwszego pornosa widziałem dzięki stryjowi. Całą młodość kręcił filmy na kamerze Super 8, miał też projektor – to na nim oglądałem pierwsze wygibasy. Bez dźwięku, tylko z charakterystycznym terkotaniem w tle. Do dziś odgłos projektora miło mi się kojarzy.

A płonąca stodoła z czym ci się kojarzy?

Ale to było dużo wcześniej. Miałem prawie 13 lat, a brat 11. To akurat miało znaczenie, bo do poprawczaka szło się wtedy od 12. roku życia. Czyli ja już się na paragrafy łapałem. Rzecz rozegrała się w Wielkanoc. Rozpaliliśmy z bratem w stodole dziadków malutkie ognisko, żeby potrenować przed śmigusem-dyngusem i zagasić je plastikowymi pisankami do pryskania. Ugasiliśmy ogień, zamknęliśmy stodołę i poszliśmy na wzgórze strugać łuki i dzidy. Po pewnym czasie zobaczyliśmy pożar. Wpadłem do domu i krzyczę: „Pali się!!”. Na co dziadek: „Ta, jasne, jasne… Jacuś, idźcie się pobawić”. Nikt nam nie wierzył, a po pół godzinie nie było co gasić. Spaliliśmy dziadkom piękną, poniemiecką, drewnianą stodołę. Przyjechała milicja i zaczęło się dochodzenie. Rodzice przestraszyli się, że za podpalenie wyląduję w poprawczaku. Dlatego wszystko zrzuciliśmy na brata, bo był młodszy i nic mu nie groziło. Daniel płakał, a ojciec tłumaczył: „Powiesz panom, że byłeś tam sam, a Jacka nie widziałeś” (śmiech). Do dziś spłacam dług wobec brata.

Jakie w tamtych czasach wieszałeś plakaty nad łóżkiem?

Śmierci Klinicznej, WC, UK Subs i Sex Pistols.

A Dezertera?

Oni byli dla mnie trochę za komercyjni. Ich nagrania wychodziły na winylach – pełna komercha (śmiech). Grali za bardzo na zachodnią modłę. Wolałem WC, które wtedy płyt nie wydawało.

Twoje zespoły wydawały?

Nagrania Zbitych Pisuarów i innych grup gdzieś tam się walają na strychu moich rodziców.  Dopiero RiPlAy, projekt punkowo-reggae’owy, wydał całą, w miarę profesjonalną kasetę, w 1984 r. w wydawnictwie OTK.

Mieliście groupies?

Raczej chcieliśmy mieć. Uchodziliśmy wtedy za dziwaków i nie budziliśmy zaufania. Koledzy, którzy wyglądali normalniej i nie zajmowali się muzyką, mieli większe powodzenie.

A ty marzyłeś o romansie ze starszą sąsiadką…

I nie byłem w tym odosobniony. Tak jak we Wszystko, co kocham sąsiadka wyglądała na odpowiednią nauczycielkę w tych kwestiach. Fajnie kręciła pupą, pachniała, zaczepiała nas i łapała słońce w kostiumie kąpielowym. W rzeczywistości była raczej podobna do Kate Jackson z Aniołków Charliego, niż do Katarzyny Herman, która gra ją w filmie. Myślę, że moja sąsiadka zrobiłaby furorę na rozkładówce PLAYBOYA. Ale lepiej zakończmy ten miły wątek. Niedawno mama mi przypomniała, że ta pani wciąż nazywa się Sokołowska.

Społeczność kwidzyńska zareagowała jakoś na film?

Akcja toczy się przecież na wybrzeżu, a nie w moim rodzinnym mieście. W Kwidzynie doszło chyba tylko do jednej spektakularnej „reakcji”. Pijany sąsiad zaczepił moją mamę słowami: „I co, kurwa, syneczek o was filmiki robi! Bohaterowie! Rewolucjoniści! Spierdalaj mi!” i splunął przez ogrodzenie. Mama się załamała. Gość potem próbował przepraszać, robił podjazdy z kwiatami, ale sytuacja chyba się nie wyprostowała.

A film podobał się rodzicom?

Po scenie, kiedy umiera babcia, ojciec miał łzy w oczach, więc chyba tak.

Niektórzy po premierze zarzucali ci, że byłeś landrynkowym punkowcem…

Krytyka dotyczyła głównie wyglądu głównych bohaterów. Bo niby „prawdziwi” punkowcy tak nie wyglądali. Tymczasem my nie nosiliśmy pieszczoch, nie przekłuwaliśmy uszu w 10 miejscach, nie mieliśmy irokezów i nie robiliśmy sobie sznyt – takie insygnia były być może normą u punkowców z większych miastach. W Kwidzynie takie rzeczy kojarzyły się narkomanami i zwyczajnym menelstwem. My byliśmy poczochrani, zakładaliśmy stare garniturowe spodnie po ojcach, trampki, koszule i marynary.

Jak na subkulturowe zachowania reagował ojciec wojskowy?

Pierwszy raz coś w nim drgnęło, kiedy zobaczył dokument o Jarocinie. Usłyszał z telewizora, że „chuligani zdemolowali kolejny sklep z alkoholem” i że „agresja młodych ludzi godzi w polski socjalizm”. Spojrzał na mnie, porównał moje łachy i wygląd z tym, co widział w telewizji. Błyskawicznie skojarzył fakty, poszedł po nożyczki i obciął mi włosy. Potem przyniósł młotek i kowadło i na moich oczach dokonał egzekucji na moim własnoręcznie wykonanym znaczku anarchii. Na szczęście z czasem się kapnął, że nie wszyscy punkowcy to żule, narkomani i hołota.

Co dziś robią twoi kumple punkowcy?

Bloom to wiadomo (Daniel Bloom, właściwie Daniel Borcuch, młodszy brat Jacka jest kompozytorem, instrumentalistą i producentem muzycznym – przyp. red.). Pozostali chyba dorośli i żyją jak pan Bóg przykazał. Sam nie pojmuję jakim cudem cały czas robię to, co wtedy na podwórku.

Po miłości do punka, zapałałeś miłością do sportu.

To się działo jednocześnie. Biegałem na setkę, na 110 przez płotki, skakałem w dal, a nawet próbowałem sił w trójskoku. Na Mistrzostwach Polski juniorów na 110 przez płotki byłem szósty. Pojechałem jako najlepszy junior województwa, ale na miejscu od razu się załamałem, kiedy zobaczyłem konkurencję – nie dość, że mieli o wiele dłuższe nogi, to jeszcze w wypasionych dresach i kolcach do biegania. Mój dres był powyciągany, miał odciśnięte pieczątki Polsportu i kwidzyńskiego klubu sportowego. To wszystko odebrało mi siły w trakcie finału. Po zawodach straciłem motywację. Ale gdybym tylko miał taki dresik Adiego… Do dziś pamiętam dzień, w którym zerwałem ze sportem. O 17 leciała wtedy Stawka większa niż życie – wiadomo, musiałem to zobaczyć. Wymyśliłem sobie, że będę chodził trenować dwie godziny wcześniej, żeby zdążyć do domu na serial. Tak zrobiłem. Przed 17 przyszedł trener i ucieszył się, że jestem ciut wcześniej, bo akurat tego dnia miała być jakaś wizytacja. Ale ja twardo, że już trening skończyłem, a teraz wychodzę, bo  mam pewne rzeczy do załatwienia. Próbował mnie przekonać, ale nie mogąc nic wskórać uciekł się do szantażu: „Wybieraj, albo dzisiaj zostajesz, albo koniec z treningami”. Wybrałem Klossa.

A jak to się stało, że punk zamieniłeś na poezję śpiewaną?

Bo to była taka punkowska poezja śpiewana (śmiech). Sam nie wiem. Po prostu zacząłem fascynować się Kaczmarskim i tekstami Stachury. Śpiewałem z kumplem w duecie. Jeździliśmy nawet po festiwalach i konkursach. Kariery jednak nie zrobiliśmy.

Może dlatego, że dla odmiany postanowiłeś zostać śpiewakiem operowym?

To naprawdę było moje marzenie. Pojechałem do Łodzi na Akademię Muzyczną na konsultacje, ale znajomy profesor odradził Łódź ze względu na klimat. Powiedział, że Studium Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni to dobra szkoła. Traktowałem śpiewanie bardzo poważnie. Przez dwa lata. Potem uznałem, że to bez sensu…

I za pierwszym razem zdałeś do Szkoły Aktorskiej w Warszawie.

Tylko, że tam wytrzymałem zaledwie parę tygodni. To wszystko wydawało się zbyt surrealistyczne. Ja już brałem udział w spektaklach, grałem główne role w Teatrze w Gdyni, a tutaj starsi studenci sadzili się na wielkich aktorów i mówili do mnie gardłowym głosem przez nos. Pomyślałem, ja pierdolę, co za żenada, szkoda życia. I z dnia na dzień przestałem przychodzić na zajęcia.

Koledzy z roku w ogóle cię pamiętają?

Raczej tak.  Byłem na roku m.in. z Piotrkiem Adamczykiem, Michałem Żebrowskim i Agnieszką Krukówną. Ale z dnia na dzień zniknąłem. Pamiętam, że kiedy po jakimś czasie przyjechałem do szkoły, żeby odebrać papiery, to w sekretariacie powiedzieli mi z wyrzutem: „Zajął pan miejsce komuś, kto marzył o tej szkole przez całe życie”. Nawet koledzy wygłaszali podobne teksty. Bo takie rzeczy się nie zdarzały. To były nowe czasy,  początek lat 90. Uwierzyłem w wolność i wyjechałem z kumplem do Hiszpanii.

To nie było trochę tak, że pojechałeś do Hiszpanii za dziewczyną? Tą, z którą grałeś w musicalu West Side Story w Gdyni? Tą, którą można oglądać z tobą na próbie w filmiku na YouTube?

Nie tą. Ale blisko, bo chodziło o dziewczynę, która wcześniej grała tę rolę. Na YouTube jest jej zmienniczka. Zresztą to też ciekawa historia. Na scenie się całowaliśmy – jak to w West Side Story. Któregoś dnia ona przyszła z podbitym okiem. Wzięła mnie na bok i powiedziała, że nie możemy się całować, bo ma zazdrosnego chłopaka. Pomyślałem, jak jej podbił oko, to mnie po prostu zajebie. Ale przecież trzeba grać. I nie chciałem dać za wygraną. Tylko, że ona była sprytniejsza, od następnego spektaklu zaczęła faszerować się czosnkiem. Nie było rady. Jedyne, co mogłem z siebie wykrzesać to przytulenie. Dziwna sytuacja. Miałem wtedy 21 lat ona chyba 26. Kompletne science fiction.

Wracając do Hiszpanii…

Faktycznie pojechałem tam trochę w pogoni za dziewczyną. Ciekawy czas. Daję słowo. Jak sobie przypomnę niektóre rzeczy… Już wam opowiadałem, że od razu pierwszej nocy kompletnie się spłukaliśmy. Cała knajpa bawiła się na nasz koszt. Wszystko dlatego, że jeden poznany tam koleś obiecał nam świetną robotę. Oczywiście następnego dnia okazało się, że nic z tego. I tak skończyliśmy bez grosza. A żeby było ciekawiej, rzecz działa się na Majorce. Nawet gdyby chcieć wracać do domu na piechotę, to nie da rady. Trzeba było skołować kasę choćby na prom. Oczywiście musieliśmy szukać pracy. Zatrudniłem się jako naganiacz do knajpy. Miałem zwabiać angielskich turystów. Ale ci nie chcieli nawet ze mną gadać. Nie dziwie im się, knajpa była beznadziejna. Po trzech godzinach, wylali mnie z roboty. Kumplowi nie poszło dużo lepiej. Tymczasem zrobiła się trzecia w nocy, a mieszkaliśmy 12 km dalej.

No i z buta?

Oczywiście. Skończyło się miasto i ciemno jak w dupie. Jedynie stopami starasz się wyczuć brzeg asfaltu. Nagle łup! Walnąłem w samochód. Stał porzucony na poboczu. Długo mi nie zajęło, żeby przekonać kumpla, że pożyczymy go jedynie na chwilę. Ale to tylko na filmach wygląda tak łatwo, że spod kierownicy wyjmujesz kabelki, łączysz i zapalasz silnik. Siedzimy więc już w środku, łapy sobie haratam, próbując wyrwać wiązkę kabli, aż tu nagle długie światła z tyłu. Gościu włącza kierunkowskaz i parkuje obok nas. Kumpel pyta: „Co robimy?”. A ja: „Spoko, powiemy, że chcieliśmy się tylko ogrzać w środku”. A jest środek lata na Majorce. Temperatura w nocy powyżej 25 stopni (śmiech). Wychodzimy więc z tego auta na drewnianych nogach, pewni że może zdarzyć się wszystko. I wtedy słyszymy: „Do you need some help?”. Powietrze z nas zeszło momentalnie. Po 10 minutach byliśmy w swoich łóżkach. Nic się niby nie stało…

Równie dobrze w bagażniku mógł być trup.

Albo coś gorszego (śmiech).

A jak się zakończyła akcja z paszportami?

W międzyczasie znieśli wizy.

Jednak udało nam się wycisnąć z ciebie trochę hiszpańskich historii.

Fakt. Ale to nawet nie jeden promil całości. I na więcej już na bank mnie nie namówicie.

To wracamy do West Side Story. Dlaczego po pierwszych sukcesach porzuciłeś śpiewanie?

Groziło mi zbyt higieniczne życie. Zero picia, palenia… A jak coś z dziewczyną, to następnego dnia zapomnij o śpiewaniu. Nie dasz rady. Nawet Pavarotti by nie podołał. Na dwa, trzy dni przed premierą zapomnij o seksie. Nie sięgniesz gór. Nie ma szans. To jest jakieś biologiczne uwarunkowanie. Zaraz po skończeniu szkoły w Gdyni miałem kilka propozycji. Ale na szczęście mam w sobie jakiś zmysł antydestrukcyjny. Widziałem starszych kolegów śpiewaków. I to wcale nie był przyjemny widok.

Ale czasem coś pojedziesz przed lustrem?

Śpiewam sobie. W końcu cztery lata śpiewu klasycznego zobowiązują (śmiech). Mam przerobionego całego Moniuszkę, Karłowicza. Bez jaj – muszę czasem pośpiewać.

Czy ty nie masz przypadkiem za dużo talentów? Grasz, śpiewasz, reżyserujesz… może też malujesz?

Wszystkie talenty oddałbym za umiejętność malowania.

Jeszcze nic nie wiadomo. Po sukcesie na scenie rzuciłeś śpiewanie, po sukcesie Długu właściwie rzuciłeś granie. Strach się bać, że niedługo znudzi ci się reżyserowanie…

Malarstwem się nie zajmę – to mogę wam zagwarantować. Grozi mi jedynie, że będę więcej pisał niż reżyserował. Pisanie jest najbliższe prawdziwych emocji, tego co naprawdę przeżywasz. Potem przekładanie tego na scenariusz obcina potencjał o jakieś kilkadziesiąt procent. Wreszcie kręcenie filmu na podstawie scenariusza to kolejny spadek energii. Jeśli udaje się zachować 60-50 procent tego pierwotnego potencjału, to już można mówić o sukcesie.

To ile procent emocji udało się utrzymać pomiędzy inspiracją koncertem Beastie Boys, a premierą Wszystko, co kocham.

Mam wrażenie, że nieco ponad 50. Dlatego tak bardzo jestem z tego filmu zadowolony. Chociaż chciałem, żeby był bardziej bezwstydny. Nie starczyło mi chyba do końca siły, czegoś nie dopatrzyłem i rezultat jest jaki jest. Sceny miłosne są udane, ale w mojej głowie były o wiele bardziej niegrzeczne.

Na przykład.

Nie chodzi o konkrety. To akcenty, drobiazgi, a to jest przecież najważniejsze.

Wszystko, co kocham miał chyba większy światowy sukces niż polski?

Został sprzedany do kilkudziesięciu krajów w Europie, Azji, Ameryce Południowej. We Francji film trafił do kin w kilkudziesięciu kopiach. Niedługo wchodzi do kin amerykańskich i brytyjskich. Z Wszystko, co kocham zjeździłem pół świata. A w Korei Płd. na festiwalu filmowym w Busan poczułem się jak menedżer  gwiazdy rocka. Nasz film był wyświetlany w letnim kinie, nad oceanem dla dwutysięcznej publiczności. Jak się skończył to rozległ się ryk. Dosłownie. Musieliśmy z Mateuszem (Kościukiewiczem, odtwórcą głównej roli – przyp. red.) chować się w samochodzie. Limuzyna wiozła nas wolno przez tłum. Fanki bujały samochodem, waliły w szyby i darły się do Mateusza filmowym imieniem: „Janek! Janek!”.

W kurorcie narciarskim Sundance też was rozpoznawali?

W Stanach panuje kult gwiazdy filmowej. I jak się okazuje dotyczy to także twórców kina niezależnego. Po kilku pokazach festiwalowych, jak szliśmy ulicą, to fani wołali naszych aktorów ich prawdziwymi imionami. „Mateusz, you’re gorgeous”. „Olga, we love you”. I tak dalej. To było niesamowite.

Nie do uwierzenia.

No właśnie. W ogóle z Sundance wywieźliśmy same dobre wspomnienia. Mieliśmy oczywiście opłacony hotel, ale pewien polski milioner zaprosił całą ekipę do swojej willi na stoku. Wychodziłeś tylnymi drzwiami, wpinałeś narty i byłeś na trasie, a potem wciągałeś się wyciągiem, zjeżdżałeś prosto do domu, zdejmowałeś ciuchy i hop do jacuzzi w śniegu. Dla mnie, 40-letniego faceta było to zadziwiające. A dla tych dzieciaków, po dwadzieścia parę lat? Zrobili pierwszy film…

Hollywood cię nie wciągnęło?

Po Sundance pojawiły się propozycje z telewizji Fox. Ale pomyślałem sobie, że przecież nie zostawię swojej córeczki, nie wyemigruję i nie będę udawał, że robię wielką karierę, a tak naprawdę będę pracował dla telewizji. Wolę robić autorskie kino w Europie. Chociaż lunch z Robertem Redfordem i  Billem Gatesem wspominam miło.

Czyli Sundance otworzyło wiele drzwi?

Dużo łatwiej udało się zebrać pieniądze na kolejny film. To nowe doświadczenie.

Kiedyś na pytanie jak się pracowało w Na dobre i na złe odpowiedziałeś: „Tak samo jak w kopalni 50 metrów pod ziemią”…

Oczywiście trochę przesadziłem nie doceniając pracy górników. Powinienem ich przeprosić. To było zaraz po Długu. Żyć z czegoś trzeba, a z robienia filmów się nie dało. Tymczasem w serialu pieniądze dawali za nic – przyjdź, powiedz parę kwestii do kamery. W związku z tym parę takich rzeczy zrobiłem. Wtedy też dopiero przekonałem się, co to znaczy popularność. Dzieci szarpały w sklepach mamy za spódnice, mówiąc: „Patrz, mamo, to ten pedał z Na dobre i na złe”. Pamiętajcie też, że to były dopiero początki seriali w Polsce. Nikt się jeszcze nie spodziewał, że to będzie aż taka kaszana.

A tymczasem niedawno sam skończyłeś reżyserować serial (Bez tajemnic, polska wersja serialu HBO In Treatment – przyp. red.)

Byłbym idiotą, gdybym nie przyjął tej propozycji. Obejrzałem pierwszy sezon izraelskiej i amerykańskiej wersji i nie mogłem się oderwać. Ten projekt wydawał się na tyle ciekawy, że nie mogłem odmówić. A poza tym przecież to jest zupełnie inna liga. Wszyscy wiemy, jak wyglądają najlepsze amerykańskie seriale, a szczególnie te produkowane przez HBO. Nagle okazało się, że medium które przez długie lata przeżywało kryzys, teraz rozkwita. Fajnie, że wreszcie i u nas coś się rusza na tym rynku. Zastanawiam się dlaczego HBO wybrało akurat In Treatment. Być może dlatego, że w Ameryce ten serial wywołał szok. My jednak jesteśmy kompletnie innym społeczeństwem i ciekawe się jak w Polsce będzie przyjęty Bez tajemnic.

Na ile miałeś wolną rękę?

To jest sprawdzony format i HBO nie chciało, żeby go zmieniać. Mieliśmy wprawdzie zakusy  żeby to robić trochę bardziej ekscentrycznie, ale już na początku dość precyzyjnie zostało wszystko ustalone.

W Bez tajemnic gra twoja żona, Ilona Ostrowska, a jej serialowy mąż ma na imię… Jacek. Przypadek?

Wiecie jak to jest z przypadkami. Czasem trzeba im pomóc. Ale akurat tym razem tak nie było. Kiedy dostałem scenariusz imiona bohaterów były już wymyślone. Potem okazało się, że długo nie można było znaleźć partnerki dla Łukasza Simlata. Wreszcie zadzwoniła do mnie Ilona z pytaniem, czy to moja robota, że zaprosili ją na zdjęcia próbne. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. Oczywiście była najlepsza. Wtedy z kolei producenci zadzwonili do mnie z pytaniem, czy mi to nie przeszkadza i znowu zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Dość uczciwa sprawa, czysty przypadek.

I serial nie będzie wiwisekcją waszego małżeństwa?

Nie. Serialowa para ma zupełnie inne problemy.

A trudno się prowadziło serialową parę psychoterapeutów?

Staram się mięć dobry kontakt z aktorami. W przypadku Jerzego Radziwiłowicza i Krystyny Jandy dobrze zagrało to, że bardzo długo ze sobą nie pracowali, chyba od czasów Człowieka z żelaza, ale tego nie jestem pewien… Andrzej, główny bohater serialu i Barbara, jego tak zwana supervisorka, także nie widzieli się długie lata. Mam nadzieję, że udało nam się to wykorzystać.

A czy ty korzystałeś kiedyś z pomocy psychoterapeuty?

Tak. Pomyślałem, skoro Woody Allen chodzi, to może warto (śmiech). Ale nic mi to nie dało. Znam jednak ludzi, którym takie spotkania bardzo pomogły. Być może ja źle trafiłem.

Który bohater Bez tajemnic jest ci najbliższy? Wiemy już, że nie Jacek.

Zdecydowanie Andrzej. Jego praca polega na pomaganiu ludziom, a jak pokazuje rzeczywistość sam ma chyba największe problemy. I one wydają mi się najbliższe. Może trochę dopada mnie już kryzys wieku średniego. Coś umyka. Mam 41 lat.

Ale wyglądasz na 36.

(Śmiech). Was może oszukam, może nawet i pół świata, ale siebie nie. Ostatnio bardzo boleśnie sobie to uświadomiłem. Pomijam już fakt, że równo z przekroczeniem 40-tki popsuł mi się wzrok. Dużo gorzej, że umysł przestał idealnie współpracować z ciałem. W czasie kręcenia na Helu graliśmy mecz i operator Michał (Englert – przyp. red.) wypuścił mi idealną piłkę na dojście. Najlepsze podanie świata. Cudo. Pomyślałem „życie jest piękne” i zaraz miałem z całej pary kopnąć. Nie ważne, trafię w światło bramki, czy nie trafię. Nie ważne, bo liczy się tylko ten moment. I co?

Nie dobiegłeś.

Gorzej. Wyrżnąłem na ryj. Mózg się ucieszył, zrozumiał, obliczył, zareagował, a ciało odmówiło posłuszeństwa. 15 lat wcześniej doszedłbym na luzie. Całe życie byłem bardzo sprawny fizycznie. I to się bezpowrotnie skończyło. A niby wciąż mam poczucie, że nic się nie zmieniło, że ciągle jestem chłopakiem.

Problemy egzystencjalne jak na studenta IV roku filozofii UW przystało. Dlaczego nie skończyłeś?

Bo wtedy zacząłem kręcić Tulipany i musiałem wybrać. A ponieważ filozofia raczej mnie skrzywdziła niż coś dała, postanowiłem się z nią nie ceregielić. To po tych studiach popadłem w agnostycyzm, sceptycyzm i ogólne zwątpienie. Za dużo czytałem i to mogło się tylko źle skończyć. Bo jak wiadomo, nie ma odpowiedzi, tylko gorzej lub lepiej postawione pytania.

Jesteś ofiarą studiów filozoficznych?

Najczystszym przykładem. Jeśli raz zaczerpniesz z drzewa poznania, nie ma odwrotu. Tak jak pisze Emil Cioran (rumuński filozof, teoretyk nihilizmu – przyp. red.) – całe lata ogromnego wysiłku i wyrzeczeń, żeby poznać, a potem reszta życia, żeby zapomnieć. Uwielbiam Ciorana. To pesymizm podszyty niebywale inteligentnym poczuciem humoru. A ja mam zdecydowanie za duży dystans do życia. Czasami chciałbym się go uczepić trochę mocniej. I wtedy Cioran pomaga.

Nadal jesteś agnostykiem?

Gdybym w coś wierzył, na pewno byłoby lżej. A tak, wszystko co mam, jest tutaj i teraz.

 —

Na skróty:

Borcuch to trudne nazwisko. Od dziecka byłem Boruchem. Wiadomo – nie ma druha, bo rucha. Ale też Borsukiem, Boreckim, Borowieckim, nawet na jakiejś filmowej liście płac jestem Boreuchem. Naprawdę dowolne kombinacje. W Izraelu, gdzie popularnym imieniem jest Baruch, mówiono mi, że pewnie dziadek coś kombinował z naszym nazwiskiem. Z tego co wiem Borcuch jest jednak nazwiskiem ukraińskim. Ale na tym moja wiedza się kończy. Nigdy nie badałem rodzinnych korzeni.

Kiedyś na festiwalu w Kazimierzu z nudów zacząłem podpalać Chyrze dupę zapalniczką. W tym momencie podszedł do nas Leszek Możdżer i powiedział coś w rodzaju: „Widzę, że podpalacie sobie dupy, to podejdę i się przedstawię, wreszcie jacyś normalni ludzie”.

Nigdy nie trafiłbym do obsady Długu, gdyby nie Joanna Kos-Krauze. Powiedziała: „ To jest chłopak, który mógłby dostać kredyt”. Razem z Krzysztofem wyciągnęli mnie jak królika z kapelusza.

Większość reżyserów robi castingi, na które aktorzy przychodzą zestresowani. Ja tego nie lubię. Wystarczyło mi zobaczyć Kościukiewicza i od razu wiedziałem, że zagra główną rolę we Wszystko, co kocham. Zanim zamieniliśmy słowo. Zwykle jednak rozmawiam z aktorem – to jest mój sposób na casting.

Kiedyś kochałem się w Milli Jovovich z okresu Piątego elementu. Moja córka ma na imię Miła.

Moim typem urody zawsze były Jankowska-Cieślak i Małgośka Braunek. Z wiekiem widzę jednak coraz wyraźniej, że tak naprawdę nie ma żadnych typów.

Bloom pisze muzykę do filmów taką, jaką dokładnie chcę, a nawet lepszą. Nikt nie zrozumie mnie lepiej niż on.

Przez chwilę pracowałem w agencji reklamowej McCann-Erickson jako copywriter i uczyłem się jak oszukiwać ludzi. Z rysownikiem Jankiem Kozą robiliśmy fajne rzeczy. Jednocześnie studiowałem filozofię i z pracy ogarniałem całą produkcję Tulipanów. W agencji płacili mi niezłą kasę. Tamta praca pomogła mi w życiu.

Ponad 10 lat temu napisałem scenariusz sci-fiction o miłości niemożliwej. Okazało się, że to niebywale drogi projekt. Potem najpierw Hiszpanie, a potem Amerykanie zrobili bardzo podobny film (Otwórz oczy i Vanilla Sky – przyp. red.). Pisałem też epicki scenariusz o rotmistrzu Pileckim. Do czasu, kiedy zobaczyłem o nim sztukę, którą dla Teatru Telewizji zrobił Ryszard Bugajski (Śmierć rotmistrza Pileckiego – przyp. red.). Dzwoniłem też do Lema, bo chciałem wyreżyserować nową wersję Solaris. Soderbergh „wyjął” ją elegancko. A ostatnio Lars von Trier zapierdolił mi tytuł filmu Melancholia. Trzy lata pisałem ten scenariusz i gdyby nie Beastie Boys, którzy na koncercie w Polsce nagle przypomnieli mi energię garażowego punka, byłbym pierwszy.

Bardzo mało filmów w Polsce dzieje się na plaży. Dlatego jakby się nie ustawiło kamery, i tak zawsze będzie to wyglądać jak Ostatni dzień lata. Konwicki był pierwszy i nikt mu tego nie zabierze.

Chciałbym powiedzieć, że Jerzy Skolimowski jest ziomem, ale mi nie wypada. To człowiek z krwi i kości, który zachował swobodę kontaktu. Mistrz, który pyta o zdanie młodszych, liczy się z ich opiniami i nie buduje ściany. Dla mnie to absolutny wampir, w dobrym tego słowa znaczeniu.

Kiedyś w Polsce grali męscy aktorzy: Malanowicz, Nowicki, Wilhelmi, Niemczyk, Janczar… Dziś jest trochę inaczej. Zakościelny, Wesołowski, Małaszyński… To trochę inna płeć.

Jestem pewien, że Linda zaliczy jeszcze wielki come back jak swego czasu Travolta u Tarantino.

Miałem szczęście, że zobaczyłem po raz pierwszy Odyseję… Kubricka,w wieku 34 lat. Wcześniej nic bym nie zrozumiał, a tak… zwariowałem.

Myślałem, że von Trier to manipulator. Facet, który obrazem za bardzo ingeruje w moje emocje. Po Melancholii zmieniłem zdanie. Emanuje z niej chęć zrobienia czegoś więcej niż film.

Myślę, że z perspektywy czasu mój ojciec żałuje, że nie byłem w wojsku. On do końca nie wie, kim ja jestem. Ja w sumie też nie.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*