Press enter to see results or esc to cancel.

Łukasz Palkowski

PLAYBOY nr 1, 2008

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak

Znasz Palkowski Potok?

Dopiero niedawno dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Nie kąpałem się w nim, ani nawet do niego nie sikałem. Zamierzam niedługo jechać w Pieniny, by go odzyskać. To przepiękna okolica, bo moja własna (śmiech).

Jesteś góralem?

Moja rodzina przeprowadziła się do Warszawy w XVII wieku. Wcześniej funkcjonowała gdzieś pod Poznaniem. Mało we mnie z górala.

Ale za to na pewno jesteś oszczędny.

(Śmiech). Nie jestem związany z „krainą podziemnych pomarańczy”. Kilkaset lat w stolycy zrobyło swoje.

A pieniaczem jesteś?

W odpowiednich okolicznościach na pewno.

Podobno gdyby nie Waldemar Łysiak nie zająłbyś się filmem?

Zdecydowanie. Kradłem jego książki z biblioteczek podczas pomieszkiwań w wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw był Cesarski poker, a jakieś siedem lat temu przeczytałem Dobrego i się zaczęło. Pomyślałem sobie: „Ale byłby z tego zajebisty film. Na pewno ktoś to spierdoli. Trzeba zrobić samemu”.

I co?

Łysiak jest podobno obrażony na X muzę, chociaż patrząc na jego ostatnie publikacje, zauważam, że coraz częściej gada o filmie, więc może mój plan kiedyś wyjdzie. Najchętniej wziąłbym się za Flet z Mandragory, ale nie jestem jeszcze gotowy na tek trudny filmowo materiał.

Na razie bierzesz się za serial Rezerwat, horror, film o twojej dzielnicy, czyli Woli, a na dokładkę podobno marzy ci się zrobienie czegoś o doliniarzach…

Scenariusz serialu już właściwie napisałem, ale nie wiem, czy ktoś będzie chciał go wyemitować. Film o doliniarzach wymaga tak wielkiej kasy – przede wszystkim na dekoracje – że pozostaje w sferze marzeń. Horror może wypali, a Wola jest na razie na etapie wymyślania scen do scenariusza.

Czy to będzie film oparty na twoich bogatych doświadczeniach alkoholowych? Kiedy najostrzej grzałeś?

Między 16. a 20. rokiem życia. Na śniadanie ¾ na twarz i dopiero szliśmy w miasto. Tamte czasy minęły na dobre. A film o Woli… To nie będzie o mnie. Ma być o gangsterach a nie menelach…

Podobno dzisiaj nie miewasz kaców. To prawda?

Od mniej więcej ośmiu lat nie miałem. Ten ostatni raz pamiętam jak dziś. Napierdoliłem się z przyjaciółką, która po wszystkim znalazła jeszcze sto złotych w kieszeni i popłynęliśmy dalej. Po wszystkim miałem największego kaca w życiu (śmiech). A tak, jaram szlugi, mieszam wino, piwo, wódę, do woli… i nic. Chyba, że rum…

Może powinieneś się zbadać?

I opracować patent na nie manie? Ale ja nic nie robię, żeby nie mieć kaca. W zasadzie robię wszystko, żeby mieć (śmiech). Łeb może mnie boleć tylko po 0,7 rumu. Rum jest najgorszy. Nie ma opcji – kac murowany.

Słyszeliśmy, że ostatnio nieźle cię skroili po pijaku.

Fatalna sprawa. Wracając z festiwalu filmowego w Janowie Lubelskim, gdzie była non stop wóda, nachlałem się jeszcze z chłopakami w Lublinie. W pewnym momencie urwał mi się film i obudziłem się w pociągu. Grzecznie, słuchaweczki na uszach, ale słyszę, że coś mi się przebija przez muzykę. Jakieś krzyki, wycie. Wychodzę więc na korytarz i drę mordę: „Cisza mi tam, zamknąć mordy, bo zajebię…”. No to przyszli do mnie. We trzech. „O, kozaczek się znalazł”. Od razu kosa na gardło i ogolili mnie ze wszystkiego. Wysiadłem na Centralnym i myślę sobie, co tu robić. Trzeba grzać do starych, trochę się przekimać. Pięć minut wolnym spacerkiem. Ale ponieważ byłem jeszcze dobrze podcięty, więc jak zobaczyłem menelików pijących pod moją starą podstawówką, to się podłączyłem. W kieszeni znalazłem jakimś cudem zmięte 40 złotych. Dałem chłopakom 20 na naftę i łoiliśmy do piątej rano. Nie pamiętam, jak zaszedłem do starszych.

Z czego się teraz utrzymujesz?

Żyję z nagród (w tym momencie Łukasz poprawił fryzurę).

No to trzeba uważać z przyznawaniem ci kolejnych, bo się zapijesz na śmierć.

Nie ma obawy. Już nie biorę gotówki. Wszystko idzie na konto (śmiech).

Jak twój organizm reaguje na alpagi?

Rzadko pijam, ale ostatnio z montażystą Rezerwatu, kiedy skończyliśmy pierwszą wersję filmu, przyjęliśmy po dwie sztuki na łebka. Film miał dobrego sponsora – Warkę. Dostaliśmy z czterdzieści skrzynek alpag. Trochę zostało, więc przyatakowaliśmy. Kaca nie miałem, ale brzusio pobolewał. Zwykle coś, co jest smaczne – nie jest zdrowe.

Chłopaki z Pragi o tym wiedzą?

(Wybuch śmiechu). Mają to w dupie. Dzięki temu, że kręciliśmy w ich okolicy, tubylcy mieli dobre używanie. Do magazynu z towarem stały kolejki. Po prostu zadawaliśmy pytanie: „Czy za wystąpienie w filmie chcesz gotówkę, czy wino?”. Pytanie raczej retoryczne.

Czyli wyszliście na tym biznesie idealnie.

Kto wie, może właśnie dlatego przekroczyliśmy budżet tylko o dwa złote (śmiech). Chcieliśmy, żeby ten film był trochę pijany, stąd slogan – „komedia na bazie napojów winopodobnych”.

Udało ci się zjednać taką charakterną okolicę, tylko dzięki alpagom? Nie musieliście opłacać „ochrony”?

Mieliśmy przygotowaną pozycję w budżecie na „dogadanie się” z okolicą. Miało się to nazywać „Konsultant Merytoryczny”. Ale na szczęście obyło się bez tego. Konopacka i Stalowa okazały się spokojniejsze niż Mała. Mała to kraina latających noży. Słyszałem, że ekipa Polańskiego musiała dogadać się z kolesiem, który rządził wtedy ulicą, bo inaczej z dekoracji do Pianisty zostałyby strzępy.

Nie zaczepiali cię na Prażce z powodu długich włosów? Nie krzyczeli: „Ej, pedale!”?

Nie. W czasie kręcenia miałem taką, kurwa, długą brodę. Na pedała nie wyglądałem (śmiech).

Trzeba przyznać, że w Rezerwacie miks zawodowców i naturszczyków wyszedł ci znakomicie. Na pewno wszyscy pytają się ciebie, jak to zrobiłeś.

I zawsze odpowiadam: „Nie wiem”. Nie ma na to sposobów. Tak się stało i już. Po prostu, jeśli powiesz aktorom, czego od nich potrzebujesz, sam wiesz, co chciałbyś osiągnąć, nie może się nie udać. Poza tym wykorzystywaliśmy wszystko, co nas otaczało. Na przykład przyszedł do nas na plan pan Tadeusz z harmoszką. Zobaczyliśmy go i już następnego dnia kręciliśmy z nim scenę. W finale również miał wystąpić, ale zwinęli go, zniknął na miesiąc i musiałem improwizować.

A skąd wytrzasnąłeś olbrzyma z gitarą?

Marek Roman Zakrzewski to kumpel mojego teścia. Bardzo majętny człowiek, który ma takie hobby – komponuje, gra i śpiewa. Często bardzo ostre kawałki (śmiech). A najśmieszniejsze, że on nawet nie jest z Pragi. Zresztą większość obsady to ludzie z Krakowa (śmiech).

Tak jak Sonia Bohosiewicz. Podobno bardzo się polubiliście…

Bardzo, bardzo, ale nie chodzimy z sobą do łóżka.

Ale lubicie się na tyle, żebyś poprosił ją o rozebranie się dla PLAYBOYA?

Mogę spróbować, choć Teatr Stary takich akcji mógłby nie wybaczyć. Ale kto nie próbuje, ten nie ma.

Jakie aktorki chciałbyś jeszcze zobaczyć na naszej rozkładówce?

Magdę Różczkę i Olę Kisio. Są super.

Z zupełnie anonimowego faceta nagle stałeś się „panem reżyserem”. Czy zauważyłeś, że kobiety od tego czasu patrzą się na ciebie inaczej?

O, tak! O, tak! (Śmiech). To wspaniały zawód! Istnieje coś takiego jak „filmówki”, czyli laski okołofilmowe. Są miłe i zawsze na miejscu. Cudowna instytucja. Nie wiem, skąd się biorą, ale na festiwalach ich pełno. Można je także spotkać w Łodzi. Słyszałem, że sporo facetów udaje studentów „Filmówki”, żeby trochę z nimi poszaleć. Te kobiety zrobiły dla polskiej kinematografii naprawdę dużo dobrego.

Tak dużo jak Andrzej Wajda?

Więcej (śmiech). To wielki mistrz, jeśli się cofniemy w czasie…

A jeśli zatrzymamy się na Katyniu?

Będę milczał… Mimo najszczerszych chęci i szlachetnego przesłania nie doszukałem się ręki Andrzeja Wajdy…

A tobie jakie przesłanki przyświecają? Nie boisz się, że odbije ci palma?

Może się tak zdarzyć, ale to krótka piłka: jak się kończy kasa, palma mija. Nie wiem, czy dostanę pierdolca, ale brak monety na bank mnie wyprostuje. A przesłanki? Ja chcę tylko opowiadać różne historie. Kiedy słyszysz coś, co cię fascynuje, chcesz się tym podzielić z innymi. I tyle. A jeśli można z tego żyć…

Chyba nigdy nie narzekałeś na brak monety.

Do czasu, aż zachciało mi się zostać reżyserem. Rzuciłem wtedy robotę, w której zarabiałem ładny grosz i poszedłem do szkoły. Ze znajomymi stworzyliśmy coś na kształt komuny filmowców (śmiech). Wynajęliśmy za pięćset dolarów kwadrat na Żytniej, takie 250-metrowe, na wypasie zrobione, poddasze z trzema łazienkami. Działy się tam niewiarygodne historie. Kimał u nas często, nikomu wtedy nieznany, zespół Pogodno. Non stop balanga! Wynajęliśmy to poddasze na jesieni i było super, ale w zimie okazało się, że trzeba podgrzewać się elektrycznie, co kosztowało nas 1500 złotych miesięcznie. W lecie natomiast dach tak się nagrzewał, że można było dostać kota. Zdarzyło mi się nie spać tydzień, bo było za gorąco. Piękne czasy… Mieliśmy kasę tylko na wynajem, na nic innego. Pamiętam, jak piliśmy pół litra bez popitki, bo nie było za co kupić. Zrobiliśmy po staropolsku – pod wąchanie chleba. Piło się super, aż do momentu, kiedy wpadł kumpel i bez słowa wszamał nam popitę (śmiech). W tamtych czasach powstał scenariusz do mojego krótkiego metrażu – Naszej ulicy. Wszyscy balowali, a ja – zamknięty w pokoju obok – pisałem. Oczywiście z myślą, że ja wam jeszcze wszystkim pokażę (śmiech).

A co robiłeś zanim zostałeś „panem reżyserem”?

Ciężko pracowałem od 16. roku życia. Zaczynałem na giełdzie komputerowej. Żeniłem gazetki, pirackie gierki, sprzęt, programiki. Pracowałem tylko w weekendy, ale zarabiałem więcej niż rodzice razem wzięci. Okazało się, że mam smykałkę do składania i naprawiania komputerów. Zaczęliśmy prowadzić sprzedaż hurtową. Z kolegami pojechałem do Sopotu, w którym mieliśmy zadanie bojowe: przejąć rynek komputerowy w Trójmieście. I to się udało. W końcu miałem dosyć i wymyśliłem sobie, że zostanę grafikiem komputerowym. Wróciłem do Warszawy i z miejsca dostałem pracę. A nie umiałem nic! Ledwo poznałem PhotoShopa, o Corelu i Quarku tylko słyszałem (śmiech). Zadebiutowałem jako projektant okładki do składanki Dance Attack, a potem już poszło. Na przykład robiłem okładki dla pisma kulturystycznego „Flex”. Kilka razy wstawiłem swoją twarz w zdjęcia jakichś napakowanych kolesi… (śmiech).

Czyli jesteś dzieckiem szczęścia. Wszystko ci zawsze wychodziło!

Nie do końca. Nie potrafię jeździć samochodem i motorem.

A prawdziwy filmowiec musi mieć samochód?

Nie, ale rockendrollowiec na pewno (śmiech). Robię prawko i na motor i na samochód. Furę kupiłem, tylko nie mam papierka.

Kiedy znudziło ci się bycie grafikiem?

Jak przeczytałem Dobrego. Poza tym miałem już dosyć realizowania nie swoich pomysłów i tego, że wszystko musi być podobne do proszku do prania. Ale jeszcze parę agencyjnych epizodów w moim życiu się przewinęło. Jakoś trzeba było zarobić na kieliszek chleba.

Zarobiłeś coś na pierwszym filmie?

Tak. Jak sprzedałem Naszą ulicę TVP. Dostałem z osiem tysięcy. Wtedy miałem małe wymagania, więc starczyło na pół roku. Już wam mówiłem: poddasze na Żytniej, butelka wódki, kajzerka i szlugi.

Nikt nigdy nie wyrzucał ci, że jesteś „niewykształciuchem”?

Nie, ale tak zwane środowisko daje odczuć, że jestem outsiderem. I to nie jest miłe. Dystans jest wyczuwalny. Gdzieś siedzi mi to na łbie i czuję się niekomfortowo, ale nie da się ukryć, że po nagrodach za Rezerwat moje samopoczucie się poprawiło. W przeciwieństwie do samopoczucia paru osób, które te moje nagrody musiały dobrze wkurwić. Nie mam natury chrystusowej. Nie nadstawiam drugiego policzka, tylko ciągnę ze łba. To się nie podoba.

Nie chcesz mieć dyplomu?

Może w końcu uda mi się coś skończyć, bo jakiś papier by się przydał. Nie skończyłem żadnej szkoły filmowej, nawet AFiTu na Chełmskiej. Zabrakło mi kasy. Do Łodzi startowałem, ale się nie dostałem. Poszedłem na egzamin jak głupek, z ulicy. Byłem kompletnie nieprzygotowany, zielony… Gdybym się dostał, źle by to świadczyło o szkole. Piękną rzecz usłyszałem na korytarzu. Jakiś chłopak mówił, że jakby przyszedł tu Polański z przyprawionymi wąsami, też by się nie dostał.

Co o nim sądzisz?

O wiele lepsza forma niż u Wajdy. I to nie tylko w robieniu filmów. Z tego co wiem Polański ciągle potrafi się dobrze zabawić (śmiech).

Prezentujesz się jako luzaczek. Do tego wódeczka, imprezki, a tymczasem okazuje się, że ty pracowity jesteś!

Jedno nie przeszkadza drugiemu! Czasem pomaga. Ale nie piję na zdjęciach. To byłby grzech śmiertelny. Za to podczas pisania… Jest w Rezerwacie kilka scen, których pisania kompletnie nie pamiętam. Najważniejsze, żeby pić w pracy (śmiech).

Co to znaczy: „Lytera L w kiermany y zawijamy na obiekt”?

Litera „L” to litr wódki. Kierman to kieszeń. A obiekt to miejsce, które sobie wyznaczymy do picia.

Pytamy, bo chcieliśmy ci pogratulować występu w Teleexpresie, który robi furorę na youtube.com.

Wszyscy myśleli, że byłem napierdolony, a prawda jest taka, że zanim weszliśmy na żywo, ćwiczyliśmy całą scenę z Maćkiem Orłosiem przez pół godziny. Przynajmniej nie wyszedłem na jakiegoś inteligencika.

Czy z twojego młodszego brata wyrośnie aktor? Kamera go bardzo lubi.

Na razie powiedział, że aktorstwo ma w dupie, bo jest głupie i trzeba się uczyć tekstu. Woli być reżyserem. Przecież reżyser tylko siedzi i nic nie robi (śmiech). To jest wymarzona fucha dla Grzesia.

Na razie występuje we wszystkich twoich filmach.

Nie zrobiłem nawet krótkiej etiudy, w której by nie grał.

W Rezerwacie jest superłobuziakiem i wydaje się, że zagrał siebie.

Mogę was zapewnić, że w filmie jest wyłagodzony. Na co dzień robi jeszcze lepsze numery. Na planie Naszej ulicy ciągle majstrował jakieś pułapki, kopał dołki, przykrywał trawą, cuda po prostu. Ludzie w to wpadali, poskręcane nogi, siniaki na kolanach…

Jak ci się udaje tak świetnie go prowadzić?

Nigdy mu nie mówię, że już kręcimy (śmiech). Na planie Naszej ulicy w pewnym momencie się wściekł i krzyczał, kiedy zaczynamy robić film, bo te ciągłe próby go strasznie nudzą. A my byliśmy już prawie po zdjęciach. Zawsze piszę pod niego. W tych postaciach jest wiele problemów Grzesia, jego lęki, rozczarowania. Garściami biorę z jego codzienności. Pewnie dlatego tak łatwo mu w to wchodzić.

Na Grzesia rzucają się już filmówki?

Może jeszcze nie, ale niedługo zaczną. Oby. Za chwilę osiągnie taki wiek, że będzie mu tego trzeba. Brat wcześnie zaczynał, to i on nie może być gorszy (śmiech).

Dlaczego twój drugi brat nie zagrał w Rezerwacie?

Nie mogłem go zatrudnić, był na obowiązkowych wczasach…

Nie pytamy, za co…

Słusznie… Teraz razem piszemy scenariusz, o którym wcześniej wspominałem. Ten o naszej dzielnicy, o Woli.

Co myślisz o Konradzie Niewolskim? Trochę jesteście do siebie podobni.

Dajcie spokój, ja nigdy nie siedziałem za nielegalne posiadanie broni (śmiech). Nie znamy się osobiście, ale dużo o nim słyszę… I chyba mam inne ambicje. Jak byłem mały, to myślałem, że kiedy pojawi się banknot o nominale miliona złotych, to ja na nim będę. Wyrosłem z tego. A Konrad podobno wciąż ma takie ambicje. Na razie zrobił jeden świetny film – Symetrię.

Wiemy, o czym tak naprawdę kiedyś marzyłeś. O tym by być wielkim, sławnym, lepszym od innych i żeby laski obgryzały ci paznokcie u nóg. Obgryzają?

Na razie jeszcze obcinam (śmiech).

Na skróty:

Mówię wam, to piękne uczucie. Siedzisz sobie w agencji reklamowej, napierdalasz jakieś tyfusy, a tu nagle: bach! Jest kasa na film. Od razu dzień wolny i bania.

Zawsze wydawało mi się, że debiut to pierwszy film. Okazało się, że drugi też potrafi być debiutem. A w Koszalinie pytano się mnie, czy w roku 2008 znowu przyjadę z debiutem (śmiech).

Kwaśny (aktor grający główną rolę w Rezerwacie – przyp. aut.) parę miesięcy temu spadł z konia. Konika obleciały gzy i go poniósł. Kwaśny wpadł na zajebisty pomysł: „Sam się spierdolę z konia”. To dobry sposób, pod jednym warunkiem: trzeba być kaskaderem. Po upadku Marcin miał takie odwrotne heil hitler. Operacja, szpitale, gipsy… Po sześciu tygodniach miał być już luzik, ale tak żeśmy łoili na różnych festiwalach, że ręka w ogóle mu się nie zrosła. Miał jeszcze dwie operacje. Teraz podobno jest już lepiej. Marcin stara się nie pić. Może w końcu zdejmą mu ten gips.

Z młodego Damięckiego zrobili lamę. Niezasłużenie. Gdybym miał go obsadzić w roli skinheada, zrobiłbym to bez zmrużenia oka. Poradziłby sobie znakomicie.

Znasz Palkowski Potok?

Dopiero niedawno dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Nie kąpałem się w nim, ani nawet do niego nie sikałem. Zamierzam niedługo jechać w Pieniny, by go odzyskać. To przepiękna okolica, bo moja własna (śmiech).

Jesteś góralem?

Moja rodzina przeprowadziła się do Warszawy w XVII wieku. Wcześniej funkcjonowała gdzieś pod Poznaniem. Mało we mnie z górala.

Ale za to na pewno jesteś oszczędny.

(Śmiech). Nie jestem związany z „krainą podziemnych pomarańczy”. Kilkaset lat w stolycy zrobyło swoje.

A pieniaczem jesteś?

W odpowiednich okolicznościach na pewno.

Podobno gdyby nie Waldemar Łysiak nie zająłbyś się filmem?

Zdecydowanie. Kradłem jego książki z biblioteczek podczas pomieszkiwań w wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw był „Cesarski poker”, a jakieś siedem lat temu przeczytałem „Dobrego” i się zaczęło. Pomyślałem sobie: „Ale byłby z tego zajebisty film. Na pewno ktoś to spierdoli. Trzeba zrobić samemu”.

I co?

Łysiak jest podobno obrażony na X muzę, chociaż patrząc na jego ostatnie publikacje, zauważam, że coraz częściej gada o filmie, więc może mój plan kiedyś wyjdzie. Najchętniej wziąłbym się za „Flet z Mandragory“, ale nie jestem jeszcze gotowy na tek trudny filmowo materiał.

Na razie bierzesz się za serial „Rezerwat”, horror, film o twojej dzielnicy, czyli Woli, a na dokładkę podobno marzy ci się zrobienie czegoś o doliniarzach…

Scenariusz serialu już właściwie napisałem, ale nie wiem, czy ktoś będzie chciał go wyemitować. Film o doliniarzach wymaga tak wielkiej kasy – przede wszystkim na dekoracje – że pozostaje w sferze marzeń. Horror może wypali, a Wola jest na razie na etapie wymyślania scen do scenariusza.

Czy to będzie film oparty na twoich bogatych doświadczeniach alkoholowych? Kiedy najostrzej grzałeś?

Między 16. a 20. rokiem życia. Na śniadanie ¾ na twarz i dopiero szliśmy w miasto. Tamte czasy minęły na dobre. A film o Woli… To nie będzie o mnie. Ma być o gangsterach a nie menelach…

Podobno dzisiaj nie miewasz kaców. To prawda?

Od mniej więcej ośmiu lat nie miałem. Ten ostatni raz pamiętam jak dziś. Napierdoliłem się z przyjaciółką, która po wszystkim znalazła jeszcze sto złotych w kieszeni i popłynęliśmy dalej. Po wszystkim miałem największego kaca w życiu (śmiech). A tak, jaram szlugi, mieszam wino, piwo, wódę, do woli… i nic. Chyba, że rum…

Może powinieneś się zbadać?

I opracować patent na nie manie? Ale ja nic nie robię, żeby nie mieć kaca. W zasadzie robię wszystko, żeby mieć (śmiech). Łeb może mnie boleć tylko po 0,7 rumu. Rum jest najgorszy. Nie ma opcji – kac murowany.

Słyszeliśmy, że ostatnio nieźle cię skroili po pijaku.

Fatalna sprawa. Wracając z festiwalu filmowego w Janowie Lubelskim, gdzie była non stop wóda, nachlałem się jeszcze z chłopakami w Lublinie. W pewnym momencie urwał mi się film i obudziłem się w pociągu. Grzecznie, słuchaweczki na uszach, ale słyszę, że coś mi się przebija przez muzykę. Jakieś krzyki, wycie. Wychodzę więc na korytarz i drę mordę: „Cisza mi tam, zamknąć mordy, bo zajebię…”. No to przyszli do mnie. We trzech. „O, kozaczek się znalazł”. Od razu kosa na gardło i ogolili mnie ze wszystkiego. Wysiadłem na Centralnym i myślę sobie, co tu robić. Trzeba grzać do starych, trochę się przekimać. Pięć minut wolnym spacerkiem. Ale ponieważ byłem jeszcze dobrze podcięty, więc jak zobaczyłem menelików pijących pod moją starą podstawówką, to się podłączyłem. W kieszeni znalazłem jakimś cudem zmięte 40 złotych. Dałem chłopakom 20 na naftę i łoiliśmy do piątej rano. Nie pamiętam, jak zaszedłem do starszych.

Z czego się teraz utrzymujesz?

Żyję z nagród (w tym momencie Łukasz poprawił fryzurę).

No to trzeba uważać z przyznawaniem ci kolejnych, bo się zapijesz na śmierć.

Nie ma obawy. Już nie biorę gotówki. Wszystko idzie na konto (śmiech).

Jak twój organizm reaguje na alpagi?

Rzadko pijam, ale ostatnio z montażystą „Rezerwatu”, kiedy skończyliśmy pierwszą wersję filmu, przyjęliśmy po dwie sztuki na łebka. Film miał dobrego sponsora – Warkę. Dostaliśmy z czterdzieści skrzynek alpag. Trochę zostało, więc przyatakowaliśmy. Kaca nie miałem, ale brzusio pobolewał. Zwykle coś, co jest smaczne – nie jest zdrowe.

Chłopaki z Pragi o tym wiedzą?

(Wybuch śmiechu). Mają to w dupie. Dzięki temu, że kręciliśmy w ich okolicy, tubylcy mieli dobre używanie. Do magazynu z towarem stały kolejki. Po prostu zadawaliśmy pytanie: „Czy za wystąpienie w filmie chcesz gotówkę, czy wino?”. Pytanie raczej retoryczne.

Czyli wyszliście na tym biznesie idealnie.

Kto wie, może właśnie dlatego przekroczyliśmy budżet tylko o dwa złote (śmiech). Chcieliśmy, żeby ten film był trochę pijany, stąd slogan – „komedia na bazie napojów winopodobnych”.

Udało ci się zjednać taką charakterną okolicę, tylko dzięki alpagom? Nie musieliście opłacać „ochrony”?

Mieliśmy przygotowaną pozycję w budżecie na „dogadanie się” z okolicą. Miało się to nazywać „Konsultant Merytoryczny”. Ale na szczęście obyło się bez tego. Konopacka i Stalowa okazały się spokojniejsze niż Mała. Mała to kraina latających noży. Słyszałem, że ekipa Polańskiego musiała dogadać się z kolesiem, który rządził wtedy ulicą, bo inaczej z dekoracji do „Pianisty” zostałyby strzępy.

Nie zaczepiali cię na Prażce z powodu długich włosów? Nie krzyczeli: „Ej, pedale!”?

Nie. W czasie kręcenia miałem taką, kurwa, długą brodę. Na pedała nie wyglądałem (śmiech).

Trzeba przyznać, że w „Rezerwacie” miks zawodowców i naturszczyków wyszedł ci znakomicie. Na pewno wszyscy pytają się ciebie, jak to zrobiłeś.

I zawsze odpowiadam: „Nie wiem”. Nie ma na to sposobów. Tak się stało i już. Po prostu, jeśli powiesz aktorom, czego od nich potrzebujesz, sam wiesz, co chciałbyś osiągnąć, nie może się nie udać. Poza tym wykorzystywaliśmy wszystko, co nas otaczało. Na przykład przyszedł do nas na plan pan Tadeusz z harmoszką. Zobaczyliśmy go i już następnego dnia kręciliśmy z nim scenę. W finale również miał wystąpić, ale zwinęli go, zniknął na miesiąc i musiałem improwizować.

A skąd wytrzasnąłeś olbrzyma z gitarą?

Marek Roman Zakrzewski to kumpel mojego teścia. Bardzo majętny człowiek, który ma takie hobby – komponuje, gra i śpiewa. Często bardzo ostre kawałki (śmiech). A najśmieszniejsze, że on nawet nie jest z Pragi. Zresztą większość obsady to ludzie z Krakowa (śmiech).

Tak jak Sonia Bohosiewicz. Podobno bardzo się polubiliście…

Bardzo, bardzo, ale nie chodzimy z sobą do łóżka.

Ale lubicie się na tyle, żebyś poprosił ją o rozebranie się dla PLAYBOYA?

Mogę spróbować, choć Teatr Stary takich akcji mógłby nie wybaczyć. Ale kto nie próbuje, ten nie ma.

Jakie aktorki chciałbyś jeszcze zobaczyć na naszej rozkładówce?

Magdę Różczkę i Olę Kisio. Są super.

Z zupełnie anonimowego faceta nagle stałeś się „panem reżyserem”. Czy zauważyłeś, że kobiety od tego czasu patrzą się na ciebie inaczej?

O, tak! O, tak! (Śmiech). To wspaniały zawód! Istnieje coś takiego jak „filmówki”, czyli laski okołofilmowe. Są miłe i zawsze na miejscu. Cudowna instytucja. Nie wiem, skąd się biorą, ale na festiwalach ich pełno. Można je także spotkać w Łodzi. Słyszałem, że sporo facetów udaje studentów „Filmówki”, żeby trochę z nimi poszaleć. Te kobiety zrobiły dla polskiej kinematografii naprawdę dużo dobrego.

Tak dużo jak Andrzej Wajda?

Więcej (śmiech). To wielki mistrz, jeśli się cofniemy w czasie…

A jeśli zatrzymamy się na „Katyniu”?

Będę milczał… Mimo najszczerszych chęci i szklachetnego przesłania nie doszukałem się ręki Andrzeja Wajdy…

A tobie jakie przesłanki przyświecają? Nie boisz się, że odbije ci palma?

Może się tak zdarzyć, ale to krótka piłka: jak się kończy kasa, palma mija. Nie wiem, czy dostanę pierdolca, ale brak monety na bank mnie wyprostuje. A przesłanki? Ja chcę tylko opowiadać różne historie. Kiedy słyszysz coś, co cię fascynuje, chcesz się tym podzielić z innymi. I tyle. A jeśli można z tego żyć…

Chyba nigdy nie narzekałeś na brak monety.

Do czasu, aż zachciało mi się zostać reżyserem. Rzuciłem wtedy robotę, w której zarabiałem ładny grosz i poszedłem do szkoły. Ze znajomymi stworzyliśmy coś na kształt komuny filmowców (śmiech). Wynajęliśmy za pięćset dolarów kwadrat na Żytniej, takie 250-metrowe, na wypasie zrobione, poddasze z trzema łazienkami. Działy się tam niewiarygodne historie. Kimał u nas często, nikomu wtedy nieznany, zespół Pogodno. Non stop balanga! Wynajęliśmy to poddasze na jesieni i było super, ale w zimie okazało się, że trzeba podgrzewać się elektrycznie, co kosztowało nas 1500 złotych miesięcznie. W lecie natomiast dach tak się nagrzewał, że można było dostać kota. Zdarzyło mi się nie spać tydzień, bo było za gorąco. Piękne czasy… Mieliśmy kasę tylko na wynajem, na nic innego. Pamiętam, jak piliśmy pół litra bez popitki, bo nie było za co kupić. Zrobiliśmy po staropolsku – pod wąchanie chleba. Piło się super, aż do momentu, kiedy wpadł kumpel i bez słowa wszamał nam popitę (śmiech). W tamtych czasach powstał scenariusz do mojego krótkiego metrażu – „Naszej ulicy”. Wszyscy balowali, a ja – zamknięty w pokoju obok – pisałem. Oczywiście z myślą, że ja wam jeszcze wszystkim pokażę (śmiech).

A co robiłeś zanim zostałeś „panem reżyserem”?

Ciężko pracowałem od 16. roku życia. Zaczynałem na giełdzie komputerowej. Żeniłem gazetki, pirackie gierki, sprzęt, programiki. Pracowałem tylko w weekendy, ale zarabiałem więcej niż rodzice razem wzięci. Okazało się, że mam smykałkę do składania i naprawiania komputerów. Zaczęliśmy prowadzić sprzedaż hurtową. Z kolegami pojechałem do Sopotu, w którym mieliśmy zadanie bojowe: przejąć rynek komputerowy w Trójmieście. I to się udało. W końcu miałem dosyć i wymyśliłem sobie, że zostanę grafikiem komputerowym. Wróciłem do Warszawy i z miejsca dostałem pracę. A nie umiałem nic! Ledwo poznałem PhotoShopa, o Corelu i Quarku tylko słyszałem (śmiech). Zadebiutowałem jako projektant okładki do składanki „Dance Attack”, a potem już poszło. Na przykład robiłem okładki dla pisma kulturystycznego „Flex”. Kilka razy wstawiłem swoją twarz w zdjęcia jakichś napakowanych kolesi… (śmiech).

Czyli jesteś dzieckiem szczęścia. Wszystko ci zawsze wychodziło!

Nie do końca. Nie potrafię jeździć samochodem i motorem.

A prawdziwy filmowiec musi mieć samochód?

Nie, ale rockendrollowiec na pewno (śmiech). Robię prawko i na motor i na samochód. Furę kupiłem, tylko nie mam papierka.

Kiedy znudziło ci się bycie grafikiem?

Jak przeczytałem „Dobrego”. Poza tym miałem już dosyć realizowania nie swoich pomysłów i tego, że wszystko musi być podobne do proszku do prania. Ale jeszcze parę agencyjnych epizodów w moim życiu się przewinęło. Jakoś trzeba było zarobić na kieliszek chleba.

Zarobiłeś coś na pierwszym filmie?

Tak. Jak sprzedałem „Naszą ulicę” TVP. Dostałem z osiem tysięcy. Wtedy miałem małe wymagania, więc starczyło na pół roku. Już wam mówiłem: poddasze na Żytniej, butelka wódki, kajzerka i szlugi.

Nikt nigdy nie wyrzucał ci, że jesteś „niewykształciuchem”?

Nie, ale tak zwane środowisko daje odczuć, że jestem outsiderem. I to nie jest miłe. Dystans jest wyczuwalny. Gdzieś siedzi mi to na łbie i czuję się niekomfortowo, ale nie da się ukryć, że po nagrodach za „Rezerwat” moje samopoczucie się poprawiło. W przeciwieństwie do samopoczucia paru osób, które te moje nagrody musiały dobrze wkurwić. Nie mam natury chrystusowej. Nie nadstawiam drugiego policzka, tylko ciągnę ze łba. To się nie podoba.

Nie chcesz mieć dyplomu?

Może w końcu uda mi się coś skończyć, bo jakiś papier by się przydał. Nie skończyłem żadnej szkoły filmowej, nawet AFiTu na Chełmskiej. Zabrakło mi kasy. Do Łodzi startowałem, ale się nie dostałem. Poszedłem na egzamin jak głupek, z ulicy. Byłem kompletnie nieprzygotowany, zielony… Gdybym się dostał, źle by to świadczyło o szkole. Piękną rzecz usłyszałem na korytarzu. Jakiś chłopak mówił, że jakby przyszedł tu Polański z przyprawionymi wąsami, też by się nie dostał.

Co o nim sądzisz?

O wiele lepsza forma niż u Wajdy. I to nie tylko w robieniu filmów. Z tego co wiem Polański ciągle potrafi się dobrze zabawić (śmiech).

Prezentujesz się jako luzaczek. Do tego wódeczka, imprezki, a tymczasem okazuje się, że ty pracowity jesteś!

Jedno nie przeszkadza drugiemu! Czasem pomaga. Ale nie piję na zdjęciach. To byłby grzech śmiertelny. Za to podczas pisania… Jest w „Rezerwacie“ kilka scen, których pisania kompletnie nie pamiętam. Najważniejsze, żeby pić w pracy (śmiech).

Co to znaczy: „Lytera L w kiermany y zawijamy na obiekt”?

Litera „L” to litr wódki. Kierman to kieszeń. A obiekt to miejsce, które sobie wyznaczymy do picia.

Pytamy, bo chcieliśmy ci pogratulować występu w Teleexpresie, który robi furorę na youtube.com.

Wszyscy myśleli, że byłem napierdolony, a prawda jest taka, że zanim weszliśmy na żywo, ćwiczyliśmy całą scenę z Maćkiem Orłosiem przez pół godziny. Przynajmniej nie wyszedłem na jakiegoś inteligencika.

Czy z twojego młodszego brata wyrośnie aktor? Kamera go bardzo lubi.

Na razie powiedział, że aktorstwo ma w dupie, bo jest głupie i trzeba się uczyć tekstu. Woli być reżyserem. Przecież reżyser tylko siedzi i nic nie robi (śmiech). To jest wymarzona fucha dla Grzesia.

Na razie występuje we wszystkich twoich filmach.

Nie zrobiłem nawet krótkiej etiudy, w której by nie grał.

W „Rezerwacie” jest superłobuziakiem i wydaje się, że zagrał siebie.

Mogę was zapewnić, że w filmie jest wyłagodzony. Na co dzień robi jeszcze lepsze numery. Na planie „Naszej ulicy” ciągle majstrował jakieś pułapki, kopał dołki, przykrywał trawą, cuda po prostu. Ludzie w to wpadali, poskręcane nogi, siniaki na kolanach…

Jak ci się udaje tak świetnie go prowadzić?

Nigdy mu nie mówię, że już kręcimy (śmiech). Na planie „Naszej ulicy” w pewnym momencie się wściekł i krzyczał, kiedy zaczynamy robić film, bo te ciągłe próby go strasznie nudzą. A my byliśmy już prawie po zdjęciach. Zawsze piszę pod niego. W tych postaciach jest wiele problemów Grzesia, jego lęki, rozczarowania. Garściami biorę z jego codzienności. Pewnie dlatego tak łatwo mu w to wchodzić.

Na Grzesia rzucają się już filmówki?

Może jeszcze nie, ale niedługo zaczną. Oby. Za chwilę osiągnie taki wiek, że będzie mu tego trzeba. Brat wcześnie zaczynał, to i on nie może być gorszy (śmiech).

Dlaczego twój drugi brat nie zagrał w „Rezerwacie”?

Nie mogłem go zatrudnić, był na obowiązkowych wczasach…

Nie pytamy, za co…

Słusznie… Teraz razem piszemy scenariusz, o którym wcześniej wspominałem. Ten o naszej dzielnicy, o Woli.

Co myślisz o Konradzie Niewolskim? Trochę jesteście do siebie podobni.

Dajcie spokój, ja nigdy nie siedziałem za nielegalne posiadanie broni (śmiech). Nie znamy się osobiście, ale dużo o nim słyszę… I chyba mam inne ambicje. Jak byłem mały, to myślałem, że kiedy pojawi się banknot o nominale miliona złotych, to ja na nim będę. Wyrosłem z tego. A Konrad podobno wciąż ma takie ambicje. Na razie zrobił jeden świetny film – „Symetrię”.

Wiemy, o czym tak naprawdę kiedyś marzyłeś. O tym by być wielkim, sławnym, lepszym od innych i żeby laski obgryzały ci paznokcie u nóg. Obgryzają?

Na razie jeszcze obcinam (śmiech).

RAMKI:

Mówię wam, to piękne uczucie. Siedzisz sobie w agencji reklamowej, napierdalasz jakieś tyfusy, a tu nagle: bach! Jest kasa na film. Od razu dzień wolny i bania.

Zawsze wydawało mi się, że debiut to pierwszy film. Okazało się, że drugi też potrafi być debiutem. A w Koszalinie pytano się mnie, czy w roku 2008 znowu przyjadę z debiutem (śmiech).

Kwaśny (aktor grający główną rolę w „Rezerwacie” – przyp. aut.) parę miesięcy temu spadł z konia. Konika obleciały gzy i go poniósł. Kwaśny wpadł na zajebisty pomysł: „Sam się spierdolę z konia”. To dobry sposób, pod jednym warunkiem: trzeba być kaskaderem. Po upadku Marcin miał takie odwrotne heil hitler. Operacja, szpitale, gipsy… Po sześciu tygodniach miał być już luzik, ale tak żeśmy łoili na różnych festiwalach, że ręka w ogóle mu się nie zrosła. Miał jeszcze dwie operacje. Teraz podobno jest już lepiej. Marcin stara się nie pić. Może w końcu zdejmą mu ten gips.

Z młodego Damięckiego zrobili lamę. Niezasłużenie. Gdybym miał go obsadzić w roli skinheada, zrobiłbym to bez zmrużenia oka. Poradziłby sobie znakomicie.