Jacek Gmoch

– Powiem wam szczerze, że żona nie była zadowolona z naszego spotkania. Przekonałem ją jednak, że już dawno skończyłem z robieniem sobie zdjęć na nagusa.
– Ale może chociaż synowa będzie zadowolona. Słyszeliśmy, że jest Greczynką.
– Tak się wszystko poukładało. W Grecji znalazłem swoje miejsce, bezpieczeństwo, pracę, uznanie… i synową. Mój najstarszy wnuk, Jacek, jest ochrzczony jako Yakinthos. Dzięki temu ma imieniny dwa razy w roku. Grecka strona rodziny jest ortodoksyjna, więc w ogóle wszystko mamy dwa razy – Wielkanoc, Boże Narodzenie…

(W tym momencie podchodzi do nas jeden z licznych znajomych Trenera i wylewnie się z nim wita. Taka sytuacja będzie powtarzała się nagminnie. Aby zaoszczędzić nieco miejsca, skróconą listę spotkanych przy okazji tego wywiadu Greczynek i Greków podamy na końcu).

Czytaj dalej

Marek Kondrat

– Kiedy ostatnio pił pan jabola?
– Ze 20 lat temu, jak budowałem dom na Mazurach. Ze szwagrem kupiliśmy skrzynkę tego typu trunków robotnikom, ale sami po nocnych połowach raczyliśmy się jabolami o 4 nad ranem. Było pysznie. Wilgotny nos, długość zakończenia – docenialiśmy to już wtedy (śmiech).
– A pierwszego?
– W przedmaturalnej klasie. Mieszkałem na Muranowie, więc okoliczności spożycia było sporo.
– Ale pan przecież był sportowiec! Szermierz.
– Trenowałem w Pałacu Młodzieży. Jeździłem na zawody i walczyłem ze sławami i mistrzami olimpijskimi. Z Witkiem Wojdą, Ryszardem Parulskim, Leszkiem Koziejowskim. Dzięki szermierce byłem drugi raz za granicą. Najpierw z rodzicami byłem w Jałcie, a potem na zawodach w Eisenach w NRD. Przywiozłem wtedy krem Florena – odpowiednik Nivei. Czasami, jak spotykam Parulskiego, to mu przypominam, że walczyliśmy na planszy. Ale on mnie nie pamięta (śmiech). To tak jak Pazura przyszedł kiedyś do Gajosa. Wspominał: „Wjechałeś na czołgu na Piotrkowską, a ja, wtedy gnojek, podszedłem do ciebie i poprosiłem o autograf. A ty mi powiedziałeś: „Spierdalaj!”. Janusz słucha, słucha i mówi: „Było mi powiedzieć, że to ty!” (śmiech).

Czytaj dalej

Zbigniew Wodecki

– Jak upojne jest twoje życie?
– Upojne to ono było. Ale słabo to pamiętam, bo działo się to jakoś tuż po bitwie pod Płowcami. Świeciłem sobie pod kołdrą latarką i czytałem Pamiętniki Casanovy. Pewnie były tam jakieś ryciny, które wtedy bardzo mnie kręciły. Później zacząłem zajmować się może mniej fascynującymi, ale ciekawszymi sprawami i pod kołdrą czytałem Trzech muszkieterów. A potem upojność minęła.
– Pytamy się o upojne życie, bo na blogu piszesz, że będziesz wspominał wszystkie chwile związane ze swoim upojnym życiem…
– Ja nie mam żadnego bloga! Ktoś się pode mnie podszywa. Nie widziałem tego bloga na oczy.
– A może widziałeś tego, na którym pewna młoda dama opisuje swoje sny erotyczne ze Zbigniewem Wodeckim?
– Też nie widziałem. Szkoda. A są jakieś pikantne szczegóły? Lubię (śmiech).

Czytaj dalej

Jacek Braciak

– Kiedy przestałeś być „kobietą w średnim wieku, z zalążkami piersi”?
– Całkiem niedawno. Zajęło mi to dwa tygodnie. Jadłem trawę i sałatę, popijając wodą. Nie mogłem spać, jarałem szlugi i byłem maksymalnie podkurwiony. Ale udało się. Piersi mi zniknęły, schudłem 7 kilo, zacząłem biegać i teraz jestem gejem w średnim wieku (Jacek gra postać Pshemka-projektanta mody w filmie „Brzydula” – przyp. red.)
– 7 kilo to sporo.
– Przy moim nikczemnym wzroście na pewno. Dzisiaj zauważam w parkach szał na bieganie, tak jak kiedyś na „Miasteczko Twin Peaks”. I bardzo dobrze. Sam przedwczoraj dymnąłem 12 kilometrów i 300 metrów. Pobiegłbym więcej, ale siadły mi przyczepy (śmiech).

Czytaj dalej

Marcin Prokop

– Jaki wolisz początek? Na ostro, czy kulturalnie?
– Będziemy się bić? (śmiech) Może być na ostro. Podważcie moje dobre samopoczucie.
– Dlaczego w programie „Motoszoł” usadzili cię w takim fotelu, że wyglądałeś jak ciota?
– Dorota Wellman twierdzi, że wyglądam tam, jakbym siedział na kiblu, więc mamy już dwie interpretacje. Fotel odziedziczyłem po Martynie Wojciechowskiej – może dlatego wyglądam w nim jak ciota, bo był „krojony“ pod kobietę. Scenografia częściowo pochodziła z jej programu „Automaniak” i bez dwóch zdań była najgorszą częścią „Motoszoł”. Zresztą w ogóle przedmioty używane w programie wzięły się z wielu byłych programów TVN-u. To taki recykling a la Frankenstein. Fotel ograniczał moje ruchy i był cholernie niewygodny.
– Niewygodnie to mają przede wszystkim operatorzy, którzy cię filmują.
– Niedawno dowiedziałem się, że dobór operatorów w moich programach często nie jest uzależniony od ich stażu, tylko od wzrostu. Ci najwyżsi mają zresztą zwykle najmniejsze doświadczenie. Mniejsi filmują mnie tak, że wyglądam monumentalnie jak Piotr Kraśko w „Wiadomościach“, czyli jestem Statuą Wolności z wyeksponowanymi dziurkami w nosie i policzkami chomika.

Czytaj dalej

Kazik Staszewski

-Wiemy, że lubisz robić muzykę „na gorąco”. Dlatego ten wywiad też będzie na żywca. Ale żeby totalnie nie popłynąć, będziemy się trzymali alfabetu. Co ty na to?
– Dobra. W końcu każda improwizacja musi być jakoś zaplanowana.
– „A” jak Adamek.
– Nie interesuję się takimi chudziakami. Wolę wagę ciężką. Adamek nie jest wybitny, mimo że ma w papierach mistrzostwo świata. Trzeba pamiętać, że zdobył je po bardzo problematycznym zwycięstwie i tak naprawdę z nikim wybitnym się nie boksował. Więcej emocji we mnie wywoływał Gołota. Permanentna zadyma i medialna ruchawka zawsze mi się podobały. Ale jestem daleki od optymizmu, jeżeli chodzi o mistrzostwo świata Andrzeja. Nie da rady z ruskimi czołgami (śmiech).

Czytaj dalej

Janusz Gajos

– Przeczytaliśmy, że w wywiadach lubi pan stawać się ze średniego bruneta wysokim, szczupłym blondynem. Obiecujemy, że się postaramy…
– To nie ja. Ja już dawno z tego zrezygnowałem. Moja żona ma takie ambicje. Widocznie taki ideał mężczyzny krąży jej po wyobraźni. Efekt jest taki, że dostaję mniej jedzenia niż lubię. Ale z tym różnie bywa. Potrafię też postawić na swoim.
– A jak dzisiaj podczas sesji zdjęciowej szło panu udawanie samego siebie?
– Fatalnie.

Czytaj dalej

Marcin Świetlicki

Legenda do wywiadu z Marcinem Świetlickim:
Mistrz – Marcin Świetlicki
mistrz – bohater powieści Marcina Świetlickiego
Koniec legendy.

Rzecz dzieje się na Małym Rynku w Krakowie, w Księgarni Hiszpańskiej. Mistrz podejmuje hiszpańskim specjałem konsystencji granitowej skały i wódeczką cokolwiek kolorową… Powiedzmy od razu, pierwszą z serii kolorowych.

Czytaj dalej

Jan Nowicki

– To o czym będziemy rozmawiać? Oby nie o kobietach (śmiech).
– Kobiety zostawmy na deser. Najpierw zagadka. Kto to powiedział? „Nieudzielanie odpowiedzi na pytania nie świadczy o klasie, jest raczej przejawem tchórzostwa”.
– To pachnie mną. Wiecie jak to jest, nieważne są szczere odpowiedzi, ważna jest rozmowa, a w rozmowie kontrowersja. Gdy Piotr Skrzynecki wpadał do mnie na wódeczkę i zaczynał mówić źle o Wajdzie, to ja od razu mówiłem dobrze. A kiedy Wajdę chwalił, to ja mieszałem go z błotem. Piotra krew zalewała, kiedy mieliśmy to samo zdanie. W ten sposób się rozmawiało. A dzisiaj się nie rozmawia. Rozmowy przestały być kształcące. No, to co chcecie wiedzieć?

Czytaj dalej

Bronisław Wildstein

– Ile razy wyrzucali cię z pracy?
– Dużo. Nie pamiętam. Musiałbym policzyć. Raz, dwa, trzy… (liczy na palcach), …siedem, osiem, …dziesięć. Coś koło tego. Zdążyłem się przyzwyczaić. Nawet żona zwracała mi w żartach uwagę, że zaczynam przesadzać, bo cztery lata w jednej redakcji („Rzeczpospolitej” – przyp. red.), to zdecydowanie nie w moim stylu. I wykrakała (śmiech).
– A pamiętasz, kiedy wyrzucili cię pierwszy raz?
– Tak. W ’76 roku wylali mnie z liceum plastycznego.
– Za co?
– Za to samo, za co zawsze w PRL. Za działalność polityczną…

Czytaj dalej