Wojtek i Zygmunt Miłoszewscy

PLAYBOY nr 06, 2017 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban / Studio MMP

Chodzą słuchy, że książki za Zygmunta od lat pisze Wojtek…

Zygmunt Miłoszewski: Dodatkowo jesteśmy gejami i tylko udajemy braci, żeby przeżyć w pierwszej Katolickiej Republice Polskiej.

Wojciech Miłoszewski: Kiedyś powiedziałem, że napiszę książkę, jak mi głód zajrzy w oczy. I teraz napisałem, choć nie do końca wszystko z tym głodem się zgadza. Tak naprawdę zrobiłem to tylko po to, żeby móc umieścić tam zdanie „słońce chyliło się ku zachodowi”. I dopiąłem swego. Nie mam zamiaru ścigać się z Zygmuntem, bo jest to nierealne. Gościu jest bardziej utalentowany ode mnie, ma lepszy warsztat i o wiele większe doświadczenie. Pomijam już fakt, że moja debiutancka powieść jest sensacyjna, trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji i pełnokrwistych bohaterów. W żaden sposób nie może więc konkurować z prozą Zygmunta, w której śledztwa rozwiązuje się w kawiarni…

ZM: Przynajmniej piszę po polsku.

WM: Ja panu nie przerywałem, panie redaktorze… Powiedziałem przecież, że masz świetny warsztat. U mnie jednak nie będzie tak, że gościu przepoławia bezę łyżeczką inkrustowaną srebrem, krzycząc, że wie kto zabił i wybiega z kawiarni.

ZM: W moich esemesach jest więcej elegancji i literatury.

WM: Nieprawda. To ja zawsze używam znaków diakrytycznych. I stawiam kropki na końcu zdania w każdym esemesie. A ty?

ZM: Ostatnio przysłałeś mi nawet emotikona. Ho ho ho ho…

WM: Ty pierwszy użyłeś mordeczki na swoim fejsbuniu. Uważam, że każdy kto ma Facebooka powinien zostać rozstrzelany.

ZM: Wydawca zaraz każe ci go odpalić i nie będziesz miał nic do gadania.

WM: Przynajmniej nie będę go sam prowadził. A kto wrzucił ostatnio zdjęcia łyżew na zamarzniętym jeziorku? „Hejka, moje kochane fanki…”. Gdybyś gościu chociaż jeździł! Ale nie. Usiadł sobie pupką na lodzie i zrobił zdjęcie łyżew.

ZM: Cierpisz, bo jeżdżę na nich lepiej od ciebie.

WM: Mój brat źle znosi wszelkie krytyczne uwagi. Każda krytyka to zamach na jego jajca.

Przerywając ten wspaniały pojedynek, chcielibyśmy podpytać o wspomniane fanki. Z całym szacunkiem dla jajec Zygmunta.

WM: Nie wiem, czy wiecie, ale w Polsce rządzą kobiety – i to prawie bez wyjątku. Piszesz scenariusz serialu i co słyszysz od producenta? „Tylko pamiętaj, że to oglądają głównie kobiety!”. Piszesz powieść, a wydawca ci przypomina: „Książki w Polsce czytają kobiety, musisz o tym pamiętać!”. A wiecie, co się za tym kryje? Czego tak naprawdę oczekują producenci i wydawcy? Chcą świadomie obniżać poziom. O to właśnie im chodzi. Więc ja się pytam, czy kobiety są naprawdę głupsze? Ale może lepiej tego nie drukujmy.

ZM: Trzeba było zostać mechanikiem samochodowym. Miałbyś do czynienia głównie z mężczyznami.

WM: Przecież chciałem! Nie pamiętasz, że miałem iść do zawodówki? Ale rodzice wpadli w histerię, że po zawodówce nie wyląduję w warsztacie, tylko w kryminale.

No dobra, ale co z tymi pisarskimi groupies?

WM: Zygmunt zna wszystkie bibliotekarki w tym kraju. Są niczym uśpione wulkany. Trzeba je tylko przebudzić.

ZM: Niezłe masz fantazje! Odpowiadając na serio – z fankami czytelniczkami jest problem. Koledzy muzycy mają całkowicie odmienne doświadczenia w tej dziedzinie. Kiedy groupies przychodzą na koncert, to od razu nie mają majtek, a dekolty sięgają im pępka. Natomiast fanki literatury pojawiają się na spotkaniach z pisarzami… w czarnych golfach. I to nie jest żart. Najczęściej mają też 80 lat.

WM: Nie świruj. Byłem na paru twoich spotkaniach. Zdarzają się młode dupy.

ZM: Ale zawsze w golfach.

WM: I tak dla młodej dziewczyny z Suwałk jesteś jak Mick Jagger. Golf zakłada tylko dlatego, że spotkanie odbywa się w teatrze.

ZM: Kończąc ten pasjonujący wątek, chcę powiedzieć, że obaj jesteśmy szczęśliwie żonaci. A ja dodatkowo jestem bardzo krótko trzymany.

WM: Przy okazji pragnę oświadczyć, że bardzo kocham swoją żonę. A innych kobiet to właściwie nie lubię.

ZM: I właśnie za to inne kobiety będą cię kochały. Szczególnie te w golfach. Bo jesteś zasadniczy i jak masz żonę, to tylko żonę. Bardzo im się to spodoba.

Jesteście ze Śródmieścia, a spotykamy się po prawej stronie Wisły. Dlaczego?

WM: Bo Zygmunt przeprowadził się na Saską Kępę. Ja nigdy bym tu nie zamieszkał.

ZM: Ty mieszkasz na wsi.

WM: Za to po lewej stronie.

ZM: Ale na wsi! Gdzieś pod Piasecznem.

WM: Chciałbym ci przypomnieć, że doktryna wojenna NATO uznaje, że w razie czego wszystko co na wschód od Wisły, jest stracone. Dopiero na Wiśle zdołamy ich ewentualnie zatrzymać.

ZM: Jest taka anegdota ze stanu wojennego. Milicja zatrzymuje w nocy kobietę na Francuskiej. A ta oburzona pyta: „U nas na Saskiej Kępie też ma być godzina policyjna?!”. Jak wkroczą Ruscy, to tutejsze panie wyjdą na ulice i zapytają: „Jaka wojna? U nas na Saskiej Kępie?”.

WM: Nie umiałbym być tak pretensjonalny jak Zygmunt. Jak można tutaj mieszkać? Wstydziłbym się.

Na wsi lepiej?

WM: Wyprowadziliśmy się z Warszawy ze względu na dzieci. Mieszkać tutaj to jakaś miazga. Szczególnie w takich warunkach, w jakich się wychowaliśmy – na 30 metrach kwadratowych.

O wielkości, a właściwie małości waszego wspólnego pokoju krążą legendy.

ZM: Określenie „nasz pokój” to bardzo duże niedopowiedzenie. Mieścił się tam także zakład dziewiarski naszego ojca, a do tego mieszkała również babcia. Czasami zdarzało się, że to był faktycznie tylko nasz pokój, ale działo się to w tak zwanych lepszych momentach.

WM: Nie mogłem nigdy zasnąć, bo Zygmunt regularnie słuchał „Rockowej Trzynastki” w Radiu Wawa. Jej dżingiel do dzisiaj nieprzyjemnie dźwięczy mi w głowie: „One…, two…”. Masakra. Pamiętasz Zygmunt, jak ostatnio krzyczałeś pod adresem Macieja Chmiela, że jest dziennikarzem muzycznym w kraju, w którym nie ma muzyki? Kazika – idola swojej młodości – spuściłeś niniejszym do sedesu.

ZM: Bzdura. Ciągle mam sentyment do muzyki rockowej z lat 90. Chodziło mi raczej o to, co mamy teraz. Wczoraj widziałem się z kumplem, który jest Francuzem. Poprosił, żeby puścić mu coś dobrego ze współczesnej polskiej muzyki. Byłem bezradny. W końcu puściłem Łonę. To jedyne, co mi przyszło do głowy. No bo co? Miałem mu zaprezentować te wszystkie szansonistki?

WM: „Ona tańczy dla mnie” i po sprawie.

ZM: Jestem stary i zgorzkniały. Uważam, że muzyka skończyła się na Pearl Jam, Nirvanie i Kaziku Staszewskim. Wojtek jest młodszy, więc załapał się na polski hip-hop.

WM: Nie to, że się załapałem. Tę muzykę po prostu trzeba rozumieć. Jako dzieciak byłem metalem. Wyrosłem z tego i ściąłem włosy, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Molesta wydała płytę Skandal. Dla mnie to do dzisiaj mistrzostwo świata.

ZM: A dla mnie puste słowa. Nic mi to nie mówi. Miałem długie pióra do trzydziestki.

Czy poza pokojem mieliście jeszcze coś wspólnego?

ZM: Szkołę podstawową.

WM: Musimy was od razu rozczarować. Cztery lata robią różnicę, więc nie mieliśmy wspólnych dziewczyn.

To może chociaż PLAYBOYA?

WM: Przepraszam panowie, ale wspólny to był magazyn „Cats”. PLAYBOYA mogła oglądać nasza babcia.

ZM: Dziewczyny z „Catsa” przypominały nasze sąsiadki, mieszkające dwa piętra niżej. Full natural, zero retuszu. W PLAYBOYU wszystko wyglądało jak przez rajstopy – kompletnie nierealne.

Ale hasło PLAYBOYA to Girls next door!

WM: Jak się mieszka w Bel Air, to może i spotyka się takie dziewczyny z sąsiedztwa… Umówmy się – PLAYBOYA kupowało się, żeby czytać, a nie oglądać.

ZM: Od oglądania był „Twój weekend”.

Czyli nie pomożecie nam w wyborze nowych playmates?

WM: Pomożemy! Stawiam na Ewę Farnę. Zawsze i wszędzie.

ZM: Żona mnie krótko trzyma… Wspominałem już?

WM: Daj spokój. Moja małżonka doskonale wie, że Ewa Farna jest moją ulubioną piosenkarką, chociaż nie jestem w stanie zanucić żadnej jej piosenki. Jak będziecie robili z nią wywiad, to pamiętajcie o mnie i załatwcie VIP Pass na koncert. Może zaśpiewa specjalnie dla mnie jakiś utwór? Na przykład drugi z pierwszej płyty.

ZM: Jej młode piersi wielu osobom przynoszą na pewno sporo radości.

W twoich książkach motyw obfitego biustu jest więcej niż znaczący.

ZM: Trzeba mieć jakieś hobby. Lepsze to chyba niż polowanie czy hołowczycowanie w terenie zabudowanym.

Z kandydatury na rozkładówkę się nie wykpisz. Katarzyna Bonda?

ZM: Blondynki to nie ja. Ale na pewno byłoby ciekawie. Coś zaraz wymyślę. Kurwa, czuję się jak na egzaminie.

WM: Co za wiocha! Ja już po dwóch sekundach wiedziałem, a ty?

ZM: Mam krótszą smycz. Nie wspominałem? Poza tym chciałbym wskazać kogoś nieoczywistego. O Ewie Farnej wszyscy przecież fantazjują.

WM: Jak ja fantazjowałem, to nie było jej na świecie. (Bez zastanowienia i z rozmarzeniem) Rocznik 1993. Podpowiedzcie Zygmuntowi, bo będzie się męczył…

Monica Bellucci?

ZM: Z chęcią. Ale to nie mój wybór, tylko wasz i nie jest to rocznik 93 tylko 64.

A może pewna literatka, która w przeciwieństwie do was dostała stypendium na swoją książkę? I to całe cztery dychy…

WM: Chciałbym zaznaczyć, że nigdy nie przyjąłbym żadnego stypendium, bo brzydzę się komunizmem.

Blisko. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Magdalena Ogórek.

ZM: Dostała takie stypendium? Kolejna blondynka. A do tego taka, o której nie mam dobrego zdania. Odpada podwójnie. Ale czterdzieści tysi to już konkret. Ma dziewczyna łeb do interesów.

WM: Gdybyśmy chcieli dostać taką sumkę, musielibyśmy zapisać się z bratem do partii.

ZM: Ale wtedy nie pisalibyśmy książek, tylko co pół roku tworzylibyśmy nowy serial dla TVP.

WM: Mam nawet tytuł pierwszego – „Szczujnia Sorosa”.

ZM: Naprawdę nic mi nie przychodzi do głowy…

Może napiszemy, że po kwadransie przeszliśmy do kolejnego wątku?

WM: Przejdźmy. Ten pantoflarz i tak na nic nie wpadnie. Za bardzo się ceni. Chciałbym jednak zaznaczyć, że w naszym pokoju we wczesnej młodości mieliśmy plakat Samanthy Fox.

ZM: Gorzej, że obok wisiał David Hasselhoff. W ogóle byliśmy wtedy strasznymi diskomułami.

WM: Naszą pierwszą płytą CD był MC Hammer, a na kasetach straszyły Modern Talking i Top One. Łączyło nas jeszcze granie w gry na Atari i Commodore C 64. Zorro chodził tak, że hej…

ZM: Nigdy nie zapomnę muzyki z tej gry.

WM: A ja nie zapomnę, jak kiedyś o świcie stary zajrzał do nas do pokoju: „O! Już wstaliście?”. A my się jeszcze nie położyliśmy (śmiech).

ZM: „Tato, cicho, bo się nie wgra!”.

(Wybuch śmiechu)

WM: Nasz ojciec połamał z trzy joysticki, grając w River Raida. Myślał, że jak na maksa wychyli, to się wyrobi przed zakrętem.

Nawaliliście się kiedyś razem?

ZM: Prowadziliśmy równoległe życiorysy używkowe. Ja byłem alkoholowy, a Wojtek z racji wieku, czasów i Molesty gustował w innych środkach.

WM: Na kokainę niestety nie było mnie stać, więc skupiałem się na jej polskim odpowiedniku. Za to najlepszym w Europie.

ZM: Ja chlałem na umór i paliłem trawę. Czy to wystarczająco rock’n’rollowa wypowiedź?

Bardzo. Jeszcze jak razem wdawaliście się w bójki, będziemy w pełni ukontentowani.

WM: Chodziliśmy do takiej podstawówki, w której żeby kozaczyć trzeba było być Brucem Lee i Van Dammem w jednym. Wolałem stać nieruchomo i mieć minę lamusa. Wtedy była szansa, że nikt mnie nie zauważy.

ZM: Paru znajomych z naszych klas zrobiło grube kariery. Kilku tych karier nie przeżyło.

WM: Niestety byliśmy raczej tymi, na których wymuszano haracze. Jak miałem jakieś pieniądze, co zdarzało się niezmiernie rzadko, to chowałem je w skarpetkach. Tylko wtedy nie skubali mnie przy wejściu. Pytali tylko: „Masz coś?”. „Nie”. „Co znajdę, to moje”. „No to szukaj”. Wtedy oceniali moje ciuchy rodem z Ugandy i odechciewało się im szukać. Śródmieście było bardzo niebezpieczną dzielnicą. Dziś jest o niebo lepiej, chociaż w niejednej studni przy Marszałkowskiej nadal można dostać za niewinność.

ZM: To się nazywa „oficyna”.

WM: Oficyna może być wydawnicza. Tam zawsze będzie „studnia”.

Często się biliście między sobą?

WM: Kłótnie tak, ale bez rękoczynów. Pełna kultura. W końcu jesteśmy, kurwa, pisarzami.

Jakie ksywki wtedy mieliście?

WM: Do brata mówiłem „Zibu”, bo tak wołali na niego w szkole. A tata lubił mówić na nas „Zyga” i „Wojtas”. Niezła siara.

ZM: Przepraszam, ale czuję się trochę nieobecny, bo cały czas myślę o jakiejś brunetce na rozkładówkę. Nie jestem w stanie nikogo wymyślić. Chociaż wczoraj gadałem z kumplem o mojej fascynacji ZAZ…

WM: A co to?

ZM: Nie załamuj mnie. Francuska piosenkarka. Ale tam z piersią jest średnio.

WM: Jak zawsze. Taka ich cecha narodowa. Edith Piaf też była sucha.

ZM: Wychodzę na jakiegoś wykastrowanego frajera. Bycie żonatym tego nie tłumaczy.

WM: To swego rodzaju blokada psychiczna. Zaczynam się niepokoić.

ZM: Nie potrafię już nawet fantazjować o paniach bibliotekarkach. Chyba muszę zbadać poziom testosteronu, a potem na wszelki wypadek kupić jakiegoś „teścia”. Co to małżeństwo ze mną zrobiło… Do końca życia zapamiętam ten dzień. Może sobie przynajmniej motocykl kupię? Albo Porsche?

WM: Do dzisiaj mój brat zachowywał się normalnie, ale chyba go totalnie rozbiliście. Czuję, że jak żona zaparzy mu herbatę i spyta, jak mu smakuje, Zygmunt odpowie: „Nic już nie smakuje, tak jak kiedyś”.

ZM: Zawsze myślałem, że odpowiedzi na takie pytania są oczywiste. Raz, raz i już. Masakryczny zastój emocjonalny. Wstydzę się. Wiele moich idolek się zestarzało i chyba już się nie nadają. Marisa Tomei, Rachel Weisz, Sophie Marceau… A propos Sophie! Sikałem kiedyś obok Andrzeja Żuławskiego na lotnisku w Paryżu. Facet lał jak nastolatek. Nie uronił nawet kropelki. Patrzyłem na niego z podziwem. Doszło wtedy do mnie, że jednak seks to, kurna, zdrowie.

Między wami są tylko cztery lata różnicy (Zygmunt urodził się w 1976, a Wojtek w 1980 roku – przyp. red.), a brzmicie tak, jakby dzieliło was pokolenie.

WM: Uważam, że wszyscy urodzeni w latach 70. do niczego się nie nadają.

ZM: Historia potoczyła się tak, że dla urodzonych w latach 70. i 80. cztery lata różnicy mogą stanowić o przynależności do zupełnie innego pokolenia. Starszy ode mnie o cztery lata kumpel załapał się na Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Solidarność. Moich opowieści o Stone Temple Pilots, Rage Against The Machine i Prodigy słucha z niesłabnącym zdziwieniem. Nigdy ich nie słyszał. Ja z kolei nie znam większości nazw kapel hip-hopowych, którymi zachwycał się Wojtek. Ale to nie tylko kwestia muzyki. Kiedy ja pisałem maturę, Wojtek kończył podstawówkę, a mój starszy kolega studia. W latach dzikiej transformacji był już gotowy do pracy.

WM: Jak w 1990 roku miałeś dwadzieścia parę lat i znałeś angielski, to byłeś bogiem.

ZM: Z marszu zostawałeś dyrektorem w polskiej siedzibie zachodniej firmy. To właśnie ludzie urodzeni na przełomie lat 60. i 70. są dzisiaj prezesami i mają domy w Konstancinie. Ja wchodziłem na rynek pracy w 1995 roku i pewnie dlatego nie mam willi pod Warszawą. Nie zmienia to faktu, że i tak byłem ustawiony. Wylądowałem w mediach i jako 24-latek byłem sekretarzem redakcji z niezłą pensją. Mało tego – ubiegałem się o posadę redaktora naczelnego wydawnictwa Pascal. Na rozmowę założyłem nawet marynarkę. Powiedzieli, że wszystko OK, tylko jestem trochę za młody. Wracałem z Bielska-Białej wściekły, że padłem ofiarą dyskryminacji ze względu na wiek.

WM: Dla pana Wojtka nie zostało nic.

ZM: Mój brat jest z pokolenia, które musiało jechać do Anglii i nosić paczki.

WM: W 2004 roku, kiedy przestałem się zastanawiać jaką wędlinę kupować, bo nie było mnie stać na żadną, zapytałem sam siebie: „O co tu w ogóle chodzi?”. Przeczytałem ogłoszenie o pracy w Anglii. Spotkanie było w warszawskim hotelu Westin, więc odpicowałem się elegancko w garnitur ze studniówki. Wchodzę, babeczka patrzy na mnie i pyta: „Voyciek, do you know what the warehouse is?”. Odpowiadam, że wiem – „magazyn”. Na co ona: „Właśnie tam jest ta praca” (śmiech). Długo się nie zastanawiałem. Spakowałem mandżur i w samolot.

Wózek widłowy?

WM: No pewnie. Praca na piki. Jeden kurs to jeden pik w skanerze. 5.50 funta na godzinę. 6.50, jeśli zrobisz 800 pików w osiem godzin. A kiedy wykręcisz 1200 pików, stawka wzrasta do 8.50 za godzinę. Funt był wtedy po 7 złotych. Pierwszego dnia nakurwiałem jak wściekły. Tylko raz wyszedłem, żeby się wylać. Zrobiłem niecałe… 600 pików. Byłem załamany. Po dwóch tygodniach robiłem sobie półgodzinną przerwę na lunch, a i tak wykręcałem 1200 pików.

ZM: Różnica pokoleniowa. W 2004 roku wystawiałem swojemu wydawnictwu fakturę na 10 koła miesięcznie, miałem swoje mieszkanie i 6-letnie dziecko. A potem role się odwróciły. Rzuciłem dziennikarstwo i zwolniłem się z pracy, żeby pisać. Szybko zostałem bez grosza. Wojtek tymczasem wrócił do Polski i poszedł pracować w korporacji. Pożyczałem od niego samochód, żeby móc pojechać na wakacje. Brat w tym czasie zasuwał moim wartburgiem.

WM: W środku strasznie waliło spalinami. Ale i tak na trasie do teściów do Sandomierza wyprzedzałem prawie wszystkich.

ZM: Wyprzedzanie jest kwestią charakteru, a nie mocy silnika.

A ty pracowałeś kiedyś fizycznie?

ZM: Żeby pracować fizycznie, trzeba mieć masę. Ona też nas różni.

WM: Lubię dobrze zjeść i wypić. Zawsze tak miałem. Mój sens życia to pizza.

ZM: Zaraz po maturze przez kilka miesięcy kładłem dachówki na starych kamienicach w Sztokholmie. Gdybym konsekwentnie rozwijał tę ścieżkę kariery, mieszkałbym dzisiaj w willi nad szwedzkim jeziorem i był milionerem. To była najlepiej płatna praca, jaką miałem kiedykolwiek.

Lepiej płatna niż ostatnia część trylogii o Szackim?

ZM: W tym przypadku akurat nie. Ale o wiele lepiej płatna niż pierwsze trzy, a może i cztery książki.

Zawsze jesteście na sinusoidzie? Kiedy jednemu się wiedzie, drugi z trudem wiąże koniec z końcem?

ZM: Przez jakiś czas tak było.

WM: Za to teraz Zygmunt zdecydowanie jest na górce.

ZM: Doskonale pamiętam, jak pracując w Netii jako pan kierownik regionalny, namawiałeś mnie, żebym w końcu znalazł sobie jakąś normalną pracę.

WM: Z czystego egoizmu. Jak długo można pożyczać? (Śmiech).

ZM: Dziś mam dobrą pozycję przetargową, ale nie zazdroszczę debiutantom. Nawet w sudańskim więzieniu nie wiedzą, na ile sposobów polski wydawca jest w stanie wydymać człowieka. Skala naiwności w moim zawodzie jest ogromna. Początkujący pisarz zwykle nie ma głowy do walki, jest zbyt młody i nie przykłada wagi do „standardowej” umowy. A w niej często odbywa się krwawy gwałt zbiorowy.

WM: Szkoda, że nie byłeś taki mądry dwanaście lat temu.

ZM: Długo uczyłem się, na czym to polega, jak działają prawa autorskie, co mogę, a czego nie mogę. Dziś zakładamy Związek Zawodowy Pisarzy i będziesz błagał, żebym cię do niego przyjął. Niedługo zobaczycie mojego brata w pochodzie pierwszomajowym. W pierwszym szeregu!

WM: Wolałbym umrzeć z głodu! Niedoczekanie twoje. O nic nie będę prosił gościa, który przez godzinę nie może znaleźć laski na rozkładówkę.

ZM: I tak masz łatwiej, bo masz mnie. Kogoś, kto potrafi czytać umowy.

WM: Pełna zgoda. Ale jak poprosiłem cię o radę dotyczącą samego procesu pisania, to otrzymałem ją po dwóch miesiącach. Brzmiała mniej więcej tak: „No wiesz stary, trzeba usiąść i napisać”.

ZM: Bo albo się potrafi pisać albo nie. Albo się to ma albo nie. Wojtek to ma. Jak skończyłem czytać jego Inwazję, to powiedziałem do żony: „Tyle lat czekałem na prawdziwą konkurencję i mam ją we własnej rodzinie”. A ona na to: „Tylko nie mów tego w wywiadach, bo się wszyscy na ciebie obrażą”.

WM: Wytnie się.

ZM: Oczywiście trzeba też znać swoje własne niedostatki. Nobla nigdy nie dostaniemy, nie jesteśmy mistrzami stylu, nie czytamy każdej irańskiej powieści, żeby dowiedzieć się, jak to robią lepsi i więksi. Mamy swoje poletko i tyle.

WM: Niesiemy ludziom radość niczym Ewa Farna.

ZM: Na początku kariery chciałem się wystylizować na „prawdziwego pisarza”. Takiego pisarza – pisarza. Wydawca jednak dał mi po łbie i szybko pojąłem, o co chodzi. A w skrócie chodzi o to, żeby pisać to, co samemu chciałoby się przeczytać. Szczególnie jak się nie jest erudytą i nie ma się warsztatu, który pozwala panować nad słowem pisanym w sposób nieograniczony.

Słyszeliśmy, że bycie „prawdziwym pisarzem” nie przekładało się na „prawdziwe finanse”.

ZM: Pożyczałem gdzie się dało i od kogo się dało. Głównie od Wojtka, ale gwarantuję wam, że gdybyśmy się wtedy znali, to na pewno odebralibyście ode mnie telefon w stylu: „Cześć! Co słychać? Jak żona? Jak dzieci? Wiesz, za rzadko się widujemy…”. Był moment, że uratował mnie PLAYBOY. Wtedy naczelnym był jeszcze Marcin Meller. Spodobała mu się bardzo moja książka i zaproponował mi napisanie opowiadania. Do tego zapłacił bardzo godziwą wierszówkę. Dzięki niej mogłem przeżyć dwa miesiące. Potem przez moment pisałem dla was felietony. To była taka kroplówka dla biedującego pisarza. Do dzisiaj jestem wdzięczny.

WM: Ale, co by nie mówić, Zygmunt otrzymywał wtedy nagrodę za nagrodą. Był doceniany, tyle że nijak nie przekładało się to na kasę. Na felietony w PLAYBOYU ciężko zapracował.

ZM: Przez jakiś czas jechaliśmy jednak na tym samym wózku, pisząc wspólne scenariusze.

WM: W ten sposób Zygmunt sprowadził mnie na złą drogę (śmiech). Napisaliśmy scenariusz serialu Mierzeja dla TVN. Serial nigdy nie powstał, ale kasa wpłynęła. Później było Kortowo, na kanwie którego powstali Lekarze. Na początku to był taki strzał finansowy, że pomyślałem sobie: „Kurwa, po co dalej tkwić w korporacji”. Odszedłem w 2009 roku i… stałem się bankrutem. Żona musiała sprzedać mieszkanie, które dostała w spadku, bo pan Wojtek zamiast pracować zaczął pisać scenariusze. Porażka na całej linii.

ZM: Powiedz, jak było naprawdę. Stałeś się ofiarą kredytu we frankach…

WM: Bez przesady. Nie traktuję siebie jak ofiary systemu. Wiedziałem, co podpisuję i w co się pcham. A że nikt wówczas nie przypuszczał, jak bardzo może skoczyć kurs franka, to inna sprawa. Nie uważam jednak, żeby mnie to teraz upoważniało do stania na ulicy z transparentem.

Z tego co mówicie wynika, że Zygmunt głosuje na Partię Razem, a Wojtek na Nowoczesną.

ZM: Mniej więcej.

Słyszeliśmy też o głosie na Kukiza.

WM: (wybuch śmiechu).

ZM: Tylko w pierwszej turze…

WM: Przez ciebie wygrał Duda.

ZM: To był mój sposób na oddanie głosu nieważnego.

WM: Klasyczna naiwność komunisty. Że przyjdzie muzyk i wszystko naprawi. Muzyk, który śpiewał: „Ksiądz proboszcz już się zbliża…”, a po latach zmienił poglądy, wyjął krucyfiks i okłada nim Polaków jak pałką.

ZM: Kończąc te żarty i wracając do rzeczy istotnych, uważam, że spór o Polskę powinien się toczyć między Razem i Nowoczesną, a nie między PiS-em i PO.

WM: Jak kiedyś się dorobię, to z własnej kieszeni ufunduję pomnik Balcerowiczowi. Gdyby nie on, bylibyśmy drugą Ukrainą.

ZM: Apeluję o minimum świadomości historycznej… Dziś 500+ spowodowało, że wiele rodzin po raz pierwszy pojechało na wakacje. Godność jest ważniejsza niż te rynkowe brednie. Weź się opanuj!

Jesteś zwolennikiem 500+, mimo że się nie załapujesz, bo twoja córka jest już pełnoletnia?

ZM: Tia. Złośliwie tuż przedtem skończyła osiemnastkę i ukradła mi 500, kochane dziecko. Jestem zwolennikiem tego, żeby w takim kraju jak Polska nie było nędzy. Ale wolałbym, żeby ten program był mądrzej przeprowadzony.

WM: Mądrzej, czyli tak, że moja rodzina 2+2 by się na niego nie załapała. Za to rodzina patologiczna, w której ojciec przepija całą kasę, a i owszem.

ZM: Eksploduję za chwilę. Co to za poglądy w ogóle?! Bardzo młody wiek nie zwalnia cię ze świadomości klasowej.

WM: Ja się pytam, dlaczego zamiast 500 do łapy, nie mogły to być talony na podręczniki albo na jedzenie?

Dobrze wam idzie. Może zastanowicie się nad wejściem do polityki? Polska cierpi na chroniczny brak mądrego przywództwa.

WM: A kto normalny chciałby iść do polityki?! Władza w Polsce jest przeznaczona dla socjopatów i psychopatów. I jak patrzę na te wszystkie brexity i trumpizmy, to zaczynam się zastanawiać, czy tak nie jest już na całym świecie. Naprawdę poważnie myślę nad odpuszczeniem sobie kolejnych wyborów. Na kogo mam zagłosować? Jeszcze ten Rysiek Petru nie jest taki najgorszy, ale te jego lalunie próbujące przekonywać, że słynny lot do Portugalii był wyjazdem służbowym… Załamka. Nienawidzę, jak ktoś mnie okłamuje. A ten cały Kijowski?! Jak ten gość jeszcze śmie się tłumaczyć, że wszystko jest w porządku?

ZM: Partia Razem cię tak nie oszuka.

WM: Tyle, że oni są w ciemnej dupie. Chcą przebić Kaczyńskiego w rozdawaniu pieniędzy. Ciężko będzie.

ZM: Jak to nowoczesna lewica. Dadzą ci tyle samo plus dołożą związki partnerskie. Naprawdę myślałem, że Razem to będzie taki Ikonowicz na sterydach. Niestety się zawiodłem.

Nie narzekaj. Jako pupilek prokuratury i tak masz lepiej niż my wszyscy. Co można takiemu zrobić?

ZM: Jeszcze nie sprawdzałem, ale ostatnio śniło mi się, że z Wojtkiem kogoś zarąbaliśmy. Najgorsze było to, że nie czuliśmy się winni, tylko baliśmy się, że się wyda. Zasypaliśmy trupa w piwnicy jakimś gruzem i główkowaliśmy, co zrobić z ciałem, które za chwilę zacznie śmierdzieć.

WM: Pewnie to ja byłem w tym śnie specjalistą od kołowania chloru.

Zygmunt już jest ulubieńcem wszystkich polskich prokuratorów, a czy Wojtek stanie się ulubieńcem wojskowych?

WM: Jeden z moich konsultantów stwierdził, że żołnierze będą mnie lubić za to, że w mojej książce dowódcą zostaje koleś bez żadnego doświadczenia bojowego. Przewidziałem przyszłość.

ZM: Jestem przekonany, że wojsko cię pokocha. Nie tylko za to.

WM: Mimo, że aby uniknąć woja poszedłem na filozofię? Chyba już nie można bardziej nie chcieć. Ale i tak myślę, że odnalazłbym się w wojsku. Proste zasady, surowe warunki – lubię tak. Może zgłoszę się do Obrony Terytorialnej?

A może wydawnictwo powinno wysłać Inwazję prezesowi?

ZM: Dobry pomysł. Jarosław powinien to przeczytać. Facet ma obsesję na punkcie polskiej historii i jeżeli ktoś tą historią tak brawurowo pogrywa, musi się znaleźć w kręgu zainteresowania prezesa. Gdybym był Jarosławem, od razu sięgnąłbym po tę książkę. Fragmenty z ministrem wojny na pewno szczerze go ubawią.

Czyli Wojtek stanie się ulubieńcem prawicy, tak jak Zygmunt po Uwikłaniu?

ZM: Odsłoniłem ubecki spisek i czerwoną pajęczynę. To się podobało. Ale po Ziarnie prawdy natychmiast im przeszło. Z pupilka stałem się zdrajcą.

WM: Z moją książką będzie problem. Niektóre fragmenty bardzo się prawicy spodobają, ale inne już nie.

Czy twój debiut przypadnie do gustu kobietom?

WM: Nie sądzę.

ZM: Mylisz się. Pozwól, że udzielę ci nieco tzw. coachingu w dziedzinie udzielania wywiadów z perspektywy starszego i bardziej doświadczonego brata. Zapytany o inspirację błyskotliwej powieści Inwazja, pierwszego tomu tetralogii, powinieneś odpowiadać w sposób następujący: „Nie mogłem przestać sobie wyobrażać, jak ja i moja rodzina dalibyśmy sobie radę w obliczu inwazji rosyjskich wojsk na Polskę. Gdyby doszło do najgorszego, gdzie byśmy uciekali: ja, moja najukochańsza żona i nasze wspaniałe maleństwa? Czy byłbym w stanie zapewnić im bezpieczeństwo?”. I wtedy wszystkie kobiety od razu myślą: „Och, żeby mój taki był…”, po czym na wyprzódki biegną do księgarń.

WM: Nieprawda. Napisałem tę książkę po to, żeby sprawić przyjemność czytelnikom. Kropka.

ZM: Spróbuj się jednak jakoś zareklamować. Nie wiem, jak ten gość to robi, ale niezależnie z kim rozmawia, zawsze mówi językiem swojego rozmówcy. Czy to jest profesor, czy mechanik samochodowy – po minucie mówi tak jak oni. Ludzie go za to kochają. Ma niesłychany słuch językowy. I to czuć także w jego prozie. Dialogi w Inwazji to najlepsze dialogi w polskiej literaturze sensacyjnej. Nie mówię tak, bo Wojtek jest moim bratem. To obiektywna obserwacja.

WM: Ale ewidentnie brakuje mi twojego warsztatu. Ty masz przede wszystkim…

ZM: Konstrukcję.

WM: … bo jesteś literatem, a ja gościem, który się szybko uczy. Jakbyś postawił mnie na tokarce, to po dwóch tygodniach byłbym przyzwoitym tokarzem.

ZM: Bez przesady. Czytałem parę wersji twojej powieści, więc znam ją bardzo dokładnie i dzisiaj wyraźnie widzę, jak życie naśladuje sztukę. Pisząc Inwazję w najśmielszych snach nie przyszło ci do głowy, że MON-em może kierować ktoś taki jak Antoni Macierewicz. Tymczasem w książce dokładnie to przewidziałeś. Mało tego – przewidziałeś także jego niektóre posunięcia, a nawet przemówienia. To przerażające.

Antoni przeczyta?

WM: On w ogóle nie czyta, bo wszystko już wie. O przeczytanie mojej książki poproszę przede wszystkim… Ewę Farnę.

ZM: Wystarczy jej ten wywiad. Wyluzuj.

Wieść gminna niesie, że piszecie powieść w duecie. Wiemy, że umowa już podpisana. To podobno współczesna historia odwołująca się do pogańskich rusałek…

ZM: Zawieszona na kołku.

WM: Dokładniej rzecz biorąc, to Zygmunt ją zawiesił, informując mnie o tym fakcie w mailu.

ZM: Złośliwość jest tu niepotrzebna.

WM: Zapierdzielam jak dziki, bo umówiliśmy się na termin. Skończyłem drugi rozdział, a tu przychodzi mail od Zygmunta… Świat wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby niektórym chciało się pisać. Gdyby się nie opierdalali trzy lata po wydaniu każdej książki. Może tak to już jest z tymi, którzy chcą pisać lektury.

Która z książek Zygmunta nadaje się najlepiej na szkolną lekturę?

WM: Uwikłanie.

ZM: Są tam błędy warsztatowe.

WM: Co z tego? Sporo polskiej historii jest też w Ziarnie prawdy. Idealna lektura.

ZM: Lekturę to piszę teraz.

WM: Nie drukujcie tego! Mistrz marketingu położył właśnie książkę przed wydaniem. Kto będzie chciał to czytać?! Już widzę te nagłówki: „Nigdy nie czytał lektur, dlatego napisał własną”.

ZM: Rzecz dzieje się w latach 60. w Warszawie, w nieco odmiennej rzeczywistości historycznej. Jest to trochę political fiction, a trochę romans. Zaczyna się współcześnie od pary staruszków, którzy w 2013 roku świętują 50. rocznicę swojego pierwszego razu. Zaraz potem idą do łóżka. Mają zajebisty seks…

WM: W tym wieku?!

ZM: A mogę skończyć? Ja panu nie przerywałem, panie redaktorze! Kiedy bohaterowie się budzą, jest rok 1963. On ma 33 lata, ona 28, mają jednak świadomość siebie jako ludzie o 50 lat starsi. Dostają szansę przeżycia życia na nowo. Na zasadzie „gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła”. Rzadko się zdarza, żebym od razu miał tytuł, ale tym razem wydaje mi się, że już jest – Jak zawsze. W polskiej narracji ciągle pojawia się to cholerne „gdyby”. Gdyby nie zabory, gdyby nie wojna, gdyby nie komuna… bylibyśmy już dawno potęgą.

A Międzymorze byłoby faktem.

ZM: Właśnie. A to oczywiście gówno prawda. Pamiętacie Kazika? „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka / Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka”. (Z piosenki „Plamy na słońcu” – przyp. red.). Dlatego tło historyczne jest dla mnie niezmiernie ważne. Umieściłem powieściową Polskę po dobrej stronie Żelaznej Kurtyny. II Wojna Światowa była, ale wyszliśmy z niej szczęśliwie. Naszym prezydentem jest Eugeniusz Kwiatkowski. Nie ma komuny, nie ma sowieckiej okupacji, tyle że otacza nas blok sowiecki. I właśnie dlatego jesteśmy dość histerycznie związani z Francją, trochę jako jej kulturowa kolonia.

WM: Taki Latarnik plus sex and przemoc.

To będzie twoja pierwsza powieść niekryminalna i niesensacyjna.

ZM: Dlatego jestem spięty. Po pierwsze może się okazać, że nie potrafię pisać czegoś takiego, a po drugie czytelnicy mogą nie chcieć takiego mnie, bo chcą kolejnego trupa. Mam teraz dwie drogi: drogę Conan-Doyle’a, który tak nienawidził Sherlocka Holmesa, że wrzucił go do wodospadu w Szwajcarii, ale i tak musiał go wskrzesić. Jest też droga Pierre’a Lemaitre’a, który po trylogii kryminalnej napisał genialną powieść historyczną Do zobaczenia w zaświatach, dziejącą się po pierwszej wojnie światowej i dostał za nią nagrodę Goncourtów.

Czyli uciekasz do przodu.

ZM: Nie chcę pisać przez całe życie książki z tym samym bohaterem.

WM (pukając w drewniany stół): A kto to puka do drzwi? No kto? Prokurator Szacki! Dobrze, że go jeszcze nie uśmierciłeś.

ZM: Pogadamy po twojej tetralogii…

WM: Spokojnie. Inwazja, potem terror, odwet i życie po wojnie. Dam radę.

ZM: Czas honoru.

WM: Na trzy, cztery lata jestem wyłączony. Nie to co Zygmunt, który następną powieść wyda w 2028 roku.

ZM: Muszę, jak na prawdziwego lewicowca przystało, robić przerwy na ostrygi.

WM: No tak, ich konsumpcja wspomaga biednych.

ZM: Oczywiście. W cenie bretońskich ostryg jest podatek, czyli fundusze unijne, czyli szkoły na polskiej prowincji. Wszystko dzięki mnie.

WM: Zygmunt ma za dużo wolnego czasu… Ja piszę książki i walczę o życie, pisząc scenariusze. Czasami wstaję przed piątą rano, żeby podgonić z jakimś tekstem. Moje pisanie to chwilami ciężka orka. Piszesz sześć odcinków serialu komediowego dla TVN-u, po czym dostajesz decyzję, że to głupie, nieśmieszne i nie chcą tego robić. I tak przez cały czas. Dziś wiem, że mam kasę do końca maja. Co będzie potem? Gdybym był Zygmuntem, to pewnie nie brałbym każdej roboty, codziennie pił wino i wcinał owoce morza. Prawdopodobnie i mnie rozleniwiłyby comiesięczne przelewy z Francji.

ZM: Takie przelewy przychodzą raz na pół roku!

WM: Ale w Euro.

ZM: Wojtek jest skromny i nie chce się przyznać, że jest bogiem stacji TV4. Serial, którego jest współscenarzystą, oglądają średnio dwa miliony osób.

WM: Fakt. Nie wiem dlaczego, ale ze stu kilkudziesięciu tysięcy widzów robi się milion osiemset, jak zaczynają się Policjantki i policjanci.

Tytuł idiotyczny.

WM: Na początku mieliśmy pomysły typu Patrol albo Ogniwo. Szefostwo wymyśliło jednak coś „bardziej nośnego”. A wiecie, od jakiej nazwy startował bardzo dziś bogaty szef firmy obuwniczej CCC? „Żółta stopa”! I kto tu rządzi? Kończmy już, bo muszę dojechać pod Piaseczno, a jutro wstaję o piątej. Mówiłem wam – walka o życie.

ZM: A mnie nie było dziesięć dni w Polsce. Muszę do żony panowie.

A my musimy spytać was o jeszcze jedną kwestię: ile razy użyliście w swoich tekstach słowa „playboy”?

WM: Chyba ani razu.

ZM: A ja być może wykorzystałem to słowo przy jakichś opisach osobowościowych. Ale nie jestem pewien – nie znam tak dobrze swojej literatury.

Sprawdziliśmy to dogłębnie. Null!

ZM: Wstyd.

WM: Obiecuję, że dopiszę „playboya” w swoim drugim tomie.

ZM: Jeżeli nie upadniecie w ciągu najbliższych trzech lat, to może i mnie uda się was jeszcze zareklamować.

WM: No dobra. Kończymy. Nie pytaliście nawet o proces ze „Światem Książki”. Dobrze to o was świadczy.

Cytując klasyka to miała być „truskawka na torcie”. Jak wspominacie tę sprawę?

ZM: Średnio. I to mimo tego, że przecież wygraliśmy. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z ideą, że wydawnictwo podpisując umowę z autorem uważa, że kupuje autora, a nie jego dzieło.

WM: Dobrze, że Zygmunt wysupłał wtedy pieniądze na dobrego prawnika, bo gdybyśmy ten proces przegrali, dziś bylibyśmy w głębokiej dupie. Musiałbym pójść do komunistów po zasiłek.

ZM: Petru by ci nie dał.

WM: Jesteśmy w końcu narodem pieniaczy. Jeżeli chcesz coś w Polsce wywalczyć, zawsze musisz zrobić awanturę. No to zrobiliśmy.

To nasza cecha narodowa – „wkurw polski”, jak określił ją obrazowo Zygmunt.

ZM: Kiedyś myślałem, że to nasza wada narodowa – bycie na nieustannym, rozentuzjazmowanym wkurwie.

WM: Ale to raczej zaleta nie wada.

ZM: A mogę skończyć? Ja panu nie przerywałem… Po pewnym czasie zauważyłem, że ta „wada” ma swoje plusy, choć bywa męcząca.

WM: Jesteśmy Hiszpanami północy.

ZM: Raczej Arabami północy i Meksami wschodu. Ten wkurw nas motywuje, uskrzydla, nakazuje walkę o swoje, o to, co się nam podoba. Dzięki niemu działamy. I to działamy skutecznie. Na zasadzie akcji-reakcji. Jak Polacy natkną się na przeszkodę, to natychmiast znajdą dziesięć sposobów na to, żeby ją ominąć. A Francuzi na przykład zatrzymają się i zgłupieją, bo tego nie było przecież w planie. Jak w tym dowcipie: Bóg dał ludziom najpiękniejsze miejsce w Europie: morze, ocean, góry, wino, ser, ostrygi, a potem za karę uczynił ich Francuzami. Jestem frankofilem, ale często przeżywam we Francji ciężkie chwile.

WM: Ooo! Zabrzmiałeś jak Molesta. Jednak nie do końca jesteś kastratem.

ZM: Wiecie, co mnie teraz najbardziej wkurwia? To, że dzięki miłościwie nam panującym będziemy mieli jedno stracone pokolenie. Pokolenie ludzi, dla których symbolem wolności osobistej będzie obrzucenie kamieniami Żydów, Arabów i gejów.

WM: Do władzy dorwali się tacy, którzy chcą tylko niszczyć. Inaczej nie potrafią.

ZM: Nigdy nie podałbym ręki Mariuszowi Błaszczakowi. A gdybym jechał z nim windą, to nie wiem, czy bym się powstrzymał… Nawet jakby groziła mi odsiadka.

WM: Dla mnie kwintesencją Polski i polskości były wybory na przewodniczącego Rady Europy. Startuje Polak. Kto był przeciwko? Polska. Wynik 27:1. Wszystko mamy tu w pigułce. Ale nie irytuje mnie to tak jak Zygmunta. Osobiście rzadko się wkurwiam.

ZM: Cha, cha, cha. Zabawny jesteś!

WM: A po co mam się denerwować jakimiś nieudacznikami, jak w tym samym momencie mogę miło spędzić czas w towarzystwie Ewy Farnej?

ZM: Panowie, a może by rozebrać Katy Perry? Duży, ładny, wręcz epicki biust…

 

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*