Witold Kaczanowski

Witold-KaczanowskiPRZEKRÓJ nr 16/17, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Kuba Dąbrowski

Muszę wam powiedzieć, że gdyby „Przekrój” był dalej na pożółkłym, paskudnym papierze, to kochałbym go bardziej. Po raz ostatni widziałem się z Marianem Eilem i jego żoną w Paryżu. Znałem też wszystkich, którzy rysowali na ostatniej stronie – Eryka Lipińskiego, Otka Axera, Lengrena.

Ty też szkicowałeś. Chociażby ilustrowałeś opowiadania Dygata. Ale chyba nigdy nie były to obrazki satyryczne.

Narysowałem sporo surrealistycznych szkiców, ale wszystkie powędrowały do szuflady. Zrobiłem też serię śmiesznych rysunków, na których faceci na różne sposoby próbują podnieść sztangę. Za­dziwiająco wiele aspektów życia można skomentować w ten sposób.

A czy mógłbyś jakoś skomentować rysun­kiem naszą rozmowę?

Trzy ludziki siedzące przy stole i pijące wino? To mogłoby być zbyt nowatorskie (śmiech).

W takim razie przejdźmy do klasyki. Właśnie otwiera się twoja retrospektywna wystawa w krakowskim Muzeum Narodowym…

Bez szaleństw. To skromna, mała wysta­wa. Raptem kilkadziesiąt obrazków.

Słyszeliśmy co innego, ale nie będziemy się spierać. Zamiast tego życzymy ci szczęścia, bo do tej pory wszystkie twoje duże wysta­wy kończyły się bardzo pechowo.

5 maja 1968 r. w Paryżu na wystawie w galerii La Pochade byli wszyscy – Mi­chel Piccoli, Jean Simon, Juliette Gréco… Właściciel galerii cieszył się, że przy każ­dym obrazie jest czerwona kropka. Pra­wie wszystkie były już zarezerwowane. Wielki sukces! Ale co z tego. Akurat tego dnia zaczęły się studenckie zamieszki. Samochody płonęły na ulicach. Minister sprawiedliwości Louise Joxe, który rów­nież był gościem wystawy, przez telefon wydawał rozkazy policji. Goście szybko się ulotnili. Oczywiście nikt nie zgłosił się po zamówione obrazy.

Co się z nimi stało?

Wyjechałem do Ameryki. W Europie nie byłem przez następnych osiem lat. Kiedy przyleciałem w końcu do Paryża, właściciel galerii La Pochade umierał na raka. Nie miałem serca, aby domagać się pieniędzy. Niektóre z tamtych obra­zów można zobaczyć w filmie na pod­stawie książki Francoise Sagan La Cha­made (Zawirowania serca – przyp. red.) z Michelem Piccolim i Catherine Deneuve. To był pomysł Francoise, żeby w filmie zrobić moją wystawę. Za­przyjaźniłem się z nią kiedyś na plaży w Saint-Tropez. Zrobiła mi wielką nie­spodziankę.

My też mamy dla ciebie niespodziankę. Za­praszamy na krótką projekcję La Chamade.

(oglądając swoje obrazy na ekranie komputera) Ten obraz zaginął bez wie­ści… A ten udało mi się po latach odku­pić. O! A tę płaskorzeźbę kupił kocha­nek Brigitte Bardot – piosenkarz Sacha Distel. Sprzedała mu ją moja ówczesna dziewczyna Krysia Konarska, zdaniem telewidzów najpiękniejsza polska wo­kalistka. Po tym jak wyjechałem, Krysia mieszkała w mojej paryskiej pracowni na Rue Tholoze. Musiała z czegoś żyć, więc nie mam pretensji. Żal mi rzeź­by, nie pieniędzy. Z Ameryki nie mo­głem kontrolować swoich interesów we Francji.

Życzymy ci, żeby pech wreszcie cię opuścił.

Dziękuję, ale pamiętajcie, że muzeum może spłonąć, a ja mogę nagle zachoro­wać na AIDS – nie takie rzeczy widział świat. Całkiem niedawno, bo w 2007 r., tuż po otwarciu mojej dużej wystawy w domu aukcyjnym Sotheby’s w Am­sterdamie, nagle na łeb na szyję spadły indeksy giełdowe i wszyscy wystraszyli się kryzysu. W takich sytuacjach sztu­ka się nie sprzedaje. Zainwestowałem w przygotowania do tej wystawy 180 tys. dolarów. Owszem, kilka obrazów znala­zło kupców. Ale było ich za mało.

Oficjalne otwarcie twojej galerii w Los An­geles zbiegło się natomiast z atakiem bandy Charlesa Mansona na dom Romana Polań­skiego.

To straszna historia. Byłem pierwszym świadkiem w śledztwie. Potworne wspomnienia. Zostawmy to…

Polański jest podobno wielbicielem twojej sztuki.

O to musicie zapytać Romka, który ku­pił moje dwie prace. Po otwarciu drzwi do jego mieszkania pierwsze, co widać, to mój obrazek. Kiedy to zobaczyłem, wypaliłem: „Pewnie wieszasz go zawsze pół godziny przed moim przyjściem”. Wziął to na serio i strasznie się oburzył. Musiałem go przekonywać, że tylko żar­towałem.

Jeden z obrazów na twojej wystawie ma sy­gnaturę Picassa. To twój portret. Do mistrza zaprowadził cię francuski poeta Jacques Prevert.

Przyjaźniłem się z wieloma pisarza­mi. Oni i muzycy to z pewnością lepsi kompani niż malarze. Z tymi ostatni­mi nie ma o czym rozmawiać (śmiech). A w takie szachy można grać tylko z pi­sarzami. Na przykład z Gombrowiczem. Byłem kiedyś u niego w Vence. Zabrał mnie do niego poeta Georges Charaire. Gombrowicz zapytał, czy gram w sza­chy. Odpowiedziałem, że ojciec trochę mnie uczył. Gospodarz agresywnym tonem odparł, że nie istnieje granie w szachy „trochę” (śmiech). Zaprosił mnie do gry i dyktował swoje ruchy, nie patrząc na szachownicę. Z drugiego po­koju. Ograł mnie w okamgnieniu.

Wróćmy do Picassa. W jakich okolicznościach powstał twój portret?

Przede wszystkim nie wiedziałem, że do niego jadę. Jacques porwał mnie wieczorem, kiedy akurat szykowałem się na plażę. W Antibes życie na plaży zaczynało się wieczorem, a kończyło o trzeciej nad ranem. O niczym mnie nie poinformowawszy, Jacques zabrał mnie do swojego przyjaciela na kolację. Picasso spytał Preverta, czy mam na imię „Vitold”. Na co tamten odpowiedział, że tak, ale przez „W”. Pablo się zdziwił i jednym po­ciągnięciem pędzla narysował w moim bloku do rysunków „W”. Potem obró­cił go do góry nogami i z „W” zrobiła się szyja. Resztę portretu dokończył błyska­wicznie. Siedzieliśmy wtedy z Jacques’em w kuchni przy stole i jedliśmy flądry.

Podobasz się sobie na tym portrecie?

Picasso strasznie wydłużył mi nos i zro­bił ze mnie wariata. Prevert powiedział: „Jego ojciec jest psychiatrą. A syn to jego najgorszy pacjent. Przypadek nieuleczalny”. Prevert oczywiście nie znał mojego ojca. Wszystko wymyślił. Ale i tak gdyby nie mój blok, to pew­nie nic by z tego nie wyszło. Wszędzie z nim chodziłem, nawet na plażę. Jak się przyjrzycie niektórym moim ob­razom, to zobaczycie postacie od tyłu w wodzie, czasem jest ich tylko poło­wa… Ale i tak największe wrażenie mój blok robił na dziewczynach. Na przy­kład na dwóch Szwedkach, z którymi skończyłem w łóżku. Ta ładniejsza po prostu nie chciała się nigdzie ruszać bez koleżanki (śmiech). A tak napraw­dę to obydwie były śliczne i to był ich pomysł.

Czy malowanie farbami na płótnie to dzisiaj wstyd?

Takie czasy. Dyrektorzy wielu muzeów nie chcą organizować wystaw malar­stwa. Wolą happeningi. Nikt tych hap­peningów nie rozumie, a więc z pewno­ścią ukrywają głębokie przesłania… To oczywiście bullshit. Na świecie mamy inżynierię, medycynę, stolarkę, burde­le, ale mamy również sztukę. A ta jest od tego, żeby było pięknie. 90 proc. happeningów nie wyróżnia się ani pięk­nem, ani talentem. A nie ma nic gorsze­go od „nowatorów” bez talentu. Choć paradoksalnie są oni potrzebni, bo to­rują drogę, niczym prymitywy z macze­tami, wycinający dróżki w dżungli dla prawdziwego talentu.

Kim są nowatorzy z talentem?

To ludzie odkrywający nowy język i nową formę, a do tego mający coś do powiedzenia. Dziś być artystą jest zdecydowanie łatwiej. Czasem wystar­czy zapalić jointa, wciągnąć kokę i znać się trochę na grafice komputerowej. Wtedy nikt nie podskoczy (śmiech). Ale po latach fusy i tak opadają na dno, a na wierzchu pozostaje prawdziwa, piękna, często nowatorska sztuka.

Ciekawi nas, jakbyś malował, gdybyś dzisiaj studiował na ASP.

Nie wiem, ale jednego jestem absolut­nie pewien: nie mógłbym się na niczym skupić. Liczba pięknych nóg porusza­jących się po warszawskim Nowym Świecie albo Floriańskiej w Krakowie jest zatrważająca. Nigdy w życiu i ni­gdzie na świecie nie widziałem takiej koncentracji wspaniałych łydek i ich cudownych właścicielek, mających tak wąziutką kibić. Obawiam się, że dzisiaj jako student nie miałbym czasu na ma­lowanie.

Na twoich obrazach jest więcej kobiet czy mężczyzn?

Nigdy nie rozbierałem moich postaci i nie sprawdzałem ich seksu. Nie mam pojęcia. Idę swoją dróżką. Z podniesio­ną głową. Niespiesznie.

Podobnie jak Bruegel. Krytycy cię do niego porównują.

Nie słyszałem takich porównań, ale przyznaję się do miłości do Bruegela Starszego, czyli Pietera. Ale także do Tadeusza Makowskiego i Henry’ego Moore’a. Najbardziej ze wszystkich kocham jednak Vermeera. Jego kom­pozycje to chwile uchwycone w ułam­ku sekundy. Wyglądają, jakby używał aparatu – niesamowita spontaniczność decyzji i niezwykła skrupulatność w realizacji.

Ty również nie rozstajesz się z aparatem.

Całe życie wędrowałem z aparatem przez świat, robiłem setki zdjęć. Mam ich potworne ilości. Zresztą moja sztu­ka karmi się fotografią, a fotografia moją sztuką. Chciałbym kiedyś pokazać lu­dziom te zdjęcia. Póki żyję. Potem bę­dzie za późno (śmiech). Na razie jednak pokazuję obrazy. Te, które można oglą­dać w Krakowie, to zbiór podarowany muzeum przez moją rodzinę: byłą żonę Laurie i naszego syna Wita.

Podobno ty także jesteś Witem…

Moja mama kochała Wita Stwosza i chciała, żebym miał po nim imię. Była chora na gruźlicę. Ryzykowała życie, żeby mnie urodzić. Niestety, okazało się, że był to dla niej za duży wysiłek. Po 14 miesiącach zmarła. Jako dorosły facet zmieniłem imię na Witold. W sytu­acji zorientowała się jednak moja żona Laurie, która stwierdziła, że zdradziłem matkę. Aby zadośćuczynić mojej mamie, postanowiliśmy naszemu synowi dać na imię Wit. Tak więc ja jestem Wit-old, a on Wit-young (śmiech).

Oficjalnie zmieniłeś imię na Witold?

W Ameryce tak. Pokażę wam polski i amerykański paszport, bo to bardzo śmieszne. W Polsce jestem Witem Lesz­kiem Kaczanowskim. A w Stanach…

Witoldem Ostoją de Kaczanowskim?

Żeby się przeciwstawić komunistycznej gawiedzi, na złość władzom postanowi­łem przypomnieć herb dziadka Kazi­mierza Kaczanowskiego, posła na Sejm w dwudziestoleciu międzywojennym. U bolszewików za takie numery można było skończyć na Łubiance…

My dzisiaj skończyliśmy w reinkarnacji kulto­wej w latach 60. i 70. warszawskiej restaura­cji Kameralna przy Foksal.

Bardzo wam za to dziękuję, ale nieste­ty dzisiejsza Kameralna w niczym nie przypomina tej sprzed lat. Po pierw­sze, jest w innym miejscu. A po drugie, w Kameralnej sprzed lat serwetki były płócienne. W socjalizmie! A dziś, jak wi­dzę, w dobie kapitalizmu, są papierowe. Do poprawki! (Śmiech) Pamiętam tutej­sze znakomite duże schabowe, niestety, rzadko przez nas używane. Szkoda nam było forsy na jedzenie. Dzięki wam mam teraz w głowie widok dawnej „dziennej” Kameralnej… Wchodzę i na wprost wi­dzę podłużną restaurację – 20 stolików, nie więcej. A po prawej stronie okrą­gły bar. Widzę plecy ludzi, po których rozpoznaję natychmiast znajomych i przyjaciół. Jak zwykle siedzą tam An­drzej Roman, Mikołaj Stanilewicz, Ro­mek Cieślewicz, Tadeusz Babicz, Janek Młodożeniec, Marek Hłasko…

Tego ostatniego uwieczniłeś na bardzo smut­nym, przejmującym portrecie.

Ale on wtedy, w 1964 r., wyglądał bardzo dobrze. Pod koniec życia jednak był już dokładnie taki jak na portrecie. Na tym obrazku zawarłem intuicję, mówiącą mi, co się z nim stanie. Marek to za­uważył i mocno się skrzywił. A ja po­wiedziałem: „Tu jest twoja przyszłość. Ale nie martw się, gdybym malował autoportret, byłby jeszcze gorszy”… Oj, spędziłem w Kameralnej wiele czasu. To właśnie stąd nad ranem wyszedł pija­ny Himilsbach, spojrzał na robotników kładących przy Foksal bruk i oświad­czył: „No, patrz, kurwa, nowe drogi ro­bią, a nie ma dokąd pójść”. Facet był nie­samowity, miał genialne przemyślenia na każdą okazję.

Ty swoje przemyślenia podobno notujesz.

Żeby nie zapomnieć. Na przykład już dawno doszło do mnie, że jak dobrze maluję, to mi wszystko rośnie. W takich momentach dobrze jest mieć kogoś bli­skiego pod ręką (śmiech). W ogóle okre­som twórczego uniesienia z reguły to­warzyszy erotyczna ekscytacja. Wszel­kie gadanie jest wówczas niepotrzeb­ne. Najgorszy w życiu artysty jest okres twórczej impotencji. Jak dotąd jednak bardzo rzadko moja studnia jest sucha. Wyobraźnia wypełnia ją wystarczająco szybko.

Zawsze chciałeś być artystą?

Na początku marzyłem o zarządza­niu ogrodem zoologicznym. Mój oj­ciec (Feliks Kaczanowski – psychiatra, członek AK, bohater wojenny. Ukry­wał Żydów, ludzi oporu i wybitne oso­bistości w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, którego był wieloletnim dyrektorem. Uratował od zagłady m.in. prof. Władysława Tatarkiewicza i jego żonę – przyp. aut.) przyjaźnił się z jego ówczesnym dyrektorem – doktorem Janem Żabińskim, który w 1947 r. przy­wiózł mi w prezencie młodą sarenkę. Chciałem być Żabińskim. Przyszedł jednak moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę żyć bez literatury, muzyki, sztuki i poezji. Dużo czytałem. Zacząłem też sam pisać poezję, ale dość szybko się zorientowałem, że miałem talent tylko na kilkanaście wierszy. Mu­siałem się zająć czymś innym…

Jak się dorastało w Tworkach?

Widziałem tam dużo cierpienia i to­talnej samotności pacjentów, ale rów­nież komiczność wielu codziennych sytuacji. Taka szekspirowska zupa: śmierć i zabawa. Płacze i śmiechy. Roz­pacz i śpiewy. Głód i tańczące kobiety. W takim świecie rosła moja młodość. Jak w teatrze bez antraktów. Jak w Wal­cu Miłosza – „Jest taka cierpienia gra­nica, za którą się uśmiech pogodny za­czyna”. Tak więc jak mogłem malować kwiaty w wazonie pod kolor kanapy lub wpadające w oko śliczne abstrak­cje? Dziś, jak się nad tym zastanawiam, to wiem, że mając 16 lat, byłem tak na­prawdę 40-letnim mężczyzną. Nie tyl­ko z powodu wojny i surrealistycznego otoczenia. Odczuwałem jakąś metafi­zyczną inność.

A pamiętasz rysunek, od którego wszystko się zaczęło?

Męskie genitalia narysowane kredą na ceglanej ścianie. Kopia – jak łatwo się domyślić (śmiech).

W 1960 r. w warszawskim SPATiF-ie odbyła się twoja pierwsza wystawa.

Było wspaniale. Piliśmy wielkie ilości darmowego egri bikavera, a do tego poznałem tam pierwsze w życiu oso­by, które chciały kupić mój obraz. Byli to Andrzej Łapicki i jego piękna mał­żonka Zosia.

Kupili?

Nie, bo się nie zgodziłem. Nie wiem dla­czego. Nie pamiętam. Nie wiem nawet, co się w ogóle stało z tą akwarelą.

Byłeś chyba jedynym studentem, którego wpuszczano wtedy do SPATiF-u. Dlaczego?

Piłem wódkę z pisarzami, aktorami, poetami, a także z moimi profesora­mi z ASP, między innymi z Fangorem, który był tylko 10 lat starszy. Myślę, że mogłem tam być dzięki swojemu po­chodzeniu. Moja rodzina była jak wóz strażacki z drabinką, po której mogłem się wspinać. Dziadek był przedwojen­nym posłem, a ojciec znanym psychia­trą, który w Tworkach leczył z alkoho­lizmu Broniewskiego i Gałczyńskiego. W towarzystwie miało to zapewne jakąś socjalną wagę.

Niewiele osób wie, że jesteś też autorem plakatów. W tym słynnego plakatu promują­cego turystykę w Polsce Ludowej.

To zadziwiające, że akurat ten plakat zrobił furorę. Kiedyś cała galeria La­fayette’a była nim obwieszona. Sprze­dawano go nawet w formie pocztów­ki. Zarabiano na tym grube pieniądze, a ja dostałem z 500 zł (śmiech). Plakat ma ciekawą historię. Namalowałem go na płóciennym worku i przyniosłem do akceptacji. W komisji był krytyk, a właściwie cenzor, reprezentujący KC. Obrazek bardzo mu się spodobał. „Wszystko w porządku, ale musicie wyeliminować ten bat”. Bo namalowa­łem drabiniasty wóz, którym powoził jakiś chłopek. Gomułka rządzi, a chło­pek ma trzymać bat nad proletariatem?! Lenica, Cieślewicz i Tomaszewski ska­kali z radości! Za nic nie chciałem rezy­gnować z bata. Wpadłem na niesamo­wity pomysł. Zdobyłem telefon do am­basady radzieckiej i poprosiłem o au­diencję u pana ambasadora pod pre­tekstem skonsultowania plakatu, który będzie reprezentował mój kraj na świe­cie. Ambasador ucieszył się niezmier­nie, że liczę się ze zdaniem władzy so­wieckiej. Gdy pokazałem mu obrazek, powiedział tylko: „Oczień charoszyj, oczień”. Na koniec mówię: „Mam ma­łego synka, chciałbym mu podarować ten oryginał. Gdyby podpisał go pan z tyłu, byłaby to dla niego wielka pa­miątka”. Machnął: „Oczień charoszyj” i podpisał. Po tygodniu przyniosłem plakat do cenzora. „Mieliście zlikwi­dować bat!”. A ja na to, odwracając pla­kat: „Panu ambasadorowi podoba się tak, jak jest”. Zamknąłem facetowi pysk na dobre… Chłopcy, rozmawiamy już za długo. Bardzo mi zależy, żebyście na koniec jeszcze coś dodali.

Zamieniamy się w słuch.

Napiszcie proszę, że Witek wygląda jak… dupa wielbłąda (śmiech).

Ale za to jaka! Bez cienia siwizny.

To zasługa ormiańskiej krwi, której kro­pla we mnie płynie. Pewnie dlatego nie siwieję. Wszyscy zarzucają mi, że się farbuję. Niektórzy nie mogą pojąć, że są jeszcze ludzie, którzy nawet w star­szym wieku potrafią nosić blue jeans z klasą.

Na skróty:

Nie wiem, czy namalowałbym chociaż jeden dobry obraz, gdyby nie moje uzależnienie od muzyki klasycznej.

Pomnażam stan posiadania mojej rodziny, kupując swoje stare obrazy, kiedy nadarza się nadzwyczajna okazja.

Obywatelskim obowiązkiem mężczyzny jest posiadać poczucie sprawiedliwości. Ja na przykład dałem trzem kobietom po jednym dziecku. Pomyślcie tylko, ile kobiet marzy o dziecku i nie ma mężczyzny.

Lęk przed utratą młodości powinien się skończyć w wieku 99 lat. Sztuką życia jest umiejętność pozbycia się go.

To nie takie proste zdefiniować ludzką samotność. Bo jest samotność rybaka z wędką w ręku i samotność profesora, który usiłuje bez sukcesu wytłumaczyć studentom, co to jest samotność.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Bardzo dobry i dowcipny wywiad.. Dziękuję. Nie znałem Witolda aż takiego..

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*