Urszula

PLAYBOY nr 6, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke


Dlaczego 13 lat temu się dla nas nie rozebrałaś?

Słucham?! Dlaczego miałabym się wtedy rozbierać?

Bo byłaś w 1997 roku na okładce grudniowego PLAYBOYA. Razem z Kayah promowałyście płytę dołączoną do numeru.

A czy ktoś mi wtedy proponował sesję? Nie przypominam sobie.

Jak to? Byłaś na okładce, a ówczesny naczelny nie próbował cię rozebrać? To się w głowie nie mieści!

Może wtedy nie wyglądałam tak dobrze, jak dzisiaj? (śmiech). Ale ja chyba też nigdy nie kojarzyłam się „w taki” sposób. Kiedy śpiewałam Dmuchawce…, Beata Kozidrak miała już hit Józek, nie daruję ci tej nocy. Jesteśmy rówieśniczkami, ale gdy ona była już seksbombą, ja byłam tylko niewinną dziewczynką. Pamiętacie teledysk do Nie ma wody na pustyni?

To wideo było dla nas doświadczeniem inicjacyjnym. Mieliśmy wtedy po osiem lat.

No, widzicie… Nawet ośmiolatkom nie kojarzyłam się z potencjalną playmate. Pewnie dlatego nikt nie proponował mi rozkładówki w PLAYBOYU.

Fałszywa skromność. Rok wcześniej śpiewałaś Luz blues… wystrojona w seksi skórzaną kurtkę i obcisłe skórzane spodnie. O makijażu nie wspominając…

Rzeczywiście, makijaże były wtedy obłędne. Dodawały co najmniej pięć lat, jak nie dziesięć. Pamiętam, kiedy przed jednym z koncertów w pełnym make’upie zobaczyły mnie dwie fanki-nastolatki i myśląc, że nie słyszę, jedna puściła do drugiej tekst: „Ty, zobacz jak ona staro wygląda. Chyba normalnie ma ze trzy dychy”.

Nic dziwnego. Naszym zdaniem, ty nigdy nie wyglądałaś na swój wiek.

Czy to komplement?

Jak najbardziej. Kiedy zaczynałaś karierę w wieku 17 lat, wyglądałaś na dziewczynę po studiach. Teraz nie wyglądasz na swój wiek… 35-latki.

Nic tylko się cieszyć.

Lubisz swoje pierwsze teledyski?

Bardzo długo nie mogłam ich oglądać. Po prostu nie byłam w stanie. Strasznie mnie żenowały. Nie chciałam wierzyć, że ja to ja. Z czasem jednak nabrałam dystansu i dzisiaj mogę się z nich pośmiać razem z wami.

Jak się wtedy kręciło? Były w ogóle jakieś scenariusze?

Nie pamiętam, ale szczerze wątpię. Puszczali trochę kolorowej pary, włączali kamery, a reżyser mówił: „A teraz zrób coś”. Kręcili longiem. Zresztą wszystkim wydawało się to zupełnie normalne. Tak samo przecież kręciły Rodowicz i Sipińska. Nigdy nie podejrzewałam, że można by inaczej.

Naszym faworytem jest wideoklip do piosenki Polka idolka. Pamiętasz?

Na szczęście nie. Mam cudowną zdolność wymazywania z pamięci rzeczy niewygodnych. Wiem tylko, że nagrywaliśmy to także po niemiecku.

Nam chodzi o polską wersję. Nie mieliśmy pojęcia, że śpiewałaś to samo po niemiecku! Ciekawe jak szło: „Heavy metal to jest detal / New Romantic to już antyk / Nowa fala się przewala”. Pamiętasz?

Widzę, że nie macie litości. Nie, na szczęście nie pamiętam. Czy nie wspominałam już o mojej bardzo przyjemnej przypadłości – amnezji? Kiedy dzisiaj na to patrzę, to rozumiem, jak młodzi ludzie potrafią być podatni na wpływy. W tamtych czasach można mnie chyba było wkręcić w każdy żenujący pomysł. Zresztą nie tylko mnie. Zero poczucia obciachu. Z tym śpiewaniem w DDR było tak, że występowałam tam razem z Budką Suflera i musieliśmy mieć przygotowany repertuar po niemiecku. Krzysiek Cugowski za cholerę nie chciał się tego uczyć i wymyślił sobie taki patent: spisał fonetycznie teksty piosenek, postawił je na fortepianie, usiadł za nim i udawał, że gra. Najśmieszniejsze w tym wszystkim nie było to, że na fortepianie grać nie umiał, ale że niemieccy scenografowie tuż przed koncertem chcieli mu go zabrać. Cug miał przerażenie w oczach. Walczył o ten fortepian jak lew.

Ty w Opolu w 1978 roku też walczyłaś. Oglądając twój występ, doznaliśmy szoku. Nie jesteś naturalną blondynką!

Ale jestem bardzo ciemną blondynką. Wtedy miałam 18 lat i się nie farbowałam. Tamten występ to była kompletna klapa. Dostałam najgorszą piosenkę – wszystkie szły wtedy z przydziału. Po Opolu chciałam skończyć ze śpiewaniem na dobre. Poszłam na studia, na wychowanie muzyczne, a potem jeszcze na pedagogikę. W rezultacie żadnych nie skończyłam, bo jednak wróciłam na scenę, a nieustannych wyjazdów nie dało się pogodzić z nauką.

A kiedy było Lubelskie Studium Piosenki?

Dużo wcześniej. W ognisku muzycznym, do którego chodziłam na naukę gry na akordeonie. Mój ojciec uwielbiał ten instrument. Wcześniej kupił go siostrze, starszej ode mnie o cztery lata. Przejęłam go po niej w spadku i szczerze nienawidziłam. Tym bardziej, że mój nauczyciel miał zeza, był stary i śmierdziało mu z paszczy. Nie chciałam chodzić na lekcje, buntowałam się, aż w końcu ojciec odpuścił.

Czyli pewnie do dzisiaj nie wiesz, jakie części ciała depiluje akordeon?

Co robi?!

Depiluje uda i klaty. Podobno bardzo skutecznie.

Wybaczcie, ale nawet jako nastolatka nie miałam tam włosów (wybuch śmiechu).

Czy jako nastolatka z Lublina obowiązkowo chodziłaś na żużel?

Tata co niedziela miał obowiązek nas zabierać. Mama go do tego zmuszała, ku jego wielkiej rozpaczy. Pewnie dlatego, że nie mógł przy nas kląć. Ale jak się bardzo zdenerwował, to kazał nam zatykać uszy i przeklinał do zdarcia gardła. Zresztą rzucał nie tylko mięsem. Jak był wyjątkowo wściekły, to zrywał się na nogi i ziuuuu czapkę na tor. To była masakra. Z każdego meczu wracał z gołą głową. A wiadomo, że w domu za zgubienie czapki czekało go… zmycie głowy (śmiech). Mama była bardzo niezadowolona.

A była zadowolona z tego, że młodsza córka została wokalistką?

Moi rodzice od początku uważali to zajęcie za mocno podejrzane. Chcieli, żebym była nauczycielką. Moja siostra zresztą pracuje właśnie w tym zawodzie. Wykłada dziś na uczelni. No, ale była starsza. Przekabacili ją, na mnie zabrakło już sił. Trochę czasu zajęło zrozumienie, że ta cała muzyka rozrywkowa to w sumie nic złego. Pogodzili się.

Masz jeszcze Złoty Samowar, który zdobyłaś na Festiwalu Piosenki Radzieckiej?

Przestańcie. Straszna rzecz. Cóż to była za siara! Jak można coś takiego dawać w nagrodę? Ale mama na bank go gdzieś jeszcze trzyma.

Z Budką Suflera zaczęłaś śpiewać właściwie przez przypadek. Dziewczyna z chórków zaszła w ciążę i dostałaś propozycję zastępstwa. To był chyba pierwszy kluczowy moment w karierze?

Tak. Z perspektywy czasu widzę, że bardzo wiele spraw w moim życiu działo się przypadkiem. Mam taki charakter, że zostawiam sprawy własnemu biegowi. Raczej nie walczę o swoje. Czekam na zrządzenie losu.

Wtedy stałaś się gwiazdą z dnia na dzień. Od razu weszłaś na rynek z paroma hitami. Fatamorgana to był mega przebój. Nie odbiła ci sodówka?

W ogóle. Wkurzało mnie tylko to, że ludzie przyglądają mi się w autobusach. Nie miałam samochodu. Byłam normalną dziewczyną z sąsiedztwa. Czułam się tak niedobrze z tymi spojrzeniami, że kilka razy zareagowałam w stylu: „co się gapisz?”. Mama powiedziała wtedy, że więcej nie będzie ze mną jeździć, bo zachowuję się jak nienormalna. Wkurzali mnie nawet fani wysiadujący pod domem rodziców. Chłopaki rozbijali namioty, a mama wynosiła im kanapki.

Pół Polski kochało się w tobie, a ty nam wciskasz bajeczki, że nigdy nie kojarzyłaś się z potencjalną playmate. Nawet dziewczyny robiły się „na Urszulę” w tamtych czasach.

Laski faktycznie czesały się „na Urszulę”, czyli krótko z przodu, długo z tyłu. Dobrze, że bez wąsów na przedzie. Naprawdę wyglądałam wtedy obłędnie. A jakie teksty śpiewałam…

Kaloryfer parzy, znów zaczęli grzać to genialny tekst, ale o co chodziło w całej piosence Luz blues… nie wiemy do dzisiaj.

Ja też nie (wybuch śmiechu). Przysięgam. Próbowałam nawet pytać autora (Marka Dutkiewicza – przyp. red.), ale nie potrafił mi nigdy wyjaśnić.

Czy to jedyna piosenka, w której nie wiedziałaś, o co chodzi?

Nie. Dużo bym dała, żeby wreszcie dowiedzieć się, co Marek miewał na myśli. Na przykład Podwórkowa kalkomania ma tekst kosmiczny. I to dosłownie (Chłopcy z Marsa znów odwołali lądowanie / Kosmos nie porwie mnie – przyp. red.). Pamiętam, że jak w końcu sama zaczęłam pisać teksty do swoich piosenek, to Staszek (Zybowski, pierwszy mąż Urszuli, muzyk i kompozytor – przyp. red.) powiedział: „Wreszcie będziesz mogła spojrzeć ludziom w oczy”.

W 1983 roku po raz pierwszy spojrzałaś w oczy ludzi z Zachodu. Na tyle skutecznie, że zdobyłaś nagrodę na szwedzkim festiwalu…

Nie dalej jak w zeszłym roku oglądałam ze znajomą festiwal w Karlshamn, bo on się ciągle odbywa, i kiedy konferansjer ogłosił, jaka jest wysokość nagrody, ona od razu zapytała: „A ty, co tam wygrałaś Ula?”. A ja na to: „Wędkę”. Mało nie umarłyśmy ze śmiechu. To był szwedzki spining, który wręczyłam naszemu menedżerowi, zapalonemu wędkarzowi. Wędka musiała być cholernie dobrej jakości, bo był bardzo zadowolony.

Pamiętasz swój najdziwniejszy koncert?

Wiele tego było. Kiedyś na przykład graliśmy w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich. W ramach wymiany kulturalnej więźniowie pokazywali artystom także swoje umiejętności. Pamiętam, że kilku wyszło na scenę, by w więziennych papciach pograć w zośkę. Naprawdę upiorny widok. Razem z nami występował wtedy Papa Dance.

Papa Dance w kryminale? Z tymi makijażami na twarzach? Z tym piskliwym wokalem? Odważnie.

Pozory mylą. Wiecie, jaki to był ostry zespół? Chłopaki z Papa Dance tak imprezowali, że najwięksi rockandrollowcy nie dotrzymywali im tempa. Kiedyś nawet przeze mnie wylądowali w pierdlu i to bynajmniej nie na gościnnych występach.

Jak to przez ciebie?!

Graliśmy w Sopocie, a po koncercie poszliśmy do takiej słynnej knajpy przy molo. Bawiliśmy się do rana i kiedy wychodziliśmy było już widno. Przyczepili się do mnie jacyś faceci. Cały Papa Dance skoczył z pięściami. Zrobił się taki młyn, taka bójka, że po chwili pojawiły się gliny i wszystkich zgarnęli na 48. Jatka po prostu.

Miałaś chyba bardzo rockandrollowe życie.

Raczej niespecjalnie. Zawsze byłam z tych grzecznych. Po koncertach z Budką Suflera dziewczynka trochę się bawiła, a potem przykładnie szła spać. Chłopaki imprezowali ostrzej. A jak rano było ciężko, to zastrzyk z glukozy i od razu świat wyglądał lepiej (śmiech). To były fajne czasy. Pamiętam na przykład, że kiedy Budka grała na koncertach Za ostatni grosz…, ludzie rzucali w nich bilonem. Któregoś razu złotówka odbiła się od talerza i trafiła bębniarza w oko. Po tym wypadku chłopcy zainwestowali w bezpieczeństwo: na każdym koncercie, zanim zaczęli grać ten numer, zakładali na oczy gogle. Można się było posikać ze śmiechu.

W Stanach też byłaś przykładną dziewczynką?

Trochę mniej. Szczególnie, gdy ze Staszkiem pojechaliśmy tam pierwszy raz. W Polsce było kiepsko, a grając z Budką nie dorobiliśmy się kokosów. Zostawiliśmy za sobą tylko wynajmowane mieszkanie. W Ameryce żyło się łatwiej. Bez większych problemów można się było utrzymać z grania dla Polonii. Mieszkaliśmy na Florydzie w wesołej komunie – osiem osób w trzech pokojach. Mieliśmy próby w garażach i jeździliśmy starym vanem, wymalowanym w jęzory ognia.

Prowadziłaś go?

Czy prowadziłam?! Ja w nim zdawałam egzamin na amerykańskie prawo jazdy. Koperta tą kolubryną to była masakra. Zdałam dopiero za drugim razem. Ale generalnie amerykańskie egzaminy nie są trudne. Wszyscy starają się tam, żebyś zdał, nie tak jak u nas. W ogóle Stany wspominam bardzo dobrze. Staszek napisał tam masę świetnych piosenek.

Chciałabyś wydać album z jego utworami?

Bardzo. Pewnie będę musiała wydać go całkowicie sama, bo żadna firma nie jest zainteresowana takim materiałem. To dziwne, bo planuję zaprosić fantastycznych wokalistów. Myślę o panu Krzysztofie Krawczyku, Grażynie Łobaszewskiej, która śpiewała ze Staszkiem w jazzowym Crashu, Arturze Gadowskim i być może Czesławie Mozilu. To będzie fajna rzecz.

Kompozycje zmarłego męża są też na twojej najnowszej płycie. Ile lat ma najstarszy utwór z Dziś już wiem?

Ponad dwadzieścia! Podniosłe nagranie w stylu Calgary, czyli Wstaje nowy dzień, skomponowaliśmy ze Staszkiem jeszcze przed naszym wyjazdem do Stanów. Nie pasowało na żadną płytę. W końcu doczekało się publikacji.

Opóźnienia – może nie na aż taka skalę – pojawiają się właściwie w trakcie całej twojej kariery. Zawsze single były najpierw ogrywane, a dopiero po paru latach wychodziła płyta.

Coś w tym jest. Było nawet tak, że ludzie na pamięć znali Fatamorganę, a nie wiedzieli, jak ja wyglądam. Tańczyłam na przykład przy tym numerze na dyskotece w Firleju nad jeziorem i nikt nie wiedział, że to ja śpiewam.

Przyznałaś się?

Wyszłabym na ściemniarę. Nikt by mi nie uwierzył.

Dzisiaj to ci już nie grozi. Znają cię wszyscy…

Wcale nie. Przecież przez ostatnie 9 lat nie wydałam płyty, czyli medialnie nie istniałam. To całe pokolenie. Nastolatki mnie nie kojarzą, bo nie mogą.

Nie zmęczyło cię tłumaczenie, dlaczego tak długo nie wychodził żaden twój album?

Ludzie chcą to wiedzieć, więc dlaczego miałabym się nie tłumaczyć? Po prostu tak się układało moje życie. Bardzo dużo rzeczy przeszkadzało mi, by wejść do studia i na spokojnie zacząć nagrywać. Tak naprawdę najbardziej męczące było tłumaczenie się z tego przed samą sobą.

Dobrze, że wyrobiłaś się na swoje okrągłe urodziny. Mimo, że pewnie nie było na nich chłopaków z Papa Dance, to na bank ostro imprezowałaś.

Wcale nie! Postanowiłam przejść nad tym do porządku dziennego. A jeszcze niedawno twierdziłam, że będę śpiewać tylko do trzydziestki (śmiech).

Co jeszcze zmieniło się w twoim podejściu do życia po trzydziestce?

Wcześniej nigdy nie przyjaźniłam się z dziewczynami. Nie miałam czasu na pierdoły, ploteczki i słodkie pierdzenie. Zawsze łatwiej dogadywałam się z facetami. Dzisiaj to się zmieniło i chętnie spotykam się z koleżankami. Może stałam się bardziej otwarta? Nie wiem. Po prostu bardziej zaczęłam lubić kobiety.

Brzmi intrygująco. Feministki też lubisz?

Nie zawsze, bo często mają bardzo skrajne poglądy i zwyczajnie przeginają. Dodatkowo są na siłę męskie, co nie do końca mnie przekonuje.

A co myślisz o Dniach Cipki?

Hmm… Cipka to fajne urządzenie. Od razu się rozmarzyłam. Bardzo ciekawa inicjatywa. Ale zamiast tylko jednego weekendu wolałabym, żeby w roku było 365 dni cipki. Mam nawet świetne hasło na tę okoliczność: DZIEWCZYNY, OTWÓRZMY SIĘ! (śmiech).

Skoro sama zaczęłaś… Kogo byś chciała zobaczyć na naszej rozkładówce?

Beatę Kozidrak! Żart. Macie jakąś listę?

Naszym numerem jeden jest Urszula.

Nieeee, no co wy? Przestańcie! Chcecie mieć problemy ze sprzedażą? Było mi takie propozycje składać, jak byłam młodsza. Przespaliście sprawę. Chyba to już przerabialiśmy.

Możemy tylko przeprosić za błędy poprzedników… i spróbować je naprawić. Pamiętaj, że jesteśmy z pokolenia, które rozbudzałaś…

Tak, tak, wiem. Powtarzacie się. Dziś wszystko się zmieniło. Mojego starszego syna kręcą bardziej motocykle niż piosenkarki. Młodszy jest na etapie Hannah Montana, ale kiedy się razem kąpiemy wytrzeszcza już gały (śmiech).

A widzisz! To może jednak zapozowałabyś chociaż z jakimś instrumentem?

Chyba z kontrabasem. Zmieńcie temat, bo się czerwienię.

Ale do naszej rozmowy też będzie sesja. Pokażesz nam cokolwiek?

Co najwyżej język!

Na skróty:

Parę lat temu w Kongresowej podczas Konika… spadłam ze sceny. Niezła siara, co? Wcześniej to samo zrobiłam na koncercie w Kielcach. Wszystko przez to, że śpiewając, mam w zwyczaju chodzić do tyłu. I dwa razy skończyła mi się scena. Chłopaki z zespołu nawet tego nie zauważyli! Opierdolili mnie tylko wzrokiem za to, że spóźniłam się na drugą zwrotkę Rysy na szkle.

Prawie nigdy nie występuję w szpilkach. Jak już się coś takiego zdarzy, to stoję wtedy w miejscu i się nie ruszam. Doceniam dziewczyny śpiewające w szpilach. Można by powiedzieć, że są kozackie.

Kiedyś pewna pani podeszła do mnie i powiedziała, że jest bardzo poruszona moją interpretacją Józek, nie daruję ci tej nocy (utwór Bajmu z Beatą Kozidrak – przyp. aut.).

Związek z kimś młodszym nie jest prosty. Rozumiecie? Młodsze ciało, młodszy umysł.

Tagi:

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*