Urszula Dudziak

Urszula-Dudziak

PLAYBOY nr 8, 2008

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Paweł Fabjański

Zanim zdążyliśmy zadać pierwsze pytanie, zadzwonił telefon naszej bohaterki. Usłyszeliśmy dźwięki słynnej „Papayi”…

Przepraszam, teraz nie mogę. Siedzę właśnie z miłymi panami z PLAYBOYA. Zaraz będą mi robić zdjęcia na okładkę (śmiech).

Mieliśmy inny pomysł na początek, ale skoro sama pani zaczęła…

Chcecie mi zaproponować sesję? Jeszcze parę lat temu bym się zgodziła. Teraz już nie. Mimo to uważam, że zapominanie o kobietach nieco starszych, a wcale jeszcze nie totalnie do piachu, to wielki błąd. Nie mam nic przeciwko apoteozie młodości i pięknego ciała, ale są przecież kobiety, które się pięknie starzeją, mają światło w oczach, bije od nich blask. Im też należą się okładki i rozbierane rozkładówki. W ogóle uważam, że świat powinien być rządzony przez kobiety. A wy nie?

Trochę nas pani zaskoczyła tym pytaniem. Musimy zebrać myśli.

Mężczyźni nie sprawdzają się w roli przywódców. A mimo to, nie chcą się dzielić władzą. To niesprawiedliwe. Chociaż, z drugiej strony… Wczoraj rozmawiałam z koleżanką, która powiedziała, że jak w Polsce idzie się na party, to widać, jak zaborcze są kobiety, jak zazdrosne o swoich mężczyzn. Myślę, że nie tylko w Polsce tak jest. Ten brak zaufania kobiet do siebie może przekładać się na politykę. One same się z niej eliminują. Kobiety są często bardzo podejrzliwe. Ja też taka jestem…

Kogo pani podejrzewa? Którą przyjaciółkę?

Na razie nie mam faceta. Muszę się za jakimś rozglądnąć.

Nie wierzymy. Pani? Bez adoratorów?

Tych to jest pełno. Ale na razie wygląda to tak, że starych się brzydzę, a młodych się wstydzę (śmiech). Mężczyźni w moim wieku, po sześćdziesiątce, rzadko są interesujący. Mam branie u młodych, takich czterdziestoparoletnich. Ale jakoś nie mogę się przekonać. No chyba, żebym się totalnie zakochała. Tak, że mną szarpnie na całego. Na razie jednak jestem wolna. Damy ogłoszenie do PLAYBOYA? (wybuch śmiechu).

Właśnie daliśmy. Obawiamy się, że ten anons wywoła lawinę. Proszę spodziewać się szturmu.

Ależ, proszę bardzo! Czytałam kiedyś w amerykańskiej prasie, że jeśli ktoś żyje przez 4 lata sam, to powinien pójść na terapię. Mi to na szczęście nie grozi, ale wierzę w taką zależność. Życie w samotności powoduje skrzywienia w rodzaju wybujałego egoizmu. A ostatnio strasznie się oburzyłam, jak usłyszałam Marię Kaczyńską, która powiedziała, że można dzieci od czasu do czasu klepać w pupę. Albo jest bicie, albo go nie ma. Jak ukradnę złotóweczkę, to się nie liczy? To nie jest kradzież? Przecież potem kradnie się coraz więcej. Tak samo jest z biciem dzieci. Wiecie, dlaczego w niektórych krajach, takich jak Anglia czy Polska, są kibice-chuligani? Bo można tam bić dzieci. W Szwecji nie można i chuligaństwa nie ma. Dlatego uważam, że nasz Rzecznik Praw Obywatelskich w wypowiedziach o klapsach dał straszną plamę.Wstyd!!!!!

Chcemy jeszcze wrócić do rozbieranych sesji…

A PLAYBOY w ogóle rozbiera kobiety po trzydziestce?

Oczywiście. Była u nas Kora, Urszula, była też Kayah. Nawet dwa razy.

Ach! Kayah za drugim razem miała przepiękne zdjęcia. Co za wspaniała figura. To jest polska Madonna. Wiedząc i widząc jak dba o siebie, jest i zawsze będzie w świetnej formie.

Którą jazzmankę z chęcią by u nas pani zobaczyła?

Dianę Krall.

Ale ona według pani jest dziwna, sztywna i skrępowana.

To było nieporozumienie. Dziennikarz nie dał mi wywiadu do autoryzacji. Tak go ochrzaniłam, że poszło mu w pięty. Diana pięknie śpiewa, genialnie gra na fortepianie. Gdyby ją umiejętnie sfotografować, byłaby przepiękna. Pierwszy raz słyszałam ją w Nowym Jorku, chyba 15 lat temu. Po jej wykonaniu Body and Soul ciarki przeszły mi po plecach. Byłam powalona. Teraz trochę żałuję, że Diana w prosty sposób śpiewa standardy. To chyba wina producentów, którzy ją na to namówili. Powiedzieli jej pewnie, że albo zacznie śpiewać bardziej zwyczajnie dla szerokiej publiczności, albo będzie wiecznie występować w klubach. A wiecie, kogo jeszcze chciałabym u was zobaczyć? Cassandrę Wilson. To piękna, rasowa babka. Ją trzeba rozebrać obowiązkowo.

A jakby pani zareagowała na propozycję sesji pani córek?

Jakby miały 14 lat, to powiedziałabym: „siedzieć cicho w domu i czekać”. Teraz są dorosłe. Kasia, która właśnie pisze o mnie książkę, pewnie by się zgodziła. Jest pięknie zbudowana. Mika też jest bardzo atrakcyjna,ale myślę ,że powiedziała by nie.. Kasia jest bardziej amerykańska od Miki, bardziej do przodu.

Obie mówią świetnie po polsku, ale…

Nie łapią wszystkich dwuznaczności. Na przykład, kiedy Mika uparła się, że chce psa, nie było rady i wzięliśmy szczeniaka ze schroniska. To skrzyżowanie wilczura z jamnikiem. Nie wiem, jak to się mogło stać. Kto kogo i w jakiej pozycji (śmiech). W każdym razie Mika stwierdziła, że będzie się nazywał Monkey, czyli Małpa. Powiedziałam jej, że oszalała. Jak taki cudowny szczeniaczek może być Małpą? W moim domu najgorsze przekleństwo, jakiego mama używała, to było właśnie „ty małpo” albo „ty sikso”. Im bardziej się sprzeciwiałam, tym Mika była bardziej uparta. Została „Małpa”. A wiecie, że ten piesio gra na gitarze? Zupełnie jak Puszkin, nasz poprzedni pies. Siadam na kanapie, trzymam gitarę, zmieniam funkcje, a ona łapkami szarpie struny. Bardzo rytmicznie.

W tenisa też gra?

Nie, ale lata po korcie i podaje piłki. Ja z kolei jestem tenisowym zwierzęciem . Biegam jak górska koza. Jestem szybka, bystra, niczego się nie boję. A jednocześnie jestem bardzo przyjazna. Lubią mnie na korcie, bo staram się nie oszukiwać (śmiech). Tenis to rodzaj terapii, podobnie jak muzyka. Pewnie dlatego tak dobrze wyglądam. Tenis i muzyka idealnie mnie regenerują i zapewniają szybką przemianę materii.

Słyszeliśmy peany na cześć pani tenisowych wyczynów. Może zaprzepaściła pani światową karierę sportową?

Nie umiałabym tak się poświęcić, żeby grać zawodowo. Brak mi charakteru sportowca, same predyspozycje to za mało. Kiedyś Wojtek Fibak powiedział publicznie, że mam najlepszy forehand ze wszystkich jazzmanów na świecie. Faceci mieli od razu gulę (śmiech).

Kibicuje pani Agnieszce Radwańskiej?

Cała jestem za nią. Agnieszka to ogromny talent. Moim zdaniem na miarę Hingisowej. Boję się tylko, żeby się przypadkiem nie przetrenowała. To tylko kwestia czasu, kiedy zacznie wygrywać wielkie turnieje. Wkurza mnie Mats Wilander, który opowiadając o młodych gwiazdach, ani się nie zająknie o Agnieszce. A znacie ten dowcip o siostrach Williams? Ale ostrzegam, że jest okropny. Koszmarny.

Już się pani nie wywinie.

Venus mówi do Sereny: „Wiesz, chyba nam ojciec dosypuje czegoś do jedzenia, bo włosy mi rosną”. „Gdzie?” – pyta ta druga. „Na jądrach”.

(wybuch śmiechu)

Dudziak! Znowu dałaś plamę!!!

Ile razy dziś przeskakała pani na skakance?

A skąd wy wiecie takie rzeczy? Codziennie staram się sto razy. Szybko mi idzie. Czasem robię więcej. A w ogóle to nie skaczę tak zwyczajnie. Robię tak, i tak, i tak… (w tym momencie Urszula Dudziak demonstruje zadziwiająco profesjonalne kombinacje).

Skacze pani jak zawodowy bokser. Uczył ktoś panią?

Nie. Zostało mi z dzieciństwa. Wtedy się skakało na skakance i kręciło hula-hoop. Właśnie, muszę sobie takie sprawić. Jest dobre na talię. Będę kręciła (śmiech).

W dzieciństwie marzyła pani, że zostanie cyrkowcem.

Strasznie chciałam grać na dzwoneczkach w cyrku. Moimi pierwszymi miłościami byli cyrkowcy. Nawet poznałam takiego jednego żonglera, ale się z nim nie całowałam. Byłam za młoda, miałam z 15 lat.

Zaraz potem Krzysztof Komeda ściągnął panią, nastolatkę z prowincji, do Warszawy.

To była moja pierwsza transformacja. Zosia Komedowa stwierdziła, że wyglądam fatalnie, a na głowie mam szopę Beethovena. Zabrała mnie do Bristolu, gdzie fryzjer obciął mnie na zapałkę. Od razu byłam modna (śmiech).

Modna, a do tego May.

Najpierw byłam Dorotą Cedro. To też wymyśliła Zosia. Na szczęście ktoś jej powiedział, że jest taka pływaczka. Zosia się zdenerwowała i mówi: „Dorotą Cedro być nie możesz, zostawimy ci Urszulę, ale nazwisko masz przegrane. Nie możesz być Dudziak. Będziesz Urszulą May”. I rzeczywiście przez parę koncertów występowałam pod tym pseudonimem. W końcu jednak Zosia skapitulowała.

To była pierwsza transformacja. A druga?

Chyba w Skandynawii z Michałem Urbaniakiem. W Kopenhadze w dniu, w którym mieliśmy wracać do Polski, ukradli Michałowi, dopiero co kupionego, pięknego opla coupe. Nie było wyjścia! Zostaliśmy, żeby się odkuć. Trwało to kilka lat (śmiech). Ależ na początku byliśmy wtedy ciemnogrodem! Pewnego razu właściciel lokalu, w którym mieliśmy grać, chciał nas ugościć i przyjął nas talerzami pełnymi krewetek. Ja się przestraszyłam i wykrzyknęłam: „To pędraki!” (śmiech). Nikt z zespołu już tego nie ruszył. Tacy byliśmy durnowaci. Z czasem jednak nabraliśmy ogłady.

Ponoć sporo pani przepuściła w szwedzkich kasynach.

Bardzo dużo… Uwielbiam ruletkę i jestem hazardzistką. Niedawno z moją menedżerką nocowałyśmy w Poznaniu. W naszym hotelu było kasyno. Mówię: „Grażynko, chodź ze mną”. A ona: „Nigdy! Słyszałam o tobie różne opowieści…”. Ale ubłagałam ją. Warunek był taki, że nie możemy przegrać więcej niż pięć stówek. Szybko nauczyłam ją grać w ruletkę. Patrzę, a jej kupka cały czas rośnie, a moja maleje. Jak wszystko przegrałam, to chciałam pożyczyć od niej. Zgodziła się, ale pod warunkiem, że zagra za mnie. I co? Odrobiła mi wszystko! A potem na siłę zabrała z kasyna.

Gdzie przeżyła pani trzecią transformację?

W Stanach. Największą. Nabrałam tam pewności siebie i przestałam narzekać. Teraz tak się rozbisurmaniłam, że tylko się chwalę. Taki mam styl. Właśnie dlatego bardzo mi się podoba Doda. Uważam, że jest fantastyczna, śmieszna i seksowna. Prawdziwa diva. Cały czas robi sobie jaja. I nawet ma fajny głos, tylko – moim zdaniem – słabe piosenki. I love her (śmiech).

Szybko zaaklimatyzowała się pani w Ameryce?

To Michał uparł się na Stany. On ten wyjazd planował jeszcze w Polsce, na samym początku kariery. A ja potulnie trzymałam się jego spodni. Gdzie Urbaniak, tam i Dudziak. Na początku zamieszkaliśmy w hotelu przy piątej Avenue, który nam wydawał się dobry. Potem się okazało, że mieszkało tam dużo ludzi sponsorowanych przez państwo, czyli bezdomnych. A my przywieźliśmy ze sobą sporo złota. Bo jak Michał się w Szwecji nawalił, to robiłam mu awantury, a on w ramach przeprosin kupował mi biżuterię. I w sumie zebrało się chyba z kilogram złota (śmiech). No i przylecieliśmy z tym do Stanów. A nasze mamy zawsze powtarzały, żebyśmy nigdy nie rozstawali się z kosztownościami, bo nas okradną. I ja, posłusznie, zawsze nosiłam ten kilogram przy sobie.

Aż pewnego razu…

Zaprosili nas na wystawną kolację Horovitze. Miałam piękne skórzane ubranie i malutką torebkę do kompletu. Pomyślałam sobie, jak ja włożę do niej kilo złota? No i zostawiłam biżuterię w szufladzie w pokoju hotelowym. Kolacja była świetna. Wracamy w środku nocy, a tam co? Wszystko wyciągnięte do góry nogami. Po złocie ani śladu. Ukradli nawet moje ubrania. O sprzęcie Michała nie wspominam. Zostawili tylko skrzypce.

Załamać się można.

Byliśmy zrozpaczeni. A na domiar złego, po kilku dniach, ukradli nam samochód. Wkrótce potem zobaczyłam na ulicy faceta z poderżniętym gardłem. Ktoś podbiegł i po prostu go chlasnął. Pomyślałam sobie: „Gdzie ja jestem? Michał mi obiecał raj i czerwone dywany, a tu na każdym rogu kryminał”. Byłam załamana.

Nie chciała pani wracać?

To nie wchodziło w grę. Michał był maksymalnie zdeterminowany, aby osiągnąć w Ameryce sukces. Z czasem zaczęło się układać. Znaleźliśmy sobie w Nowym Jorku fajne mieszkanie, które mamy do dziś. Nad nami mieszkała Susan Sarandon. Często wpadała pogadać, uczyła nawet Kasię angielskiego. Wtedy dopiero zaczynała wielką karierę. A ja wkrótce pokochałam Nowy Jork. I dzisiaj cieszę się, że tylu Polaków wyjeżdża. Oni wrócą odmienieni. Mam przykład na sobie. Pamiętam, jaka byłam tuż po wyjeździe z Polski. Wiecznie niezadowolona, wstydziłam się przyznać do sukcesu. To bardzo polskie. My lubimy się chwalić tym, co się nie udało. Gdybym nie wyjechała, byłabym taka sama. Za dużo jest u nas mend, które wiecznie się skarżą i narzekają. Wysyłają złą energię, która rośnie. Dzięki temu mamy nad Polską taką chmurę zawiści, takiego smrodu.

Jak przewiać ten smród?

Guru! Potrzebny jest jakiś charyzmatyczny, światły przywódca, którego będziemy słuchać jak pies trąby.

Dudziak na prezydenta!

(Śmiech). Już słyszałam takie hasła. Wolałabym zostać ministrem kultury. Politycy w większości to według mnie wykastrowani narcyzi a sejm to zaułek sierot. Ja tam nie nadaję się do polityki, choć w jednym na pewno byłabym lepsza. Przecież ci nasi politycy, te tumany, w ogóle nie mówią w obcych językach. To jest skandal. Marcinkiewicz ani „me” ani „be” po angielsku a grzeje stołek w Londynie . Kompromitacja. Okazuje się natomiast, że każdy dziennikarz mówi po angielsku. Może to dziennikarze powinni rządzić Polską? Kobiety i dziennikarze (wybuch śmiechu).

Pani tata mawiał: „Ile języków znasz, tyle jesteś mądrzejsza”. Jak bardzo jest pani mądra?

Bardzo mądra jestem (śmiech). Byłam nawet w Wyższej Szkole Języków Obcych, której oczywiście nie skończyłam. Bardzo dobrze gadam po angielsku, dobrze po szwedzku, rozumiem po francusku i jak się osłucham, to zaczynam dobrze mówić, a po niemiecku jestem w stanie się dogadać. Kiedyś mój niemiecki uratował skórę całemu zespołowi. Jechałyśmy z dziewczynami z Vocal Summit pociągiem z Wiednia do Kopenhagi. Poszłyśmy sobie do wagonu restauracyjnego, a w Innsbrucku odłączyli nasz wagon. Jest środek zimy, a my tylko w papućkach i bluzeczkach. Wołam konduktora i pytam: „Herr Konduktor! Wo ist unsere Wagon?” (śmiech). Okazało się, że pojechał do Paryża. Musiałyśmy wysiąść w tych naszych wiosennych ciuszkach, a konduktor obiecał, że zadzwoni do kolegi, który wyjmie nasze bagaże i zostawi na dworcu w Monachium. Całe zmarznięte, ale zadowolone, przyjeżdżamy na miejsce, idziemy do biura rzeczy znalezionych i nagle wszystkie wrzeszczymy: „Kurwa! A gdzie NASZE walizki?”. W Monachium czekały na nas bagaże jakichś turystów, którzy jechali do Paryża i prawdopodobnie siedzieli w restauracyjnym tak jak my kilka godzin przedtem.Tym razem oni zostali bez bagażu Ale komedia. Kurde balans, to była akcja. W końcu jednak na koncert w Kopenhadze zdążyłyśmy. Dzięki mojemu niemieckiemu (śmiech).

Ile lat spędziła pani na walizkach?

Ile lat?! Prawie całe życie. Myśmy się z Urbaniakiem wiecznie przenosili. Dekowaliśmy się po hotelach, a ja ciągle marzyłam o własnym domu. I kupowałam wanieneczki do prania, maszynki elektryczne, a raz upolowałam cudowny czerwony czajnik, który pięknie gwizdał w tercjach. Ten czajnik to była moja namiastka rodzinnego gniazdka. I pewnego razu, kiedy wyjeżdżaliśmy ze Szwajcarii, stała się rzecz straszna. Michał załadował samochód po dach. Szpilki się nie dało wcisnąć. I kiedy zobaczył mnie, jak idę z czajnikiem pod pachą, wściekły wziął go ode mnie i sru! Przerzucił przez pięciometrowy żywopłot. Tego mu nie wybaczę. Wtedy wyrzucił część mnie. Nigdy go nie uderzyłam, on zresztą mnie też, ale wtedy byłam blisko. Najchętniej odjęłabym mu głowę razem z płucami…

(w tym momencie ponownie dzwoni telefon i rozlegają się dźwięki „Papayi”)

Musimy w końcu zapytać o ten utwór.

Wiecie, nigdy nie przewidywałam, że będę tą, która skomponuje narodowy taniec Filipińczyków.

Słyszeliśmy, że najśmieszniejsza pani przygoda z Papayą miała jednak miejsce w Polsce. Dokładnie przy Żelaznej w Warszawie.

Jechałam wtedy samochodem z Marysią Sadowską. Nagle widzimy na chodniku zataczającą się kobietę. Chwieje się, traci równowagę, w końcu upada. Wyskakuję z auta i chcę ją ratować. Ale co tam, w końcu kurs PCK na coś się przyda! Jestem gotowa robić usta-usta. Pochylam się nad babiną,a od niej cuchnie gorzałą jak szlag. Nagle otwiera oczy i na mój widok zaczyna śpiewać: „Lalalala… Lalalala….”. Marysia prawie posikała się ze śmiechu.

Jazzowe utwory bardzo rzadko stają się tak popularne jak Papaya

No właśnie! Moja Kasia podsumowała kiedyś, że to niesamowite, żebym z tym swoim wariactwem, szaleństwem i niekonwencjonalnym śpiewaniem wpasowała się w zwykłą komerchę. A jednak się udało. Nie wiem, dlaczego ludzie to łyknęli? Przecież ja brzmię jak jakaś pomylona wariatka, która się wygłupia! Jestem chodzącym ewenementem (śmiech).

Ma pani świadomość, że niektórych słuchaczy niebywale irytuje pani śpiewanie?

Wcale się nie dziwię. Czasami czytam posty internautów: „Ona piszczy, charczy, psika, bzika, dziubie – i to ma być muzyka? Przekręt na miarę stulecia!”. Ja tam nie jestem wyrobioną słuchaczką i siebie nie słucham.

Zdarzyło się pani, że publika kompletnie pani nie zrozumiała?

Tak, raz. W latach 80. zadzwonił do mnie promotor plenerowego festiwalu w Waszyngtonie. Koncertowali tam sami czarnoskórzy wykonawcy dla czarnoskórej widowni. Nie miałam przekonania do swojego występu, ale płacili chyba 20 tysięcy dolarów, a w tamtych czasach graliśmy koncerty za 500… Program był ustalony tak, że będę śpiewała jako pierwsza, ale niestety mój samolot miał duże opóźnienie. Był już środek nocy, przede mną występował znakomity funkowy zespół. Kurwa, sześciu Murzynów grało tak, że mózg stawał. Dziesiątki tysięcy nawalonych i naćpanych Murzynów falowało w rytm muzyki. I na tak rozgrzaną publiczność weszłam ja. Przedstawiono mnie jako geniusza z Polski, który śpiewa jak anioł. Zaczęłam występ i po chwili w kierunku sceny poleciały puste puszki. Słyszałam okrzyki: „Go back to Poland!”. To był dramat. Wtedy jedyny raz w życiu uciekłam ze sceny. Strasznie się popłakałam. A promotor przytulił mnie i powiedział, że gdybym występowała pierwsza, byłoby inaczej. Prawie na kolanach ubłagał mnie, żebym została na następny dzień i zaczęła koncert. Tym razem było lepiej. Nikt już nie chciał mnie okaleczyć (śmiech). Ale ogólnie potraktowali mnie jak wyjca z wariatkowa.

A pamięta pani swoje największe wariactwo?

Kiedyś swoim głosem uratowałam życie człowieka. Szłam po Manhattanie i nagle usłyszałam stłuczkę. Zobaczyłam dwóch kierowców, którzy zaczęli na siebie ujadać. W pewnym momencie jeden z nich sięgnął do kieszeni po broń. A ja, widząc to, wydobyłam z siebie taki krzyk, że wszyscy wokół stanęli jak sparaliżowani. Od razu wykorzystałam moment, kazałam jednemu kierowcy wracać do auta, a drugiemu dzwonić po policję. I oni jak trusie wypełnili moje rozkazy (śmiech). Próbowałam kiedyś powtórzyć tamten dźwięk, ale nie za bardzo mi wychodziło. Wiem jednak, że w sytuacji maksymalnego zagrożenia znowu będę mogła go użyć.

Niektórzy twierdzą, że ma pani męskie poczucie humoru. To prawda?

Tak mogą twierdzić tylko szowinistyczne świnie (śmiech). Ja uwielbiam sytuacyjne poczucie humoru. Dlatego żałuję, że nie ma już wśród nas Jurka Kosińskiego. Gdzieś siedzę, z kimś rozmawiam, słucham i myślę sobie: „ale w tym momencie Jurek by przywalił”. Kosiński był mistrzem sytuacyjnej riposty. Dzisiaj, poza Januszem Głowackim, nie ma już takich ludzi.

Ale może są przynajmniej męscy groupies?

Nigdy czegoś takiego wokół mnie nie było. Nie jestem Madonną ani Dodą. To, że mam rwanie wśród młodszych, nie znaczy, że oni są męskimi groupies. Nie widzę żadnych podtekstów erotycznych w mojej pracy.

A poznała pani kiedyś Hugh Hefnera?

A jak on wygląda? Może gdzieś na moim koncercie nie mógł się do mnie docisnąć.

W przeciwieństwie do Hefnera pani jest przeciwko używkom. W takim razie, ile koncertów zaśpiewała pani „pod wpływem”?

Zdarzyło mi się to tylko raz. Po używkach siada mi precyzja, co w jazzie jest niedopuszczalne. Dziwię się Nigelowi Kennedy’emu, który nie odmawia alkoholu i precyzja mu nie siada. Może nie pija przed występami… Kiedyś przed koncertem zapaliłam trawę. Poczułam się strasznie i myślałam, że umrę. Urósł mi taki długi dziób. Mikrofon trzymałam na wyciągniętych rękach, pół metra od ust. Wszyscy mnie opieprzali, że w ogóle mnie nie słychać. Bałam się ,że mi to zostanie na dobre. Tak to się kończy, jak się zapali „good stuff”.

Z kim najczęściej jest pani mylona?

Często dzwoni do mnie siostra i mówi, ile autografów rozdała. Poza tym wiele osób mówi na mnie „Elżbieta Dudziak”. Nie wiem, dlaczego. Może to wina Elżbiety Adamiak… Natomiast najbardziej oburzony bywa Michał Urbaniak, kiedy mówią na niego „Michał Dudziak”. Teraz myślę nad zmianą nazwiska na… Papaya, albo Dódziak (wybuch śmiechu). Kiedyś zresztą Meksykanie mówili o mnie „Senorita Papaya”.

Czy jest coś, czego pani żałuje?

Kiedyś poważni naukowcy z poważnego instytutu zaproponowali mi, żebym w Ameryce Południowej nawiązała kontakt z wielorybami…

(Wybuch śmiechu)

Poważnie. W całe przedsięwzięcie była zaangażowana armia, która przygotowała specjalne głębinowe głośniki. Ja miałam siedzieć na statku ze słuchawkami i mikrofonem, słuchać dźwięków wielorybów i odpowiadać na nie swoimi. Naukowcy twierdzili, że moje alikwoty są bardzo zbliżone do alikwotów wielorybich.

Innymi słowy, śpiewa pani jak waleń.

Na to wychodzi. Niestety do kontaktu nie doszło. Tamtego roku wieloryby wyjątkowo wcześnie opuściły zatokę i cały plan nie wypalił. Prawdopodobnie ktoś im doniósł, co się szykuje. Biedne wieloryby wystraszyły się Dudziakowej (śmiech).

Na skróty:

Interesują mnie tylko faceci rozedrgani. Ci, którzy mają w sobie coś z diabła i anioła, co potem zamienia się w destrukcję lub nawet samodestrukcję. Mnie to ciekawi i kręci.

Znam za dużo ludzi i dlatego mam dziury w pamięci. Czasami rzucam się na szyję nieznajomym, a nie poznaję tych, z którymi spałam.

Chciałabym, żeby zamiast Obamy na prezydenta kandydował Herbie Hancock.

Kupuję tylko gazety, w których są wywiady z Kazikiem i Kukizem. To mądrzy faceci, którzy mówią, to co myślą i się nie opieprzają.

Mam w swoim archiwum mnóstwo recenzji. Większość napisanych przez ludzi, którzy już nie żyją. Kiedyś nawet porównano mnie do Maggie Smith. Nie wiedziałam, kto to jest. Myślałam, że jakaś kryminalistka.

Jestem uczulona na chmiel, ale kocham piwo. Jak mam ochotę, to czasami piję. Potem zatyka mi się nos, kicham i łzawią mi oczy. Od razu można poznać, kiedy Dudziak strzeliła browara.

W Szwecji je się taką gnijącą, rozkładającą się rybę (sur stromming). Szwedzi wykańczają nią wszystkich turystów. Ta ryba śmierdzi jak kocie rzygi, biegunka i rozkładający się szczur. Ale jest pyszna (śmiech).

Mika ma czuja i murzyński feeling. „She’s a sister”, jak mawiają Amerykanie. O mnie tak powiedzieć nie można, bo jestem z innej bajki. Mogę być dla nich, co najwyżej, interesująca.

Jeszcze nikt się na mnie nie poznał. Jestem kopalnią fantastycznych pomysłów i można na mnie zarobić niezłą kasę. Przykłady? Chcę wydać trzy książki – o muzyce, o swoim życiu prywatnym i dla dzieci – z wierszykami.

3 komentarze
Skomentuj »

  1. Pani Ula jest po prostu niesamowita ! :))
    Uwielbiam ją ! <3

  2. Urszula jest niesamowita…. uwielbiam ją

  3. Haha, ta kobieta jest genialna. Naprawdę. Jej poczucie humoru, optymizm, szczerość, skromność. Niesamowite. Zmieniłam całkowicie zdanie o jazzie. Zawsze uważałam ich za ludzi pysznych nadętych, których świat nie rozumie. A tu, widzimy wspaniałą dojrzałą kobietę, która przeżyła w życiu wiele, ma za sobą rożne dziwne zawirowania, a mimo to potrafi poprawić humor marudzie i wyciągnąć z depresji. Jest sobą, a to najważniejsze. Ilu jest ludzi, którzy nagrali jedną płytę i już się pysznią? Ona nagrała ich ponad 50, a jest naprawdę skromną pokorną osobą. Można sie od niej wiele nauczyć. Nie tylko z strony muzycznej, ale i życiowej. Chciałabym, będąc w Jej wieku tak wyglądać, tak się czuc i być taka silna. Naprawdę można pozazdrościć.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*