Tomek Rygalik

Tomasz-RygalikPLAYBOY nr 05, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Daniel Rudzki, Piotr Wacowski

Rygalik to nazwisko z kluczem?

Wszystko na to wskazuje. Widocznie pisane mi było projektowanie między innymi mebli. Ostatnio zrealizowaliśmy ciekawy, eksperymentalny projekt food-designowy, który wystawiany jest teraz na prestiżowej wystawie w Rovereto we Włoszech. To stół w całości zrobiony z czerstwych bagietek. W ten sposób „regalik“ stał się „rogalikiem” (śmiech).

Pamiętasz moment, w którym zadzwoniła do ciebie szefowa firmy Moroso?

Zawsze będę pamiętał. 8 lat temu jechałem rowerem przez londyński Kensigton Garden i nagle zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem zachrypnięty, kobiecy głos: „Cześć Tomek, tu Patrizia Moroso. Widziałam twój fotel. Jestem zachwycona. Wsiadaj w najbliższy samolot, musimy o tym pogadać”. Prawie zemdlałem z wrażenia. Bogini świata meblarskiego zaprosiła mnie do Mediolanu i zaproponowała współpracę. Byłem w szoku. To świetna firma. Ludzie, którzy nią kierują, w czasach młodzieżowych protestów w Europie, byli zbuntowanymi, młodymi inteligentami. Dzwoniąc tam dziś i czekając na połączenie, w słuchawce można usłyszeć London Calling Clashów! Mamy teraz premierę dwóch nowych mebli dla Moroso: krzesła i hokera. To ogromna nobilitacja. W ogóle konsekwencją pracy dla Moroso zawsze jest mocna pozycja na rynku. Już na samym początku współpracy napisał o mnie „New York Times”.

A propos. Bardzo wcześnie wyjechałeś z Polski do Nowego Jorku.

Jeszcze wcześniej byłem w Stanach na tak zwanej wymianie językowej. W drugiej klasie liceum mieszkałem na zadupiu w Oklahomie i uwierzcie, nie pokochałem  Ameryki. Wręcz przeciwnie. Poza nauką języka niewiele z tego wyjazdu wyniosłem. Do dziś pamiętam, jak zamawiałem burgera. Tubylcy się ze mnie śmiali. A ja nie wiedziałem, że „booger” to „glut”, a to, co chcę kupić to „berger” (śmiech). Na początku trafiłem do patologicznej rodziny. To był koszmar, bo wszyscy się tam non stop tłukli. Później na szczęście zamieszkałem w domu protestanckiego księdza i było bardzo fajnie. Pracowałem wtedy bodaj w jedynej polskiej restauracji na środkowym zachodzie Ameryki. Założył ją gość, który jeździł po świecie na rowerze składaku z polską flagą – było o nim kiedyś głośno, na przykład w „Trybunie Ludu”. Facet osiadł w Fort Gibson i na cześć swojej żony założył knajpę „Bozena”. Polacy tam nie mieszkają, więc było to bardzo psychodeliczne. Pierogi, gołąbki, bigos… On kupował i woził produkty, żona gotowała, a ja biegałem po całej knajpie – klasyczna polish cuisine. Myłem naczynia, sprzątałem, podawałem do stołu – byłem ich jedynym pracownikiem. Po 10 miesiącach wróciłem do Łodzi i wcale nie uważałem, że w Polsce żyje się gorzej.

Kiedy zakochałeś się w Nowym Jorku?

Po pierwszym roku studiów poleciałem tam turystycznie z kumplem. I zrozumiałem, że Nowy Jork to nie Oklahoma. Już wtedy wiedziałem, że architektura na łódzkiej uczelni nie jest dla mnie, bo za bardzo ogranicza potrzeby kreacji. Podjąłem decyzję, że rzucam studia w Polsce i zdaję do kilku nowojorskich uczelni. Na szczęście dostałem się do wymarzonej, czyli Pratt Institute na Brooklynie. Gdyby nie pomoc rodziców, nic by z tego nie wyszło. Wiedziałem, że nie mogę dać ciała. Z dnia na dzień z lesera zmieniłem się w pracoholika. Zamieszkałem przy Lexington Avenue, w dzielnicy Bedford-Stuyvesant – wówczas najniebezpieczniejszym miejscu w całych Stanach. W okolicy same garaże, budynki przemysłowe i wszędzie nierząd, okraszony sporymi ilościami cracku i gangsta rapu. W każdej wnęce, w każdej bramie codziennie można było znaleźć nowe sreberko… Bardzo artystyczna atmosfera (śmiech). Przetrwałem tam dzięki ówczesnej partnerce życiowej ze Sri Lanki. Byłem postrzegany jako białas, który jest w porzo, bo prowadza się po dzielni ze śniadą dziewczyną.

Wzornictwem przemysłowym zainteresowałeś się dopiero w Pratt Institute?

Tam zrozumiałem, że można się zajmować projektowaniem wszystkiego, co nas otacza. Chcąc mieć jak najlepsze portfolio, angażowałem się we wszystkie uczelniane projekty. I tak na przykład trafiłem do zespołu pracującego nad prototypem Hondy Accord. Zaprojektowałem wtedy charakterystyczne, wzmocnione nadkole przedniego koła, które dalej – prostą linią – przecinało cały bok samochodu.

Honda wykorzystała ten pomysł w modelu z 2010 roku.

Wy to powiedzieliście (śmiech). Ja nie lubię się chwalić. Chciałem tylko zaznaczyć, że kończąc szkołę miałem spore portfolio. Wiedziałem, że muszę pracować więcej niż inni, bo kończyła mi się wiza studencka. Żeby zostać w Stanach musiałem zdobyć wizę pracowniczą. A o taką nie jest łatwo. Firma, która chce cię zatrudnić, musi wykazać, że na twoje stanowisko nie znalazła na rynku nikogo innego. I tak okazało się, że to, co dla małych firm projektowych na Manhattanie, w których chciałem pracować, było żmudne i kosztowne, dla wielkich korporacji było pryszczem.

W ten sposób trafiłeś do Kodaka.

Na moim wydziale wisiało ogłoszenie, że Kodak poszukuje junior designerów. Pracę dostałem ja i kolega Koreańczyk. Od razu zakwaterowano nas w małej willi w Rochester. Szok! Mimo luksusowego traktowania już po miesiącu wiedziałem, że nigdy nie będę chciał pracować w korporacji. Koledze się spodobało i został. Dziś jest szefem designu w LG. Kodak całkowicie przespał wtedy cyfrową rewolucję. Rynek był pozamiatany przez Sony, Canon i Fuji. Rozpaczliwie próbowano więc nadgonić stracony czas. Postawiono na nowych projektantów ze świeżym spojrzeniem i maksymalnie przyspieszono wszystkie procesy wdrożeniowe. Pracowałem nad trzema modelami, z których dwa weszły na rynek. Jednym z nich był Kodak MC3 – połączenie aparatu, odtwarzacza wideo oraz playera mp3, czyli wszystkiego, co dziś mamy w telefonach. Wtedy była to nowość. Z tego co wiem, produkt nieźle sobie radził na rynku, ale i tak nic nie mogło już uratować Kodaka. Po 3 miesiącach znalazłem na Manhattanie pracę w czołowej firmie projektowej. Nie miałem zamiaru do końca życia być projektantem aparatów cyfrowych. Chciałem zachować różnorodność.

Czym się zajmowałeś?

Wszystkim. Uwielbiałem tę pracę. Za każdym razem inny projekt, wciąż nowe wyzwania. Po 2 latach zostałem senior designerem. Jednak pewnego dnia, pracując nad projektem urządzenia medycznego – między nami mówiąc była to fucha na boku – miałem wypadek. Ciąłem piankę modelarską i tak pechowo ją odbiło, że moja dłoń obsunęła się na tarczę piły. Całkowicie obciąłem sobie jeden palec, a drugi ledwo się trzymał. Dzięki wielu pozytywnym zbiegom okoliczności, moją łapę zoperował najlepszy chirurg w Nowym Jorku. Ocalałem… I wypadłem z kieratu projektowego. Odpoczywałem, brałem proszki przeciwbólowe i zaczynała mi się zmieniać perspektywa. Doszedłem do wniosku, że komercyjny proces projektowy jest formułą, która zmusza do korzystania z drogi na skróty, bo najważniejsze jest tempo. Wyrabia się w sobie nawyki, żeby projektować coraz efektywniej i najlepiej w przewidywalny dla wszystkich sposób. Kończy się samorozwój. Każdy kolejny projekt staje się sztampowy i podobny do poprzednich. Przez to nie ma wartości artystycznej.

Wychodzi na to, że środki przeciwbólowe uczuliły cię na sztukę.

(Śmiech). Tak wyszło. Któregoś dnia dostałem książkę o najważniejszych projektantach wszech czasów – większość z tych postaci łączyła londyńska Royal College of Art. Mniej więcej w tym czasie miał miejsce atak na WTC, który zmienił oblicze Nowego Jorku. Miasto, które było żywe, inspirujące i tętniące życiem zmieniło się w epicentrum traumy i paranoi. Czuło się powszechną depresję. To już nie było miejsce, do którego przyjechałem parę lat wcześniej. Podjąłem decyzję o przeprowadzce. Zamarzyły mi się studia projektowe w Royal College of Art. Dostać się tam nie jest łatwo, więc opracowałem plan B – pracę w konkurencyjnej firmie, tyle że z siedzibą w Londynie. W ten sposób dostałem pracę i… zostałem studentem. Z roboty szybko zrezygnowałem, żeby całkowicie wyłączyć w sobie myślenie komercyjne. I tak status nowojorskiego senior designera zamieniłem na los londyńskiego studenta. Pracując w Stanach wielokrotnie uczestniczyłem w rekrutacji i oceniałem studentów z RCA. Czułem więc, że cofam się w karierze, ale bardzo chciałem zainwestować w siebie. W Royal College of Art profesorami byli ludzie, których znałem z książek. Tak więc z własnej woli z dnia na dzień stałem się biedakiem (śmiech). Musiałem jakoś zarabiać, ale nie chciałem robić „jobów” projektowych. W ten sposób znalazłem się na Borough Market. Sprzedawałem tam luksusową kiełbasę po 18 funtów za kilogram. A wcześniej – w Nowym Jorku – zarabiałem bez problemów 70 tys. dol. rocznie.

Jak smakuje luksusowa kiełbasa?

Doskonale, bo oczywiście pochodzi z… Polski (śmiech). Jeden z moich wykładowców miał znajomą, która zajmowała się importem zdrowej żywności z naszego kraju. Zatrudniła mnie jako ekspedienta. W piątek i sobotę rozstawiałem stragan i przez kilka godzin sprzedawałem najróżniejsze kiełbasy i kiszone ogórki. Kupowali u mnie bogacze i najlepsi szefowie kuchni. Dzienny utarg liczył się w setkach funtów. Do tej pory funkcjonuje ten stragan, a ekspedientami są oczywiście studenci RCA. Dzięki tej robocie miałem wolną głowę i mogłem myśleć o szkolnych projektach. Na pierwszym roku zrobiłem ich 17. A na wystawie Final Show na koniec drugiego roku wyróżnione zostały moje dwa projekty: kieliszek i system siedzisk, który później wdrożyłem z polską firmą Iker. Ale i tak wszystkim najbardziej podobał się fotel Raw z formowanej na mokro skóry – bez żadnej wewnętrznej konstrukcji. To właśnie w jego sprawie zadzwoniła do mnie Patrizia Moroso.

Chwilę potem zostałeś wykładowcą na RCA. Byłeś pierwszym Polakiem zatrudnionym na stanowisku naukowym tej uczelni.

To dziennikarze zrobili ze mnie wykładowcę. Miałem okazjonalnie zajęcia ze studentami, robiłem korekty ich projektów, ale moje stanowisko nazywało się „research associate”. Zajmowałem się tym przez 3 lata realizując różne projekty badawcze, zlecane przez instytucje i firmy. Dodatkowo we własnym studiu projektowym wreszcie zacząłem pracować na swoje nazwisko. A jeszcze wcześniej mój profesor, legenda designu – Ron Arad, spytał, czy nie chciałbym dla niego pracować. To było wielkie wyróżnienie, ale odmówiłem. Powiedziałem mu: „Jestem tu po to, żeby zacząć pracować dla siebie”. Odpowiedział tylko, że ceni taką postawę.

Aż ciężko uwierzyć, że po tym wszystkim wróciłeś do Polski.

Pewnego dnia odezwał się profesor Jerzy Porębski, dziekan Wydziału Wzornictwa na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i zapytał, czy nie chciałbym poprowadzić pracowni. Chciałem. W ten sposób powstała Pracownia Gościnna PG13. Trzynasta pracownia na uczelni składająca się z 13 studentów. Co tydzień kursowałem między Warszawą a Londynem. Miałem wykupione bilety lotnicze na rok. Czas spędzony w podróży zaowocował wieloma przemyśleniami. W końcu doszedłem do wniosku, że z moją firmą, czyli Studiem Rygalik, mogę działać na cały świat również z Polski.

Jak wygląda PG13 dzisiaj? Nadal jest limit 13 studentów?

Limity na każdym roku są różne, ale zawsze mam nadkomplet chętnych. Poziom tych studiów jest bardzo wysoki. Możemy stawać w szranki z najsłynniejszymi uczelniami na świecie. Mam studentów z Niemiec, Izraela… To znaczy, że już liczymy się na świecie.

Tajemnicą poliszynela jest to, że większość twoich studentów to… studentki.

Tak się na ogół składa (śmiech). Uprzedzając wasze kolejne pytanie, od razu mogę powiedzieć, że moja żona była jedną z moich najzdolniejszych studentek. Ale nie tylko dlatego została moją żoną. Kiedy Gosia studiowała, była między nami klasyczna relacja profesor-studentka. Dopiero potem poznaliśmy się bliżej. Dziś razem pracujemy. Studio Rygalik to nie tylko ja. Jest dwoje partnerów i mocny zespół.

Jak wygląda klasyczna studentka wzornictwa przemysłowego?

To w końcu warszawska Akademia Sztuk Pięknych – uczelnia najpiękniejszych dziewczyn w Polsce. Dodatkowo dziewczyny z ASP zawsze były ciut postrzelone i odważne w kwestiach obyczajowych. Nadal tak jest, ale specyfiką wzornictwa przemysłowego jest to, że studentki są nie tylko ładne i kreatywne, ale też zaradne i praktyczne. Czyli w skrócie – są pięknymi, postrzelonymi praktyczkami.

A czy mógłbyś zaprojektować dla nas jakąś praktyczną, postrzeloną, designerską playmate? Jak by wyglądała?

Form Follows Function and Less is More (Forma podąża za funkcją, a mniej oznacza więcej  – modernistyczne hasła słynnych architektów: Louisa Sullivana i Ludwiga Miesa van der Rohe – przyp. red.)

Jakie projekty waszego studia, poza meblami dla Moroso, można będzie niebawem zobaczyć?

Projektujemy teraz meble i wnętrza dla Muzeum Historii Żydów Polskich. Pracujemy też nad przestrzenią dla dzieci w Muzeum Fryderyka Chopina. W Mediolanie będziemy prezentować eksperymentalno-artystyczny projekt „Kuchnia”. Projektujemy również pawilon na tegorocznego Open’era, SmartWatcha i kilka innych ciekawych sprzętów. Dzieje się, panowie.

Bardzo aktywnie promujesz dobre wzornictwo. Czy to w ogóle jest konieczne?

Jak najbardziej. Poziom publicznej dyskusji na tematy, którymi się zajmuję, jest niestety bardzo niski. W niektórych krajach ludzie mają swoje opinie, a niefachowcy potrafią o tych sprawach ciekawie rozmawiać. To bardzo ważne, żeby rozszerzać język, którym jesteśmy w stanie mówić o otaczających nas przedmiotach, produktach i wyborach konsumenckich. Polakom wciąż tego brakuje. Tymczasem – o czym mało kto wie – Polska jest trzecim na świecie producentem mebli. Potencjalnie prawdziwym Eldorado dla zdolnych projektantów. Wytwarzamy podzespoły, komponenty, a często całe, gotowe na rynek, produkty, które jednak bardzo rzadko są przez nas wykreowane. Nie mamy niestety dobrych, twórczych marek i umiemy jedynie dobrze i tanio produkować. Robimy to dla wszystkich światowych firm meblarskich. Brakuje nam kompetencji w konsekwentnym budowaniu wartości, w działaniu twórczym, a nie odtwórczym. Polska wykonuje ciężką robotę, mając niskie marże, a ktoś inny spija śmietankę… Problemem jest też obsługa marketingowa tej branży. Ludzie, którzy za tym stoją, zazwyczaj nie mają odpowiedniego poziomu świadomości i doświadczenia, które są potrzebne, by zawojować światowe rynki własnymi produktami. A rodzime media, zwłaszcza wnętrzarskie, piszą tylko o trendach i kolorach – o rzeczach powierzchownych, tym samym potwornie spłycając temat. Takie podejście ogłupia ludzi. Powoduje, że nie myślą w sposób dogłębny i analityczny o swoich wyborach. To wszystko sprowadza design do roli szminki na osiołku.

Czego?!

Mój szef w Stanach często tak mówił: „Lipstick on a donkey”. Dobrym przykładem projektowania w takiej kategorii jest Polonez Caro – chyba ostatnia chluba polskiego designu samochodowego. Wybaczcie, ale mało co przechodzi przez mój filtr krytyczny. Dlatego też posiadam bardzo mało rzeczy.

Jakimi rzeczami zatem się otaczasz?

Prostymi. Najbardziej ekscytuje mnie prostota, jej funkcjonalność, ponadczasowość. Dobre produkty nie wymagają wydumanych zabiegów, czy reklamowych fajerwerków. Wspierają nas, będąc nienachalnym tłem codziennego życia, tak jak na przykład torebka do herbaty, słoik, parasol, czy spinacz biurowy. Wszystkie genialne w swojej prostocie.

Skomentuj

*

Spam Protection by WP-SpamFree