Tomasz Majewski

PLAYBOY nr 08, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

Jak nas oceniasz? Ile byśmy pchnęli?

Pewnie z 7 m. Normalny, w miarę sprawny człowiek, powinien tyle pchnąć. Ciężko ocenić, który z was jest silniejszy, ale postawiłbym na wyższego. Kłaniają się prawa fizyki: większa dźwignia, wyższy punkt początkowy.

A gdybyśmy tak pchnęli 10 m?

Bardzo bym się zdziwił. Żeby zrobić taki wynik, trzeba mieć już jakieś pojęcie o tej dyscyplinie. Zresztą nie radziłbym wam porywać się na bicie rekordów w pchnięciu kulą. Poważną krzywdę można sobie zrobić. W waszym przypadku potrzebna by była co najmniej godzina rozgrzewki. Tylko wtedy po pchnięciu nadal bylibyście w niepogorszonym stanie zdrowia. Kula waży 7,26 kg. W grę wchodzą wielkie przeciążenia. Zamiast pchać kulę, lepiej pograć w bule (śmiech).

Pudzian byłby dużo lepszy od nas?

Wątpię. Oceniam go na góra 10 m. Sama siła nie pcha. Ze strongmana nie zrobisz kulomiota, natomiast wielu kulomiotów wygrywało zawody strongmanów.

Zostaniesz strongmanem na zakończenie kariery?

Dwa razy dla zabawy startowałem w Highland Games, czyli w siłowych sportach szkockich. W pchnięciu kamieniem pobiłem rekord świata (śmiech). Było bardzo fajnie, ale na tym koniec. W strongmanach nigdy nie będę startował. To straszna konkurencja, rujnująca zdrowie. Długotrwały, ekstremalny wysiłek z wielkimi obciążeniami. To jest destrukcja organizmu. W telewizji nie widać, jak strongmani zrywają mięśnie lub dostają wewnętrznych krwotoków.

Ty też igrasz ze zdrowiem. Robisz na przykład wsady do kosza 8-kilową kulą.

Bez przesady. Z moimi warunkami to nie jest takie trudne. Może nie każdy koszykarz by tak potrafił, ale Marcin Gortat na pewno dałby radę.

Dlaczego nie nadawałeś się do koszykówki?

Nie wiem. Na szczęście nie miałem gdzie jej trenować. Na szczęście, bo na pewno nie osiągnąłbym takich rezultatów, jak w pchnięciu kulą. Na polską pierwszą ligę byłoby mnie stać bez problemu, ale na NBA już na pewno nie. Mówiąc wprost – nie byłbym tak dobrym koszykarzem, jak lekkoatletą. Poza tym dość późno zacząłem uprawiać sport – miałem 15 lat. Przy moich gabarytach ciężko by było nadrobić braki ruchowe.

Chodziłeś do szkoły średniej w Ciechanowie. Poznałeś Dodę? Ona też pchała kulą.

To bajki. Może parę razy spróbowała. Dorota trenowała z nami na stadionie, ale z tego co pamiętam, to sprint i skok w dal. Byliśmy w jednym klubie. Całkiem dobrze się zapowiadała. Była nawet mistrzynią województwa. Wszyscy ją znali jako córkę trenera, a nie jakąś Dodę (śmiech).

Jesteś od niej starszy tylko o 3 lata. Mogło zaiskrzyć…

Proszę was! To było dziecko. Zresztą zaraz zniknęła mi z oczu, bo poszła do szkoły muzycznej w Warszawie. Koniec tematu.

W takim razie powiedz nam, co w tamtych czasach widziałeś z okna swojego pokoju?

Podwórko, pole i łąkę. Standardowy widok z wiejskiego domu.

A dziś?

Też standardowo, tylko mi się standardy obsunęły. Na Ursynowie widać same bloki. Jakość życia się pogorszyła, ale za to mam szerszą perspektywę, bo mieszkam na piętrze. Szkoda tylko, że nic ciekawego nie widać.

Jakie plakaty wieszałeś jako mały chłopak?

Na pewno nie kulomiotów! Głównie koszykarzy. Najważniejszy był plakat z autografem Dennisa Rodmana. Dennis był twarzą Converse’a i bodajże w 1996 r. odwiedził sklep sportowy na Placu Zbawiciela w Warszawie. Pojechałem tam ze starszym bratem, dopchałem się do Rodmana i poprosiłem go o podpis. Do dziś kibicuję Detroit Pistons, mimo że strasznie cieniują.

W młodości byłeś podobno „Milimetrem”.

Wołali też na mnie „Wudu”, bo miałem okres, kiedy nosiłem ogromne ilości koralików. Na szczęście mi przeszło.

Kiedy zauważyłeś, że jesteś silniejszy od kolegów?

Jak zacząłem ciężko trenować (śmiech). Wcześniej byłem tylko wysoki, chudy i spokojny. Byli mocniejsi.

Nikt cię dziś nie zaczepia?

Szkoda czasu. Mógłbym kogoś nadpsuć. Zresztą siebie także. Mam świadomość swojej siły i wiem, jak mogłaby zadziałać na ludzki organizm. Dzięki treningom zrozumiałem, że mogę komuś zrobić krzywdę.

Czyli nadal hołdujesz zasadzie: „Ustępuję, w nic się nie pakuję”?

Nawet nie muszę, bo nie mam takich sytuacji. Nikt mnie nie zaczepia i nie próbuje się sprawdzić. Teraz, jak przeczyta to jakiś narwaniec, to zacznie mnie szukać i będzie chciał mi zrobić kuku. Obawiam się jednak, że nie ma szans.

Przetrąciłbyś boksera wagi ciężkiej?

Oj nie. Bokserzy wiedzą, gdzie trafić. Boksera lepiej nie tykać.

A dałbyś sobie radę w MMA?

Po co? Nawet dla pieniędzy nie warto. Nie miałbym szans. Tam wszyscy się leją, trenują ciosy, duszenia, a ja tylko pcham kulę. Może i mocno, ale nie mam wprawy w bójkach. Znam swoje miejsce w szeregu. Jestem spokojnym typem i walki mnie nie interesują. Interesuje mnie tylko kula.

To wytłumacz nam, dlaczego kule są zawsze takie same? Nigdy nie widzieliśmy zielonych albo różowych kuli.

Nie znacie się. Nowe kule producenci malują na różne sposoby. Sporo jest czerwonych, a raz widziałem też różową. Ale najlepsze są bardzo stare kule, na których nie widać śladu farby tylko czystą stal. 30 lat to dobry wiek dla kuli. Im bardziej pordzewiała, tym lepsza (śmiech). Generalnie zasada jest taka, że jak się trafia na zawodach nowa kula, to od razu ją obtłukujemy, żeby nie była taka śliska i… śliczna.

Ile kosztuje taka kula?

Wyczynowa od 500 do 800 zł. A amatorska z 200.

Czy kule mogą mieć różne rozmiary?

Średnica od 111 do 130 mm. Ja lubię pchać największą. Zresztą nie znam nikogo, kto by pchał kulą mniejszą niż 120 mm. To niebezpieczne, bo mała kula wyślizguje się przez palce. Krótko mówiąc, może je wyłamać.

Trafiłbyś kulą uciekającego człowieka?

To zależy z jakiej odległości. Z 20 m bez szans, ale z 10 trafiłbym na pewno. Chcecie mnie wypróbować? (Śmiech). Nie radzę. Skutki byłyby opłakane. Kula leci bardzo szybko, około 13 m/s. Mój ruch w kole trwa niewiele ponad sekundę. To wszystko jest naprawdę bardzo dynamiczne.

Dlaczego nie pchasz techniką obrotową?

Po pierwsze zacząłem od doślizgu i nie chciałem go zmieniać. Po drugie mam za mało sprawne stopy do techniki obrotowej. Po trzecie dysponuję zwyczajnie lepszymi warunkami do techniki tradycyjnej. Niższym łatwiej się kręcić w kole, bo łatwiej się w nim zmieścić. Generalnie zawodnicy do 1,90 m to obrotowcy, a wyżsi zwykle zostają doślizgowcami. Oczywiście są wyjątki od tej reguły.

Ile pchniesz z obrotu?

Jakieś 18 m, czyli aż 4 m krócej. Ale tylko dla zabawy.

Można się w ogóle spodziewać jakiejś rewolucji w pchnięciu kulą? Na przykład całkowicie nowej techniki?

Nie. Ten ruch jest opisany matematycznie i fizycznie już od lat 70. W obydwu technikach nie da się wiele zmienić. Rewolucję może wywołać dopiero zmiana przepisów. Na przykład pchałoby się pewnie sporo dalej, gdyby koło było większe.

Dziś najlepsi kulomioci na świecie pchają krócej niż ci sprzed 20, 30 lat. Zapytamy wprost – czy rekordy w pchnięciu kulą były na dopingu?

Oczywiście. Rekordzista świata był dwa razy złapany, a następnie dożywotnio zdyskwalifikowany (Randy Barnes: 23,12 m – przyp. red.). Niestety nie był złapany, kiedy bił rekord. Zasady gry są takie, że nie można mu takiego rekordu odebrać. Drugi wynik na świecie również był zrobiony na koksie. Trzeci także. Wśród kobiet to samo. U nich zresztą był już koks niebywały. Doping zdecydowanie lepiej działa na kobiety, przynosi radykalną poprawę wyników. Po prostu z babki łatwiej zrobić faceta niż z faceta potwora (śmiech). Pierwsze prawdziwe rekordy należą do moich kolegów ze Stanów. Widziałem większość tych pchnięć na żywo. Prywatnie uważam, że 22,54 m Christiana Cantwella to najdłuższe czyste pchnięcie w historii dyscypliny.

Jaki jest wiek graniczny dla kulomiota?

Adam Nelson ma 37 lat i wciąż pcha daleko, ale i tak to nie jest to, co kiedyś. Po 37. roku życia niemożliwa jest poprawa wyniku.

My mamy po 37 lat.

To w pchnięciu kulą już wiele nie zwojujecie (śmiech). Najlepszy czas dla kulomiota jest tak od 26 do 32 lat. Wtedy osiąga się szczyt możliwości siłowych i motorycznych. Wciąż jestem w tym momencie, ale już czuję, że nie jest tak łatwo, jak kiedyś. W zawodowym sporcie upływ czasu wyczuwa się chyba najdokładniej. Im dalej w las, tym trudniej. Z każdym kolejnym rokiem trzeba trenować coraz ciężej i dłużej.

Coś cię dzisiaj boli?

Nic. No, prawie nic. Coś tam doskwiera, ale to szczegół. Jestem teraz w formie, a kiedy jest się w formie, to nie powinno boleć.

Kiedyś powiedziałeś, że średnio raz na miesiąc plecy strzelają ci tak, że nie możesz chodzić…

Na szczęście już bardzo dawno mi nie strzeliły. W tym roku może z raz. Kręgi czasami się przestawiają i nie ma rady, trzeba oddać się w ręce terapeutów i wszystko ustawić. Nic innego nie pomoże. Czysta mechanika. Sportowcy są często bardziej upośledzeni od zwykłych ludzi. Na przykład moje kręgi są ruchome. We właściwych miejscach trzymają je tylko mięśnie. Po skończeniu kariery sowicie za to zapłacę.

Kulomioci na emeryturze cierpią?

Większość cierpi, ale jeśli zacząłeś trenować wyczynowo, musisz trenować do końca życia. Na pewno nie wolno zaprzestać sportowego prowadzenia się. Bo jak tkanka mięśniowa osłabnie, to można mieć 100% pewności, że za chwilę posypią się kości i narządy wewnętrzne.

Ktoś obliczył, że dziennie przerzucasz 30 ton ciężarów.

(Śmiech). Bardzo rzadko. Nikt nie jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby robić takie numery. Dziennie przerzucam pewnie jakieś 5-10 ton.

I wciąż chciałbyś brać na klatę więcej niż 200 kilo?

Bardzo. Uwierzcie jednak, że to nie jest proste. Jestem silny, ale tylko w porównaniu z wami. W porównaniu z innymi kulomiotami wypadam blado. Nie mam naturalnej siły. Wszystko wypracowałem na treningach. A przy moich warunkach fizycznych, przede wszystkim chodzi mi o długość mięśni, bardzo ciężko zbudować dużą siłę. Dlatego, mimo ciężkiej pracy, do tej pory nie udało mi się wycisnąć więcej niż 200 kilo. To słabiutka granica przyzwoitości.

Pchałbyś dalej, gdybyś na ławeczce brał 250 kilo?

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że o wiele dalej. Ale tylko gdybym jednocześnie nie stracił nic ze swojej elastyczności, szybkości i sprawności. To właściwie niewykonalne.

Ile powinien ważyć kulomiot?

Nasza średnia to od 130 do 150 kilo. Ja jestem dokładnie w połowie. Jest co prawda paru mniejszych zawodników w stawce, tak około 120 kilo, ale poniżej tej wagi nie można być liczącym się kulomiotem. Stukilogramowy człowiek, nie ważne jak silny i jak wysportowany, nie byłby w stanie z nami rywalizować. Co innego w młocie. Tam prawie wszystko zależy od techniki i szybkości. Nie musisz być olbrzymem, żeby daleko rzucać.

Młotem się rzuca – to pewne. A kulą? Niektórzy twierdzą, że również.

Kompletna bzdura. Wkurwia mnie to. To jest zubożanie języka. Pchnięcie mamy wtedy, kiedy nadgarstek, łokieć i bark są w jednej płaszczyźnie i w trakcie ruchu ani na moment nie łamią tej linii. Przy rzucie jest zupełnie inaczej. Kulą nie można rzucać, grozi to dyskwalifikacją. Na zawodach niższej rangi takie sytuacje się zdarzają.

Ilu zawodowych kulomiotów trenuje w Polsce?

Jeden (śmiech). Brutalne słowa, ale prawdziwe. Z tego co mi wiadomo, w Polsce tylko ja utrzymuję się z tej dyscypliny. Reszta jest skazana na półzawodowstwo. Niestety takie mamy czasy, że ze sportu bardzo trudno się utrzymać. Nie ma silnych klubów. Tak więc albo jesteś bardzo dobry i żyjesz z mitingów lekkoatletycznych, stypendiów i kontraktów reklamowych, albo jesteś tylko dobry i musisz kombinować.

Pamiętasz swoje pierwsze stypendium?

Tego nie da się zapomnieć. To było całe 200 zł! Wydawało mi się wtedy, że jestem królem życia. Od paru lat zarabiam głównie na mitingach – to chleb powszedni lekkoatletów. W przeciwieństwie do pozostałych olimpijczyków mamy nieco lepsze możliwości zarabiania. Zapaśnicy, pływacy czy kajakarze mają o wiele gorzej. Nawet średni lekkoatleta może jeździć po świecie i nieźle zarabiać. Podobnie jest w tenisie. Na całym świecie są zawody. Jest gdzie się pokazać.

Czy to prawda, że kulomioci źle się prowadzą?

To nie tak. Kulomioci po prostu nie muszą się dobrze prowadzić. Sam nie mam żadnych ograniczeń. Co mi smakuje, to jem. Nie mogę się tylko nadmiernie spaść. Nie ma wśród nas sportowców, którzy prowadzą sterylny tryb życia. Jesteśmy grupą normalnych ludzi (śmiech).

A którzy z lekkoatletów są najbardziej „nienormalni”?

Skoczkowie wzwyż, a przede wszystkim tyczkarze, którzy uprawiają najbardziej niebezpieczną formę lekkoatletyki. To szaleńcy, którzy mogą w każdej chwili spaść i się zabić. I tyczkarze, i skoczkowie mają większą skłonność do ryzyka, a to idzie często w parze z rozrywką. Zresztą sportowcy to w ogóle bardzo rozrywkowi ludzie. Szczególnie pod koniec sezonu następuje rozpasanie na maksa.

Wszyscy tacy są?

Nie mówię o ultrasportowcach, którzy tylko trenują, a potem śpią w pokojach. Chodzi mi o normalnych ludzi. Można ich spotkać na przykład w wiosce olimpijskiej, która jest formą kolonii dla dorosłych. Aż szkoda, że mieszkając tam, trzeba w ogóle startować. Pamiętajcie jednak, że o medale walczy tylko garstka i większość mieszkańców wioski nie musi się aż tak spinać. Dla wielu pobyt tam to prawdziwe wakacje z możliwością poznania sportowych idoli. Mieszkanie za darmo, jedzenie za darmo, wszyscy o ciebie dbają, nie trzeba się niczym przejmować. Poza tym codziennie jest jakaś impreza i szał radości, bo codziennie ktoś zdobywa medale. Uwielbiam tę atmosferę.

Smutek w wiosce nie występuje?

Występuje, ale go nie widać. Jak ktoś jest na zewnątrz i imprezuje, to ze szczęścia, a nie z rozpaczy. Nikt nie przejmuje się płaczami w hotelowych pokojach. Tego nie widać, nie słychać. Ogólnie wszyscy są pijani i doskonale się bawią.

Zazdrościmy, ale nigdy niestety tego nie przeżyjemy.

Dlaczego? Jest curling. Możecie postrzelać do rzutek. Poza tym jest jeździectwo. Nie biadolcie, wszystko przed wami.

Zmotywowałeś nas. Jak już potrenujemy, to sprawdzimy przynajmniej jakie groupies mają kulomioci.

(Wybuch śmiechu). Chyba dyscypliny się wam pomyliły.

Chciałbyś zobaczyć jakąś kulomiotkę na rozkładówce PLAYBOYA?

Przestańcie. To boli (śmiech). Chociaż… kiedyś była taka jedna Niemka, blondynka, Astrid Kumbernuss. Znakomita kulomiotka, która rozebrała się dla jakiegoś pisma. Nawet nieźle to wyglądało. Ale ona jest już po 40-tce, więc po zawodach.

Ładne dziewczyny do kuli?

Do kuli nie, ale do lekkiej atletyki jak najbardziej.

Skoro nie kulomiotki, to kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?

Wiem, ale nie powiem. Nie mogę, bo mnie żona opieprzy. Lepiej nie ryzykować (śmiech). Jest parę dziewczyn, które mógłbym wam polecić.

A czy młodym adeptom kuli możesz polecić seks przed zawodami?

To zależy. Mnie seks nie służy. Tracę wtedy tonus mięśniowy i mam… za miękkie nogi. Innym, z tego co słyszałem, pomaga.

Czyli absencja żony w Londynie to dobra informacja dla kibiców. Medal jest bardziej prawdopodobny…

A jak go nie zdobędę? Co wtedy powiecie mojej żonie? (śmiech).

Często zdarzają się pary kulomiotów?

Bardzo rzadko. Ale na przykład żona Cantwella pchała prawie 20 m (Teri Steer – przyp. red.). Mają dziecko, podobno monstrualnie duże. Andrej i Natalia Michniewiczowie to kolejna taka para. Też mają potomka. Strach się bać.

Być może to przyszłość twojej dyscypliny. No bo kto ma pobić niesprawiedliwy rekord świata, jak nie oni?

Mamy cudowne dzieci w pchnięciu kulą: 18-latkę z Nowej Zelandii, niejakiego Jacka Gilla i trochę starszego Niemca – Davida Strola, obecnego mistrza świata. Może oni pobiją ten rekord. Bardzo bym tego chciał, ale bez koksu może się to nie udać.

Twierdzisz, że dziennikarze, rozmawiając z tobą, czekają na coś, co powinien powiedzieć prawdziwy wielkolud i siłacz. Czyli?

Istnieje archetyp sprawiedliwego wielkoluda, który powinien wszystko wiedzieć i mówić zawsze świętą prawdę. Taki mam wizerunek w mediach. Dziennikarze często nawet mnie nie słuchają, tylko kiwają głowami, tak jakby się zawsze ze mną zgadzali. Nie wiem, o co chodzi. Strach przed człowiekiem-górą?

Trudno się nie zgodzić.

To niech i tak będzie. Dalej będę ferował sprawiedliwe, odpowiedzialne, spokojne i wyważone wyroki (śmiech).

Jesteś z kimś mylony?

Trudno mnie z kimś pomylić, ale wiele osób mówi do mnie: „Panie Szymonie”. Nie dlatego, że Szymon Majewski jest dziś tak popularny. Po prostu ci, którzy kojarzą Szymona Ziółkowskiego nie za bardzo przejmują się tym, który z nas czym rzuca. Jestem więc miksem – Szymonem Majewskim.

…który na pewno ma wiele propozycji wyborczych.

Od prawa do lewa. Chyba wszystkie partie już się do mnie zgłaszały. Nie mam czasu i ochoty na takie zabawy. W sporcie przynajmniej panują jasne zasady. Jeżeli ktoś je łamie jest karany. A w polityce jest tak, że za łamanie zasad często czekają nagrody i wyróżnienia.

Widzisz wśród polityków potencjalnego kulomiota?

Roman Giertych pewnie byłby najlepszy. Ma dobre warunki. Szkoda tylko, że ze sportem zawsze stał na bakier.

Miałeś kiedyś chwile zwątpienia?

Miałem. Szczególnie wtedy, jak klub nie płacił mi przez dwa lata.

Co planowałeś?

Zapierdalać jeszcze bardziej, żeby mi w końcu wyszło. Wierzyłem w to i dziś wiem, że było warto. No, ale co by był ze mnie za sportowiec, który nie wierzy w siebie?

Są tacy?

Mistrzów treningu, którzy na zawodach kompletnie się spalają, jest wielu. Gdyby tak nie było, psychologowie nie mieliby pracy. Ja radzę sobie bez ich pomocy. Przynajmniej na razie. Taki Rysiek Hoffa regularnie pcha ponad 22 m, a od 4 lat nie zdobył żadnego medalu. W tym roku ma podwójny problem, bo tegoroczne igrzyska będą dla niego ostatnie.

Czy 21,51 m wystarczy na złoty medal, tak jak w Pekinie?

Może wystarczyć, ale chciałbym pchnąć dalej, żeby mieć spokój. Wezmę brązową bandankę. Powinna pomóc.

Czego się życzy kulomiotom?

Na pewno nie połamania kuli (śmiech). Możecie mi życzyć deszczu, wiatru i zimna, bo lubię pchać w takich warunkach. Większość zawodników to obrotowcy i taka pogoda im nie sprzyja, ale dla mnie jest w porządku.

W takim razie życzymy ci oberwania chmury.

W Londynie to całkiem prawdopodobne. Mimo że nie jestem przesądny – nie dziękuję. Przed Pekinem stawka na mnie u bukmacherów była 1:20. Wiem, że parę osób obstawiło i dobrze na tym wyszło. Może i w tym roku komuś dopisze szczęście.

Na skróty:

Część kulomiotów ma trwałe odciski na szczęce. U mnie nic nie widać. Mam w miarę dobrą skórę i nie przyciskam kuli tak mocno, jak inni.

Mój numer buta to 16-ka, a w udzie mam ponad 70 cm.

Mój pierwszy Playboy to ten z Katarzyną Figurą na okładce. Był u nas w domu. Świetna sesja. A jakie wywiady! (śmiech)

Nie mam smykałki do motoryzacji. Dopiero dwa miesiące temu zrobiłem prawko, ale właściwie nie jeżdżę, bo nie mam kiedy i gdzie. Nie ruszam się z Ursynowa. Czasami do sklepu sobie podjadę.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Spoko gość z poczuciem humoru. Mając taką mentalność można zdobywać medale :)

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*