Tomasz Bagiński

PLAYBOY nr 09, 2017 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban

Staram się trzymać jak najdalej od mediów. Powoli cały ten szum wokół Wiedźmina w Netfliksie wygaszamy. Nie dowiecie się ode mnie wielu nowych rzeczy.

Myślisz, że chcemy rozmawiać o Wiedźminie?

Oby nie.

Proponujemy ci zatem zakład. Jesteśmy pewni, że podczas naszej rozmowy padnie pewien negatywny rekord.

To znaczy?

Najmniej razy w historii powiesz: „Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie”. Ostatnio posługujesz się taką sentencją nawet po kilkanaście razy.

Co zrobić, kiedy wciąż słyszę te same pytania, a nie mogę dać odpowiedzi, bo wiążą mnie umowy? Z radością przyjmuję wasz zakład. Jakie pierwsze pytanie?

O twoją ulubioną grę na Atari…

Boulder Dash oczywiście. Były jeszcze klasyki w rodzaju River Raida, ale nic się nie mogło równać z Boulder Dashem.

Masz jeszcze swoje Atari?

Bez przesady! To były czasy, kiedy elektronika nie traciła na wartości. Jak tylko pojawiła się Amiga, od razu sprzedałem Atari. Kto mógł sobie wtedy pozwolić na trzymanie dwóch komputerów? Pamiętam, że Atari udało mi się sprzedać w dobrym momencie, bo pojawiły się wtedy słynne magnetofony z nagrywaniem turbo. Na jednej kasecie można było zmieścić więcej gier. Zresztą do dziś mam kaca moralnego z tego powodu. Handlowałem piratowanymi grami…

Na szczęście się przedawniło.

Wtedy to było jeszcze legalne. Handlowałem więc grami i w pewnym momencie pomyślałem sobie, że jak zainwestuję w turbo, to będę nagrywał i sprzedawał dwa razy więcej. Niestety jakość tych przyspieszonych nagrań była dramatycznie słaba. I tego właśnie dotyczy mój moralniak. Żeniłem towar kiepskiej jakości (śmiech). Do tego – nie wiem, czy pamiętacie – ale czyste kasety były droższe od tych wydawanych przez Polskie Nagrania. Kupowałem więc hurtowo kasety z muzyką jakichś bardów i zagrywałem je grami.

Kaczmarskiego i Gintrowskiego?

W żadnym razie! Po pierwsze mieli bardzo mocne głosy i te ich wokale przebiłyby się przez skrzeczące gry. Po drugie zawsze bardzo lubiłem Kaczmarskiego i nie odważyłbym się znieważyć takiej postaci. Zagrywałem słabszych bardów i różne piosenki biesiadne. Wszystko, co zarobiłem inwestowałem w jeszcze większą ilość kaset. Połączenie magnetofonu turbo z kasetami nie pierwszej świeżości dość szybko jednak doprowadziło do raptownego wzrostu liczby niezadowolonych klientów. Kiedy skala tego zjawiska mnie przerosła, z dnia na dzień sprzedałem cały biznes i nagle zniknąłem z rynku. Czyli zachowałem się jak prawdziwy polski biznesmen z tamtych lat. Summa summarum wyszedłem na zero.

Myślałeś o kolejnych biznesach?

Skutecznie się wyleczyłem. Następne pieniądze zarobiłem już na grafice. Zrobiłem obracające się na ekranie monitora logo dla sklepu z elektroniką i animowaną czołówkę dla białostockiego salonu Optimusa.

Przechowujesz gdzieś te skarby?

Niestety nie. Zachowało się parę wczesnych animacji 2D, robionych jeszcze na Amidze, ale nie mam tych pierwszych, za które dostałem honorarium.

Twoi rodzice są matematykami. Odziedziczyłeś talent?

Nie da się być słabym z matmy, mając takie geny. Zawsze sobie dobrze radziłem, ale to za mało, żeby mówić o talencie. Podobnie było z rysowaniem. Całkiem długo miałem o swoich umiejętnościach plastycznych dosyć wysokie mniemanie. Myślałem: „Ho, ho, ho, naprawdę jestem niezły” (śmiech). Kiedy, już po Katedrze, jako 25-latek, poznałem młodszych i dużo lepszych od siebie, zrozumiałem, że nawet jeśli będę harował jak wół, to dotrę do ich poziomu w momencie, kiedy oni i tak będą już o dwie długości dalej. Dlatego przestałem rysować. Wolałem się zająć dziedzinami, w których wyczuwałem większe szanse.

A jaki pomysł na ciebie mieli rodzice?

Miałem bardzo dużo szczęścia. Wychowałem się w rodzinie konserwatywnej, ale jednocześnie bardzo otwartej. Kiedy okazało się, że ciągnie mnie sztuka rozrywkowa i że nie da się ze mnie zrobić ani lekarza, ani matematyka, to wspierali mnie w moich dążeniach.

Miałeś być chirurgiem?

W liceum myślałem, że skoro nie brzydzi mnie krojenie ludzi… Nie to, żebym w wolnych chwilach kroił (śmiech). Pomyślałem jednak, żeby to jakoś wykorzystać. W końcu chirurg może kroić ludzi legalnie i do tego na tym zarabiać – idealny układ. Szybko okazało się, że medycyna to nie odcinek Ostrego dyżuru. Trzeba tam przyswoić kolosalną ilość wiedzy, co jest zwyczajnie niezdrowe. Połowa studentów jedzie na amfetaminie, żeby to wszystko zapamiętać. Przez chwilę myślałem jeszcze, że może warto zostać prawnikiem. Ale to był jeszcze gorszy pomysł od poprzedniego. Generalnie zawsze kończyło się tym, że na marginesach zeszytów rysowałem śmieszne, ruszające się ludki. Chciałem robić filmy i tyle.

Próbowałeś się dostać do łódzkiej filmówki…

Od razu mi powiedziano, żebym spieprzał. Usłyszałem, żeby nawet nie próbować startować do egzaminu. Animacja komputerowa była tam jakimś dziwnym wymysłem. Spróbowałem więc dostać się na warszawską Akademię Sztuk Pięknych. Ale tam też nie dostąpiłem zaszczytu spotkania z komisją. Wkurzyło mnie to, nie powiem, bo od strony czysto warsztatowej byłem – jak sądzę – na przyzwoitym poziomie. Poza tym nadrabiałem prędkością. Szybkie oko – szybka ręka. Gdybym został dopuszczony do egzaminu, prawdopodobnie bym się dostał. Po obejrzeniu mojej teczki, nie dano mi jednak szansy. Poszedłem na architekturę.

Ale tam dostać się jest chyba jeszcze trudniej?

Na egzaminie z rysunku byłem drugi, a na studia dostałem się z dziesiątym wynikiem. Architekturę wybrałem trochę z przymusu. Wtedy – jak dobrze pamiętacie – był obowiązkowy pobór do wojska. A ja, jako typowy nerd, lubiłem wojsko, ale tylko wtedy, gdy mogłem postrzelać do przeciwników na ekranie komputera. Urok munduru zaskakująco bladł w realu. W tamtych czasach szkolenie wojskowe poborowych polegało głównie na wytrenowaniu posłusznego mięsa armatniego.

Z perspektywy czasu doceniłeś jednak architekturę.

Bardzo. Katedra rysunku na warszawskiej architekturze jest naprawdę genialna. Poza tym mieliśmy świetnych profesorów od historii architektury i projektowania. Dzięki nim na pewno poprawił się mój gust. Zachodni studenci nie są od nas bardziej utalentowani, oni po prostu wyrastają w ładnym środowisku, w dobrym designie. To ma bardzo duże znaczenie. Ja wychowałem się w wielkiej płycie i nie mogłem oglądać dobrej architektury. A człowiek uczy się przez patrzenie.

Co widziałeś ze swojego pokoju?

Z bloku z wielkiej płyty patrzyłem na fabrykę, w której produkowano wielkie płyty na bloki z wielkiej płyty (śmiech). Ogromne hałdy piachu, koparki, ciężarówki, potężne betoniary…

Pięknie.

Nie ma wątpliwości, że nasze pokolenie i pokolenie naszych rodziców zostało estetycznie zniszczone przez komunę. Zrozumiałem to chyba dopiero wtedy, kiedy pierwszy raz pojechałem za granicę. Na rzymską premierę nieszczęsnego Quo Vadis, przy produkcji którego pracowałem.

Dlaczego nieszczęsnego?

Po obejrzeniu tego filmu złapałem takiego doła, że aż skończyłem Katedrę, żeby się wyleczyć. Miałem ogromnego kaca moralnego i nie mogłem sobie poradzić z faktem, że moje nazwisko było tam w ogóle zajawione. Jedyną korzyścią był właśnie ten wyjazd do Włoch. Rzym mnie wówczas dosłownie powalił na kolana. Kulturalna torpeda. Szok dla człowieka, który się wychował w otoczeniu brzydkich rzeczy. W Polsce brak dobrego gustu był powszechny. Wychodziło to na każdym kroku. Również w reklamie, przy której długo pracowałem. Przyznaję, że na początku bardzo dziwiłem się pomysłom, z którymi przychodzili klienci. Zwykle myślałem – „co to za idiotyczna koncepcja?!”. Dopiero, kiedy przestałem to kontestować, atakować i zacząłem więcej rozmawiać z klientami, dotarło do mnie, że różnica między nami polega głównie na tym, że nie potrafimy się odpowiednio komunikować. Zaczęliśmy więc tłumaczyć im, dlaczego estetyka jest ważna i dlaczego trzeba za nią płacić.

Pracować zacząłeś już na studiach.

Dzięki temu mogłem je zostawić po trzecim roku. Skończyły się zajęcia z rysunku i nic mnie tam już nie trzymało. Spytałem siebie, po co się mam męczyć jeszcze dwa lata? Żeby dostać dyplom? Bez sensu. Studia przestały być jakimkolwiek wyzwaniem, którym na początku były. Pierwszy rok architektury jest bardzo trudny. A dla mnie był trudny dwojako, bo na własne życzenie wygoniłem się z Białegostoku do Warszawy. Nie doceniałem, jak wiele pracy wymaga nauczenie się życia w mieście cwaniaków. Naiwnemu frajerowi, szczeremu chłopaczkowi z Podlasia nie było tu łatwo. Na drugim roku zacząłem jednak pracować jako człowiek od wizualizacji komputerowych. A po nocach wykorzystywałem moce obliczeniowe komputerów firmowych do własnych celów. Zacząłem tworzyć filmik Rain. Moją motywacją było wysłanie go do hollywoodzkich studiów. Potem moje życie miało przebiegać według schematu „pączek w maśle”.

A teraz, jak już możesz zawładnąć Hollywoodem, to nie chcesz.

Dawno mi przeszło, już przy Katedrze. Jak się trochę pojeździ i zrozumie, jak ten wymarzony świat działa, to natychmiast się go odczarowuje. Miałem kupę szczęścia z Katedrą, że najpierw wygrała SIGGRAPH (Special Interest Group on Computer GRAPHics and Interactive Techniques – przyp. red.). To był szczyt dla nerdów komputerowych całego świata. Wtedy pierwszy raz poleciałem do Stanów. Potem, przy okazji nominacji do Oscara, trafiłem na kilka tygodni do Los Angeles i dostrzegłem, że nie wszystko jest tam takie super idealne. Duży sukces krótkiego filmu najczęściej kończy się tym, że zostajesz wciągnięty przez wielkie studio i stajesz się ich pracownikiem praktycznie bez żadnego wkładu autorskiego. Oczywiście za bardzo dobre pieniądze. Nie wydało mi się to jednak fajne. Poza tym drabinki rozwojowe są tam skutecznie zapchane przez lokalsów. Trzeba mieć potwornie twarde łokcie, żeby sobie poradzić, będąc z zewnątrz. Można też poczekać na swoją kolej, ale to trwa dekady. Polska była wtedy Dzikim Wschodem – miejscem z możliwościami. Drabinki rozwoju w mojej dziedzinie były puste, nieobsadzone. Gdzie się nie obróciłeś, to mogłeś się wspiąć w górę. W Stanach za to słyszałem tylko – „reżyserem to ty możesz być chłopcze za 40 lat”. Powrót do Polski był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.

Nie ma przykładów odwrotnych karier?

Oczywiście, że są. Sam znam wiele osób, którym się udało. Chcieli być żołnierzami w wielkich studiach, rozwijać się jako żołnierze i po piętnastu latach osiągnęli naprawdę dużo. Mają fantastyczne kariery, ale z reżyserów kojarzę tylko Grześka Jonkajtysa, który zresztą wcale nie ma drogi usłanej różami. Jak ktoś chce być po prostu technikiem, specjalistą w fabryce, to ma tam naprawdę wymarzone miejsca do pracy. Wszystko jest idealnie ułożone. Od razu trafiasz w strefę niewyobrażalnego komfortu. Mnie to nigdy nie interesowało. Strefa komfortu oznacza śmierć.

Czy pierwsza ekranizacja Wiedźmina stanowi dla ciebie jakąkolwiek inspirację?

Dobre pytanie. Czy stanowi inspirację? Nie. Ale, czy stanowi jakąkolwiek inspirację? Tu już odpowiedź nie jest oczywista. Kiedy obejrzałem ten film po raz pierwszy, byłem bardzo krytyczny. Pamiętajmy, że to był rok, kiedy do kin wszedł Gladiator. Różnica była wstrząsająca i zasmucająca. Z perspektywy czasu uważam, że Wiedźmin był złym filmem. Ale już serialem całkiem niezłym. Jeśli spojrzy się na to, w jakich warunkach powstawał i z jakimi problemami finansowymi się borykał, to chyba można powiedzieć, że nie wyszło to najgorzej. Są tam rzeczy, które bronią się do dziś. Żebrowski na przykład jakoś sobie poradził. Widać, że zrobił, co mógł. Muzyka też daje radę. Z jednej strony daleko Wiedźminowi do arcydzieła, ale z drugiej – nie jest całkowitą kupą. Tak samo rozczarował mnie Prometeusz – nakręcony przez wybitnego reżysera, wiele lat potem. Można? Można. Bardzo łatwo krytykuje się cudzą pracę. Zdecydowanie ciężej jest kogoś pochwalić. Nie chciałbym więc potępiać filmu Marka Brodzkiego w czambuł, tym bardziej, że i na moim koncie są produkcje, które mi nie wyszły i których się zwyczajnie wstydzę. Mam nadzieję, że zostały już zapomniane.

Jakieś przykłady?

Reklamy robione tylko i wyłącznie dla pieniędzy.

Majonez bywa smaczny.

Ciszej nad tą trumną.

Boisz się hejtu po pracy z Netfliksem?

Nie, bo uważam, że coś, co wywołuje emocje, nawet negatywne, samo w sobie jest wartościowe. Na pewno mi się oberwie, ale liczę na to, że przynajmniej nie dostanę w twarz na ulicy. To już coś.

Kredyt zaufania, jak na dzisiejsze czasy, i tak masz ogromny.

Tego właśnie boję się najbardziej.

A współpracy z Andrzejem Sapkowskim się nie boisz?

Nie, bo nasza dotychczasowa współpraca była wzorowa. Znam opinie, że to bardzo trudny człowiek, ale nigdy tego nie doświadczyłem osobiście. Może dlatego, że stoimy na tej samej barykadzie. Mam same dobre wspomnienia z naszych spotkań. To facet bardzo inteligentny, o niezwykłym umyśle, a przede wszystkim niesłychanie dowcipny. Wiem jednak, że jego poczucie humoru nie przez wszystkich musi być dobrze odczytywane. Odbiór ironii wymaga inteligencji. Na pewnym poziomie zrozumienia szermierka słowna, odbijanie piłeczki jest czystą, przyjemną rozrywką.

Rozumiemy, że powoli ustalacie skład ekipy, która będzie odbijać piłeczki w trakcie tworzenia Wiedźmina?

No i jest! „Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie” (śmiech). Musimy chyba zmienić temat, bo zaczynam wyrażać się zdecydowanie za gładko i niebezpiecznie skręcam w świat banałów.

Powiedz zatem, czy netfliksowy Wiedźmin będzie początkiem ogólnoświatowej tendencji na słowiańskość.

Sprytne pytanie, ale w tej chwili mogę tylko podeprzeć się słowami Jacka Reachera: „Miej nadzieję na najlepsze, spodziewaj się najgorszego”. Równie dobrze możecie mnie zapytać, czy mam nadzieję na to, że w tym serialu pojawią się sosny.

To na pewno byłby pierwszy, obiecujący przejaw słowiańskości…

Uprzedzając jakiekolwiek pytania o obsadę od razu oświadczam, że nie ma złych i dobrych aktorów. Są tylko źle i dobrze obsadzeni. A ja nie mogę wykluczyć w roli Wiedźmina nawet Anthony’ego Hopkinsa (śmiech). Dał przecież radę Transformersom! Słowem – nie gdybajmy. Tyle na temat Wiedźmina.

Przejdźmy w takim razie do diabłów. Dzięki tobie wiemy, że polskie diabły są inne niż diabły z Zachodu. Nasze diabły są po prostu dobre.

To też dranie, ale krzywdzą tylko złych. Testują człowieka i sprawdzają, jaki on jest. Jeżeli zachowuje się godnie i postępuje uczciwie, to nic mu nie grozi, a nawet czasami dostaje od diabła nagrodę. Poza tym jest jeszcze jeden paradoks związany z polskim piekłem. Jest w nim pełno pozytywnych bohaterów – prawdziwych polskich, szlachetnych herosów. Na przykład taki Wołodyjowski, który jako, że się wysadził, to siłą rzeczy trafił do piekła. Z automatu. Religia katolicka w tym względzie jest zero-jedynkowa. Piłsudski też tam jest, bo przecież – jak mówi legenda – podpisał pakt z diabłem. I jeszcze paru takich gości można w tym naszym piekle znaleźć. A jak się ma piekło wypełnione takimi herosami, to trzeba ich traktować z szacunkiem, a przez to nie można być normalnym, złym diabłem. Nie wypada przecież torturować ich jak zwykłych alimenciarzy.

Polskie piekiełko.

Od dziś to wielka wartość. „Polskie piekiełko” wreszcie musi zmienić swoje konotacje. Zresztą wiele opinii dotyczących Polski i Polaków jest niesprawiedliwych. „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie”. Mam przekonanie, że to akurat jest naszą wielką siłą.

A propos “siły”… Jak ci się podoba medialny zlepek „Białystok-ONR”?

Trochę mnie martwi, bo to oczywiście fałszywe skojarzenie. Hałaśliwe grupy zawsze widać najlepiej. A to raptem czterystu kolesi, którzy zjechali z całej Polski. Żadna brunatna armia, tylko paruset gości zachwycających się skrajną ideologią. Intelekt grupowy jest zawsze na poziomie najmniej lotnego członka grupy, czyli generalnie bardzo niski. Jako człowiek przywiązany do szacunku dla zdrowego rozsądku, każdą skrajność uważam za złą. Lewą, prawą – bez znaczenia – każda skrajna ideologia jest szkodliwa. Warto jednak mierzyć wydarzenia w Białymstoku rozsądną miarą, użyć właściwych proporcji. Jeśli wszyscy mamy się nagle bać czterystu kolesi, to coś tu jest nie tak. Jesteśmy aż tak słabi? Tak tchórzliwi? W drugą stronę działa to identycznie. Jeśli boimy się czterystu uchodźców, którzy mieliby do nas przyjechać, to jesteśmy bandą tchórzy.

Za chwilę trafisz na sztandary tzw. lewactwa.

Spokojnie. Parę razy próbowano mnie już przypisać do różnych opcji. Ale ja się nie dam. Ani jednym, ani drugim. Zresztą w Polsce nigdy skrajna ideologia nie stawała się ideologią narodową, popieraną przez wszystkich.

Oprócz katolickiej.

Trzeba by się zastanowić, czy to jest ideologia. Religia to bardzo ciekawy temat. Przechodziłem w swoim życiu różne etapy religijności, ale od jakiegoś czasu widzę w niej istotną wartość. Wolę wspierać swój chrześcijański, europejski fundament kulturowy niż jakiś obcy. Wyrosłem w tym. Jestem z tego zbudowany. Gdyby nie ten fundament, nie mógłbym się naśmiewać z diabłów! Nie mówię już o tym, że nawet żeby być satanistą, też trzeba być chrześcijaninem. Wychodzi na to, że każdy szanujący się satanista jest chrześcijaninem (śmiech). Nasz fundament kulturowy jest jednym z niewielu, który w ogóle dopuszcza wolną wolę. To właściwie „Róbta, co chceta” z ceną i pokutą – tylko od człowieka zależy wybór. Europejczycy mają wolność w genach. Wszyscy jesteśmy wolnościowcami. Nie da się tego oddzielić od kultury, w której wyrośliśmy.

Czyli podkopywanie tego fundamentu cię mierzi?

Tak, bo to ucinanie gałęzi, na której się siedzi. Miałem i taki etap, ale już z niego wyrosłem i specjalnie kościoła dziś nie kontestuję. Ale buntowanie się jest w porządku. Wolna wola to między innymi bunt. Właściwie musimy się buntować, żeby w przyrodzie wszystko się zgadzało i było na swoim miejscu.

W czasach pogańskich nie było?

Może i było, ale wkroczył kościół, czyli takie ówczesne wielkie, piekielnie sprawne korpo. Silna organizacja społeczna, która bardzo skutecznie zaczęła pomagać różnym tłukącym się plemionom, przekształcając je w większe struktury. I ludziom to się spodobało! Bo ludzie lubią wygodę i porządek. A część z nich dodatkowo do dziś uwielbia pracować w korpo (śmiech).

I nie myśleć samodzielnie.

Oczywiście. Jest wielu ludzi, którzy tego potrzebują. Mamy robić to i tamto, ale nie możemy robić tego i tamtego. Dzięki temu odpada kupa problemów i rozkminek, a jak dobrze wiemy nadmiar wyborów jest bardzo męczący. Religia pozwala nam nie rozmyślać za wiele. Sprawdzone i wygodne formy życia podają nam na tacy inni. Rolą tylko niektórych jest buntowanie się przeciwko temu, ale najpiękniejszą częścią tej układanki jest to, że w Europie w ogóle możemy się buntować. Dopuszczenie wolnej woli to dużo. Bunt jest wpisany w nasz fundament.

W fundament artysty?

Nigdy nie uważałem się za artystę i do tej pory się nie uważam. Jestem filmowcem, a filmowcy to zdecydowanie bardziej dozorcy w cyrku niż artyści. Film jest rzemiosłem rozrywkowym mającym przynosić ludziom trochę radochy. Co wcale nie oznacza, że ta praca nie jest ważna. Bo jest. Opowiadacze historii nawet w więzieniach są wysoko cenieni.

Czy, jako sprawny opowiadacz historii, jesteś w stanie opowiedzieć nam o czasach, w których komputery zastąpią w filmie aktorów?

Wątpię, żeby to kiedyś nastąpiło. Aktorzy nie ograniczają się tylko do poruszania mięśniami. Aktorzy wyrażają emocje. Na razie nie pojawiły się żadne emocjonalne androidy. Bycie aktorem to poza tym nie tylko praca na planie filmowym. To również bycie poza nim – na imprezach, w mediach, na ściankach, w internecie. Nie sądzę, żeby sztuczna inteligencja kiedykolwiek dochrapała się fanów. Nie wydaje mi się, żeby paparazzi chcieli androidom robić zdjęcia. Prawdziwi aktorzy nie znikną. Chyba, że zniknie ludzka rozrywka, co będzie jednoznaczne ze zniknięciem naszej cywilizacji.

Na razie to zniknięcie twojej brody wywołało na Facebooku, niezrozumiałą dla nas, dyskusję porównywalną z końcem cywilizacji…

(Śmiech). Kiedyś w komentarzu napisałem, że jak będę miał jakieś dobre informacje o „Wiesiu”, to od razu się ogolę. I kiedy rzeczywiście coś się ruszyło, a produkcja Wiedźmina była już prawie pewna, to w trakcie rozmowy z inwestorami padło pytanie o długość mojej brody. W ten sposób stałem się zakładnikiem swojego zarostu! Okazało się, że jego długość może mieć wpływ na kurs akcji (śmiech). A ja zwyczajnie miałem już dość, bo doszło do ekstremum i wyglądałem jak dziad borowy. Ale nie mogłem tknąć własnej brody. Musiałem czekać na oficjalne ogłoszenie, że ruszamy w bój ramię w ramię z Netfliksem.

Twoja broda związała ci ręce!

Dokładnie. „Więzień własnej brody”. Całkiem niezły tytuł. Mogłem ją ciachnąć dopiero dwa tygodnie temu. Przy Katedrze oświadczyłem wszystkim, że dopóki jej nie skończę, nie zetnę włosów. Bo wtedy jeszcze mi rosły na głowie (śmiech). No i urosły do łokci. Po prostu lubię się zakładać z rzeczywistością.

A jak by wyglądał twój zakład z PLAYBOYEM? Kogo byś dla nas rozebrał?

Nikogo! Jestem bardzo wstydliwy w tych sprawach. Poza tym to pytanie z gatunku: „Panie Tomku, komu ściągnąłby pan gacie?”. Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Jako nastolatek marzyłem zawsze o „dziewczynach Camerona” – Ripley z Obcego 2 i Sarze Connor z Terminatora. Tylko, że ten typ kobiet się do Playboya nie rozbiera.

To może inaczej: kogo mógłbyś dla nas zanimować w 3D?

Sorry panowie, ale mam chyba podobnie jak Lem – sfera seksualna, która dla niektórych jest bardzo ważna, piekielnie mnie bawi i wydaje się głupia. Wszyscy od lat jesteśmy więźniami debilnej sytuacji, która absolutnie nie ma związku z intelektem.

Bartosiak & Klinke

Bycie młodym mężczyzną jest koszmarem. Ma się plany i ambicje, a jest się jeszcze kompletnym idiotą. Bardzo trudny czas. To wielka niesprawiedliwość, że wtedy kiedy mamy najwięcej zdrowia i sił, przechodzimy akurat przez pik debilizmu. A kiedy już mamy coś w głowie, to brakuje i zdrowia, i wytrzymałości.

Chciałbym mieć o dziesięć lat mniej. Oczywiście mogę się oszukiwać, że wciąż czuję się jak młodzieniaszek, ale faktów nie zmienię. Jestem stary. Koniec kropka. Nie to, żeby mój wiek mi się nie podobał. Podoba mi się bardzo, ale z tęsknotą patrzę w kierunku nowatorskich kuracji genetycznych. Jakąś mysz naukowcy podobno już odmłodzili (śmiech).

Nie cierpię, jak się zrównuje kulturę z biznesem. Te dwie dziedziny mają cechy wspólne, ale to nie to samo.

W trakcie naszej rozmowy dostałem trzydzieści maili.

Zdziwienie, że Radio Maryja odniosło sukces jest porównywalne z dziwieniem się, że rano słońce wschodzi, a wieczorem zachodzi.

W szkole miałem ksywkę Chudy. Bardzo adekwatną.

Lepiej pamiętam przeczytane książki niż własne życie. Jacek Dukaj kiedyś pisał, że nie warto pielęgnować pamięci, bo kłamie. Lepiej zapisywać. Jak coś wartościowego przychodzi mi do głowy, to od razu zapisuję. Bo wiem, że inaczej nie zapamiętam. Zapomina się natychmiast, a zapisane trwa. I po latach dziwi.

Polska od wielu lat cierpi na brak profesjonalistów w polityce. To zabawne i jednocześnie dziwne, że najskuteczniejszymi i najpracowitszymi posłami są w tej chwili dwaj muzycy.

Milli Vanilli to protoplaści awatarów.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*