Szymon Majewski

PLAYBOY nr 3, 2007 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak

(Spotkaliśmy się u Szymona w domu. Jedliśmy ciasto, przysłuchiwaliśmy się edukacyjnym rozmowom taty z synem i córką, piliśmy herbatę z cytryną. Małżonki Szymona niestety nie poznaliśmy. Może następnym razem?)

Mamy nadzieję, że życzenia na 40. urodziny składamy ci jako pierwsi…

O Jezu, bardzo mi miło. Dziękuję. Wiecie, że coraz mocniej to do mnie dociera? Facet od mniej więcej 37. roku życia zaczyna żyć w cieniu czterdziestki. Kiedyś jakiś koleś – stylista, w związku z tym gej…

Czyli w normie.

No niby tak. Ale są wyjątki. „Blaszka”, który daje mi ciuchy do programu („Szymon Majewski Show” – przyp. aut.) gejem nie jest. A tamten podszedł do mnie i zwrócił mi uwagę, że za często mówię w telewizji o wieku. Że ciągle robię odniesienia do swojej starości. Powiedział: „Nie musisz podkreślać, że nie jesteś już młodzieńczy”. Może rzeczywiście coś w tym jest. Dlatego, korzystając z przerwy w kręceniu programu, zrobiłem sobie akcję pod hasłem „zdrowie”.

Jakie wieści?

Byłem dzisiaj na pielgrzymce zdrowotnej, od okulisty po wszelkich innych możliwych lekarzy. Po wszystkim zadzwoniłem do żony i powiedziałem, że wyszedłem dziś z domu jako młody chłopak, a wracam jako stary mężczyzna, staruszek. Czego się dowiedziałem? Na przykład, że mam za małe oko. Nie rozwinęło się wystarczająco. Dzięki temu widzę dalej niż inni, ale mogę mieć problemy z czytaniem. Od okulisty trafiłem do ortopedy, który stwierdził, że mam o 9 milimetrów za krótką nogę (śmiech). Oprócz tego jestem zgięty w prawo, a jeden mięsień na plecach nienaturalnie się wydłuża. Wychodzi na to, że mam za małe oko, za małą nogę i za małą jedną rękę. Do cholery, co jeszcze?

Może zaczynasz się kurczyć?

Właśnie. Skierowali mnie dzisiaj na badanie prostaty. Niby wszystko OK, ale samo skierowanie już brzmi groźnie. Pocieszam się jednak, że dzięki małemu oku i nadwzroczności mogę wcześniej niż moja rodzina dostrzec drogowskaz z napisem „Suwałki”. I ja już wiem, że jesteśmy w Suwałkach, a oni nie. A w ogóle to mogę wam jeszcze wymienić inne moje choroby. Bardzo fajnie się nazywają…

Wiemy. Słyszeliśmy, że masz suchostój.

(Wybuch śmiechu). A kto wam o tym powiedział? Waciak (dyrektor artystyczny PLAYBOYA – przyp. aut)? Miałem już suchostój za Waciaka, kiedy razem robiliśmy audycje radiowe pod hasłem Grupa Szczepana, a teraz mi wróciło.

Nie możemy zdradzać naszych źródeł informacji.

No dobra. Z Waciakiem suchostojem nazywaliśmy taki stan, kiedy coś jest niby fajne, ale nie idzie. Że idzie nie tak, jak powinno. No, suchostój po prostu. Mama mi kiedyś opowiadała, jak do szpitala na Banacha przywieźli księdza z suchostojem. Po fachowemu to jest priapizm. Jakiś problem neurologiczny z członkiem (długotrwałe, bolesne usztywnienie członka, niezależne od woli ani niezwiązane z podnieceniem seksualnym – przyp. aut). Szczuka od razu wiedziała. Kiedyś powiedziałem przy niej „suchostój”, a ona od razu – „priapizm”. Nie jeden by się modlił, żeby mieć tak non stop. Ale całkiem poważnie, to podobno nic fajnego, strasznie boli. Ostatnio mi ten suchostój wrócił. Coś się nie udaje, nie wychodzi w trakcie nagrania, a ja od razu mówię: „Suchostój”. Cała ekipa to podchwyciła. Nawet w internet poszło. Wrzuciłem z ciekawości w Googla i wyszedł mi słownik gwary suwalskiej. W Suwałkach suchostój to uschnięte drzewo stojące w lesie. Żona mnie prosi, żebym w końcu przestał o tym mówić. Ale ja mam takie niebezpieczne natręctwa na słowa, że nie wyrabiam. Serio.

Zauważyliśmy. Ciągle powtarzasz słowo „Suwałki”.

(Śmiech). Zarażam się jakimś wyrazem, który przerabiam przez miesiąc, a potem kolejny wchodzi na tapetę. Nie mogę się od tego uwolnić. Mówiłem kiedyś ciągle: „srał pies”. Aż mi znajomi podarowali znak drogowy ze srającym psem.

A znaku z „odlepianiem jąder” nie dostałeś?

To jest rzecz, którą ciężko przekazać w wywiadzie. Dobrze by było dołączyć do tego numeru PLAYBOYA jakiś filmik. W tym przypadku wychodzi ze mnie z kolei rodzaj natręctwa już nie na słowa, ale na gesty. Uwielbiam powtarzać irracjonalne zachowania. Był kiedyś pewien robotnik pracujący u nas na osiedlu, na Ochocie, gdzie kiedyś mieszkaliśmy. Zawsze kiedy mnie spotykał, od razu zaczynał swoją gadkę. A jak był upalny dzień, to co chwila robił tak (tu Szymon staje na szeroko rozstawionych nogach i wykonuje coś co można by nazwać – półprzysiady rozwarte. Chodzi o lekkie ugięcie nóg w kolanach, oddalonych najbardziej jak się da od siebie – przyp. aut.). Kobietom to trzeba tłumaczyć, ale faceci, którzy w upalne dni noszą bokserki, chwytają sprawę w lot.

Jakie masz jeszcze natręctwa?

Czasem miewam takie odpały, że mam wrażenie, że mogliby mnie za nie zamknąć. Ostatnio poszedłem z córką do Galerii Mokotów i cały czas układałem rękę w kształt pistoletu. Wykorzystuję swoją gębę i wariuję na konto siebie-postaci telewizyjnej. Wpadam do Galerii, mierzę z pistoletu do ochroniarza i pytam: „Gdzie jest kawiarnia Tchibo?” Zosia się mnie wstydzi, ciągnie za rękaw i mówi: „Tato, nieee. Błagam”. A ja nie mogę się już powstrzymać. Wchodzę do sklepu i jak komandos ustawiam się za węgłem. Wystawiam pistolet, potem głowę, potem się chowam, znowu pojawiam. Badam teren akcji. Zaczajam się. Albo jeszcze to… Często nie mogę się powstrzymać przed robieniem tego numeru. Podchodzi ktoś i prosi o autograf, a ja zaczynam uciekać. I to na poważnie, sprintem, strasznie szybko, ile fabryka dała. I nie wiem, co z proszącym. Chciałbym kiedyś zobaczyć jego minę. Czasem się zastanawiam, na ile mogę sobie pozwolić, gdzie jest granica korzystania ze swojego wizerunku.

Po co się zastanawiać? To świetne, że bezkarnie, bo na konto Szymusia z telewizji, możesz robić podstawówkowe numery, bez najmniejszego wstydu.

Ale granice jednak są. Boję się, żeby nie skończyć jak Peter Sellers, który ze swojego życia zrobił film. Odgrywał wciąż swoją postać. Miał z tym poważny problem. Nawet z matką rozmawiał postacią dr Strangelove’a. Ona normalnie chce się dowiedzieć, co u niego, a on ma właśnie problem z ręką. Straszne! I jeszcze jedno. Przecież mam świadomość, że jest coś obciachowego w facetach – wiecznych wesołkach. Wiecie, idziecie na grilla ze znajomymi i od razu jest pytanie: „A słyszałeś ostatni kawał?”

ŁK: Zaraz, zaraz. Ostatnio koleżanka skarciła mnie, że się nie mówi „grill” tylko „barbecue”.

Naprawdę?! (Wybuch śmiechu). Błagam… „Barbecue” to mówi George. George Bush. O rany! Uwielbiam takie rzeczy. Tak samo jak dziwne napisy. Na przykład mój tytuł: „Słów cięcie gięcie” wziął się z autentycznego szyldu, na którym facet sobie napisał „Blach cięcie gięcie”. Genialnie sobie zrymował. Ja zmodyfikowałem, a później czytałem gdzieś krytyka, który wyśmiewał się, że nazwa mojego programu jest grafomańska (śmiech). No przecież właśnie miała być grafomańska. A jakiś czas temu w Zakopanem na Małyszu, widziałem faceta, który zrobił na kawałku ziemi parking i żeby było światowo podpisał go: „Parcing”. Bo przecież po angielsku „kot” to jest „cot”.

A propos Zakopanego, kto był ostatnio twoim sąsiadem w zakopiańskim pensjonacie?

Olek Klepacz z Formacji Nieżywych Schabuff z grupą dwudziestu Mołdawian z kadry ciężarowców. Serio.

Myśleliśmy, że mieszkałeś przez ścianę z rzecznikiem minister Fotygi (byłej minister spraw zagranicznych – przyp. aut.).

Faktycznie! Słuchajcie, to niesamowita historia. Ścianę w ścianę z nim mieszkałem. Jak zaczynał rozmawiać przez telefon, to ze strachu wchodziłem pod prysznic, żeby przypadkiem nie poznać kilku tajemnic państwowych. Sąsiedztwo PiS-u było wyjątkowo ciekawe. Ustatkowana rodzina, żona, dziecko – razem schodzili na śniadanie. I nagle się zaczynało. Jak dzwoniła komórka, facet zaczynał zdawać relację ze spraw tajnych. Od razu uciekałem, żeby nic nie usłyszeć. Ale jednak coś usłyszałem…

Powiedz co.

Co mam wam powiedzieć? Że zlecili zamach na Balcerowicza?

(Wybuch śmiechu).

Jeszcze śmieszniej by było, jakbym wylądował w jednym pensjonacie z Hojarską.

Zapraszałeś ją do programu?

Nie, ale dostałem od niej świąteczne życzenia w „Dzienniku”, w których twierdziła, że nie jest taka zła i głupia. Stwierdziła, że powinienem zaprosić ją do programu i sam bym się przekonał że nie jest taka straszna. Mam pomysł, żeby zaprosić ją do kabaretu, żeby zagrała samą siebie (nie udało się. Za to w programie wystąpiła Renata Beger – przyp. aut.). Takie zakopanie topora.

Dostałeś życzenia od jakiegoś innego polityka?

W Wigilię dostałem smsa z życzeniami od ministra Romana (Giertycha – przyp.aut.).

Żartujesz! I co ci napisał?

Normalnie. Wszystkiego dobrego z okazji Świąt i tak dalej, Roman Giertych.

Największym sukcesem byłoby zaproszenie do twojego programu braci Kaczyńskich.

O mały włos by się udało. Do Szymona-Mikołaja przyszedł Jacek Kurski, który mnie zadziwił. Non stop drzemy z niego łacha, a on prawie Kaczyńskiego namówił, żeby zajrzał do naszego samochodu rozstawionego cały dzień pod Sejmem. Dzwonił, dzwonił, nie udało się, ale pomóc chciał. I to bardzo. Za to przyszedł rzeczony Roman z żoną i ochroniarzami. Rzuciłem się mu na szyję, wręczyłem kolorową marynarkę. Było zabawnie, chociaż jego żona patrzyła się na mnie lodowato.

A jak ci się udało namówić Wierzejskiego (poseł LPR – przyp. aut.)?

Nie wiem. Ale przyszedł. Dał mi się nawet po głowie pogłaskać. Podarowałem mu plastikowego krasnala w nagrodę za to, że w wyborach przegrał z krasnalami. Wiem, że ten program politykom się nie podoba, boli ich i wkurza, ale gdyby okazało się, że to wspólna zabawa i wszyscy daliby się zaprosić, byłoby super. Mam teorię, że każdy polityk prywatnie jest całkowicie „normalny”. Głupieje i zaczyna grać swoją rolę przy kamerach. Ciekawi mnie na przykład, dlaczego Giertych nakręcił wyborczą reklamówkę, w której moja córka jest nie wpuszczana do szkoły. Bo też nosi glany i wygląda jak dzieci stojące tam za bramką. Ja do szkoły nie wpuszczałbym dresiarzy. Chyba częściej w ryj można dostać od wygolonego kolesia niż od kolesia z długimi włosami i trupimi czaszkami naszytymi na spodnie… Pomysł zależności agresji od garderoby jest żenujący. To jest niebezpieczne uogólnienie. Kolesie, którzy zakładali kubeł na głowę nauczycielowi nie wyglądali, jak ekipa Dezertera sprzed 20 lat. Myślę, że Roman gdyby usiadł tu na kanapie, zgodziłby się ze mną.

Czy Wierzejski jest gejem?

Chyba nie. Ale nie wiem. Wiem, co innego. Ugejony radykał w programie sprawdza się znakomicie.

Kto, poza Kaczyńskim, zaprosić się nie dał?

Marcinkiewicz, Miller…

W jakiej roli miał wystąpić ten ostatni?

Wymyśliliśmy taki greps, że ja, czyli Czerwony Kapturek chodzę po lesie i zbieram ostatnich komunistów – grzyby, bo trwa dekomunizacja. Miller miał być takim grzybkiem – siedzącym w chacie ostatnim komunistą. Oleksy też się nie zgodził. Wystąpił Smoleń.

Czy jesteś na tyle związany z jakąś opcją polityczną, że nie potrafiłbyś z niej „drzeć łacha”?

Nie potrafię robić sobie jaj z Unii Demokratycznej, bo jej nie ma (śmiech). Niektórzy twierdzą, że mój program jest robiony na zamówienie. Liberalna stacja chce komuś dowalić i robi to krótkimi rączkami Szymusia. Ale mało kto pamięta, że startowaliśmy za SLD i śmialiśmy się ostro z Kwaśniewskiego. Traf chciał, że oglądalność rosła, a jej największe apogeum było w czasie zwycięstwa Kaczyńskich. Proszę TVN, żeby dali mi parę lat. Poczekam na kolejną opcję i pokażę, że jestem obiektywny i potrafię dowalić PO. Zresztą parę żartów już poszło i od razu zwolennicy Tuska i spółki ofuknęli mnie, że przesadziłem. Wcześniej nie słyszałem od nich takich zarzutów (śmiech).

Z kogo śmiać się nie wypada?

Na pewno z ludzi chorych. Ale ja nie mam w sobie takiej niechęci, żeby się rozepchnąć i przetestować społeczeństwo. Mimo, że śmieję się w programie z Radia Maryja, to zawsze sobie myślę, że jednak są babcie dla których jest to ważne. Więc nie jadę na maksa. Ale w Polsce to mało z kogo należy się śmiać. Dowiaduję się potem, że z Michnikiem przesadziłem, bo się jąka przez SB, z Małyszem też, bo zdobył parę medali… W Polsce czeka się na sukces, jak na deszcz na Saharze. Gdyby jakiś koleś został mistrzem świata w bierki, wszyscy nagle graliby w bierki, a my Polacy bylibyśmy dumni, że jesteśmy w bierki najlepsi na świecie.

Marcin Meller polecił nam, żebyśmy zadali ci pytanie: Co z tą Polską?

Straszne pytanie. Z listy nie śmiesznych rzeczy. A co z Bułgarią, co z Rumunią?

Co z Kazachstanem?

Ach, ten Borat. Denerwuje mnie. Przecież to jest wspaniałe, co on robi. Zazdrość bierze. Po filmie musiałem sobie zadać pytanie: „Co z tobą, Szymonie?” Facet poraża swoją odwagą. Na parę numerów, które robi w filmie, nigdy bym się nie odważył. Jestem pewien, że w Polsce by go zlinczowali.

Czy poza Hojarską ktoś miał do ciebie pretensje za parodię?

Wiecie, w ogóle to chciałbym, żeby ktoś na poważnie podał mnie do sądu. Mógłbym się dziwnie ubrać, schować za gazetą, poczuć atmosferę i pokrzyczeć, wykrzywiając twarz: „Nie, nie, nie!”. A tak na serio, to dostałem nieprzyjemnego smsa od Kasi Figury. Nie podobało się jej. Poza tym dzwonił Kalisz. Powiedział, że było bardzo fajnie, ale że on się nie poci (śmiech).

A jak zareagował Daniel Olbrychski?

Nie wiem, jak po parodii telewizyjnej, ale w „Spontonie” Michał Zieliński też go „robił”, a pan Daniel akurat wtedy był w Zetce. Wychodząc ze studia rzucił tym swoim niepowtarzalnym głosem: „Słyszałem. Nawet dobrze” (śmiech).

Skąd wytrzasnąłeś aktorów do „Rozmów w tłoku”? Są genialni.

Z teatrów i ze „Spontona”. Aldona Jankowska, Jola Wilk, Kasia Kwiatkowska, Michał Zieliński… Wszyscy mieli duży problem. Michał (Lepper, Janas, Marcinkiewicz, Olbrychski – przyp. aut.) był wręcz przerażony. Koledzy po fachu wmawiali mu, że telewizja to zło, a parodia to ślepa uliczka. Ale kto nie jest w ślepej uliczce? Ja, facet od wygłupów, nigdy nie poprowadzę „Panoramy” ani programu o kinie offowym. Mucharski nie zaprosi mnie do „Rozmów na koniec wieku”. Może Macharski mnie zaprosi… (śmiech).

W to akurat wątpimy, bo na twoich programach publiczność namiętnie się całuje.

Ostatnio rzeczywiście jakieś pary się całowały. Chciałbym, żeby kiedyś jakieś dziecko poczęło się w trakcie.

Płaciłbyś wtedy alimenty.

A no pewnie. Zapłodnienie in viatro.

Ciężko jest utrzymywać stały, dobry poziom dowcipów?

Ciężka robota. Stworzyliśmy listę „śmiesznych” rzeczy. Nazywa się „Róża Wiatrów”. Rozumiecie: Niemcy śmieją się z bąków, a to jest według nas dowcip na najniższym poziomie. Więc w nawiązaniu mamy swoją „Różę Wiatrów”. Staramy się do niej nie sięgać. Bywają jednak momenty, że czas goni i nie ma przebacz. I zawsze słychać sakramentalne: „A może by tak z listy…”. I to jest uważane za największy obciach.

Czy fryzury, które prezentujesz podczas swojego show czasami ci nie przeszkadzają?

Nie mogę normalnie wsiąść do samochodu albo jadę tak (pokazuje jakby wystawiał głowę za okno). Zdarza mi się spotykać ekipy remontowe, które ciągną na Warszawę w poniedziałek wczesnym rankiem. Stoję na światłach i widzę chłopaków śpiących „na jamochłona”, tylko jeden czujny z papierosem prowadzi. Tył auta ugina się od ciężaru farb i narzędzi. Jak mnie chłopaki wypatrzą, mają świetny ubaw. Proszę, ledwie wjechali do Warszawy, a tu od razu Majewski w czymś dziwnym na głowie. Odklejają się od szyb, machają, wystawiają kciuki, od razu wielkie ożywienie.

Z tego co wiemy, gdziekolwiek się pojawiałeś, zawsze wprowadzałeś zamieszanie. Jako konferansjer na przykład. O twoich faux pas krążą już legendy…

Pewnie chodzi wam o imprezę PZPN-u, na której przywaliłem, że polscy piłkarze nie strzelają bramek, bo mają kontrakty i walą specjalnie po bandach reklamowych? Myślałem, że ktoś ma tam dystans. To nie jedyne faux pas. Za często liczyłem na dystans. Pewne grepsy w tym kraju są niezrozumiałe dla wszystkich. Kiedyś dorabiałem sobie jako konferansjer prowadzący imprezę dla dilerów samochodowych z Polski południowej. Wiedziałem już miesiąc wcześniej, że będzie tam śpiewała Lola Lou (śpiewający transwestyta – przyp. aut.). Odradzałem, bo wiedziałem, że Lola Lou nie spodoba się facetom z wąsami, w białych garniturach. Ale organizatorzy przekonać się nie dali. To był koszmar. Wyszedłem na scenę, powiedziałem parę żartów, dwa z listy, było wesoło. Zapowiedziałem kosmiczną postać Loli Lou. Dilerów, jak ją zobaczyli, zmroziło. Byli przerażeni, czuli, że ktoś ich obraża. Czyżby lęk o własną seksualność? (śmiech). Sala opustoszała, a wszyscy przerzucili swoją agresję na mnie. „Pederasto, geju” i temu podobne. Jak facet ma dłuższe umyte włosy, dziwny krawat, a na rękach pierścienie – wiadomo, jest gejem. Kolesie nie dali sobie z tym rady. A Lola była takim mini Boratem.

A czy ktoś kiedyś chciał przywalić Majewskiemu-konferansjerowi?

(Śmiech). Niejednokrotnie. Na imprezie pewnego wielkiego banku jakiś facet podszedł do mnie i zabrał mi mikrofon. Ja do niego: „Spierdalaj!”, a on do mnie z łapami. Dzwonię do agentki i mówię, że jak facet mnie uderzy, to wychodzę. Okazało się, że gościa wyrzucić nie można, bo to jakaś szycha. Pijana, ale szycha. Organizatorzy wymyślili, żeby przydzielić mi ochroniarza. Tak zrobili. Nikt nie przewidział jednak, że po wielokrotnych atakach słownych i fizycznych na mnie, wkurwi się w końcu ochroniarz. Facet przyszedł do mnie i mówi: „Panie Szymonie, ja już nie wyrabiam. Niech pan pójdzie w tamten zaułek, ja go tam jebnę i będzie spokój do końca imprezy. Facet sobie poleży i odpocznie”. Złapałem paranoję, że będę odpowiadał za jakiś cudzy wstrząs mózgu. I do końca imprezy pilnowałem, żeby ochroniarz go nie uszkodził. Byłem ochroniarzem szychy (śmiech), którą chroniłem przed swoim ochroniarzem, mającym mnie chronić przed szychą. Normalnie, filmowa akcja. Potem okazało się, że to standard na imprezach tego banku. Policja nawet nie ubezpieczała im tych imprez, bo wiedziała, co się będzie działo. Byłem też kiedyś konferansjerem na imprezie, na której każdy autokar miał swojego ochroniarza, bo rok wcześniej bawiący się ludzie porwali autobus i pojechali nim na konkurencyjną imprezę (śmiech).

Wyzwalasz w ludziach agresję?

Tylko gdy jestem w złym miejscu, w złym czasie. Kiedyś na przykład chcieli mnie bić, bo miałem przyjemność powiedzenia, że Czarek Pazura już nie będzie rozdawał autografów (śmiech).

Polska jest ogólnie smutna czy wesoła?

I tak, i tak. Przypomniała mi się właśnie impreza, na której tańczyło się sześć godzin i kto dał radę, wygrywał olbrzymi tort. Po wszystkim mówię, że para z Bytomia wygrała tort i proszę o wniesienie nagrody. Patrzę za siebie, a tam ludzie od tortu mają dziwne miny, kiwają głowami i pokazują, że nie. Idę do nich, pytam, o co chodzi i widzę, że tort do połowy jest zjedzony. „Kurwa, nie wiedzieliśmy” – to jedyne, co powiedzieli. Zrobiłem z siebie idiotę, a organizatorzy musieli wnieść tort tak, żeby nie było widać nadgryzionej połówki.

Szymon, marnujesz się… Mógłbyś spokojnie zadebiutować jako scenarzysta filmowy.

Swego czasu rozmawiałem z Falkiem na temat kontynuacji Wodzireja. Chciałem jakoś wykorzystać swoje doświadczenia. Porównać wodzirejowanie z dwóch okresów historycznych. Ale jakoś się do mojego pomysłu nie zapalił, bo nie miałem fabuły scalającej całość. Tylko same anegdoty. Wiecie, teraz są ciekawe czasy, bywają tacy, którzy prowadzą po cztery imprezy dziennie. Na przykład Krzysztof Krawczyk, który na jakimś koncercie powiedział: „Witam, zaczynajmy, proszę Państwa. Jestem zmęczony, trzecią imprezę już dzisiaj robię” (Wybuch śmiechu).

Spotkaliśmy się już jakiś czas temu. Wspominałeś wtedy o swoim marzeniu… Czy w końcu udało ci się namówić żonę na swoją największą fantazję erotyczną?

Nie. Nawet dwa dni temu o tym myślałem. Może Magda czeka, aż będę po pięćdziesiątce. Nie będę mógł się podnieść i ona wtedy zacznie na bosaka myć na kolanach podłogę. Nie powiem, nasze życie – też erotyczne – wspaniale się rozwija. Ale tego nie było. Żadne argumenty jej nie przekonują.

A argument, że jesteś coraz starszy?

Też nie. To jest umiejętne omijanie tematu (śmiech).

Jak myślisz, czy młode dziewczyny widzą w tobie przystojniaka?

Ostatnio miałem przygodę, która sugeruje, że na to pytanie mogę z całą stanowczością odpowiedzieć – NIE. Na Ibizie spotkałem trzy polskie modelki, które mieszkają tam na stałe. Pytam się ich: „Pewnie idziecie dzisiaj na jakąś imprezę, co?”. „Pewnie, że tak. Wpadaj, zapraszamy”. Ja na to: „A wiecie, co się na takich imprezach robi?”. „No co?” (Szymon zaczyna wydawać charakterystyczne dźwięki) „Łijułiju. Łijułiju”. „Co?! Człowieku, tak się robiło 10 lat temu” (śmiech). To tak jak mój znajomy, którego nie było w kraju paręnaście lat i nagle po powrocie, walnął tekst wśród ludzi – „Wtedy, kiedy były Szwedy” (śmiech). Tyrmand w swoich Dziennikach pisał, że kiedyś w towarzystwie słuchającym rockandrolla, jako pięćdziesięciolatek, wyrżnął prawdziwego twista. Był dumny, że nikt nie miał o tym pojęcia, a on tak pojechał. Zastanawiam się, czy ci co byli na tej imprezie, nie polewali z Tyrmanda, tak jak te laski ze mnie. Próby odmładzania zawsze są skazane na niepowodzenie. W ogóle ta Ibiza jakoś mnie postawiła do pionu. Znajoma usłyszała tam taką oto rozmowę: „A słyszeliście, że Majewski jest na Ibizie? Niby ciągle tak opowiada, że lubi Polskę. A na Ibizę se przyjechał. Kurde, dla kariery dupy by dał” (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*