Szczepan Twardoch

Szczepan-TwardochPLAYBOY nr 10, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak

fot. Magda i Michał Kryjakowie

Czy pięć lat temu zgodziłbyś się na wywiad dla PLAYBOYA?

Jasne, że tak. Rozumiem, że pytanie dotyczy czasu wzmożenia okresu konserwatywnego w moim życiu. PLAYBOYOWI wywiadu chyba bym nie odmówił, mimo że byłem wówczas redaktorem działu literackiego w „Christianitas”. Co prawda tylko przez trzy miesiące… Bo mieli do czynienia z bardzo kłótliwym chłopcem (śmiech).

Za co cię zwolnili?

W skrócie można powiedzieć, że za brak ślepej akceptacji poczynań Marka Jurka. Ale zostawmy to. Pamiętam, że udało mi się opublikować w „Christianitas” takie trochę satanistyczne opowiadanie mojego przyjaciela Łukasza Orbitowskiego. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie Łukasz miał też swoje opowiadanie w PLAYBOYU. Myślę, że nie ma w Polsce innego pisarza, który publikowałby prozę jednocześnie w tych dwóch szacownych periodykach. Lubię takie jazdy.

Która z bohaterek twojej ostatniej powieści nadawałaby się najlepiej na naszą szacowną rozkładówkę?

Zdecydowanie Salome. Budując postaci na potrzeby książki, szukałem różnych inspiracji i dla każdego bohatera tworzę osobny plik. U Salome na samej górze było zdjęcie roznegliżowanej Christiny Hendricks (aktorka znana z roli Joan w serialu Mad Men – przyp. red.).

Sam seks.

W rzeczy samej. Ale czy nadający się na waszą rozkładówkę? Uważam, że lansowany w mediach kanon kobiecego piękna jest do bani. Dzisiejsze wychudzone modelki są dla mnie zupełnie pozbawione seksapilu. Androgyniczne jakieś, żadnej kobiecości. Instynktownie wolę kobiety o obszernych kształtach. I mam wrażenie, że nie tylko ja. Obawiam się , że Salome, nie mieści się w standardzie PLAYBOYA.

A czy główny bohater Morfiny Konstanty Willemann był playboyem? Jeśli to pojęcie w ogóle w Polsce międzywojennej funkcjonowało.

Wcale bym tego nie wykluczał. Ale nie sprawdzałem. W angielskim to słowo na pewno pojawiło się przed wojną. A wówczas w Polsce niezmiernie popularne było snobowanie się na angielskość. Garnitury z Londynu. Tweedy. Pierwsze pola golfowe… Popularniejszym określeniem było wówczas bon vivant, które właściwie znaczy dokładnie to samo. Konstanty rozbijał się modnym kabrioletem, elegancko ubierał, bywał w najdroższych warszawskich lokalach, zadawał się z elitą i zdobywał piękne kobiety, a przede wszystkim nie pracował, bo nie musiał. No więc chyba playboy.

Czy poradniki dla mężczyzn sprzedają się lepiej niż powieści (Szczepan Twardoch wespół z Przemysławem Bociągą napisali poradnik Sztuka życia dla mężczyzn – przyp. red.)?

Z mojego doświadczenia wynika, że nie. Ale wiem, że mogą, a nawet powinny. Nie chcę jednak o tym mówić. To zabawna i chyba dość inteligentna książeczka, którą napisaliśmy dla pieniędzy, tylko jakoś nie bardzo poszło… Zresztą, nie pierwszy raz w moim życiu.

To teraz już ci nie odpuszczę…

(Śmiech). Próbowałem różnych biznesów, wszystkie były genialnie wymyślone, ale na wszystkich traciłem. Na studiach handlowałem antykami. To było w czasach raczkującego internetu, czyli zanim ceny antyków się wyrównały. Okazało się, że w Katowicach mogę kupić kawaleryjską szablę pruską M1811, tzw. dużego blüchera, za jakieś 7 tys. i sprzedać ją o wiele drożej kolekcjonerowi z innego miasta. Jeden dzień roboty, a ja, gówniarz, przytulałem nagle dychę.

Na takim interesie chyba ciężko splajtować?

Z pewnością. Ale ceny szybko się wyrównały. I później nie chciało mi się robić tego za 5 proc. marży. Dlatego wymyśliłem produkcję replik broni białej, zdatnej do szermierki historycznej. To temat, który mnie wówczas fascynował. Biznes odpowiadał więc moim pasjom. Zacząłem  rozmawiać z płatnerzami i przekonywać do odpowiedniego hartowania głowni. Okazało się, że w Stanach jest wielu klientów, gotowych płacić nawet 4 razy więcej niż klienci w Polsce. Zrobiliśmy kilkaset egzemplarzy. Niestety straciłem wszystko co zainwestowałem. Co do grosza.

I co dalej?

Poszedłem do pracy w wydawnictwie. Kupowałem za granicą prawa do wydawania w Polsce zagranicznych tytułów. Chodziło głównie o poradniki biznesowe (śmiech). Zarabiałem nieźle,  jeździłem na targi książki od Nowego Jorku po Londyn, poznawałem ciekawych ludzi, wszystko było niby OK, a jednak się męczyłem. To była fajna firma, złożona z miłych ludzi. Ale zupełnie nie umiałem się między nimi odnaleźć. No i nie przedłużyli mi umowy. Wtedy byłem oburzony, ale potem zrozumiałem, że bez zgody na pewien konformizm nie da się ułożyć dobrych relacji z zespołem.

Długo byłeś najmądrzejszy ze wszystkich?

Dość długo (śmiech). Przecież bez przerostu ego nie zostaje się artystą. Z drugiej strony, jeśli nie spróbujesz tego okiełznać zamienisz się w końcu w karykaturę samego siebie. Ale kiedy będziesz za bardzo pracował nad sobą i wypracujesz w sobie zbyt wiele pokory, to przestaniesz być artystą. Trzeba to umieć wyważyć. Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem skromny. Ale wydoroślałem. Chociaż dość późno. W okolicach trzydziestki.

To akurat normalnie.

Uff… (śmiech). Na szczęście wraz z dorośnięciem nie przeszło mi poczucie stałego jazgotu pod czaszką. Nieustanna gonitwa myśli, skojarzeń, ciągów myślowych. Nigdy nie jestem od tego wolny. Wszystko co piszę wynika z tego nadmiaru. Ale z drugiej strony jest to stan tak nieznośny… Że czasem człowiek chwyta się wszelkich sposobów, żeby to na chwilę uciszyć. Najlepszym lekarstwem jest oczywiście alkohol.

Umiesz pisać na rauszu?

Wykluczone. Za to nieźle mi idzie na kacu. Zwykle siadam do komputera rano. Kac i kawa to znakomite połączenie.

A co powiesz o połączeniu: wokalista punkowy – zaangażowany prawicowiec?

W liceum mieliśmy zespół, żeby podrywać dziewczyny. Działało (śmiech). Parę prób,  dużo gadania,  ale koncertu żadnego  sobie nie przypominam. Jednocześnie zaczynałem fascynować się myślą konserwatywną. Jedno drugiego nie wykluczało. Nosiłem długie włosy, chodziłem w martensach i czytałem „Brulion”, „Frondę”, „Lampę i iskrę bożą”. Chłonąłem to jak kontrkulturę, bo  wtedy, w drugiej połowie lat 90. to właśnie była kontrkultura. Inicjacja ezoteryczna, otwieranie się na nowy świat… Pierwsze „Frondy” były jak ziny. Zero pierdolenia. Dawali na przykład wywiad z nekrofilką, bez żadnego komentarza od redakcji. A ona mówiła bodajże o tym, jak poradzić sobie z zasadniczym problemem, czyli że trup nie ma erekcji. Wyobrażasz sobie takie teksty we „Frondzie” Terlikowskiego? (Śmiech).

Byłeś bardzo politycznie zaangażowany. A potem jakbyś się nagle wypalił.

Byłem zaangażowany, ale bez przynależności. Nigdy nie umiałem funkcjonować w kategoriach logiki partyjnej. Tak zwana codzienna polityczna taktyka życia intelektualnego – to mnie zawsze brzydziło. Zabawne, że dopóki prawicowi publicyści uważali, że jestem „ich”, przymykali oko na moje wypowiedzi o śląskiej tożsamości narodowej. Udawali, że to takie dziwactwo. Kiedy uznali, że jednak nie jestem „ich”, bardzo szybko zostałem niemieckim agentem (śmiech).

Nie czujesz się już dyżurnym Ślązakiem w zastępstwie…

Kazimierza Kutza. Mam czasem takie myśli, dlatego coraz mniej mówię publicznie o Śląsku. Wiadomo, że nie wyprę się śląskości.  Nie chce jednak robić z niej treści mojego życia.

A o czym będzie twoja kolejna powieść?

I tu mnie masz. Niestety będzie o Śląsku. Taką mam w głowie. I nic na to nie poradzę. Ja sobie nie wybieram tematów. Powieść do mnie przychodzi i już jest i nie mam szansy napisać żadnej innej. Na razie napisałem wprawki, po kilka, kilkanaście stron, szukając odpowiedniego języka. Póki co wszystko wyrzucam.

Kiedyś na pytanie jak chciałbyś umrzeć, odpowiedziałeś: „Tak jak Ernst Jünger”. On żył ponad sto lat.

I dlatego pewnie dzisiaj już bym tak nie odpowiedział. Jestem z długowiecznej rodziny. Mam przeświadczenie, które mnie lekko przeraża, że też będę długo żył. A nie wiem, czy bym chciał. Głównie dlatego, że nie bardzo wierzę w to, że można uprawiać literaturę, w momencie kiedy umrze ci już libido. A dla mnie pisanie i libido to są te same poruszenia, te same skręty kiszek. Trudno mi sobie wyobrazić, jak zdobyć się na trud pisania bez takiego napędu.

Czytając Morfinę czuć, że masz aż nadmiar napędu. Powieść jest wypełniona kobiecością. Nie tylko tajemnicza narratorka jest kobietą…

Ale w ogóle Polska jest kobieca? Wiem. Pisząc recenzję mojej powieści Agata Bielik-Robson przeprowadziła jednocześnie psychoanalizę polskości. A konstatacja jest rzeczywiście taka, że od pokoleń Polska cierpi na deficyt męskości. I ja się z tym zgadzam. Polskość ma twarz kobiety.

A gdybyś miał ją przypasować do konkretnej osoby?

Tak jak Francuzi zdecydowali, że do odlewu popiersia Marianny – czyli symbolu Republiki – będzie pozowała Laetitia Casta? Ciekawe. Kobieca twarz Polski? Hm… Może Sonia Bohosiewicz z filmu Rezerwat.

Taka trochę dresiara…

Otóż to! Ale w niej jest mądrość i czułość i seks. Sonia Bohosiewicz zawsze mi się bardzo podobała. Sam film taki sobie, ale jej rola w Rezerwacie genialna. Cioran mówił, że woli kobiety od mężczyzn, bo mają tę tajemniczą wyższość, którą daje tylko wielowiekowa niewola. I taka jest polskość..

Większość Morfiny napisałeś podobno w kawiarni. To bardzo po hipstersku.

Być może, ale dla mnie to była absolutna konieczność, a nie jakaś hipsteroza. Nie mieliśmy wtedy jeszcze domu. Za to mieliśmy już dwójkę dzieci. Mogłem pracować co najwyżej w kuchni. Akurat wtedy w Gliwicach otworzyła się fajna kawiarnia. Polubiłem się z właścicielami. Miałem swój stolik. Nie taszczyłem codziennie ze sobą całego plecaka książek. Czekały na mnie. Ze swojej miejscowości jeździłem do Gliwic tylko z komputerem.

A propos. Zrobiłem sobie wirtualną wycieczkę po Pilchowicach.

Jest coś takiego? Pilchowice to wieś, a w zasadzie takie maleńkie śląskie miasteczko. Nic specjalnego. Nie będę przecież mówił, że są jakieś specjalnie piękne, tylko dlatego, że tam mieszkam. Zwyczajne miejsce. Ale mi tam dobrze.

Na oficjalnej stronie twojej gminy nie ma o tobie wzmianki. Dlaczego się tobą nie chwalą?

Nie wiem, bo może nie ma czym? Ale to fajnie, u siebie na wsi chcę być po prostu młodym Twardochem, synem starego Twardocha, a nie jakimś tam pisarzem. Pisarze w Polsce na szczęście nie bywają celebrytami. Z Łukaszem Orbitowskim robiliśmy takie numery, że na imprezach literackich zamienialiśmy się miejscami i każdy podpisywał książki za drugiego. Nikt się nie zorientował (śmiech).

Teraz już chyba by się wam nie udało.

Nie byłbym taki pewien. Sytuacje, kiedy ktoś mnie rozpoznaje i spieszy z gratulacjami, zdarzają się niezmiernie rzadko. Na szczęście. Oczywiście to przyjemne i miłe, ale jednak żenujące. Wstydzę się tak bardzo, że mam ochotę wejść pod stół, albo… zalewam się od stóp do głów.

A precyzyjniej?

Kiedyś wracałem do domu z Warszawy i jadłem obiad w WARSie. Przysiadła się atrakcyjna dziewczyna i powiedziała: „Czytałam pana książkę, bardzo mi się podobała”. Natychmiast odpowiedziałem: „To bardzo miłe, co pani mówi…”, machnąłem ręką i wylałem na siebie całe piwo. Finito (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*