Stanisław Tym

Stanislaw-Tym

PLAYBOY nr 2, 2007

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Makowski

Wie pan, co o panu mówi Prezydent?

Proszę mi przypomnieć.

„Zdolny satyryk, ale często trudno się z nim zgodzić”.

(Śmiech). Nawet nie wie, jaką frajdę sprawia mi takimi słowami.

A czy pan zgadza się ze zdaniem „są pociągi, na które spóźniać się nie wolno”?

Oczywiście. Zdanie to przypomina mi maturę z polskiego, którą zdawałem 54 lata temu, 200 metrów stąd w liceum nr 165, na rogu Drewnianej i Dobrej. To cytat z powieści Igora Newerly’ego Pamiątka z Celulozy.

Której pan wtedy nie znał.

Do tej pory nie znam.

A samego Newerly’ego?

Miałem nawet honor gościć go kiedyś u siebie w domu. Do nieznajomości Pamiątki jednak się nie przyznałem. Pamiętam, że kiedy dostałem na maturze pytanie o tę jego powieść, myślałem, że to już koniec. Przepadłem. Znałem tylko jedno zdanie z książki, właśnie to o pociągach. Rozpaczliwie kombinując, próbowałem odpowiadać na pytanie plotąc trzy po trzy. Udało się.

To prawda, że zdawał pan maturę w wieku 15 lat?

Tak się złożyło. Powstanie przeżyłem w Warszawie, w Śródmieściu, a po klęsce przez obóz przejściowy w Pruszkowie, zostaliśmy wywiezieni pod Częstochowę. Miałem siedem lat, ale poszedłem od razu do czwartej klasy, bo taka akurat była. Już wtedy pisałem i czytałem płynnie. Uczyła mnie mama. Znałem też geografię Polski, oczywiście tej przedwojennej. Kiedy wróciliśmy do zrujnowanej Warszawy, nie poznałem miasta swojego dzieciństwa. W każdym razie, zaraz po powrocie poszedłem do szkoły, właśnie tu na Drewnianą, i od razu do piątej klasy. Skończyło się na tym, że przystępowałem do matury w wieku 15 lat. A wtedy mając 15 lat było się jeszcze dzieckiem.

Teraz też się jest.

No, wiecie panowie, teraz 15-latki piją wódkę, chodzą na dziewczyny i uważają, że są za dorosłe na palenie papierosów, więc zamiast palić, ciągną kreski.

Zauważył pan, że zburzyli fabrykę cukierków obok pańskiego dawnego liceum?

Właśnie przed chwilą to spostrzegłem, jeżdżąc dookoła i szukając miejsca do zaparkowania. Ze smutkiem skonstatowałem, że nie ma już dawnej fabryki Franciszka Fuchsa.

Idzie nowe. Będą tu apartamentowce po trylion tysięcy złotych za metr. Ma pan jakieś szczególnie słodkie wspomnienia związane z tym miejscem?

O dziwo, nigdy nie byłem w środku. A słodkie wspomnienia, owszem. Z okien pachniało czekoladą, wonnymi estrami. Przyjemne sąsiedztwo. Ale prawdziwie słodkie wspomnienia mam z Zakładów 22 Lipca, dawniej E.Wedel. W wyniku relegowania mnie po dwóch latach z Wydziału Chemii na Politechnice, poszedłem do pracy. Los rzucił mnie do produkcji herbatników i czekolady.

Pewnie do dziś nie może pan patrzeć na czekoladę.

Lubię słodycze. Tylko chałwa mi się źle kojarzy. W pierwszych dniach pracy, nowi koledzy zapytali, co bym zjadł. Powiedziałem, że chałwę, bo to był rarytas. Wrąbałem chyba z pół kilo. Zakleiłem się. Pić się chciało. Dali mi mleko. Wychyliłem z litr zimnego. Chałwa oczywiście skawaliła mi się w żołądku i pochorowałem się. Trzy dni ją trawiłem. Koszmar.

„Bramkował” pan w Stodole po pracy?

To już było po Wedlu. Szybko wróciłem na Politechnikę, zdałem egzamin wstępny, znów na chemię, z której mnie znów wylali po pierwszym roku. Zresztą z każdej uczelni wyrzucali mnie za brak postępów w nauce. Z aktorskiej również. Jan Świderski, który był opiekunem mojego roku powiedział, że egzaminatorzy pomylili się, przyjmując mnie do szkoły teatralnej i wyrzucił mnie w połowie studiów. Powiedział, że jestem jeszcze na tyle młody, że sobie poradzę.

Miał pan pretensję?

Ciężko to odchorowałem. Bardzo długo wychodziłem z nerwicy, na pewno ponad dziesięć lat. Początki były okropne. Miewałem stany, w których byłem pewien, że umieram. Okazało się jednak, że skoro nieskutecznie umierałem 20 razy, to znaczy, że będę żył. I coś musiałem z tym zrobić. Mogę przypuszczać, że gdyby nie Świderski, nie zostałbym człowiekiem zawodowo piszącym.

Ale pańskie początki aktorskie są przecież znakomite. Same poważne nazwiska: Skolimowski, Morgenstern, Stawiński… Co prawda epizody, ale jakoś trzeba zaczynać.

Rzeczywiście. Debiut w Cafe pod Minogą

Jako powstaniec numer 12.

(Śmiech). Panowie wszystko wiecie. Nie ma o czym rozmawiać.

Stał pan w kolejce po zupę.

Nie, to było inaczej. W czasie kręcenia zdjęć na rynku Starego Miasta w jakiejś przerwie technicznej fotosista poprosił aktorów do zdjęcia. Na środku była barykada. Zgromadził przy niej wszystkich – a w tym filmie grała ówczesna czołówka, absolutny top. Postawił ich przy kotle z zupą, dał im menażki i kazał ustawić się w kolejce do kotła. Zorientował się jednak, że nie ma kto tej zupy nalewać. Rozejrzał się wkoło i zobaczył mnie. „Chodź tu chłopcze, stań z tą chochlą”. Dymsza podstawił mi menażkę. To zdjęcie ukazało się później bodajże w „Filmie”. Stoją obok siebie największe nazwiska tamtych lat, ja w samym środku, a podpis pod zdjęciem głosi: „Takiego zgromadzenia najlepszych aktorów komediowych jeszcze nie było” (śmiech). Trzeba mieć w życiu szczęście.

Nie ma to jak dobre wejście.

A propos! Jeszcze jako początkujący tekściarz napisałem dla Tadeusza Olszy monolog pod tytułem Dzienniczek syna. Olsza był znany z tego, że miał trudności z zapamiętaniem tekstu i wszystkie monologi mówił pod suflera. Dodatkowo miał też problem ze słuchem. Numery estradowe Olszy często wyglądały tak, że wychodził Olsza na scenę, kłaniał się, dostawał brawa, następnie słychać było głos suflera. A że teksty były śmieszne, publika zaczynała się śmiać i zagłuszała powtarzającego tekst Olszę. Ludzie bili brawa po pointach suflera, paląc pointy aktorowi. Kiedy Olsza dostał mój monolog, mógł sobie cały tekst dużymi literami napisać w tytułowym dzienniczku. Na pierwszym przedstawieniu wygonił suflera. Ten poszedł się poskarżyć do dyrekcji teatru. Olsza przychodzi na dywanik i co mówi? (Parodiując głos aktora) „Bo wy, kurwa, nic nigdy nie zrozumiecie. Tak piszą te monologi, że się zwyczajnie nie sposób nauczyć. Przyszedł utalentowany gówniarz, napisał… i samo wchodzi do głowy”.

(Śmiech). Wróćmy jeszcze do czasów studenckich. Czy zastanawiał się pan kiedyś, co by było, gdyby dostał się pan na Wydział Włókna w Łodzi?

Nic by nie było. Nie traktowałem tego serio. Kombinowałem, żeby uciec przed wojskiem. Jak się dostałem na Wydział Przetwórstwa Rolnego SGGW, to odebrałem tylko indeks i legitymację, żeby móc jeździć na zniżkowe bilety i więcej się nie pojawiłem. A pomysł na Wydział Włókna wziął się prawdopodobnie stąd, że było się tam łatwo dostać.

A od pana można było łatwo dostać, kiedy był pan bramkarzem w Stodole? Ostry pan był?

Nie, nie, nie! To były zupełnie inne czasy. Nie trzeba było bić. Bardzo rzadko używało się siły. Stodoła to było elitarne miejsce. Wejście za biletami, które rozprowadzał klub uczelniany. Tylko studenci Politechniki mogli te bilety nabyć. Jeśli ktoś się zachowywał nieodpowiednio, to brało się delikwenta na bok i mówiło: „Weź się chłopie uspokój”. I tyle.

Może pan nie bił, bo miał wystarczająco silne argumenty. Wystarczy spojrzeć na pana zdjęcia z młodości.

To jest dziwne. Bo oboje rodzice byli niscy, siostra też jest niska, a my dwaj, ja i brat Antoni, przy słusznej wadze – metr osiemdziesiąt trzy.

Brat też ma piękne włosy, jak pan?

(Śmiech). Też.

Kiedyś na pytanie, dlaczego nie zapuszcza pan włosów, odpowiedział pan, że nie ma na to czasu. Kiedy pan ten czas znajdzie?

W najbliższym czasie.

Pytamy o włosy, nie ot tak sobie dla śmiechu. Słyszeliśmy, że między innymi to właśnie pańskie piękne włosy zdecydowały o zamianie Wydziału Włókna na szkołę teatralną.

Spotkanie z moim kolegą Robertem w Stodole było opatrznościowe. Ustawiło mi całe życie. Aż do tamtej chwili chciałem być inżynierem chemikiem i tego się trzymałem. Pewnego wieczora, kiedy stałem na bramce, do klubu przyszedł wspomniany kumpel Robert w towarzystwie znanego wtedy aktora Józefa Pary i dwóch panienek. Nie mieli biletów, więc Robert mnie skorumpował i wpuściłem do środka całą czwórkę. Później oni zaprosili mnie do stolika. Od słowa do słowa zgadało się o moich planach na życie. Kiedy usłyszeli o tym, że chcę być inżynierem chemikiem, wybuchnęli śmiechem. Robert powiedział: „Słuchaj, ty zostań lepiej aktorem. Jesteś pięknym, postawnym chłopakiem, masz piękne włosy. Józek, co myślisz?”. Para przytaknął, a dziewczyny zapiszczały z radości. I tak zadecydowało się moje życie. Już następnego dnia rano Robert zaprowadził mnie do szkoły teatralnej, poznał ze znajomymi studentami i poprosił kilku, żeby mnie przygotowali do egzaminu na Wydział Aktorski.

Nauki pobierał pan między innymi u Romana Wilhelmiego. Czego pana nauczył?

Romek na pierwszym spotkaniu zapytał, czy mam dziesięć złotych. Miałem. „No to chodź na piwo” – powiedział. Szczegółów tych spotkań nie pamiętam. W każdym razie koledzy wyuczyli mnie skutecznie. Znali przecież profesorów, wiedzieli jak im przypaść do gustu.

A potrafi pan jeszcze dzisiaj wyrecytować z pamięci „Śmierć braciszka” Gałczyńskiego?

(Stanisław Tym zamyka oczy, milczy przez chwilę i recytuje pierwszą i ostatnią zwrotkę – prawie bezbłędnie. Interpretuje przejmująco…)

Leżał w trumnie umarły na szkarlatynę

na gładziutkich sosnowych deskach.

Trumna pewnie w środku była niebieska,

bo miał niebieskie oczy.

A gdy się wszystko skończyło,

doktor krzyknął: „Boże, to już trzecia godzina!”

Skonał braciszek, skonał, skonał, skonał.

Zostało po nim serce z kory i okaryna

stłuczona.

Wspaniale. Jak na wiersz, którego nauczył się pan w piętnaście minut tuż przed wejściem na egzamin w szkole aktorskiej, czyli pół wieku temu – wynik rewelacyjny.

To była wyjątkowa sytuacja.

Wtedy też pan zamknął oczy.

Z całych sił starałem się nie zapomnieć tekstu, koncentrowałem się tak bardzo, że z wrażenia zamknąłem oczy. Komisja uznała, że to moja interpretacja. Dostałem brawa. Panowie, żarty żartami, ale jest coś na rzeczy. Kiedy słucham Krzyśka Kowalewskiego w reklamie LOT-u: „Jesteś pod dobrymi skrzydłami”, to myślę sobie, że to o mnie. Coś nade mną czuwa. Tyle lat. Aż się boję, żeby to szczęście pewnego dnia się nie odwróciło.

Apelujemy do szczęścia, żeby pozostało stałe w swoich uczuciach. I żeby nie zrobiło sobie przypadkiem urlopu na czas premiery Rysia.

(Śmiech). Dziękuję. Wiecie panowie, jaka to była okropnie długa praca? Scenariusz rozrastał się w sposób zupełnie niekontrolowany. W pewnym momencie naprawdę nie wiedziałem, kiedy i jak to się skończy.

Myśleliśmy, że będzie pan wyczerpany po zdjęciach. A przed nami siedzi wypoczęty, zadowolony, zrelaksowany młody facet…

Przed młodymi chłopakami nie będę cierpiał. Nie wypada (śmiech).

Czy pan jeszcze w ogóle pamięta, kiedy obiecał Sylwestrowi Chęcińskiemu scenariusz komedii o współczesnej Polsce?

Na pewno bardzo dawno temu. Chyba tuż po Rozmowach kontrolowanych, czyli jakieś 15 lat minęło od tamtego zobowiązania.

A w końcu i tak zamiast Chęcińskiego w roli reżysera obsadził pan siebie samego.

Ależ to on mnie obsadził. Spotykałem się z Sylwestrem kilkukrotnie i on wciąż był niezadowolony. W końcu powiedział: „Słuchaj, ten scenariusz jest niespójny, od Sasa do Lasa, za dużo w nim scen konstrukcyjnie nieważnych. Z drugiej strony muszę jednak pamiętać, że tak samo był napisany i wyreżyserowany Miś. To się świetnie sprawdziło, mimo że ja do dziś tej zasady nie pojmuję. Dlatego Staszek, sam nakręć ten film. Niech to będzie twój debiut”.

Czy nad scenariuszem Rysia pracował pan tak długo, bo chciał go doprowadzić do perfekcji? Słyszeliśmy, że perfekcjonizm to pańska poważna przypadłość.

Nie wiem, co to znaczy. Jak człowiek się do czegoś zabiera, to po prostu chce to zrobić jak najlepiej. I tyle. Przyznaję, że praca nad Rysiem nieznośnie się przeciągała. Rzeczywistość, którą chciałem opisać, ciągle mi uciekała. Ledwie wymyśliłem jakiś przekręt do scenariusza, zaraz ktoś go robił naprawdę. Zanim zrozumiałem, że nie ma sensu się ścigać, upłynęło trochę czasu. Zrozumiałem, że nie tędy droga i wciąż szukałem klucza do tego scenariusza. Przyznam, że na właściwą drogę pchnął mnie Boy-Żeleński. A właściwie jego jedno zdanie, które powinienem przecież znać. Ale to dopiero Józef Hen je dla mnie z twórczości Boya wydobył, pisząc jego biografię.

Zamieniamy się w słuch.

„Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej inteligencja, dowcip bez dobroci wydają mi się niesympatyczne i niezajmujące”. Zdanie wyjęte z jakiejś recenzji teatralnej. Ogromnie mądre. Można by powiedzieć – program na życie (nie jestem pewien, czy nie powtarzam tego za Henem). Pomyślałem sobie, że w tym duchu trzeba napisać Rysia. Boy jednym zdaniem uporządkował mi tony notatek i nadał im nową geometrię. To był przełomowy moment.

Obawia się pan reakcji publiczności?

Oczywiście. Film komediowy to trudna konkurencja. Krytykami są tylko widzowie. Jeżeli się nie śmieją, to znaczy, że komedia jest do niczego.

To dlaczego wziął się pan za komedię?

Wyjaśnił mi to Antoni Słonimski. Kiedyś powiedział do mnie: „Wydaje mi się, że jesteśmy do siebie podobni. Jesteśmy niecierpliwi i lubimy mieć recenzje od razu, bez oczekiwania”. Śmiech to najszybsza recenzja.

Z informacji o filmie wynika, że obsada Rysia idzie nie w dziesiątki, ale wręcz w setki nazwisk. Zastanawiamy się, dlaczego więc nie ma wśród nich Krystyny Podleskiej (w Misiu grała Aleksandrę Kozeł – aktorkę, kochankę Ryszarda Ochódzkiego – przyp. red.)?

Nie miałem dla niej roli. Rozmawialiśmy na ten temat. Było jej przykro, podobnie jak mnie. Nawet stworzyłem taką postać, ale istniała tylko w pierwszej wersji scenariusza.

Słyszeliśmy, że Ryś powstawał również w Korei, Chicago i Kuwejcie. Czy w tym ostatnim zaprzyjaźnił się pan z jakimiś szejkami?

Znam tamtejszych ministrów oświaty i obrony. Nie wiem, czy wciąż się utrzymują na stanowiskach, ale zdjęcia z nimi zdążyłem sobie zrobić.

Jakich znajomych ma pan w Korei Południowej?

Szwadron południowokoreańskiej policji. Mam takie zdjęcie: siedzę z nimi na trawniku przed stadionem w Busan.

Z Korei pisał pan świetne relacje w Rzeczpospolitej. A pańskich felietonów na łamach brakuje jak śniegu w grudniu. Dlaczego pan zrezygnował z kolumny na ostatniej stronie Plusa Minusa?

Odszedł ówczesny redaktor naczelny i prezes, a ja trzy tygodnie przed nimi. Bo ja zawsze wyczuwam, co się stanie. A do felietonów pewnie wrócę. W Polsce aż się prosi, żeby raz na tydzień komuś przedzwonić (obecnie felietony Stanisława Tyma można czytać w tygodniku Polityka – przyp. red.).

Pan, zdaje się, często był mylony z jednym ministrem?

Ale to był porządny człowiek. Niejednokrotnie mylono mnie z Jackiem Kuroniem. Jego też mylili ze mną: „Ale pan w tym Rejsie to zagrał”. Znaliśmy się dobrze i uzgodniliśmy, że będziemy składali autografy za siebie nawzajem. Ja za ministra, on za kaowca Tyma. Kiedyś w lecie stałem na Placu Trzech Krzyży w korku samochodowym. Miałem uchylone szyby, było gorąco, nagle podbiega starsza kobieta i zaczyna niemal krzyczeć: „Panie ministrze, ja bardzo przepraszam, jestem inwalidką trzeciej grupy inwalidzkiej, mam tu papiery…” i zaczyna wyciągać coś z teczki. Mówię: „Proszę pani, pani mnie pomyliła. Nie jestem ministrem Kuroniem”. A ona: „Proszę nie żartować. Ja chcę tylko wyjaśnić. Pan by spojrzał na te papiery”. I zaczyna opowiadać swoją historię. Przerywam jej i mówię „Pani mnie posłucha uważnie”. „Tak, panie ministrze.” „Ja pani nie oszukuję, ja jestem tylko podobny, naprawdę”. „Wierzę. Jak by pan mógł oszukiwać, panie ministrze? Pan jest taki porządny człowiek”. (Śmiech).

Nadal chadza pan na spacery z władzą wykonawczą?

Pytacie panowie o profesora Religę? Nie, już go nie spotykam. Z tego co mi wiadomo, stracił pieska, z którym spacerował i to może być główny powód naszego „rozstania”. Ale chyba pan minister mieszka nadal w tym samym miejscu, bo mu niedawno położyli nowy chodnik. Władza wykonawcza mnie porzuciła, ale za to spotykam się z władzą ustawodawczą.

A konkretnie?

Widuję senatora Romaszewskiego. Rozmawiamy o zieleni, przyrodzie, ptakach. Nigdy o ustawodawstwie.

To pewnie tak jak damy, o które chcielibyśmy pana zapytać. Odróżnia pan już Dodę od Mandaryny?

Zaskoczę panów, bo trochę zdążyłem się dokształcić ostatnimi czasy. Wiem, że obie są piosenkarkami. Ale gdyby panowie posadzili je tutaj obok, to nie wiedziałbym, która jest która.

A poznał pan już choćby jedno nazwisko z polskiej reprezentacji piłkarskiej?

Smolarek. Bo kibicowałem ojcu.

Mamy ostatnie pytanie tego typu. Czy wie pan, co to jest: Taniec z gwiazdami?

Oczywiście! Wczoraj się dowiedziałem. Nie żartuję. Okazało się, że znane osoby uczą się tańczyć od zawodowych tancerzy. Ktoś odpada, ktoś zostaje.

I skoro nam tak dobrze idzie, to proszę jeszcze powiedzieć, co pan myśli o feministkach?

Któryś z filozofów greckich zauważył, że prawdziwe jest to, co odpowiada człowiekowi. Oczywiście nie z każdą prawdą należy się solidaryzować. Dlatego nie unikam feministek, ale nie pamiętam nazwiska Łyżwińskiego.

A czy zabierze pan głos w kwestii naszej rozkładówki?

Te sprawy zostawiam wam. Wielokrotnie występowałem w rolach kobiecych, więc nie chciałbym być stronniczy.

Czy jest jakiś temat, z którego śmiać się nie wypada? Papież?

Nie ma tematów tabu. Musi być tylko ważny powód, by z kogoś lub z czegoś śmiać się i żartować. „Żeby się śmiać, trzeba mieć twarz”, że przypomnę Majakowskiego.

Jak to jest być człowiekiem-słońce?

To znaczy?

To jest pytanie o Stanisława Tyma. Wystarczy, że pan tutaj wszedł, a wszyscy zaczęli się uśmiechać, natychmiast się rozpromienili. Dlatego pytamy, jak to jest być człowiekiem-słońce?

To zależy, czy chodzi panom o słońce wschodzące, czy zachodzące.

Ustalmy, że chodzi o słońce w zenicie.

(Śmiech). Nigdy nie przypuszczałem, że będę tak rozpoznawalny. Często podchodzą do mnie ludzie i pytają, czy mogą sobie zrobić zdjęcie. Zupełnie jak z misiem na Krupówkach. „Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem?”. Wtedy ja pytam: „z kim?”. I słyszę odpowiedź, że „ze mną”. No to drążę dalej: „Ale ja chciałbym wiedzieć, z kim ja sobie zrobię zdjęcie!”. I dostaję odpowiedź: „nieważne”. Zastanawiam się, jak to nieważne? Przecież to bardzo ważne. Nie poddaję się, wyciągam rękę i mówię: „Stanisław Tym”. I co słyszę? Osoba, która chce zrobić sobie ze mną zdjęcie odpowiada…: „Wiem”.

Na skróty:

Kilka opowiastek Stanisława Tyma zebranych spod łóżka:

Przechodząc przez Plac Zamkowy w Warszawie, przypominam sobie o moim praprapra… dziadku, Danielu Tymie, ludwisarzu królewskim, który na zamówienie Władysława IV wykonał odlew posągu Zygmunta.

Trzeba mieć w życiu szczęście, bo bez niego jak bez ręki, jak powiedział pewien pianista.

Po co ja będę jeździł do Afryki, skoro u mnie na Suwalszczyźnie jest tak pięknie.

Dziś liczy się czas. A ja jestem przyzwyczajony do tego, że czasu mam mnóstwo.

Marek Piwowski, który jest bardzo dowcipnym człowiekiem, zawsze mówi, że intensywnie myśli nad Rejsem 2. Nakręca koniunkturę, a niektórzy nawet mu wierzą.

Widziałem różne zwierzęta, ale takiego sprzętu jak przy tej sesji fotograficznej nie widziałem nigdy.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*