Sidney Polak

PLAYBOY nr 4, 2009 rok

TEKST: Rafał Księżyk

fot. Tomek Bergmann

Co czujesz, gdy słyszysz piosenkę Chłopaki nie płaczą?

Ta piosenka to kawałek mojego życia. Przypominam sobie klimat, który był w T.Love, gdy ona powstawała. Muniek jej nie lubi. W T.Love ta piosenka ma ksywę „dupowłaz”. Ja uważam, że to trafiony hit. Tekst Muńka jest wytrychowy. Wytrych to jest taki nośny wers, który ma uniwersalność codzienną. Już sam tytuł jest wytrychem. Dobrej jakości. Znajomi mieli synka, który płakał podczas ubierania. Ojciec mu mówił: „Chłopaki nie płaczą”. Można się z tego śmiać, ale w tym się kryje wartość, którą trudno osiągnąć w piosence. Gdyby jednak T.Love opierał się tylko na takich utworach, byłby to kompletnie inny zespół.

A mnie Chłopaki nie płaczą przypomnieli twój pierwszy własny zespół Incrowd, który 15 lat temu miał huczną i krótką karierę. Byliście pierwszym rockowym boysbandem na nowej, kapitalistycznej scenie rockowej. Wyszczekani chłopcy z megakontraktem.

W naszych organizmach wrzały hormony. Wzajemnie się nakręcaliśmy. Ścigaliśmy się w szczeniackich wybrykach, które zahaczały o chamstwo. Tak realizowaliśmy swoje wyobrażenie o młodym zawadiackim zespole
rockowym.

To były dziwne czasy. Ze Śląska przybył do Warszawy tajemniczy facet z walizką pieniędzy. Przekonał media, że podpisał z Incrowd kontrakt dekady. Ile to kasy wam rzekomo zapłacił?

Nie pamiętam. Dwa i pół miliarda? Kwota z kosmosu. To był chwyt marketingowy. Element image’u Incrowd: „Może ich wszystkich wkręcimy”. Nie dostaliśmy tej kasy. Ale część ludzi załapała się na ten wybieg. Pamiętam, że do Majchrzaka, z którym założyłem Incrowd, dzwonił Kostek Yoriadis, grający wtedy w Human, żeby pogratulować.

Zacząłeś grać z T.Love jeszcze w szkole.

W ostatniej klasie. Chodziłem do Eksperymentu, pod Hutę. Obecnie LX Liceum im. Wojciecha Górskiego, szkoła przeniosła się na Wawrzyszew.

Jakie tam się odbywały eksperymenty?

W tej szkole testowano nowe pomysły edukacyjne. Np. lekcje trwały 60 minut i nie było dzwonków. Ciężko się tam było dostać. Facetom łatwiej, ponieważ przestrzegano zasady, że w koedukacyjnych klasach musi być pół na pół dziewczyn i chłopaków. A miejsca męskie były mniej oblegane. To była dobra szkoła, która nastawiała ludzi na osiąganie celu. Jeśli oni, ciało pedagogiczne, widzieli, że ktoś jest dobry w pewnej dziedzinie, starali się pomagać.

Twoje granie na perkusji uznano za taki talent wart wsparcia?

Na początku byłem chuliganem z Chomiczówki, który puka na lekcjach nie wiadomo po co.

Przejścia wybijałeś na blacie biurka, długopisem czy palcami?

Ołówkami z gumką na końcu. Po blacie, ale częściej po nogach. Cały czas mam lekkie ADHD. Spotkałem też fajnych ludzi. W pierwszej klasie liceum usiedliśmy w szatni i postanowiliśmy założyć zespół. Zacząłem wtedy grać na perkusji. Trafiłem do Cytadeli, zespołu z tej samej szkoły. Zagraliśmy ze 20 koncertów. Tam przyuważył mnie Janek Benedek. Na koncert Cytadeli przyszedł z nim Muniek. Powiedzieli mi: „Młody, może spróbujesz”. Tak się zaczęło z T.Love. Od razu miałem pierwsze problemy. Koncerty, opuszczanie szkoły, problem z dopuszczeniem do matury. Ale zdałem i dostałem się na socjologię bez problemu.

Czujesz się szczęściarzem? Od razu po maturze byłeś w profesjonalnym zespole.

Bardzo dużo miałem szczęścia. Musiałem mu pomóc. Ćwiczyłem po 8–10 godzin dziennie, aż mi krew leciała z palców. Strasznie mnie to kręciło. Mogłem w muzyce wyrazić siebie. Jak się dostałem do T.Love, miałem wrażenie unoszenia się pod sufitem, ze szczęścia. Rzadko tego doświadczam. Po zdanej maturze upiłem się tak, że wydawało mi się, że latam. Wiele zawdzięczam Jankowi i Muńkowi, że mnie wzięli.

Masz kilkanaście lat stażu na scenie. Niektórzy rockowi muzycy z trzydziestką na karku to już wraki. Były niebezpieczne, ostre momenty, a ty potrafiłeś się pilnować?

Ja miałem inklinacje do piwa, ale wódki nigdy dużo nie piłem. Jestem też zbyt wielkim hipochondrykiem i paranoikiem, żeby wciągać w siebie chemię o nieznanym pochodzeniu i działaniu. Nigdy nie używałem kokainy czy amfetaminy. Natomiast po trzydziestce trochę się zatrzymałem jako perkusista. Moje najlepsze granie to był okres Al Capone. Teraz nadrabiam, myślę, że za dwa lata będę znowu w dobrej formie. A to wszystko dlatego, że otworzyłem sobie nową przestrzeń w postaci mikrofonu i komputera. Jak poznałem możliwości komputerowego home recording, oniemiałem, mogłem sam realizować moje pomysły muzyczne, tak jak mi to w głowie grało. Wtedy odważyłem się zaśpiewać. W wieku 32 lat poczułem się tak, jakbym sobie kupił pierwszą perkusję czy gitarę. Wiatr w żaglach.

Co z twoją pracą magisterską? Miałeś napisać o T.Love.

Ja jestem wiecznym studentem. Na dziennej socjologii wytrzymałem trzy lata. Doszedłem do zaliczenia pierwszego roku. Po sześciu latach wróciłem zaocznie na Stosowane Nauki Społeczne. Brakuje mi ostatniego egzaminu i pracy magisterskiej. Zamierzam wrócić na uczelnię w październiku. Zobaczymy czy mnie promotor pamięta. Mam zebrane wszelkie materiały. Myślę o pracy, która pokaże, jak działa zespół rockowy, jak się kręci ta mała grupa społeczna. To nie będzie rzecz dla fanów.

Znowu socjologia, a ja myślałem, że w końcu ktoś opisze T.Love soczyście. W biografii T.Love wydanej przez Lampę kwestie z kręgu sex, drugs & rock&roll opada zasłona milczenia. Przecież co poniektórzy muzycy T.Love mają w branży opinię najostrzejszych imprezowiczów.

To po części prawda. Ale ta książka była autoryzowana. Zbyt wielu jest ludzi, którym mogłoby się zrobić przykro. Gdybyś bez konsekwencji prawnych chciał stworzyć opowieść o zespole, należałoby napisać sztukę teatralną, w której występowaliby Maniek, Pazim, Polek i inne postacie skonsultowane z adwokatem (śmiech). Poza tym takie życie to nie jest powód do dumy. Jest produktem ubocznym spalania się w rock&rollu.

Życia z muzyki, życia w trasie, presji bycia w formie na scenie?

Życia w zupełnie innym rytmie. Ten rytm wpływa na zachowanie. Ale to niekoniecznie musi być tak, że dobry zespół rock&rollowy to zespół ćpunów i pijaków. Choć często tak bywa. W T.Love też są historie, tajemnice poliszynela, ale nie ma szans, by zostały autoryzowane.

Nie ma co ciągnąć za język, bo i tak wytniesz w autoryzacji? To opowiedz chociaż, czy tobie zdarzały się przygody, którymi potrafiłeś wzbudzić zamieszanie w T.Love.

Były różne wyczyny. Różnego kalibru. Najbardziej śmieszny, z mojego punktu widzenia, był ten, kiedy się obnażyłem przed zakonnicami. Jechały samochodem obok. Nie wiedziały o co chodzi, kiedy z okna busa zobaczyły dyndające na wietrze męskie przyrodzenie. Głupi, typowo kacowy, rock&rollowy żart. Tego typu bzdury.

Znasz taki cytat: „Z kieliszkiem w dłoni powrócił na salony”?

Nie wiem, nie znam.

To twoje „dramatyczne wyznania dla Faktu”. Sprzed dwóch lat.

Aaa. „Fakt” nie miał wtedy pewnie o czym pisać. Koleżanka taki tekst chyba napisała.

Ale ten cytat mógłby tłumaczyć, dlaczego nad swoją drugą solową płytą pracowałeś przez 5 lat.

Tak naprawdę to były 4 lata pracy. Różne rzeczy o tym zadecydowały. Ten kieliszek też trochę. Podstawowa sprawa jest taka, że jestem cały czas i chcę być członkiem T.Love. A ten zespół ma dużo pracy. Pierwszą swoją płytę też robiłem cztery lata. Kiedy się ukazała, myślałem, że jak stanę na scenie, zacznę śpiewać swoje teksty, spojrzę ludziom na koncertach w oczy, to mi się wiele rzeczy wyjaśni. Stanę się bardziej pewny swoich artystycznych wyborów. Ale nic więcej się nie dowiedziałem. Mogłem zrobić płytę hiphopową. Albo totalne reggae. Mogłem zrobić zespół rock&rollowy. Myślenie o tym, jaka ma być to płyta, o czym, zajęło mi sporo czasu. Zrobiłem bardzo dużo muzyki. Mam już nagrania na trzecią płytę. Pozostaje kwestia tekstów. Teksty zajmują najwięcej czasu.

Czułeś presję jako tekściarz? Chomiczówka przyniosła ci przecież w mediach opinię głosu pokolenia.

Ja się specjalnie głosem pokolenia nie czuję. Jestem chłopakiem z Chomiczówki, który ma trzydzieści parę lat i jestem muzykiem. Wiem, że dobra piosenka powinna mieć wartość uwspólnionego uczucia. Sam to mam, że kiedy słucham piosenki i dotyka mnie jakiś wers, mówiący o czymś, co sam przeżyłem podobnie, to wtedy czuję ciary na plecach. Na takim uwspólnieniu uczuć polega rock&roll. W moich tekstach nie ma żadnej ściemy. Nie wiem, czy te piosenki z nowej płyty są dobre, czy złe, ale mogę przyrzec, że są zrobione od serca.

Co zaskoczyło cię najbardziej w nagłej popularności?

Miałem sytuację kiedy wymiękłem. Gdzieś na Śląsku podeszła do mnie pani z małą dziewczynką. Powiedziała; „Zobacz Kasiu, to pan Chomiczówka”. Siedziałem przy piwie z kolegami w barze. I tu nagle zdjęcie z sześcio- czy ośmiolatką.

„Ziom napij się z nami” – to wers z nowej płyty. Często tak za tobą krzyczą?

Bardzo często. Lekko nieświadomie zrobiłem z siebie alkoholowego barda. Ludzie nadal mnie tak kojarzą. Ja od pewnego czasu w ogóle nie piję alkoholu. Muszę dbać o wątrobę, bo transaminazy mi na maksa podskoczyły. A jak odmawiam, słyszę: „Sidney, ty nie pijesz? Chory jesteś?”. W Polsce kwestia niepicia to jest total. Jak nie pijesz, jesteś co najmniej kapusiem.

A niebezpieczne sytuacje z cyklu: „Ze mną się nie napijesz?”. Masz na to sposoby?

W takich sytuacjach trzeba po prostu powiedzieć: „Człowieku. Jestem zaszyty. Chcesz, żebym zszedł?”. Koniec. To przemawia. „Aaaha! Człłooowieeku, rozumiem. Przybij pionę”. Niestety. Tak ten kraj wygląda.

A czy to nie jest jednak rodzaj perwersji, że na swojej stronie, która nazywa się polak.pl, ogłaszałeś rankingi piw i wódek albo konkurs na opis największej najebki?

To były żarty. Taka strona to rozrywka, więc stwierdziliśmy, że to sposób na wejście w interakcję. Moja druga płyta jest znacznie bardziej trzeźwa, bo moje życie stało się bardziej trzeźwe. Już nie mam czasu na balangi. Dopadł mnie kryzys wieku średniego.

Czym się ten kryzys przejawia?

Na przykład tym, że jaram się jazdą jednośladem. Staram się podróżować ile się da. Globtroterskie wyprawy z plecakiem uczą po prostu radzenia sobie. Ciągle coś się dzieje, jest rytm. Przygoda. Ale zacząłem też się oglądać za przyczepami kempingowymi. To już synonim starości.

Skuter z nowej piosenki to ten, którym jeździsz w rzeczywistości?

Tak. Burgman 650. Uważam, że jest zajebisty. Jestem w klubie ludzi, którzy jeżdżą tymi skuterami. Jeżdżę na zloty. A ostatnio z narzeczoną pojechałem skuterem na koncert T.Love do Norwegii. Dwutygodniowa wyprawa. Chciałbym objechać Japonię na skuterze. Tam jest dobry asfalt. Był plan skuterowej wyprawy po Nowej Zelandii. Musiałem zbastować. Trzeba było wbijać wokale na drugą płytą. Marzę o tym, żeby pojechać na motocyklu do Iranu. Takie rzeczy mnie zaczęły kręcić. Zacząłem też sporo nurkować i to się stało moją drugą pasją z tych, które dotykają mężczyzn po 30. No i jestem totalnym świrem field recordingu. Mam fajny stereofoniczny mikrofon i cyfrowy recorder, w którym uwieczniam odgłosy otoczenia. Atmosferę miejsc. Kiedyś pół dnia spędziłem pod meczetem nagrywając muezina. A ostatnio poszedłem na mecz Manchester United z Celtic Glasgow na Old Traffrod. Liga Mistrzów. Chciałem mieć zaśpiewy angielskich kibiców. Buduję sobie w komputerze dźwiękową bazę danych. Można to zgrabnie w piosenkach poukładać. Jak to robi Manu Chao, którego jestem megafanem.

Cyfrowy styl życia dużo zajmuje miejsca w twoim własnym życiu?

Dużo. Jako narzędzie komunikacji. W tym świecie nic się nie zmieniło. Ludzie pozostali tacy sami. Na czaty już nie mam czasu. Ale zdarzają się ciekawe historie. Ostatnio z T.Love graliśmy w Stambule. Dzięki moim kontaktom z forum skuterowego mogliśmy zwiedzić miasto. Dwa maile, umawiamy się tu i tam. Pokazali nam Stambuł, którego byśmy nie zobaczyli. Wiele rzeczy działa prościej dzięki technologii. Ja sam muszę dbać o to, żeby być blisko ludzi, bo z racji zawodu mógłbym się kompletnie oddzielić, zamknąć się w studiu i robić muzykę. Tylko że to droga donikąd. Najlepsze pomysły przychodzą podczas rozmów z ludźmi. Chodzi o to, żeby być w mieście, żyć miastem, wtedy spływają inspiracje. Wtedy warto być przekaźnikiem. Być na tyle spostrzegawczym, aby wyłowić to, co ważne w miejskim gwarze, to, z czego można zrobić fajną lajtową, pomagającą w życiu piosenkę.

To brzmi jako twój program artystyczny.

Coś takiego.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*