Robert Makłowicz

PLAYBOY nr 04, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Tomek Bergmann


(Spotkanie z panem Robertem to czysta przyjemność. Rozmawia się z nim doskonale, żeby nie powiedzieć smacznie. Paradoksalnie nic nie zjedliśmy. On palił i popijał kawę, my słuchaliśmy i raczyliśmy się grzanym piwem. Ot, taka typowa krakowska pogawędka)

Różne rzeczy czytaliśmy o tym, kto gotuje u pana w domu…

Bo wszyscy zadają mi to debilne pytanie po raz tysięczny. Czasem mówię, że stuletnia, niewidoma służąca; kiedy indziej, że osiemnastu kuchcików. Jeśli to ukazało się w druku, świadczy to tylko o tych, którzy ze mną rozmawiali. Jak słyszę pytanie o moją ulubioną potrawę, to mam ochotę wyskoczyć przez okno.

A zatem, czy pan, panie Makłowicz, jest wielbicielem makiełek (maku z miodem i bakaliami – przyp. aut.)?

W Galicji ta nazwa jest w zasadzie nieznana. U nas się je kutię, ale mak lubię. Moje nazwisko nie jest związane z makiełkami, jak również nie jestem Szkotem z Łowicza, czyli McŁowiczem.

A skąd pan jest?

Moja prababcia była Ormianką, a babcia Ukrainką. Babcię widziałem raz w życiu, bo tylko raz pozwolono nam wtedy tam pojechać. A dziadka widziałem dwa razy, bo raz to on do nas przyjechał. Na Ukrainie mam wielką rodzinę. Tylko mój ojciec znalazł się po tej stronie linii Curzona, a reszta została za Bugiem. Teraz częściej się widujemy. My gadamy po polsku, a oni po ukraińsku, my w szkole czytaliśmy Mickiewicza, a oni Szewczenkę. Oni nie mówią o nas Lachy, a my o nich, że mają czarne podniebienie. Makłowicze byli kiedyś rodziną wielokulturową, ale smutny i kretyński wiek XX wymusił bardzo precyzyjne podziały narodowościowe, przeciwko którym się buntuję, bo czuję się obywatelem całej Europy Środkowej, historycznie rzecz ujmując – Austro-Węgier.

Pański ślub i chrzest pana dzieci odbyły się w obrządku ormiańskim. Na czym on polega?

Różni się tylko liturgią, która jest przedsoborowa. Ksiądz stoi tyłem do publiczności, mówi po ormiańsku, dzieci chrzci się mocząc je w chrzcielnicy, a ślub bierze się mając korony na głowach. Ale rzadko jestem uczestnikiem mszy. Mimo to jestem owieczką przykładną, jak na Ormianina przystało, charakteryzującą się nikczemnym wzrostem, dużym nosem, krzaczastymi brwiami i dość obfitym owłosieniem. Ormianie rozpoznają mnie jako swego, choć na nosie nie rosną mi włosy. Akurat ta cecha u mnie zanikła.

Jaki ma pan zawód? Kim pan właściwie jest?

Historykiem bez dyplomu, dziennikarzem, ale nie kucharzem. I wcale nie udaję, że nim jestem, chociaż tak postrzegają mnie ludzie. A ja to skromny amator i wcale nie pretenduję do roli zawodowca. Przesłanie moich programów jest proste: jeżeli ja, człowiek nie obdarzony talentem manualnym, potrafię coś zrobić, to znaczy, że może to zrobić każdy. Ale nie zawsze wszystko wychodzi, więc ku przestrodze gotujących nie wycinam zabawnych gaf. Po prostu zaznaczam, że to jest złe. Nie jestem też Bogusławem Kaczyńskim, który pamięta o orzeczeniu, chociaż podmiot wypowiedział dwie godziny wcześniej, więc niezdarności językowe wynikające z improwizacji też się zdarzają. To ma wyglądać naturalnie, bo niczego ani nikogo nie udaję. Stąd zarzuty niektórych, że na końcu jest bałagan, że nierówno siekam, że brzydko wsadzam palce w zupę albo w sos. W Polsce istnieje pewien standard estetyki telewizyjnej, który być może wziął się z „Teleecha” Ireny Dziedzic – wszystko musi być perfekcyjne. Ale ja nie jestem nienagannym prezenterem. Gdybym podobał się wszystkim, byłbym kaczorem Donaldem.

To prawda, że pan – podróżnik, boi się latać?

Podróżować można nie tylko maszynami latającymi, ale czasem trzeba i wtedy walczę z lękiem. Gdy byłem w Ekwadorze, nieco odurzony szaman powiedział mi, że zginę w katastrofie, jeżeli nie dam mu stu dolarów. Przekonaliśmy go, że wystarczy dwadzieścia. Rytuał szamański na użytek cudzoziemców polega tam głównie na opluwaniu ludzi alkoholem. Szaman nabiera w usta bimber z trzciny cukrowej i spryskuje delikwenta, przy okazji nieco przełykając. Poza tym okadza go dymem z jego papierosów, bo własnych oczywiście nie ma. Lekko nieprzytomny szaman zdmuchnął świeczkę, która symbolizowała moje życie. Było groźnie. Jak wracałem z Ekwadoru, przeżyłem potworne turbulencje. To był koszmar. Miałem wówczas wokół siebie niespodziewanie wiele pięknych kobiet, które okazały się transwestytami lecącymi do Madrytu. Pospadały im peruki, wyjęli Pismo Święte i grubymi głosami zaczęli się po hiszpańsku modlić. Wtedy przeraziłem się całkowicie (śmiech). Spotkałem się potem z wieloma specjalistami i wiem jedno – przed lotem trzeba wypić flaszkę. Najlepiej zasnąć dwadzieścia minut po starcie i obudzić się lekko otępiałym godzinę przed lądowaniem. Udaje mi się to. Oczywiście dawka alkoholu jest zależna od długości trasy, tak więc wsłuchuję się w odgłosy własnego organizmu.

Czy w czasie pana programu obowiązuje abstynencja?

Zwariowaliście, panowie? W programie kulinarnym abstynencja? Kuchnia bez alkoholu nie ma sensu. Jak gotujemy w miejscach winiarskich, pijemy wino. Bez tego nie da się zrozumieć Francji czy Hiszpanii. Niemiec nie da się ogarnąć bez piwa, a Rosji bez wódki. Ale panowie chcieli raczej spytać, czy gotuję po pijanemu? Otóż nie. Poza tym na ekranie wino nie może się za często pojawiać, bo istnieje coś takiego jak ustawa alkoholowa. Uprzedzając kolejne pytanie, informuję, że całkiem niedawno badałem wątrobę i jest OK.

Ale gdy ogląda pan swój program, jest pan na kacu. To pana słowa.

Nie pamiętam. Moralnym? Aż tak nie wstydzę się swych poczynań. Na zwykłym? Zdarza się, bo program emitowany jest w niedzielne poranki, a sobota to dzień zabaw (śmiech).

Czy na kaca najlepsza jest praca?

Praca!? Może jeszcze fizyczna? Koszmar! Rąbiąc drewno można sobie uciąć nogę albo rękę. Praca na kacu jest bardzo groźna. Na kaca najlepszy jest, niestety, alkohol. Najlepiej znowu się upić (śmiech), ale tak postępującymi winni zająć się lekarze. Kaca można zminimalizować, ale nie zniszczyć i bardzo dobrze, bo jest to kara za to, co się wyrabiało dnia poprzedniego. Ostrzeżenie dla organizmu. Gdyby nie było kaca, masowo umierano by na marskość wątroby w wieku lat czterdziestu.

Pana słynne powiedzenia to improwizacja czy ktoś to panu wymyśla?

Wszystko jest improwizacją. Jedyne, co znamy wcześniej, to miejsce, w którym mamy nagrać program oraz potrawa, którą będę przygotowywał. Wszelkie karkołomne metafory historyczne są popłuczynami tego, co piszę.

Jest pan łasuchem? Często boli pana żołądek?

Łasuch je byle co, a to na pewno nie ja. Choruję rzadko, nie pracuję przecież w Indiach.

Skoro nie byle co, to nie boi się pan chodzić do McDonalda?

Bezpieczniej wejść do McDonalda niż do jakiegoś odrapanego autobusu z kominem i napisem: „grochówka żołnierska” albo „świeżonka”. Takie przedsięwzięcia kulinarne grożą śmiercią.

A widzi pan na twarzach ludzi, którzy spotykają Roberta Makłowicza w McDonaldzie, dziwne uśmieszki?

Nie. Ci, którzy tam chodzą uważają, że przychodzą do najlepszego miejsca na świecie. Pewnie sobie myślą: „No proszę, Makłowicz. To znaczy, że mamy rację”.

Czy patrząc na osoby publiczne jest pan w stanie ocenić ich przyzwyczajenia konsumpcyjne?

Nie chciałbym jadać tego, co Andrzej Lepper, bo sądząc po jego wypowiedziach, odżywia się niezwykle monotonnie. Kuchnia nie znosi poza tym uprzedzeń rasowych i narodowych. Prawdziwy smakosz nie może być endekiem i narodowcem, musi być świadomym kosmopolitą. Kiedyś przeczytałem, że ulubioną potrawą Jana Olszewskiego są odsmażane ziemniaczki. Głęboko mnie zabolało, że były szef rządu mojego państwa odsmażane ziemniaczki stawia ponad zającem w śmietanie, z buraczkami. Wiedziałem też, zanim John Major przestał być szefem Partii Konserwatywnej, że przegra wybory i pogrąży swoją partię. Przyznał, że najbardziej lubi fasolkę Heinza z puszki. Jego partia była skazana na zagładę. A nasza klasa polityczna? To przeważnie kulinarni jaskiniowcy. Większość jest w siódmym niebie mając śledzia po japońsku i pół litra. Spójrzcie na nasze prawo, zwłaszcza stanowione ostatnio – syndrom śledzia i pół litra przebija. Mamy państwowy monopol na produkcję alkoholu. Na świecie jest tak, że jeśli ktoś robi destylat z malin, to płaci podatek i sprzedaje go pod własnym nazwiskiem. A u nas zaraz trzeba mieć Polmos. Sadownicy mogliby przecież pędzić. Jest sad śliwkowy, przychodzi poborca podatkowy, szacuje, ile można zrobić śliwowicy, płaci się podatek i po sprawie. A u nas stanowiący prawo nie znają takich smaków. Owocowy destylat nie pasuje do śledzia.

A zatem kieruje się pan, wybierając polityków, wiedzą o ich menu?

W życiu bym nie wybrał chociażby prezydenta Busha. Ten facet je wyłącznie steki wielkości stołu. Ja mam depresję widząc taki kawał mięsa na talerzu. To są zresztą niebezpieczne konotacje. Stalin znał się na jedzeniu. Był też dobrym, skutecznym politykiem, ale przy okazji potworem. A Piłsudski kompletnie się nie znał i było mu wszystko jedno, co je. Herbatę – barbarzyńskim, rosyjskim zwyczajem – pijał ze szklanki. Zostało mu to z zesłania.

Jest coś, czego na pewno by pan nie zjadł?

Płucek na kwaśno – ohyda. Nie wziąłbym do ust mózgu małpy zaciśniętej w imadle przy stole ani psa. Ale jadłem pancernika i świnki morskie. Te ostatnie nie wyglądają zbyt estetycznie. Są obdarte ze skóry, wypatroszone, z łapami i paszczą. Ale musiałem spróbować, bo bawiłem na indiańskim weselu. Było nas czterech białych, a dookoła trzystu Indian w ponczach i melonikach. Udawaliśmy, że pyszne, choć było wstrętne. Zimne i nie przyprawione. Smakowało jak coś między kurczakiem a królikiem.

Jakim daniem można zniewolić kobietę?

Afrodyzjaki? Ja się na tym nie znam. Żyjemy jednak w takich czasach, że wystarczy samemu coś kobiecie ugotować, żeby ona zwariowała ze szczęścia. Mnie zdarzało się popisywać przed kobietami gotowaniem. W czasach studenckich na imprezach namiętnie gotowałem pory pod beszamelem. Proste do zrobienia, a jakie dobre. No i pory mają bardzo seksualny wygląd. Kuchnia to przecież także gra skojarzeń.

A z jaką potrawą kojarzą się panu Pamela Anderson i Grażyna Szapołowska?

Pamela z milk-shakiem, którego się brzydzę. Natomiast panią Grażynę porównałbym do bigosu. Chodzi mi oczywiście o przenośnię. Bigos im starszy tym lepszy, im dłużej gotuje się w kotle, tym piękniejszy. Może być też porównanie z długo dojrzewającą szynką, bo trudno powiedzieć, kiedy etap dojrzewania pani Grażyny osiągnie apogeum. A wszystko idzie w dobrym kierunku.

Słyszeliśmy, że ostrygi smakują jak pewien intymny organ kobiecy…

Coś może być na rzeczy, zresztą w niektórych młodzieżowych slangach dziewczyny do wyjęcia to „muszle”. A ostrygi są pyszne. Natomiast tak zupełnie na poważnie, co do afrodyzjaków, to ma tu coś do powiedzenia nauka. Są różne pierwiastki, które powodują, że człowiek robi się bardziej żwawy albo senny. Po owocach morza libido wzrasta, po schabie w kapuście pewnie opada. Chociaż gdyby tak było, to Czesi by się nie rozmnażali, czyli i w schabie z kapustą musi być coś rajcującego.

Czy po negatywnej prasowej recenzji lokalu wyrządzono panu kiedykolwiek krzywdę?

Fizycznie nie. Były groźby sądowe, ale nie doszło do procesu, czego bardzo żałuję. To byłoby genialne, gdyby ktoś musiał udowodnić, że kotlet, który zjadłem, był dobry.

Zdarzyło się panu kiedyś nie jeść? Wręcz głodować?

W 1986 roku pojechałem z dziewczyną na Zachód. Kupowało się wtedy bilet kolejowy do Berlina Wschodniego, przechodziło do Zachodniego i tam łapało stopa. Miałem czek od ojca na dwieście dolarów, a narzeczona sto dziesięć dolarów gotówki. Okazało się, że czeków nam nie zrealizują. Nocowaliśmy na jakimś campingu. Przez ten czas głód zaspokajałem przy pomocy papierosów „Wiarus”. Nie jadłem niczego półtora dnia! Szczęśliwie w Belgii „Wiarusy” wymieniono mi na „Camele”. Inicjator wymiany był pewien, że to marihuana. Tak śmierdziały.

No właśnie. Dziwi nas, że pan tak namiętnie pali. Czy palenie i smakowanie nie wykluczają się wzajemnie?

Przede wszystkim trzeba uważać, żeby popiół nie spadł do przygotowywanej potrawy. Podobno papierosy ograniczają smak, ale jakbym nie palił, to już dawno bym zwariował z powodu ostrości rozpoznawanych smaków. Znam wielkich kucharzy, którzy palą, choć nikogo nie namawiam. Piotr Bikont często cytuje opowiadanie Szaniawskiego, w którym profesor Tutka stawia młodzieńcowi obiad z winem, a potem częstuje go papierosem. Ten zapala, a profesor mówi: „No widzisz i teraz cała przyjemność na nic, bo sobie zniszczyłeś smak”. To morał literacki, a życiowy jest taki, że Szaniawski był nałogowym palaczem. Co prawda fajki, ale ona w większym stopniu powoduje kołkowacenie języka.

Z jakim najbardziej egzotycznym narkotykiem miał pan kontakt?

Dlaczego panowie myślą, że w ogóle miałem jakikolwiek kontakt z narkotykami? Choć kiedyś szaman w Amazonii poczęstował mnie wywarem z lian. Indianie południowoamerykańscy oczyszczają się nim raz na jakiś czas. Po wypiciu leży się i fruwa parę ładnych godzin. Witkacy byłby zadowolony. W Londynie jadłem jajecznicę z haszyszem. Była ohydna i było mi potem niedobrze. Lepiej zażywać haszysz bez jajecznicy.

A pan to robił!?

Dawno temu, w latach 80. Karalność tego czynu dawno uległa już przedawnieniu (śmiech).

Dba pan o linię?

Nie, nigdy. Że niby gruby jestem? Raczej mały i przypakowany. Obcy jest mi terroryzm dietetyczny. Jesteśmy opanowani przez miazmaty, że człowiek do śmierci ma być młody, chudy i zgrabny. Dawniej starość była synonimem mądrości i powagi, a teraz jest démodé. Amerykanie są pewni, że Pan Bóg, kiedy przychodzą do nieba, sprawdza im wyniki testów cholesterolowych i wpuszcza ich albo do nieba, albo do czyśćca, albo odsyła do piekła. Jasne, że należy o siebie dbać, ale nie można przesadzać. Dieta po prostu powinna być urozmaicona i tyle.

Ale pan chyba nie przepada za wysiłkiem fizycznym?

Z dwoma wyjątkami. Niezwykle lubię narty, bo nie trzeba samemu podchodzić pod górkę, oraz badmintona. Nie znoszę wysiłku fizycznego nie związanego z rywalizacją. Takie bieganie jest kompletnie pozbawione celu. Byłem też raz w siłowni i coś nudniejszego nigdy mnie nie spotkało. Jestem kibicem piłki nożnej. Grałem zresztą kiedyś na prawej obronie. Lepsi grali w ataku, a ja byłem średni. W moich czasach najgorszy był bramkarz. Na bramce stało się za karę.

W połowie lat 80. pracował pan na Zachodzie. Chyba nie za karę?

Jako biedny student z Polski niszczyłem różnym ludziom mieszkania. Kładłem sufity, które odpadały; tapety, które się odklejały. Mam dwie lewe ręce. Tylko raz pracowałem na poważnie. W Niemczech w fabryce przetworów owocowych. To było piekło. Latała tam baba i krzyczała: „Schneller, schneller”, a my wrzucaliśmy wiśnie do maszyny, która je drylowała i odrywała im ogonki. Dziesięć godzin non-stop, nawet bez przerwy na papierosa. Wszystkie pieniądze, które zarabiałem na Zachodzie przejadałem i przepijałem. Po prostu korzystałem z życia. Najwięcej przywiozłem z Londynu, ale to już za czasów Mazowieckiego. Udało mi się uzbierać dwa tysiące funtów. Pracowałem tam przez rok na budowie. Najpierw zamiatałem, a potem awansowałem i jeździłem wózkiem widłowym.

Ale dlaczego inteligentny i dorosły już mężczyzna w czasach demokratycznych wyjechał do Londynu?

Bo nie wiedziałem za bardzo, co ze sobą zrobić. Mieszkałem z rodzicami i byłem raczej takim maminsynkiem. W Londynie mieszkałem u ciotki, więc nie płaciłem za mieszkanie i przyjąłem pierwszą ofertę pracy. Potem wróciłem i nadal nie bardzo wiedziałem, co będę robił w życiu. Do Londynu pchnęła mnie także pewna osobista sprawa, czyli kobieta, w której byłem zadurzony. Można w zasadzie powiedzieć, że pojechałem tam za nią. Skończyło się to moją klęską, bo pani ta wyszła za mąż za Anglika, a ja zostałem na budowie, tracąc jedyny cel wyjazdu, który zniknął w angielskim Pałacu Ślubów. Widocznie byłem brzydszy…

Ale teraz ma pan przynajmniej skuter. Skąd pomysł na poruszanie się na nim?

Imperatyw kategoryczny. Po pierwsze czerwona Vespa to ładna rzecz, po drugie nie lubię chodzić, a po trzecie mogę się nim poruszać po krakowskich Plantach, bo skuter jest traktowany jak rower. W 1978 roku założyłem się ze swoim ojcem, że jak Wisła zdobędzie mistrzostwo Polski, to mi kupi motorower. No i wygrałem zakład. Dostałem Komara, ale nie poruszałem się na nim długo, bo jak się cudem wydostałem spod kół Ziła, odstawiłem i sprzedałem sprzęt. Zawsze chciałem jednak mieć skuter. W zeszłym roku dokonałem zakupu. Ale proszę nie kojarzyć mnie z oldskulowymi kaskami. Mam oryginalny vespowy chełmik (śmiech).

Ile pan wyciąga?

Jeszcze nie zrobiłem tysiąca kilometrów, a po tysiącu jest pierwszy przegląd i będę mógł zdjąć blokadę, która każe mi jeździć pięćdziesiąt na godzinę. Potem będę pruł osiemdziesiąt. Ale jestem w takim wieku, że od szybkości bardziej interesują mnie godność i dostojeństwo.

A od czego zaczynał, w sensie poruszania się, Robert Makłowicz?

Pierwszym moim pojazdem był moskwicz na pedały, ale jeździłem nim tylko po domu. Na zewnątrz się psuł.

A propos pedałów, podobno nie lubi pan jeździć na rowerze. Dlaczego?

Na rowerze człowiek się poci, a nie jeździ, a człowiek spocony wygląda źle. Poza tym produkują teraz takie rowery, że żeby na nich siedzieć trzeba się zginać. Pozycja w pałąk jest przecież nieludzka! Można dostać hemoroidów. Nie wspomnę o wciągnięciu sobie nogawki w łańcuch.

Słyszeliśmy, że w pozycji w pałąk pocił się pan jako perkusista. Rokował pan?

Chyba nie bardzo, choć do dzisiaj potrafię wystukiwać bossanovę. Grałem w podstawówce w zespole Death Boys. Graliśmy klasycznego, apetycznego hardrocka. Miałem kiedyś szpulę z nagraniami, ale niestety gdzieś zginęła. Potem chłopcy grali już beze mnie. Kariery nie zrobili. Nie tylko jako muzycy, ale także jako ludzie. To była specyficzna szkoła peryferyjna, tak więc tylko ja i kolega z klasy poszliśmy w ogóle do liceum. W podstawówce uczyłem się ze złymi, ale fajnymi chłopcami.

Czego dzisiaj słucha Robert Makłowicz?

Płyt hardrockowych mam niewiele, ale zawsze. „Made in Japan”, „Made in Europe”. Bez Purpli nie da się żyć! Poza tym słucham Zappy, Emersonów, czasami King Crimson. Lubię różne rzeczy, od Haydna przez jazz aż po Bryana Ferry’ego.

A słucha pan Gorgorotha, który tak cudownie niedawno rozsławił Kraków (w czasie koncertu na krzyżach wisieli nagi mężczyzna i dwie nagie kobiety pomazane krwią. Całości dekoracji dopełniały satanistyczne symbole oraz kilkadziesiąt baranich głów powbijanych na pale i pomazanych krwią – przyp. aut.)?

Nie. To były świetne jaja (śmiech). Thrash metalu nie słucham, ale mam w domu płytę zespołu Sodom (śmiech). Kiedyś chciałem koledze zrobić dowcip i kupiłem mu ten kompakt na prezent, ale zapomniałem go wręczyć i w ten sposób Sodom został u mnie. Nawet słuchałem z dwa razy.

Ile propozycji reklamowych pan odrzucił?

Minimum kilkanaście. Zależy mi na własnym wizerunku, a nie na tym, żeby jak najwięcej zarobić. Ale chętnie zareklamuję dobry koniak, parmezan, Astona Martina i zegarek Omegi, ale tego nikt mi nie proponował (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*