Rinke Rooyens

Rinke-RooyensPLAYBOY nr 06, 2015 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke

fot. Radek Polak

Królewska zbroja uwiera czy jest wygodna?

Dla mnie jest zawsze wygodna (śmiech). Chodzi wam o słynny wieczór w hotelu Jan III Sobieski? To była końcówka lat 90. Robiliśmy wtedy dla TVN-u program „To było grane”. Cała nasza ekipa mieszkała w hotelu i każdego dnia po nagraniu organizowaliśmy w hotelowym barze imprezę. Wtedy akurat gwiazdą programu był zespół Brotherhood of Man, który kiedyś wygrał Eurowizję. Pamiętam, bo do dziś na wspomnienie tamtej nocy słyszę w głowie ich przebój: Kisses for me, save all your kisses for me (śmiech). Wszyscy świetnie się bawili. W pewnym momencie poszedłem do toalety i wpadła mi w oko husarska zbroja w hallu. Raz, dwa i wróciłem do baru w pełnym rynsztunku.

Rooyens – Zbrojens.

Jan III Zbrojens (śmiech). Myślałem, że to będzie świetny żart. Ale najwyraźniej nie zostało to odebrane w ten sposób. Dostałem zakaz wstępu do Sobieskiego. Persona non grata.

To był jedyny raz, kiedy cię wyrzucili z hotelu?

W Polsce tak.

Ponoć od małego sprawiałeś problemy.

Tak uważał mój tata. Mama się mną zachwycała.

Nie dziwne. Już jako 13-latek występowałeś w jednym z wielkich spektakli słynnego Roberta Wilsona.

Ojcu to się bardzo nie podobało. Uważał, że powinienem chodzić do szkoły i dobrze się uczyć. Tym bardziej że moja siostra była jego oczkiem w głowie. Ja mam astygmatyzm i kiedy patrzę na druk, to często widzę słowa, których nie ma. Dlatego słabo radziłem sobie z czytaniem. A tata wymagał od nas, żebyśmy czytali na głos napisy do filmów, które leciały w telewizji. Strasznie się męczyłem, robiłem mnóstwo błędów. A moja siostra czytała jak z nut. Ja zawsze byłem ten gorszy.

Ale miałeś za to imponujący start.

Na casting mama wysłała mnie siłą. Mówiła: „Rinke, musisz iść, to ma być piękny czterogodzinny spektakl, który będzie też grany na otwarcie olimpiady w Los Angeles”. Za nic nie chciałem tam pójść, tym bardziej że były akurat moje urodziny. Jednak mama – jako znana aktorka – była zaprzyjaźniona z osobą, która organizowała ten casting. Gdybym nie poszedł, wszystko by się wydało. Pojechałem więc na rowerze i totalnie od niechcenia wykonywałem wszystkie polecenia. Po trzech dniach telefon do mamy: „Rinke jest fantastyczny, fenomenalny…”. Najpierw graliśmy ten spektakl w Rotterdamie, a potem w Paryżu. Tata był bardzo niezadowolony. Kazał zatrudnić dla mnie nauczyciela, który miał dopilnować, żebym się nie opuścił w nauce. Oczywiście, niczego mnie ten facet nie nauczył (śmiech). Zresztą to nie miało najmniejszego znaczenia, bo i tak zawsze przegrywałem z siostrą w konkursie na wiedzę. Bardzo pragnąłem akceptacji ojca, ale dla niego liczyły się przede wszystkim stopnie w szkole.

Teraz jest z ciebie wreszcie dumny?

Nawet bardzo. Ale nigdy mi tego nie powiedział. Ostatnio byłem na targach branżowych w Cannes. Spotkałem wielu kolegów z lat, kiedy razem pracowaliśmy w holenderskiej telewizji. Opowiadali mi, że ojciec nie może się mnie nachwalić. „Rinke, on tak fantastycznie o tobie mówi!”. Może i mówi, ale nie do mnie.

Twój tata nadal jest producentem i reżyserem telewizyjnym?

Nie robi już programów. Jest konsultantem w niemieckiej stacji ARTE. Pracuje też w Chinach w charakterze człowieka odpowiedzialnego za długofalową wizję stacji.

A czym zajmuje się siostra?

Odpowiada za cały budżet RTL4. Bardzo ważne stanowisko. Strasznie nudna praca. Po prostu najgorszy syf (śmiech). Oczywiście z mojej perspektywy. Jej to odpowiada i jest w tym świetna. Ważna i mądra.

Tata jest dumny.

Na pewno. Nigdy nie sprawiała problemów. W przeciwieństwie do Rinke (śmiech). Pamiętam, że kiedy wyjechałem do Polski, ojciec przestał ze mną rozmawiać. Obraził się i prawie 2 lata nie mieliśmy kontaktu. Uważał, że jestem totalnym idiotą. Chłopak, który może reżyserować największe programy w Holandii i Niemczech, a jedzie do jakiegoś dzikiego kraju, musi być wariatem. Nie wiem, co widziałem w Polsce. Ale bądźmy szczerzy, to była świetna decyzja. Tutaj miałem miejsce, żeby naprawdę rozwinąć skrzydła.

A czy Polska nie była dla ciebie po prostu ucieczką?

Była. Po samobójstwie mojej mamy miałem tak silne wyrzuty sumienia i tak dużo pretensji do siebie, że przez długie lata nie potrafiłem sobie z tym poradzić. To nie była jej pierwsza próba, ale wcześniej zawsze zdążałem na czas. A tamtego dnia dzwoniła do mnie parę razy, a ja nie odebrałem. Byłem już tym wszystkim zmęczony, jej bardzo złym stanem psychicznym, przytłaczającą odpowiedzialnością. Jako 18-latek pracowałem już wtedy w stacji telewizyjnej jako road runner. Zarabiałem pieniądze, miałem swoje życie. I imprezowałem od środy do niedzieli. Moja mama zrobiła to w piątek. W tym czasie bawiłem się na firmowym party… Bardzo długo nie mogłem się pozbierać. To trwało kilkanaście lat. Polska okazała się dobrą odskocznią. Dopiero tutaj powoli zacząłem wracać do równowagi psychicznej.

Dobrze, że dodałeś „powoli”.

Wiadomo, że na początku było dużo zabawy. Najlepsze, że uważałem siebie za mocnego, zaprawionego w wódczanych bojach zawodnika. Byłem przekonany, że mam twardą głowę. Kiedy wylądowałem w Polsce, okazało się, że jestem cieniutki jak barszcz (śmiech).

Na szczęście praktyka czyni mistrza.

O tak. Zdecydowanie. Jak za dużo wypiłem, to następnego dnia musiałem się jakoś postawić na nogi. A na to też są dobre sposoby. I koło się zamyka. Na szczęście już od pięciu lat nie piję, nie draguję, a ostatnio rzuciłem nawet papierosy. Czysty jak łza. Dzisiaj emocji szukam gdzie indziej.

Na przykład jeżdżąc po polskich więzieniach?

Ostatnie wakacje spędziłem w Krzywańcu. Kolejne planuję we Wronkach (śmiech). Oczywiście jak mnie wpuszczą, bo odkąd żona byłego prezesa Amber Gold zaciążyła w łódzkim kryminale, media mają coraz większe problemy z dostępem do spraw związanych z więziennictwem.

Wronki, to będzie drugi sezon programu „Rinke w kryminale”?

Taki jest plan. Premiera pierwszej serii już niedługo. Mam nadzieję, że na antenie Polsatu. Mamy też w planach zagraniczną dystrybucję. W tym programie chcę pokazać, że system więziennictwa w Polsce funkcjonuje dobrze tylko na papierze. Z polskiego więzienia prawie nikt nie wychodzi lepszy. 80 proc. więźniów od razu do niego wraca. W Danii tylko 20 proc. Ta różnica robi wrażenie, prawda?

Czyli chcesz naprawiać świat?

Oczywiście. Uważam, że można i trzeba. W moim programie nie zobaczycie zła, zobaczycie nadzieję. Jeśli będziemy cierpliwi i będziemy pracować w odpowiednim kierunku, przyjdą zmiany na lepsze. Przez ostatnie 15 lat w Polsce wydarzyło się tyle, ile przez 60 lat w Danii czy Belgii. Nie wszystko może być jeszcze tak idealnie ułożone, jak byśmy chcieli. Na przykład służba zdrowia…

Ją też będziesz naprawiał?

A dlaczego nie? Chciałbym zrobić dokument podobny do serialu „24 godziny”. Tylko zamiast agentów wystąpiliby ludzie pracujący w polskiej służbie zdrowia.

Skąd pomysł?

Niedawno Roch (syn – przyp. red.) wylądował na ostrym dyżurze z drobnym rozcięciem. Kiedy usłyszałem, że lekarz, który go zszywał, jest od 18 godzin w pracy, nogi ugięły się pode mną. Tak przecież nie może być. Totalny bałagan i jedna wielka kombinacja. Państwowa służba zdrowia po prostu nie ma racji bytu. Jeśli nikt nie może w tej dziedzinie zarobić uczciwych pieniędzy, to też nikt nie może się szybko i skutecznie wyleczyć. Ale poprawianie tego systemu trzeba zacząć od pokazania ciężkiej pracy ludzi. Pracy ponad miarę.

W Holandii służba zdrowia działa lepiej?

Dużo lepiej, ale Holandia jest przecież niewiele większa od Mazowsza. Mamy o wiele łatwiej. Poza tym w Polsce wszystko łączy się z polityką. I nieważne kto był, jest i będzie ministrem zdrowia. Nie powinno chodzić o to, żeby być u władzy, ale żeby rozwiązywać problemy.

A może Polska potrzebuje premiera Rooyensa?

(Wybuch śmiechu). Ale ja całe życie jestem w opozycji! A do tego nie jestem demokratą. Moja wizja, to jedyna wizja. Taka minidyktatura. Wkurzałbym się, gdyby ktoś ze mną nadmiernie dyskutował. A gdyby robił to Kościół? Ho, ho… Kościół nie powinien łączyć się z polityką. Przecież w każdej szanującej się demokracji jest absolutny rozdział Kościoła od państwa. Ale nie w Polsce.

O tym zrób program.

Po co? Żadna telewizja w Polsce go nie kupi. Zresztą to akurat samo się unormuje. Za kilkanaście lat Kościół w Polsce nie będzie miał już dużych wpływów.

Tak szybko?

Polska zmienia się w tak błyskawicznym tempie, że wy tego nie widzicie. Bo ta zmiana jest aż tak gwałtowna. Największym problemem Polaków jest to, że wciąż coś kombinują i nie wierzą w siebie. A to jest najważniejsze. Poczucie własnej wartości. Jeżeli wierzysz w siebie, to wierzysz też w innych. Religia staje się niepotrzebna. A jak nie ma religii, to nie ma większości powodów do prowadzenia wojen. Wiara w Boga jest formą ucieczki od samego siebie. Albo dla samego siebie.

To ciekawe. Tym bardziej że na twoim biurku leży Pismo Święte.

Nieźle co? (Śmiech). Wpadło mi kiedyś przypadkiem w ręce, wziąłem je do firmy i przez cały dzień chodziłem z Biblią pod pachą. Ludzie byli zszokowani. Myśleli, że Rinke zwariował.

Obok leży książka o rosyjskich tatuażach więziennych.

Przecież te dwie pozycje mają ze sobą wiele wspólnego. Ponad połowa więziennych tatuaży nawiązuje do symboli religijnych. Przekaz pozostaje spójny.

Mówiąc o Polakach użyłeś słowa „kombinować”. Czy takie wyrażenie istnieje też w języku niderlandzkim?

(Rinke długo myśli). Jest słowo „tworzyć”. Ale to nie to samo… Chyba tylko Polacy kombinują. Dam wam przykład: kiedy zwykły człowiek znajdzie koło, to ono zaczyna się kręcić. A Polak, jak znajdzie koło, tak zaczyna kombinować, że z koła robi się jajko, które już się nie kręci… Holendrzy nie kombinują (śmiech). Wiecie, skąd pochodzą tulipany?

Podobno z Turcji.

Nie podobno, tylko na pewno z Turcji. Ale cały świat myśli, że z Holandii.

Cały świat zastanawia się, kiedy otworzysz swój teatr muzyczny. To podobno twoje marzenie.

Wielkie marzenie. Ja kocham musicale. Nawet z moim ojcem napisaliśmy wspólnie musical o Wałęsie. To byłby wielki hit. Ale żeby otworzyć teatr muzyczny w Polsce, potrzebuję krzyż…

Krzyż na drogę?

Czyjaś droga musi się skrzyżować z moją. W Niemczech musicale są bardzo popularne. Może ktoś z tamtego rynku pomyśli o Polsce. Wtedy ja od razu wejdę z nim w spółkę. I razem otworzymy wielki teatr w Warszawie. Bez zagranicznego partnera nie da rady. Taka jest niestety polska mentalność. Dopiero kapitał z zagranicy daje ci w Polsce respekt.

Przecież ty jesteś z zagranicy!

Ja już jestem aż za bardzo polski. W duszy mogę być europejski, kosmopolityczny, ale w biznesie jestem Polakiem.

Co to znaczy?

Że jestem traktowany jak Polak.

Czyli jak? Gorzej?

Oczywiście, że gorzej. Kiedy chcę w Polsce stworzyć coś nowego, potrzebuję zagranicznego partnera. Inaczej nie da rady.

Uwiera cię to, denerwuje?

Problem polega na tym, że ja jestem niezależny. Nazwa „Rochstar” to jest mój syn, moja gwiazda. Nie zamierzam stać się częścią na przykład Warner Bros, choć wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Niestety w Polsce show-biznes działa tak, że kiedy zaczynasz rosnąć, to reszta robi wszystko, żeby obciąć ci nogi. Masz być tak samo niski jak wszyscy. Ale w ogóle nie biorą pod uwagę tego, że możemy rosnąć razem. Nie. Rozwój wyobrażają sobie tylko jako część zachodnich korporacji. To jest chore! Jeśli chcesz tutaj osiągnąć więcej sam, to od razu pojawia się zawiść. Dlaczego w Polsce jest taka duża nienawiść?

Może to dotyczy tylko show-biznesu? Ty podobno naraziłeś się paru wpływowym osobom, kiedy wynająłeś szofera i jeździłeś po mieście najnowszą beemką siódemką…

No, to jest dopiero chore! Ci, którym najbardziej się to nie podobało, sami mogli sobie kupić siedem takich siódemek. Inny kolor na każdy dzień tygodnia. Jeśli ktoś ma z tym problem, proszę bardzo. Ja nie mam zamiaru się tym przejmować. Po tym jak straciłem prawo jazdy, pojechałem do Tajlandii na detoks…

Straciłeś za jazdę po wpływem?

Tak. I odpokutowałem nie jeżdżąc samochodem przez 3 lata. W Tajlandii po skończeniu detoksu zatrzymałem się w Oriental Hotel w Bangkoku. Oni wtedy odbierali swoich gości, wysyłając po nich najnowszą BMW siódemkę z szoferem w białych rękawiczkach, białym kapeluszu i białym garniturze. Bardzo mi się to spodobało. Pomyślałem, że skoro sam nie mogę prowadzić, zamówię sobie taki samochód i wynajmę szofera. Jeśli komuś się to nie podoba, to po prostu ręce opadają.

Dziwisz się? W tej branży nie ma przyjaciół.

A w ogóle jeszcze są? Żyjemy w coraz bardziej wirtualnym świecie i mamy samych wirtualnych przyjaciół. Kiedyś uważałem, że każdy człowiek powinien mieć 5 prawdziwych przyjaciół. Poza rodziną, rzecz jasna. Mnie się nie udało aż tylu zgromadzić. A wam?

Też raczej nie.

Ale za to macie pewnie setki wirtualnych. A ja nawet nie mam Facebooka. Co moim zdaniem akurat oznacza, że jestem bardziej interesujący od innych…

A jaką masz tapetę na telefonie?

A to coś mówi o człowieku? Ja mam zdjęcie, jak skaczę wysoko w górę na tle zachodzącego słońca.

I co to o tobie mówi?

Że chcę skoczyć wyżej niż słoneczko? Jumping over the sunshine (śmiech). Od niedawna jestem w takim stanie, że jak patrzę w lustro, to myślę: „lubię cię”. Polubiłem się po latach. Aktualnie jestem w trakcie dorastania.

To pewnie masz dużo wspólnych tematów ze swoim 17-letnim synem?

Bardzo dużo. Ale są też kłopoty. Roch nie mówi po niderlandzku. Przez 3 lata chodził na lekcje, ale nie wiem, co tam robił, bo na pewno nie uczył się języka. Bardzo żałuję. To moje niedopatrzenie. Dzisiaj chwilami mamy problemy z komunikacją. Nie znam polskiego tak dobrze, żeby pokazać wszystkie emocje. Angielski również nie jest naszym językiem numer jeden. Bywa ciężko. Roch ma teraz w głowie, żeby zrobić sobie rok przerwy w nauce i pojeździć po świecie. OK, ja to popieram. Gap year otwiera nowe horyzonty. Ale albo Roch jedzie z ojcem i wtedy mogę płacić za wszystko, albo jedzie z kolegami i płaci z własnej kieszeni. W jego wieku pojechałem sam do Egiptu na kilka miesięcy. Ale sam na to zarobiłem. Myłem samochody na światłach, zbierałem cebulki tulipanów, pracowałem w fabryce produkującej szlauchy – wszystko po to, żeby móc podróżować. Roch ma głód świata. To bardzo dobrze. Niech więc jedzie na 3 miesiące do Izraela do kibucu albo na wolontariat w Afryce, lub niech pracuje w Caritasie. Wszystko jedno co, oby to było pożyteczne. Jesteśmy właśnie na etapie takich rozmów. Pieniędzy na szaleństwa z kumplami od ojca nie dostanie.

Jak wyglądałeś, kiedy byłeś w wieku Rocha?

Najpierw nad łóżkiem wieszałem plakaty Madness i Sex Pistols. A potem zakochałem się w ska. Byłem łysy i chodziłem w czerwonych szelkach.

Myślisz teraz po polsku czy po holendersku?

Pół na pół. Ale jak jestem naprawdę wściekły, to przeklinam po swojemu. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy spotykam się z Holendrami, to po pewnym czasie zaczynam gadać po polsku i jestem zdziwiony, dlaczego oni mnie nie rozumieją.

Twoje pierwsze słowa po polsku?

Dziękuję, czyli Tien koeien, co po holendersku znaczy 10 krów.

Czy twoje nazwisko można przetłumaczyć na polski?

Można. Po polsku byłbym Ziemniakowskim albo Ziemniakiewiczem. Ale wolę Rooyens (śmiech).

Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?

Nie. W Holandii to nie była wielka sprawa. Znajomy moich rodziców był fotografem, który pracował dla PLAYBOYA. Nic niezwykłego. Zwyczajna rzecz. Każdy w Holandii miał wtedy w domu PLAYBOYA. Leżał w salonie na stole. Wszędzie. Były też różne inne pisma…

To może przypomnisz sobie, w jakiej gazecie widziałeś po raz pierwszy nagą kobietę?

Widziałem na żywo. Kochankę mojego ojca. Bardzo piękną. A potem w jednej z jego kochanek bardzo się zakochałem. I kiedy oni już zerwali ze sobą, to mieliśmy kontakt. Wspaniała dziewczyna.

Wow! To jest dopiero wspomnienie z dzieciństwa.

Ale to nie było w dzieciństwie, tylko w młodości.

Tak czy inaczej, bardzo nam zaimponowałeś. Jest jakaś kobieta, którą chciałbyś zobaczyć w PLAYBOYU?

Gisele Bündchen. Akurat dzisiaj widziałem ją na zdjęciach. Jest fantastyczna. Przepiękna. Podoba mi się też taka ciemnowłosa modelka z polskim nazwiskiem… Emily Ratajkowski.

Cały świat się nią zachwycił po teledysku Blurred Lines.

I słusznie. Powinniście zrobić wszystko, żeby ją rozebrać.

Przekażemy twoją uwagę bezpośrednio do Hugh Hefnera. Pamiętasz swoją ostatnią bójkę?

Ja taki nie jestem. O wiele bardziej bolą moje słowa niż pięści. Muszę na to uważać. Najważniejsze, żeby czuć kiedy jest dość. Mam z tym problem i parę razy dostałem kopa w dupę. Tak totalnie. Ostatni raz od pewnego górala… Pojechaliśmy ze znajomymi do góralskiej knajpy. No i było trochę brawury. Rozmawiałem przy barze z jakąś dziewczyną. On powiedział coś w rodzaju: „Co chcesz od mojej dziewczyny?”. Ja coś odpowiedziałem. No i nagle bum (śmiech). Konkretny strzał.

Jak się skończyło?

Nie pamiętam.

Po co ci dron w gabinecie?

To dość bolesne pytanie. Dron to jest prezent na moje urodziny, który dostałem od całej ekipy Rochstara. Stoi tu od ponad roku. Zdążyłem już mieć kolejne urodziny i wciąż go nie uruchomiłem. Bardzo mi wstyd, ale ja naprawdę nie mam czasu się tym pobawić. Za dużo pracuję.

Jaki nowy program chciałbyś niedługo wyprodukować?

„Gwiazdy skaczą na nartach”. Emisja byłaby w styczniu, czyli w miesiącu, w którym w polskiej telewizji nie ma niczego do oglądania. Do dzisiaj tego nie rozumiem. Najciemniej, najzimniej, wszyscy siedzą w domach, a w telewizji lecą same powtórki. Kompletny nonsens. Chcę to zmienić. W każdą sobotę i niedzielę stycznia gwiazdy skakałyby z 30-metrowej skoczni. Stworzylibyśmy ranking – jak w Pucharze Świata. Oglądalność byłaby gigantyczna.

Nie żal ci kariery aktorskiej?

Przecież cały czas gram samego siebie. To jest wielka rola!

Skomentuj

*

Spam Protection by WP-SpamFree