Rafał Królikowski

PLAYBOY nr 11, 2009 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Igor Omulecki


Przed tą rozmową zastanawialiśmy się, czy znamy jakiegoś aktora, który potrafiłby śmiać się tak neurotycznie jak ty…

Teraz to ja mogę się tym chwalić, ale w szkole teatralnej miałem ze śmiechem duże problemy. Właściwie wcześniej w ogóle się nie śmiałem.

Aż do studiów?

Zawsze wolałem obserwować z boku i śmiać się w duchu (śmiech). Otworzyłem się dopiero po lekcjach impostacji i dzięki usilnym prośbom profesorów. Potem już na zawołanie – wybuchałem śmiechem. Pamiętam do dziś, jak Ryszarda Hanin podczas prób do Białych nocy Dostojewskiego prosiła mnie: „Rafałku, jeszcze radośniej się zaśmiej, no jeszcze”. Dzięki niej zagrałem piękne sceny z Dorotą Landowską.

Twój śmiech pojawił się też w Pół serio.

Tomek Konecki zażądał śmiechu podczas kwestii „jeb i po ptaszydle”. Zaśmiałem się i po raz pierwszy zostało to zarejestrowane na taśmie filmowej. Ludziom podobno się podobało.

Nam spodobały się opowieści o twoich randkach nad Pichną.

Raczej nad kanałami Pichny, ale nie pamiętam szczegółów. Wiecie o czymś konkretnym? Przypomnijcie, bo jestem starszym panem i pamięć już nie ta.

Nie możemy ujawniać informatorów, ale wiemy, że byłeś typem kawiarnianym.

Po lekcjach chodziliśmy na papierochy do „Zacisza”, „Mokki” lub „Szarotki”. Często kupowaliśmy jedną herbatę na czterech. Tak naprawdę pierwsze randki kojarzą mi się z dymem papierosowym, a nie rzeczną bryzą (śmiech).

A z którym kinem ci się kojarzą? Z „Tkaczem” czy „Helem”?

Z „Helem”, bo tam wyświetlali nowości. Niestety dziś w Zduńskiej Woli nie ma już żadnego kina. To jest cholernie przykre… Ale i tak pierwsze filmowe wzruszenia przeżywałem gdzie indziej – w Kaliszu podczas konfrontacji. Pamiętam, że jak obejrzałem Amadeusza, byłem sztywny i zdrutowany, nie mogłem wydusić ani słowa. Obok mnie siedziała koleżanka Ilona, która cały czas płakała. Gdybym jej nie powiedział: „Zamknij się!”, ryczałaby do samego końca (śmiech).

Byłeś kibicem Pogoni Zduńska Wola?

Nigdy. Mimo że mój ojciec przez całe lata był wielkim działaczem sportowym i prezesem Szkolnego Związku Sportowego. Pewnie dlatego, żeby dać sobie trochę świętego spokoju, trzymał mnie i mojego brata na dystans. Nie chciał, żebyśmy wchodzili w jego rewiry. Po latach minęło mu i dzisiaj toczy dyskusje na temat piłki nożnej z moim młodszym synkiem. A nawet chodzi z nim na mecze Pogoni. Dla mnie futbol to wciąż dziwny sport. Nie rozumiem tego biegania za piłką, nigdy nie miałem do tego drygu – może dlatego, że nikt nie pokazał mi, jak to się robi.

Znasz wszystkich „znanych” ze Zduńskiej?

Maksymilian Kolbe – przede wszystkim. Reszta to nieco mniejszy kaliber (śmiech). Dwa bloki ode mnie mieszkał dziennikarz Wojtek Jagielski (znany z programu Wywiad z Wampirem – przyp. red.), a w bloku obok – aktor Janek Jankowski. Do liceum w Zduńskiej chodził Marek Niedźwiecki. Jego brat jest dzisiaj prezydentem.

Dobrego prezydenta ma Zduńska Wola?

Chyba tak. Znałem go bardzo dobrze, bo był moim nauczycielem historii w podstawówce. Przyszedł do szkoły jako świeży magister i nie za bardzo pasował do staruchowatej kadry nauczycielskiej. Wyglądał przy niej jak kosmita. My go uwielbialiśmy, a dziewczyny się w nim kochały. Był świetnie ubranym przystojnym facetem.

Rozmowę przerywa telefon od żony Rafała – dziennikarki „Olivii”.

Co tam, kochanie? Tak, już gadamy… Myślę, że jeszcze z pół godzinki, godzinkę… Dam znać, pa! Przepraszam, o czym to mówiliśmy? A! O Zduńskiej Woli. W tak zwanych moich czasach większość jej mieszkańców pracowała na kolei: wiadomo – węzeł albo w tkalniach: też wiadomo. Część „robiła” w Woli, specjalność – figi damskie (śmiech). Był jeszcze Zwoltex – firma produkująca koce i ręczniki. Figi, ręczniki i koce zabierało się do Bułgarii i Rumunii, żeby ożenić na czarnomorskich plażach…

Też żeniłeś?

Oczywiście! Na granicy podczas kontroli wypaliłem, że to prezenty dla koleżanek. Strażniczki nie wyrobiły ze śmiechu. Były to czasy licealne – wąs ledwo mi się pod nosem sypał.

Jechałeś tam na kolonie?

Nie do końca. Nie znając nut, grałem wtedy na gitarze klasycznej w Ognisku Pracy Pozaszkolnej. W duecie z kumplem wykonywaliśmy Summertime Gershwina albo Bacha rozpisanego na dwie gitary. Pojawialiśmy się na różnych koncertach typu „rewolucja październikowa” lub „1 maja” w towarzystwie zespołów wokalnych i tanecznych. W ramach nagrody wyjechaliśmy na wywczas do Mangalii i Mamai w Rumunii. Po całym bagażu mieliśmy rozłożone damskie figi i biseptol, który wtedy był absolutnym hitem, a Rumuni traktowali go jako środek antykoncepcyjny. Swoją drogą nie wiem, gdzie oni to wpychali, żeby się zabezpieczyć (śmiech). Do tego wszystkiego miałem trochę koców „tygrysów”, ręczników i dużych grzebieni, które podobno fantastycznie szły i miały świetne przebicie. Na miejscu okazało się, że takie grzebienie są już w każdym kiosku. Potem na plażach rozdawałem je wszystkim dziewczynom, które mi się podobały.

Świetny podryw. Na grzebień.

W tamtych czasach idealny (śmiech). Pamiętam, że pewnego dnia dostaliśmy cynk, że w hotelu obok mieszkają sami Francuzi, a więc i Francuzki. Poszliśmy potańczyć i popodrywać. Spodobała mi się jedna dziewczyna. W liceum uczyłem się trochę francuskiego, więc nie miałem problemu ze startem. Nawijałem i nawijałem, a na końcu okazało się, że moja „Francuzka” była… Polką. Obśmiała się ze mnie jak norka.

Zarobiłeś chociaż na tych figach?

A jak! I to bajońskie sumy. Spotkaliśmy tam jakiegoś faceta, który handlował markami zachodnimi po bardzo dobrym kursie. Miał je schowane w pasku od spodni. Umówiliśmy się na kolejne transakcje, ale facet chyba zorientował się, że był za tani i więcej już się nie pojawił. Po przyjeździe do Polski kupiłem sobie dżinsy w Peweksie, a na imprezach pojawiałem się z żytnią i marlborasami. Przez całą czwartą klasę zawsze miałem przy sobie gotówkę (śmiech).

To była pierwsza zarobiona kasa?

Tak duża na pewno. Wcześniej zarabiałem, zbierając maliny na plantacji. Na wakacje starczało.

Przemyt i handel weszły ci w krew?

Byłem jeszcze na Węgrzech, ale już bez takich spektakularnych osiągnięć (śmiech). Handel się skończył, bo zaczęły się studia. Na trzecim roku złapałem fajną robotę i byłem jednym z pierwszych lektorów – głosów Radia Zet. Razem z Beatą Ścibakówną siedzieliśmy w studiu po parę godzin. Wspominam to bardzo fajnie. Nie dość, że płacili, to jeszcze można się było artystycznie powyżywać. Śpiewaliśmy piosenki wymyślone przez Szymona Majewskiego. Na przykład utwór o hurtowni butów w stylu Toma Waitsa (śmiech).

Czy jako student warszawskiej PWST miałeś kompleksy?

No pewnie. Czułem się niedokształcony oraz niedoedukowany teatralnie i filmowo. Musiałem wszystko w bardzo krótkim czasie nadrabiać. Na poważnej sztuce dramatycznej po raz pierwszy byłem w wieku 19 lat. Wcześniej ze szkołą jeździliśmy tylko po teatrach muzycznych i operetkach.

Nie pomyślałeś, że warto byłoby zaznajomić się z twórczością teatralną przed pierwszym egzaminem do szkoły aktorskiej?

Nie wpadłem na to. Myślałem, że taki egzamin rąbnę z biegu, a do tego będę świeży i nieskażony (śmiech).

Byłeś na pewno, ale profesorowie tego nie docenili.

A ja, jak na rasowego hipisa pacyfistę przystało, musiałem uciekać przed wojem. Od urodzenia jestem hipisem, mimo że tego nie widać (śmiech). Najpierw wylądowałem w pabianickim studium elektrycznym, a potem w kaliskim studium kulturalno-oświatowym o specjalizacji teatralnej. Dużo dała mi ta szkoła. To było pierwsze miejsce, w którym uwielbiałem się uczyć. Spotkałem po prostu fantastycznych nauczycieli. Poza tym wielu dziwaków i połamańców jak ja sam. To był niezły przekrój młodzieży polskiej z tamtych lat. Miałem kolegów satanistów, szpanerów w beemach i żigolaków (śmiech). Wszyscy chronili się przed wojskiem.

Jakie masz papiery po tym studium?

Jestem dyplomowanym instruktorem kulturalno-oświatowym.

Pracowałeś kiedyś jako „kaowiec”?

Tylko raz, na obozie, na którym zdawało się na prawo jazdy. Łaziłem i pokazywałem uczestnikom obozu ciekawe miejsca w Zduńskiej Woli, głównie dyskoteki i kluby (śmiech).

Gdybyś wcześniej nie uciekł z pierwszego studium, miałbyś jeszcze papiery dyplomowanego elektryka.

Niestety, niefortunnie dla mnie przez pierwszy rok była sama teoria. A ja byłem jedynym uczniem, który nie kumał niczego z fizyki. W związku z tym wytrzymałem tylko pół roku. Postanowiłem zdawać drugi raz do szkoły teatralnej. Tym razem w Łodzi.

I znowu porażka.

Właśnie po niej pojawiłem się w Kaliszu.

Po dwóch latach w studium w końcu udało ci się dostać do szkoły teatralnej w Warszawie. Dlaczego wcześniej oblewałeś egzaminy w Krakowie i Łodzi?

Strasznie mnie tremowały występy publiczne, a wygłupianie się przed znanymi twarzami z telewizji było przeżyciem traumatycznym. Nie ma nic gorszego niż drewniak recytujący wiersze – a taki właśnie byłem. W Krakowie nastawiłem się na dwutygodniowe egzaminy, tymczasem oblano mnie już pierwszego dnia. W Łodzi poszło mi lepiej, bo dotarłem do drugiego egzaminu (śmiech). Trema zjadła mnie jednak po raz kolejny. Gdy zdawałem w Warszawie, byłem totalnie załamany, co paradoksalnie bardzo mi pomogło. Zdawałem egzaminy bez wiary w sukces. Dzięki temu tumiwisizmowi napięcie zniknęło i jakoś poszło.

Miałeś plan B?

Zdawałem również na historię sztuki, bo wydawało mi się, że będzie bardzo mało kandydatów. Oczywiście były tłumy. Mało tego, nie dość, że ci ludzie byli obryci, to jeszcze oblatani po galeriach. Nie miałem szans.

Nam się wydaje, że ty kompleksów prowincjusza nie miałeś. Aktorstwo, historia sztuki… Byłeś odważny.

Może raczej głupi byłem? (Śmiech). Zawsze starałem się mieć marzenia. Chciałem, żeby życie sprawiało mi frajdę.

A my myśleliśmy, że zdawałeś do szkoły teatralnej, bo zazdrościłeś bratu aktorowi dziewczyn, które się wokół niego kręciły.

Na pewno (śmiech). Ale jedno nie wyklucza drugiego. To jasne, że Paweł mi imponował. Nie ulega wątpliwości, że jego życie, jak na tamte czasy, było cholernie interesujące. Aktorstwo było wtedy jedną z niewielu szans na ciekawe życie. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby zdawać do Akademii we Wrocławiu, gdzie studiował Paweł. Nie chciałem porównań ani taryfy ulgowej.

Rozmowę przerywa telefon od żony.

No jeszcze gadamy… Naprawdę… Może zjedz coś? OK, zadzwonię. Buziaki.

Nadal jesteś „szujką”?

Nie. To już historia. Od dawna brat tak do mnie nie mówi. Zresztą „Królik” też nie.

À propos królika, pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?

Tak. Nie sposób zapomnieć. To się wydarzyło, kiedy byłem w studium elektrycznym – jak widać jednak coś mi ono dało (śmiech). Dojeżdżałem wtedy codziennie 30 km ze Zduńskiej Woli. Często autostopem. Któregoś razu o 6 rano, kiedy jechałem na warsztaty – frezarka, tokarka, gilotyna do cięcia blachy, te sprawy – zatrzymał się facet w wielkiej czarnej beemwicy. Jechał chyba z Niemiec do Łodzi i był bardzo zmęczony. Wziął mnie, żeby nie zasnąć. Na tylnym siedzeniu leżało kilka magazynów. Dał mi PLAYBOYA i powiedział, żebym sobie pooglądał. Nie wiedziałem, jak się zachować. Dobrze, że nie pokazał mi magazynu z męską golizną. Byłem przynajmniej bezpieczny (śmiech).

Nie można tego powiedzieć o sytuacji, kiedy licealistka – pod pozorem pisania pracy o twoich rolach – chciała czegoś więcej.

Do tego była bardzo rzetelnie przygotowana. Interesująca młoda dziewczyna. Co prawda nie w typie waszych playmates, ale mogła się podobać. Było też o czym z nią porozmawiać. Kiedy jednak zaczęła drżeć, sytuacja stała się dziwna. Musiałem jej delikatnie wyjaśnić, że nic z tego nie będzie. Cóż, czasami tak bywa w tym zawodzie.

Spotkałeś więcej takich zakamuflowanych adoratorek?

Jedna prawie zabrała mnie w podróż dookoła świata (wybuch śmiechu). Była stewardesą mitomanką. Zaczęło się od tego, że po spektaklu w Teatrze Powszechnym dostałem kartę z pozytywką, z następującą treścią: „Panie Rafale, wraz z załogą samolotu Boeing 767 jesteśmy zachwyceni Pana osobą. Mam zaszczyt zaprosić Pana na tygodniowy rejs do Stanów Zjednoczonych. Jeśli jest Pan zainteresowany, proszę o kontakt ze stewardesą…”. W podpisie: „Kapitan L.”. Pokazałem to kolegom w bufecie, wywołując euforię: „Kurwa, Królik! Ty to masz szczęście. Musisz polecieć!”. No więc zadzwoniłem i spotkałem się z panią polecaną przez kapitana. Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie. Od razu dostałem druki wizowe do wypełnienia. Po miesiącu zadzwoniła: „Panie Rafale, jest wspaniała okazja. Możemy polecieć dookoła świata – Londyn, Nowy Jork, Los Angeles, Tokio, Bangkok, Sydney”. I znowu dostałem plik wniosków wizowych. Wreszcie zbliżyła się data wyjazdu. Ja już spakowany. Niczego nie przeczuwam. Co się okazało? Że w związku z wizytą Billa Clintona w Polsce, załoga kapitana L. została wyznaczona jako załoga rezerwowa – takie są podobno procedury bezpieczeństwa. Klops. Trzeba zmienić termin. Ustaliliśmy więc nowy. I znów pojawiły się jakieś problemy. Najdziwniejsze. Po prostu fantasmagorie. Doszło do tego, że stewardesa „uśmierciła” kapitana. Ale, uwaga, tenże kapitan miał sporo nieruchomości w USA i prawdopodobnie… byłem ujęty w spadku.

Naprawdę ostra babka!

Czekajcie, to nie koniec. Całkiem na poważnie przekonywała mnie, że leci wkrótce do Stanów spotkać się z prawnikami, żeby załatwić moją sprawę. Co prawda dawno już machnąłem ręką na to wszystko, ale tym razem dopytałem gdzie trzeba o kapitana. Okazało się, że rzeczywiście jest takowy, ale niedawno przeszedł na emeryturę ze względu na problemy z sercem. Gdy stewardesa wróciła ze Stanów z wiadomością, że połowa wielkiej kamienicy na Manhattanie jest zapisana na moje nazwisko, powiedziałem jej, że kapitan ma się całkiem dobrze i cieszy się życiem. Dziewczyna zbladła. I na tym się skończyło.

Ty w ogóle słyniesz z dziwnych przygód. Weźmy na przykład tę w warszawskim tramwaju, podczas której ucierpiał twój nos.

Na odcinku rondo Waszyngtona – Teatr Powszechny grasowała banda, która okradała stadionowych handlarzy. To nie byli kieszonkowcy, czyli smutni panowie z reklamówkami, ale wielkie karki. Weszli w pięciu do tramwaju. Koło mnie usiadł najmłodszy, z wielkim sygnetem na palcu. Nawet zastanawiałem się, po co mu taki sygnet. Niestety szybko się dowiedziałem. W pewnym momencie zrobił się harmider, ludzie byli ciągnięci za włosy i pozbawiani ukrytej w ubraniach gotówki. Zacząłem krzyczeć: „Panowie, co jest?!”. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie wytrzymałem, kiedy pewien chłopak nie chciał oddać pieniędzy, a bandyci zaczęli tłuc jego głową o oparcie siedzenia. Byłem pewien, że go zabiją, więc rzuciłem się w obronie. Od razu dostałem sygnetem fangę w nos. Drzwi tramwaju się otworzyły, karki uciekły, a ja brocząc krwią, poszedłem do teatru. Tego dnia graliśmy Śluby panieńskie. Tomek Sapryk przed przedstawieniem przeprosił widownię mniej więcej tak: „Nasz główny amant rzucił się dzisiaj w obronie uciśnionych i, działając w słusznej sprawie, doznał dotkliwej kontuzji. Bardzo przepraszamy za jego wygląd”. Wychodząc na scenę z zaklejonym plastrami nosem, dostałem wielkie brawa.

Tak wielkie jak podczas jazdy bolidem F1?

Poza silnikiem niczego wtedy nie słyszałem (śmiech).

Jak udało ci się nie spalić sprzęgła?

Najpierw przeszedłem kilkugodzinne szkolenie. Pojechaliśmy pod Marsylię na tor testowy i przez pół dnia jeździliśmy bolidami z serii Renault 2000. Potem próbowaliśmy sił na wirtualnych modelach F1. I dopiero wtedy pozwolili nam wsiąść do właściwych pojazdów. Wrażenie było wstrząsające, bo moc tego czegoś jest niewyobrażalna. O ile w bolidzie Renault 2000 pozwalałem sobie na szaleństwo i dwa razy wypadłem z toru, kręcąc bączki, o tyle w bolidzie F1 musiałem jechać bardzo spokojnie. Tylko na prostej docisnąłem do dechy, ale emocje były tak wielkie, że nawet nie spojrzałem na prędkościomierz. Miałem przykazanie, aby kontrolować przede wszystkim obroty. Udało się. Przeżyłem i ja, i bolid. Na koniec miałem okazję przejechać się po tym samym torze, siedząc za zawodowym kierowcą. Było to przeżycie niebywałe.

Czy te doświadczenia pomogły ci w parkowaniu na miejscach dla niepełnosprawnych?

(Śmiech) Parkowałem „w prawie”. Podwoziłem osobę niepełnosprawną – inspicjentkę z Teatru Buffo, która ma rentę
inwalidzką i legitymację upoważniającą do parkowania na kopertach dla niepełnosprawnych. Ale i tak jeden szmatławiec mnie obsmarował. Machnąłem na to ręką, bo nie będę procesował się z ludźmi poniżej pewnego poziomu.

Ale ty chyba nie masz problemów z paparazzi?

Nie, bo prowadzę zbyt zwykłe życie. Nie rozwodzę się co dwa lata i nie mam plejady kochanek. Nuda, panowie, po prostu nuda.

Rozmowę przerywa telefon od żony.

Kochanie, jeszcze nie skończyliśmy… Już niedługo, naprawdę… Dam znać. Pa!

Musimy uważać, bo jak ten wywiad potrwa dłużej niż ten, w czasie którego poznałeś żonę, to może się zrobić nieciekawie…

Na szczęście jest was dwóch, więc czas się rozkłada. Możecie być jednak pewni, że nie zaproszę was na autoryzację (śmiech).

À propos, czy twoich wywiadów przypadkiem nie autoryzuje żona?

Nie. Dlaczego?

Bo w każdym mówisz, że jest fantastyczna.

(Wybuch śmiechu) To wy rozpoczęliście ten wątek. Ja wcześniej nie powiedziałem ani jednego słowa o tym, jak fantastyczna jest moja żona. Prawda jest taka, że Dorota ma tego dość. Ostatnio prosiła, żebym skończył z tą praktyką i staram się tego trzymać.

Nasza praktyka jest taka, że każdego rozmówcę prosimy o propozycje na rozkładówki. Co ty na to?

Bez takich. Przecież żona przeczyta (śmiech). Umówmy się, że po cichu prześlę wam SMS-a…

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*