Rafał Bryndal

PLAYBOY nr 9, 2007 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Co masz w sobie z Playboya?

Uwielbiam towarzystwo kobiet. Za to nie lubię imprez męskich w stylu – chodźmy razem na piwo. Nie mam wtedy funu. Siedzę i się nudzę. Jak jest chociaż jedna kobieta w towarzystwie, to faceci od razu się sprężają, chcą zabłysnąć, coś się dzieje. Z facetami można tylko iść na mecz.

W tej knajpie zawsze spotykamy cię w towarzystwie samych facetów.

Ale głównie rozmawiamy o kobietach! (śmiech). A jakie tu są kelnerki!

I nie tylko. Brukowce dorwały cię, jak obłapiałeś tutaj koleżankę Cielecką.

Dobrze powiedzieliście – koleżankę. Wszyscy kumple mi zazdrościli. Dobrze mi zrobiła ta publikacja. „Cielecka w łapach Brzydala” – jak to wspaniale, perwersyjnie brzmi (śmiech).

A czy koleżanka Jungowska jest brana za twoją żonę?

Bardzo często. Wypada się tylko cieszyć. Ona mnie zawsze kręciła, od momentu kiedy pierwszy raz usłyszałem jej głos. Ach, jakaż ona jest smaczna. Taki seksowny pączuś.

Edyta kiedyś powiedziała, że zgodziłaby się na rozkładówkę u nas, ale PLAYBOY boi się zaproponować. Czy możesz wystąpić w roli gońca i przekazać jej propozycję?

Z największą przyjemnością. Uwielbiam składać propozycję i uwielbiam oglądać PLAYBOYA. Zresztą to zwykle jedna z przyjemniejszych chwil w miesiącu, kiedy odbieram szarą kopertę z napisem „priorytet” i wyjmuję z niej wasz nowy numer.

Zaczynasz lekturę od rozkładówki?

Nie. Zaczynam od tych ostatnich dziewczyn, bo tam często dajecie Brazylijki, a ja lubię Brazylijki (śmiech). Potem patrzę, z kim jest wywiad. I płynnie przechodzę do rozkładówki…

A którą z wyrolowanych przez siebie kobiet chciałbyś tam zobaczyć?

Czy w waszym pytaniu nie brakuje przypadkiem wyrażenia: „zobaczyć z przyjemnością”? Bo tak po prostu zobaczyć, to ja bym chciał wiele wyrolowanych pań, niekoniecznie jednak sprawiłoby mi to przyjemność (śmiech). Ale z wrodzonej skromności nie wymienię nazwisk niektórych posłanek PIS-u i LPR, które tak chętnie zabierają głos na temat seksu.

(Wybuch śmiechu).

Jest tak wiele pięknych kobiet. Niedawno na jakiejś okładce widziałem Magdę Szejbal. Wyglądała jakoś tak inaczej niż zwykle. Coś mnie złapało w jej spojrzeniu. Ją obejrzałbym na rozkładówce z wielką chęcią. No i jeszcze jest tu taka kelnerka… Kasia.

Biłeś się już o nią?

No co wy?! Do czego zmierzacie?

Pamiętasz, za co pobiłeś się z kolegą z hufca?

Jak zawsze chodziło o kobietę. O finkę (śmiech). Kolega kwestionował, że moja finka jest zagraniczna. Zawsze staram się rozładowywać konflikty inaczej, ale tym razem nie wytrzymałem. Straciłem okulary, ale na pewno byłem moralnym zwycięzcą tego pojedynku.

Często się bijesz?

No niestety, opowieści a la Olbrychski nie mogę przytoczyć. Ale marzę o tym, żeby kiedyś samemu nastukać sześciu kolesi. Często mam zresztą dobre reakcje po fakcie. I myślę sobie wtedy: „Dlaczego mu tak nie powiedziałem?” Po zajściu zawsze jestem błyskotliwy. Często opowiadam komuś, że powiedziałem tak i tak, a wcale niczego takiego nie powiedziałem (śmiech). Zresztą ja mam w ogóle niski stopień samooceny. Jestem wrażliwy i często wycofuję się z różnych projektów medialnych. Jak masz poczucie obciachu, nie przebijesz się w świecie PR-u.

Czyli nie zobaczymy cię w roli prowadzącego swój talk show w telewizji?

Raczej nie. Chociaż potem powiem wam coś takiego, że zdębiejecie… Moje nastawienie do nowych czasów obrazuje wypowiedź Dubravki Ugresic o degradacji kultury. Że kiedyś na chorwackich plażach nudystów czytało się Cortazara, a teraz czyta się Coelho. W dzisiejszych programach telewizyjnych rozmowy nie ewoluują. Prowadzący wie, o co chce zapytać, niezależnie od tego, co powie gość. Ale to wynika z tego, że Polacy nie potrafią rozmawiać. Amerykanie godzinami gadają o pierdołach, my tego nie potrafimy. Dodatkowo nasze nowe gwiazdki nie mają wnętrza, nie mają nic ciekawego do opowiedzenia.

Ty za to chyba masz. W końcu z Mariuszem Lubomskim podbijałeś Polskę kabaretowymi skeczami.

Z tym podbijaniem to trochę przesada. Nie mieliśmy wtedy szansy, by zaistnieć w telewizji, a to daje największą popularność. Kabaret założyliśmy spontanicznie. On – przystojny śpiewał, ja – brzydki, mało atrakcyjny opowiadałem dowcipy. Tak podświadomie chciałem się wyzwolić z bycia synem kogoś, kto w Toruniu jest figurą. Zawsze byłem synem Kazika – słynnego stomatologa. A w kabarecie z Mańkiem Lubomskim byłem Rafałem – „kabareciarzem bez układów”.

Również bez układów z władzą ludową.

No tak, trochę tych przewałek z cenzurą było. Pamiętam, że kiedyś pojawiliśmy się na imprezce w klubie, gdzie mieliśmy onegdaj występ, którego efekty skończyły się dla nas przed kolegium za wykonywanie programu bez cenzury. Wchodzimy, a tam lecą filmy XXX, a ów cenzor, który nas poprzednio skrzywdził, siedzi na środku z gitarą i gra numery, których nie puścił w trakcie „swojej kariery”. I chwali się: „A tego nie puściłem! A to pamiętacie?!”. Był taki nagolony, że kazał nam przyjść rano po pieczątkę. A dla nas taka pieczątka to była niemal sprawa życia i śmierci. W ogóle cenzorzy wtedy czuli się współtwórcami. Kobranocce zasugerowali, żeby śpiewać „list z pola boju”, a nie „list z poligonu” (śmiech). W Białymstoku zagraliśmy koncert tylko dla cenzora, który chciał nas zobaczyć, bo słyszał, że obrażamy ustrój gestem. Graliśmy z Mańkiem w dużej sali, a jedynym widzem był cenzor. Powiedział nam, że jest nawet OK (śmiech).

Jak wspominasz miejsce, w którym się urodziłeś? Czy Kościan jest OK?

No pewnie, ale ja już jako dwumiesięczne niemowlę zostałem przewieziony z niego do Torunia. Dlaczego pytacie?

Bo zastanawiamy się, czy kibicujesz Obrze Kościan.

Oczywiście. Śledzę wyniki. Ja jestem z tych, którzy namiętnie wpatrują się w tabelki. Obra jest dobra w kosza, kiedyś nawet grali o pierwszą ligę. W piłę trochę gorzej.

A ty jakie masz osiągi w piłę?

W dzieciństwie z tatą jeździłem na działkę i godzinami podbijałem piłkę. Teraz na plaży potrafię nieźle przyszpanować. Nie wyglądam na kolesia, który potrafi odbić dwa razy i często zaskakuję ludzi swoją żonglerką. W ogóle uwielbiam sztuczki i jestem niezły technicznie. Chłopaki się wściekają i krzyczą, żebym choć raz strzelił bramkę normalnie, nie piętką. A ja bym wszystko zrobił dla widowiska.

Czyli mamy do czynienia z kolejnym snajperem…

Ja zawsze z przodu. Choć czasem lubię się cofnąć do drugiej linii, przyjąć i wypuścić kogoś w uliczkę jednym podaniem. To większa frajda niż strzelenie bramki. Tak podać, żeby nikt się tego nie spodziewał, oprócz kumpla z zespołu. Pamiętam kilka turniejów mediów. Każda drużyna mogła przyprowadzić jednego VIP-a. Redakcje mają taką napinkę na wygranie – raz widziałem nawet jak się pobili z tej napinki. Gdy zapraszają prawdziwe gwiazdy, to różnica jest kolosalna. „Dziekan” czy „Kosa” sami wygrywają mecze. Kiedyś grałem w jednym zespole z Janem Urbanem. Podałem z drugiej linii do niego, a on mi zaraz oddał. Ależ ja miałem radochę. Jedno z największych przeżyć piłkarskich w życiu (śmiech).

A największe przeżycia żużlowe?

To w Toruniu. Wiadomo, żużel jest tam jak religia. Chłopaki ze spółdzielni studenckiej wyciągali mnie na mecze, bo żużel w telewizji nie ma sensu. Ja robiłem wtedy za artystę, a oni malowali kominy. W każdym razie przychodzili po mnie i wołali „Brizi”. Takie miałem przezwisko. Rozumiecie, od „bryzy” (śmiech).

Zostańmy jeszcze na chwilę przy sportach motorowych. Słyszeliśmy, że najbardziej podnieca cię, gdy widzisz kobietę na obcasach tankującą paliwo. I zastanawiamy się, czy chodzi o ten charakterystyczny pochył, czy może…

… o wprowadzenie lejka do baku? (Śmiech). Chyba jednak najbardziej lubię grę przedwstępną, która najpierw skupia się na trudnym zadaniu otwarcia baku, a potem zastanowieniu, czy diesel to znaczy bezołowiowa. A wiecie, że Borysowi Szycowi też się kiedyś pomyliło?

(Śmiech). Ciekawe, na czym jechał. Ale może to po prostu przez sportowe zacięcie.

Sportowcy są w najgorszej sytuacji. Weźcie takiego artystę, muzyka, czy – dajmy na to – aktora właśnie. Zawsze do końca myśli, że w końcu napisze przebój, na który czeka całe życie. Albo zagra rolę, którą wszystkich powali na kolana. Do końca może mieć nadzieję. A sportowiec? Świadomość biologicznej granicy musi bardzo ciążyć. Jesteś jeszcze młody, a już stary. Nie osiągnąłeś w sporcie wiele, a poświęciłeś mu wszystko. I wiesz, że już niewiele możesz. Z miłością też tak jest.

Cóż za piękna metafora!

Chodziło mi o seks (śmiech).

Myśleliśmy, że o hokej.

Kocham hokej. Ojciec zabierał mnie na mecze i wtedy wpojono mi, że najgorszy wróg to Bydgoszcz (śmiech). W Kanadzie chodziłem na mecze NHL. Grał wtedy Mariusz Czerkawski. Kanadyjczycy poklepywali mnie po plecach z uznaniem. Było to bardzo miłe.

Jak długo byłeś na emigracji?

Jakieś pięć lat. Nigdy wcześniej nie myślałem o emigrowaniu. To była pierwsza połowa lat 90. Do Kanady pojechałem odwiedzić dziewczynę. Na dwa tygodnie, bo taką miałem wizę. Potem ją przedłużyłem i tak już zostało. Hajtnęliśmy się, urodził się Tymek, po następnych dwóch latach wróciliśmy. Mile wspominam tamte czasy. Pracowałem u Persów, którzy uciekli z Iranu po upadku Rezy Pahlaviego. Budowali w Kanadzie centra handlowe dla Chińczyków z Hong Kongu. Jako superintendent opiekowałem się jednym kondominium i jednym centrum handlowym. Umówmy się, pracowałem fizycznie. To nie była żadna intelektualna praca. Kiedyś naprawiałem coś w siłowni, zaczął ze mną rozmawiać facet, który akurat ćwiczył obok. Nie mógł się nadziwić, że ja – student prawa – ganiam ze śrubokrętem. W Kanadzie napisałem większość tekstów dla Atrakcyjnego Kazimierza. Po prostu, żeby nie zwariować, pisałem teksty i wysyłałem do Polski bratu. Teraz piszę limeryki – też żeby nie zgłupieć. Na przykład takie:

Pewien dozorca mieszkający w Hajnówce

udławił się śmiertelnie w swojej stróżówce.

Rzecz miała miejsce rano,

język mu kołkiem stanął,

gdy spożywał śniadanie na Playboya rozkładówce (śmiech).

To, że jesteś poetą, wiedzieliśmy, ale że także złotą rączką, tego już nie. Potrafisz wszystko naprawić?

Potrzeba czyni mistrza. Trzeba było, to się nauczyłem. Nigdy wcześniej nie pracowałem fizycznie. Tam nagle odkryłem w sobie manualne zdolności. Dziś w domu niczego nie naprawiam. Tamten czas definitywnie się skończył. Zresztą całe moje życie składa się z bardzo różniących się etapów. Zupełnie do siebie nie pasujących. Wszystko samo się planuje, a ja unoszę się na powierzchni. Na początku liceum byłem strasznie zakompleksiony. Miałem kłopoty dermatologiczne z twarzą, z tego powodu byłem potwornie wstydliwy. Bałem się kontaktów z ludźmi. Potem studiowałem prawo i byłem cholernie zabawowym studentem. A potem przyszła praca fizyczna w Kanadzie.

Pamiętasz moment, w którym zdecydowałeś o powrocie do Polski?

Powrót był szokiem. Facet, który zamiata, odśnieża i przykręca śrubki, przylatuje na chwilę do rodzinnego kraju, a tam czeka na niego na lotnisku samochód, w nim menadżer, który przedstawia terminarz umówionych wywiadów i scenariusz teledysku. Wszystko dzięki Atrakcyjnemu Kazimierzowi, który był na topie. Wtedy w Polsce przeżyłem coś, co mnie odmieniło. Wszedłem do knajpy, w której akurat leciał Atrakcyjny Kaziemiarz. Ktoś mnie poznał, krzyknął, że to ja napisałem, a ludzie zaczęli bić mi brawo. Rozwaliło mnie to. Pewnie dalej bym sobie żył nieświadomie w tej Kanadzie, pisał teksty, wysyłał i tyle. Ale po czymś takim, lecąc po dwóch tygodniach samolotem z powrotem do Kanady, byłem rozdygotany emocjonalnie. Wracałem do swojego małego świata pilnować, żeby śmieciarze zabrali śmieci na czas. Zdecydowaliśmy, że trzeba wracać.

A kiedy byłeś pielęgniarzem?

Grubo przed Kanadą. Zdobywałem punkty na medycynę. Zresztą do niczego się nie przydały, bo egzaminy oblałem. A jako pielęgniarz pracowałem na oddziale wewnętrznym.

Dlaczego nie było cię w Białym Miasteczku u premiera? Nie solidaryzujesz się?

Ależ byłem! Emocjonalnie. Przesyłałem pielęgniarkom śledzie przez Raczkowskiego. On tam jeździł i przekazywał.

Masz jakieś pielęgniarskie wspomnienia?

Jak jesteś sanitariuszem, to nie ma zmiłuj się. Zapierdalasz na okrągło. Do tego ciągły kontakt ze śmiercią. Na oddziale wewnętrznym jest największa umieralność. Musisz babcię wziąć na ręce, położyć na noszach i odwieźć do prosektorium. Kiedyś topniejący śnieg zalał prowadzący tam podziemny korytarz. Musiałem jechać dróżkami przez okalający szpital park. Ludzie z kwiatami idą odwiedzać chorych, a mi nagle nosze się ślizgają i gołe ciało babci leci prosto w śnieg. Mocne przeżycie dla dwudziestoletniego chłopaka. Od tamtej pory nabrałem dystansu do życia. Dużo mi dała taka praca.

A praktyki hotelowe?

No, tak. Jak się nie dostałem na medycynę, to musiałem jakoś uciec przed wojskiem. Poszedłem do pomaturalnej szkoły hotelarskiej. Po pierwszym roku trzeba było zaliczyć praktyki w jakimś hotelu w Toruniu. Jeden był godny mojej uwagi. Należało spędzić tydzień w różnych „pionach”. Pierwszy pion z pokojówkami (śmiech). Moja rola była prosta. Wejść do pokoju, wyjąć z poszewki jasiek, włożyć go z powrotem i ułożyć na łóżku. I jeszcze puścić pokojówkom „Lato z radiem”. One miały zawsze trochę bonów towarowych, bo w hotelu zatrzymywali się Arabowie. Z tymi bonami latało się do Pewexu po wódeczkę. Ja jako student oczywiście nie piłem (śmiech). Pewnego razu wchodzimy do pokoju, ja od razu bach – radyjko, jasieczek i nagle słyszę, że spiker czyta informację o rocznicy śmierci Elvisa Presleya. Zagrali Crying in the chapel, a wszystkie pokojówki w płacz. Jedna dziewczyna poleciała do służbówki i wróciła z portretem Elvisa. Wszystkie się w niego wpatrywały i ryczały. Dwie z tych pań mogły by być moimi mamami. Musiałem się z nimi wtedy napić. To było bardzo wzruszające. One sobie płaczą, a ja stoję z jaśkiem.

W innych pionach było równie wesoło?

W pionie „recepcja” też pracowały ekstra dziewczyny. Jedna wymyśliła, że będziemy wywoływać duchy. Ubzdurała sobie, że jestem świetnym medium. Któregoś razu mam nocny dyżur, ona dzwoni i mówi: „Zaprosiłam znajomych, wywołujemy, ale żaden nie chce przyjść, poślę ci Halinę na zastępstwo, chodź tu do nas”. Towarzystwo podekscytowane. Od razu zakwestionowałem talerzyk – „nie porcelana, nie nadaje się”. Kiedy nie ustępowali, zakwestionowałem ich stan trzeźwości. Oczywiście wszystko po to, żeby za wszelką cenę utrzymać pozycję medium (śmiech). Tak naprawdę to jedyną pożyteczną umiejętnością, którą nabyłem w tej szkole, było bezwzrokowe pisanie na maszynie. Była taka kobitka przy kości, która poprawiała mnie: „Panie Rafałeczku, malutki panu nie pracuje. Paluszek.” (śmiech). Ale nie była godna rozkładówki.

Pamiętasz jeszcze jakieś inne fajne zajęcia?

Pracowałem w Niemczech, latem 1981 roku. Pojechaliśmy z kuzynem, który właśnie kończył prawo. Mieliśmy zielonego Poloneza. Niemcy jeszcze wtedy nie widzieli takiego samochodu. Zatrzymywali nas na autostradzie, żeby obejrzeć (śmiech). Jeździliśmy z miasta do miasta i pracowaliśmy w różnych miejscach. U jednego bauera kastrowaliśmy prosięta. Nie zrozumieliśmy najpierw, czego chciał. Bo on po niemiecku, my po angielsku. Myśleliśmy, że mamy te prosiaki gdzieś przerzucić, no i pytamy, gdzie są widły. A on: „Widłami chcecie kastrować?!”

(Wybuch śmiechu)

W południe zawsze był dzwonek: „mittagessen” – obiad z rodziną. Oni nie mogli sobie wyobrazić, że chłopak po prawie i drugi, który się właśnie na prawo dostał, pracują u nich przy świniach i są parobkami. Facet zabrał nas specjalnie na lokalne zebranie CDU, żeby się pochwalić. Wydawało się nam, że będzie stół pokryty zielonym suknem, dwie oranżady, paprotka i nuda, a tam normalna knajpa i hektolitry piwa. Nasz bauer ciągle powtarzał, że pracują u niego prawnicy.

I co? W końcu kastrowaliście te świnie?

Tak. To była hardcorowa praca. Dobrze, że ja tylko trzymałem i oceniałem, czy pipa… Facet nawet nauczył się i powtarzał za nami: „Pipa?” (śmiech). Wtedy Jaruzelski namawiał, żeby młodzież pomagała w polu. No to pomagaliśmy. Tylko, że w Niemczech (śmiech). Innym razem, kiedy pojechałem na saksy stopem, zabrał mnie pewien dystyngowany pan, który puszczał mi z kasety przemówienie Szczypiorskiego na targach książki we Frankfurcie, kiedy odbierał nagrodę za Piękną panią Seidenmann. Tłumaczył z niemieckiego na angielski. Okazało się, że to dyrektor banku. Ile jeszcze czasu musi upłynąć, żeby w Polsce dyrektorzy zabierali autostopowiczów? Pracowałem też w mieście braci Grimm – Hanau. Robiłem u faceta, który wyglądał jak szef gangu Olsena. Palił cygaro i był ślusarzem. Pracowaliśmy przy balustradach i balkonikach. Przy moim lęku wysokości stanie na krawędzi piętra i podciąganie balkonu na linkach było nie lada wyzwaniem. Wtedy wracałem do Polski w Wigilię. Przejeżdżałem z Berlina Zachodniego przez Wschodni i miałem kontrolę osobistą. Byli wkurwieni, że nic nie miałem. Poza kasą przewoziłem PLAYBOYA dla ojca. A oni szukali narkotyków i broni (śmiech).

Twierdzisz, że mógłbyś być niezłym psychiatrą, ze względu na swoje stany. Słuchamy…

Mam permanentną psychozę – syndrom nieodrobionych lekcji. Zawsze coś muszę zrobić, zawsze gonią mnie terminy. Poza tym wydaje mi się, że wszedłem już w smugę cienia. To niefajne uczucie, bo zawsze wydawało mi się, że jestem młody. A teraz zaraz po przerwie trzeba mnie zmienić (śmiech). A do tego żyję intensywnie, łażę po tej Warszawie, nudzę się… Czasami mam wyciszenia i postanawiam zmienić tryb życia. W nowym trybie wytrzymuję dwa, trzy dni. Mój pies się do tego przyzwyczaił.

Jaki list polecony ostatnio odebrałeś?

Nie odbieram w ogóle listów poleconych. Przerażają mnie. Poza tym nie znam polecających (śmiech).

Ale na znaczkach pocztowych nadal chciałbyś być?

Tak, bo byłbym lizany (śmiech). Brakuje mi takich pieszczot.

A potrafisz już synowi wytłumaczyć, na czym polega miłość francuska?

Kiedyś tłumaczyłem, że to miłość między Francuzem a Francuzką. A dzisiaj to on może sobie to wpisać w google (śmiech).

Powiedz nam jeszcze, kto napisał do prezesa Kozyry list w sprawie waszej audycji radiowej?

To był ktoś z PSL-u. Nie pamiętam dokładnie kto, ale wiem, że na pewno miał wąsy. Występował niby w imieniu obrony personelu hotelu sejmowego (śmiech). Oburzyła go audycja o „białej nocy” w Sejmie.

Uważasz się za „jajcarza”?

Nie. Tym bardziej, że nie lubię tego określenia. Ale często jestem brany za takiego kolesia. Jak jestem w swoich stronach rodzinnych, to koledzy witają mnie: „Cześć Rafałku! Wpadnij wieczorkiem na grilla, to coś śmiesznego opowiesz!”. Zadzieram kiecę i lecę! To bardzo deprymujące być uważanym za jajcarza. Wszystko, co robię, chcę zostawić za sobą i mieć święty spokój. Na koniec chciałbym wam powiedzieć o czymś bardzo zabawnym. Nie wiem, czy to nie obciach, ale być może w tym miesiącu zobaczycie mnie w „Tańcu z gwiazdami”. Chcę schudnąć, a poza tym ja bardzo lubię tańczyć!

Chrzanisz!

(W tym momencie Rafał poderwał się od stolika i tanecznym krokiem pobiegł do taksówki. Zdążyliśmy jeszcze za nim krzyknąć „Postaraj się zatańczyć z Miką! Była w PLAYBOYU dwa razy. Jest naj…”. On na to zrobił charakterystyczny ruch biodrami, jaki zwykle wykonuje się przy rumbie i odjechał).


Na skróty:

Najważniejsze w moim życiu jest kupienie, a następnie przeczytanie dobrej książki. To esencja życia.

W zasadzie nic nie mam. Wynajmuję mieszkanie, wypożyczam samochody – dla mnie to jest wolność.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. No i całkiem w porządku, tak trzymaj…
    Ziomek z T…

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*