Rafał Bryndal

Rafal-BryndalPRZEKRÓJ nr 7, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

Jak zarobiłeś pierwsze pieniądze?

U wujka piekarza. Był tak zwanym prywaciarzem, bo prowadził cukier­nię w Gdańsku-Brzeźnie przy ówcze­snej ulicy Karola Marksa. Tuż obok była plaża. Chodziłem w fartuszku między leżakami i sprzedawałem drożdżówki wujka. Czasami ktoś coś ode mnie kupił, ale kolesie, którzy biegali z lodami Mewa, mieli zdecy­dowanie większe powodzenie. To wła­śnie tam, na gdańskiej plaży, wymy­ślałem pierwsze wierszyki. Chcąc zareklamować ciastka, recytowałem: „Dobra dla matki, ojca i dziecka – moja drożdżóweczka”.

Ale zanim zostałeś słynnym rock’n’rollo­wym poetą, byłeś jeszcze pielęgniarzem.

U mnie w rodzinie prawie wszyscy po medycynie… Ja też miałem być panem doktorem. Dzięki nikłej asertywności na Akademię Medyczną zdawałem aż trzy razy. Oczywiście bezskutecznie. Żeby mieć większe szanse, za każdym razem dorabiałem tzw. punktami, czyli po prostu pracowałem w służbie zdrowia. Tata załatwił mi na przykład robotę portiera w Centrum Stoma­tologicznym. Miałem nocne dyżury, łączyłem rozmowy telefoniczne i ga­dałem z palaczami, którzy sprzeda­wali mi życiowe maksymy w stylu: „Do trzydziestki wszystko idzie wol­no, ale po czterdziestce zaczyna tak hulać, że nie wiesz, za co się złapać”. Dziś już wiem, że mieli rację. Czasami przychodziły do mnie koleżanki. Tre­nowaliśmy to i owo na fotelach denty­stycznych. Były tam też nosze…

Z noszami miałeś potem do czynienia jako sanitariusz na oddziale wewnętrznym Szpi­tala Bielańskiego.

Pamiętam, jak w zimie zalało podziemny korytarz do prosektorium. Musiałem z noszami jechać górą, przez park. Nagle poślizg i gołe ciało starowinki leci prosto w śnieg. Totalny surrealizm! Kładę bab­cię z powrotem na noszach i jadę dalej do kostnicy. Jak już tam dotarłem, od razu dostałem setę na uspokojenie. Do dziś pamiętam imię tej babci – Nadzieja. […]

Całość do przeczytania w PRZEKROJU

 

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*