Przemysław Saleta

Przemyslaw-Saleta

PLAYBOY nr 7, 2008

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Jak to jest – być największym playboyem Rzeczpospolitej?

Nie wiem, bo taka opinia o mnie wydaje się kompletnie nietrafiona.

Jak to nietrafiona? Twoje żony – druga i przyszła – były naszymi Playmate, a była dziewczyna została nawet Playmate Roku. Żaden facet w Polsce nie ma takiego CV!

Rzeczywiście tylko moja pierwsza żona się wyłamała i nie była u was na rozkładówce. Popsuła statystykę. Przepraszam za nią (śmiech). Sprawa jest dość prosta. Widocznie mamy z PLAYBOYEM podobne gusta. Sam jednak playboyem się nie czuję. To, że podobają mi się ładne dziewczyny, nie jest chyba moją winą.

A dlaczego nie zmieniłeś jeszcze imienia? Wszystkie twoje żony to Ewy. Mógłbyś zostać Adamem.

Słuchajcie, nie piszę sobie scenariuszy na życie. Tak po prostu wyszło. Być może jest coś w imieniu Ewa, co mnie wyjątkowo przyciąga, ale nie mogę wam powiedzieć co, bo sam tego nie wiem.

Jesteś apodyktyczny?

Nie. Zupełnie nie.

Twierdzisz jednak, że kobiety muszą dostosowywać się do twoich treningów – 6 dni w tygodniu. A gdyby twoją żoną była Szarapowa?

(Śmiech) To pewnie ja musiałbym się dostosować. Zawodowy sportowiec musi być egoistą. Inaczej niczego nie osiągnie. Dlatego podejrzewam, że związki między sportowcami są bardzo trudne.

I kto to mówi? Sportowiec, który pali.

Ale mało. Zacząłem trzy lata temu, bo wpadłem w złe towarzystwo. Damskie (śmiech). Po wyjściu ze szpitala długo nie paliłem, ale w końcu dotarło do mnie, że ja zwyczajnie lubię palić.

Ile teraz ważysz?

Jakieś 117 kilo. Za dużo, wiem. Od kiedy wyszedłem ze szpitala przybyło mi aż 25 kilogramów. Ale nie dziwię się. W szpitalu metabolizm stanął mi w miejscu. Chudłem na potęgę. Teraz przytyłem na potęgę. Organizm tak bardzo domagał się jedzenia po hospitalizacji, że potrafiłem się budzić o 3 w nocy i biec do kuchni, by pożreć paczkę Delicji. Niedługo wrócę do normalniejszej wagi. Swój organizm traktuję jako pewien projekt. Potrafię go bardzo dokładnie programować.

Takie wahnięcia wagi muszą być cholernie niezdrowe. Odczuwasz to jakoś?

Może trudno w to uwierzyć, ale był taki moment, kiedy przy wzroście 186 cm ważyłem 62 kilo. Pewnie gdybym nie był tak strasznym szczuplakiem, nigdy nie zacząłbym trenować kulturystyki. Najpierw machałem trzykilowymi hantlami, potem zmontowałem sobie sztangę z kamieniami, a po jakimś czasie ojciec dał mi pieniądze na 50-kilową sztangielkę. Pojechałem po nią z bratem do Wrocławia. Nieśliśmy ją w torbie, jak zwykłe zakupy. Do dziś pamiętam tę gehennę. Tak nas wszystko bolało, że jak tylko wysiedliśmy z pociągu, zadzwoniliśmy do ojca, żeby po nas przyjechał. Dziś mogę powiedzieć, że wahnięcia wagi to dla mnie normalka. Pamiętam, że mieszkając w Stanach jadłem raz dziennie, żeby trzymać wagę i nie musieć zmieniać kategorii.

To dopiero musiała być gehenna.

Męczyłem się potwornie. Żeby nie jeść, musiałem coś ze sobą robić. Dlatego każdego dnia chodziłem wieczorami do innego klubu. W poniedziałki zawsze do klubu Croccos, w którym odbywały się walki boksu amatorskiego. Każdy mógł walczyć, pod warunkiem, że nigdy nie był zawodowcem. Zwycięzca dostawał 20 dolarów w drinkach. Walczyli tam totalni amatorzy, niedopici goście, jak również ci, którzy tylko dla tych występów trenowali boks. To były super widowiska. Ale wracając do problemów z wagą… Ostatnio ustanowiłem rekord.

Czyli?

W Zakopanem, na góralskim jedzeniu, przybyło mi 8 kilo w cztery dni. A kilka tygodni wcześniej, po szpitalu, byłem tak wycieńczony, że zwyczajne trzewiki wydawały mi się potwornie ciężkie. Potem w domu, siedząc na sofie, długo się zastanawiałem, czy warto wstać i podejść do kuchni po banana. Serio, miałem wielką chęć coś zjeść, ale bałem się, że nie dam rady zrobić 10 kroków.

Pamiętasz cokolwiek ze śpiączki?

Nic. Ale to małe piwo. Ja właściwie nie pamiętam niczego z kilku dni między operacjami. A udzielałem wtedy nawet wywiadów telewizyjnych. Wydawało się, że całkiem normalnie funkcjonowałem. Rozmawiałem z dziesiątkami ludzi, ale w pamięci zostały mi tylko słowa lekarza, że wszystko jest w porządku i nerka się przyjęła (Przemek Saleta oddał nerkę swojej chorej córce. Po kilku dniach z niewyjaśnionych powodów dostał zapaści – przyp. red.). Kiedy lekarze wybudzili mnie w końcu ze śpiączki, czułem się ostro naćpany. Przyszła do mnie Ewa (niebawem zostanie żoną Przemka – przyp. red.), a ja zadałem jej pytanie, czy widzi na suficie telewizory. Zwykłe szpitalne kasetony były dla mnie grającymi telewizorami. Oglądałem całe programy. A jak o 22 gasło światło ekrany zmieniały się w długi, wielki list od Ewy.

Jaka była jej reakcja?

Była przerażona. Tym bardziej, że lekarze powiedzieli jej, że nie wiedzą, co ze mną będzie. Że mogę dojść do siebie, umrzeć, stracić pamięć albo przestać kojarzyć fakty. Po prostu wszystko było możliwe. Dlatego, kiedy zacząłem ją pytać o telewizory, pomyślała: „wariat, ale dobrze, że chociaż żyje” (śmiech).

Jak długo miałeś takie wizje?

Kilka dni. Prosiłem nawet Ewę, żeby sprawdzała program telewizyjny, czy zgadza się z tym, co wyświetlają na suficie. O szóstej rano zaczynało się Telewizją TRWAM, potem – równo co godzinę – zmieniano kanały. Między innymi wyświetlali czarno-biały film o wojnie polsko-rosyjskiej. A punkt o 19 zaczynał się Koziołek Matołek. Z czasem zaczęła mi się też przypominać operacja. Jakbym wszystko widział. Operował mnie murzyn w żółtej szacie i żółtym fezie na głowie, który zdejmował ze mnie kolejne warstwy boczku. Do tego, po pewnym czasie, na sali operacyjnej zaczęły tańczyć słonie. Wiedziałem jednak, że słonie to zwidy, ale reszta na sto procent jest prawdziwa (śmiech).

Czujesz, że żyjesz bez jednej nerki?

Wcale. Ta druga jest po prostu na zapas. Po operacji zadzwonił do mnie Jacek Wszoła, który dopiero parę lat temu odkrył, że ma jedną nerkę. Tak się urodził. Jak widać, nie przeszkodziło mu to w zdobywaniu złotych medali.

A czy seks przed walką szkodzi?

Nie, ale nie można przesadzić.

Kiedyś przesadziłeś?

Niestety tak. Nie chodzi o tak zwane miękkie nogi. Ale jak zarwiesz noc, to zwykle nie czujesz się najlepiej. Poza tym zaczynają pojawiać się wątpliwości: „cholera, straciłem tyle energii, nie spałem, w ringu może nie być najlepiej”. No i jesteś na straconej pozycji. Reasumując: polecam szybki numerek na ukojenie nerwów, zdecydowanie zaś odradzam całonocne harce.

Z którym przeciwnikiem walczyłeś po takich harcach?

Nie mogę powiedzieć, bo zacznie się kojarzenie i analizowanie mojej porażki.

Patrząc na twoje walki można odnieść wrażenie, że na początku kariery lubiłeś się bić, ale z czasem sprawiało ci to coraz mniejszą przyjemność.

Kwestia doświadczenia. Nadal lubię się bić, ale teraz bardziej znam siebie. Jak jesteś młody, to na więcej sobie pozwalasz, idziesz na całość i się nie zastanawiasz, co będzie. A po pewnym czasie wchodząc do ringu masz już świadomość, że nie może cię nagle zabraknąć. Widać to w walkach starych mistrzów. Są tak doświadczeni, że nie dadzą sobie zrobić krzywdy, nawet napalonemu, wiele silniejszemu młodziakowi. I wiedzą dobrze, że nie mogą pójść na totalną wymianę. Taki Roger Mayweather nie wygrywał swoich ostatnich walk, ale zawsze boksował 12 pełnych rund.

Dlaczego wystartowałeś w MMA (mixed martial arts – przyp. red.)?

Ktoś mnie po prostu namówił. Czułem się w formie, ale ogólnie wszystko było trochę na wariata. Przyjechałem na chwilę do Polski, miałem masę spraw na głowie, w tym chorobę córki. Myślałem, że w walce szybko narzucę swój styl. Stało się odwrotnie. Nigdy nie trenowałem w parterze. Mało tego, brakowało mi typowych odruchów z walk MMA. Kiedy facet rzucił mi się do nóg, mogłem go jeszcze uderzyć, ale zawahałem się przez ułamek sekundy, myśląc, że będzie to nieprzepisowe. W końcu w tył głowy bić nie wolno…

Żałujesz, że się zgodziłeś?

Bez przesady. Przecież wszedłem w to świadomie, nikt mnie nie zmuszał. Generalnie MMA jest bardzo trudne. W boksie jest wielu niepokonanych, a tam takich nie ma i faworyci często przegrywają.

Masz „szklaną szczękę”?

Przyznaję, że nie jestem super odporny. Ale wcale się tym nie martwię. Wyjątkowo odporni na ciosy, zbierają ich na ogół potwornie dużo. Naprawdę, ciężko po kilkunastu potężnych uderzeniach w głowę, funkcjonować na tym samym poziomie intelektualnym, co przed walką. Nie ma co się oszukiwać – boks to nie jest zdrowy sport. Dlatego być może lepiej tracić przytomność po jednym ciosie niż potrafić znieść nawet najgorsze lanie. Uważam, że boks jest dużo brutalniejszy od MMA, bo zadaje się w nim o wiele więcej ciosów na głowę. I to potężnych ciosów.

Ale przez grube rękawice.

I to jest właśnie złudne. W Szwecji badano kiedyś, czy bardziej szkodliwa dla zdrowia jest walka na gołe pięści, czy w rękawicach. Okazało się, że w pierwszym przypadku kontuzje dotyczyły uszkodzeń dłoni, nadgarstków i rozcięć na twarzy. Tymczasem bokserzy byli o wiele bardziej poszkodowani.

Kto ci złamał nos?

Chirurg w czasie operacji plastycznej (śmiech). Kiedyś codziennie bolało mnie gardło. Okazało się, że przyczyną jest krzywa przegroda nosowa. Lekarz stwierdził, że przy okazji operacji przegrody wyprostuje mi nos. Potem powiedział, że dopiero po pół roku nos zrośnie mi się całkowicie. A ja po sześciu tygodniach z nudów pojechałem sparować z Boninem. Facet uklepał mi nos koncertowo.

Jak to?

Zwyczajnie, twarz jest przecież plastyczna. Po walce z Dennisem Andriesem miałem na przykład pokruszoną kość policzkową. Przez trzy miesiące nic tam nie czułem, bo uszkodziły się nerwy. Po jakimś czasie robiłem prześwietlenie szyjnego odcinka kręgosłupa. Okazało się, że całą lewą stronę twarzy mam przekoszoną. Większość czasu boksuję z lewą ręką z przodu, czyli inkasuję ciosy głównie z lewej strony. Dobrze, że widać to tylko na rentgenie (śmiech). Wszyscy bokserzy tak mają. Po prześwietleniu można ocenić, czy ktoś jest leworęczny czy praworęczny.

Żałujesz, że nie doszło do twojej walki z Andrzejem Gołotą?

Bardzo żałuję. I to bez względu na wynik. Dzisiaj mamy po 40 lat i już za późno na taki pojedynek. Mogło to być największe wydarzenie w historii polskiego boksu zawodowego.

Wydarzeniem byłoby też, jakbyś kilka lat temu opowiedział o propozycji sprzedania walki. Możesz zrobić to dzisiaj.

Skąd wy o tym wiecie?! Jak zdobyłem tytuł Mistrza Europy w walce z Luanem Krasniqi, to nie miałem z nikim podpisanego kontraktu na dalsze walki. Widocznie nikt się nie spodziewał, że wygram (śmiech). Wtedy zgłosił się do mnie Mogens Palle – promotor Duńczyka, Briana Nielsena. Przyleciał specjalnie do Warszawy i zaproponował sto tysięcy dolarów. Powiedziałem, że chcę czterysta. On na to, że daje dwieście pięćdziesiąt, ale musi mieć pewność, że Nielsen wygra. Od razu powiedziałem, że mnie to nie interesuje i odszedłem od stołu. Za parę godzin zadzwonił do mnie jego człowiek z gratulacjami, mówiąc, że Mogens godzi się na moje warunki. W następnym tygodniu poleciałem do Kopenhagi sfinalizować kontrakt.

Przecież nie walczyłeś z Nielsenem.

No właśnie. Na miejscu dostałem do podpisania dwa kontrakty. Jeden opiewał na sto tysięcy dolarów. Drugi był na trzysta tysięcy dolarów z klauzulą, że pieniądze znajdą się na moim koncie w momencie, kiedy Brian Nielsen zostanie ogłoszony zwycięzcą. Oczywiście nie zgodziłem się. A Palle udawał zaskoczonego. Pytał mnie: „Jak ty myślisz, w jaki sposób Nielsen wygrał z Larrym Holmesem?”. Jeszcze tego samego dnia zerwałem się do Warszawy. Potem dowiadywałem się, jak Brian wygrywał walki, których wygrać nie powinien, między innymi właśnie z Holmesem albo z Jeremym Williamsem – dobrym zawodnikiem, który został specjalnie na tę okoliczność podtruty, bo przegrać nie chciał.

Ostatni rywal Adamka też był podtruty?

Nie wydaje mi się. To była dobra walka. Tomek pozytywnie mnie zaskoczył. To, że jest szybki i dobry technicznie wiedziałem wcześniej, ale bałem się o jego postawę w nowej wadze, szczególnie z kimś tak silnym jak Bell. Tymczasem wygrał wszystkie rundy i absolutnie narzucił swój styl walki. Myślę, że Bell zlekceważył Adamka. Poza tym znane są jego narkotykowe problemy, które raczej nie wspomogły go psychicznie w ringu.

Nadal uważasz, że boks nie jest sportem dla kobiet?

Jeżeli mówimy o sporcie wyczynowym, to zdecydowanie nie. W wersji rekreacyjnej tak. Zraziłem się do kobiecego boksu, gdy dwadzieścia lat temu zobaczyłem pewną bardzo ładną dziewczynę-kickbokserkę z Warszawy z rozkwaszonym nosem i z krwią na całej twarzy. Spod kasku wystawały długie blond włosy, a w oczach widziałem żądzę mordu. Kobiety szybko łapią technikę, bo nie walczą siłowo jak mężczyźni, którzy po prostu chcą przypierdolić. Ale potem w ringu kobiety zwykle nie potrafią kontrolować emocji. Nie kalkulują na zimno, co w boksie jest konieczne. Najchętniej zdjęłyby rękawice i zaczęły ciągnąć się za włosy.

Rozmawiałeś na ten temat z paniami: Rylik i Guzowską?

Iwona nawet chyba się na mnie kiedyś obraziła. Są oczywiście wyjątki. Parę kobiet boksuje sensownie, między innymi Iwona, Agnieszka czy Laila Ali. Jednak między nimi a „hurra-babkami” jest wielka różnica.

A jak wielka różnica jest między handlem zagranicznym i wychowaniem fizycznym?

Ogromna, dlatego zdecydowanie bardziej studiowałem to pierwsze. Na SGPiS (dziś Szkoła Główna Handlowa – przyp. red.) zdałem bez problemów i pewnie spokojnie skończyłbym studia, gdyby nie sport. Łącznie zrobiłem dwa i pół roku akademickiego w cztery lata. W końcu jednak zdecydowałem, że nie dam rady i przepisałem się na AWF.

Słyszeliśmy, że w akademiku „walczyłeś z jajami”.

(Śmiech). Kiedyś ze znajomymi kupiliśmy i przynieśliśmy do akademika przepiórcze jajka. Zaraz potem wpadł do nas kumpel Piotrek. Popatrzył i pyta: „Mogę się poczęstować?”. My, że pewnie. Wziął jajko, wrzucił do gęby i zjadł. W pokoju cisza – cholera, a nóż tak właśnie się je jajka przepiórcze. A on myślał, że to czekoladki (śmiech). W ogóle wtedy były fajne czasy. Nasz akademik, słynne „Sabinki”, był mieszany, ale po roku zmienili go na ściśle żeński. Chłopaków zostało tylko dziesięciu. Byliśmy tak zwaną sekcją porządkową.

Domyślamy się, że robiliście „porządki” we wszystkich pokojach po kolei.

Okazało się, że sekcja porządkowa jest w takiej instytucji mega potrzebna. Nie zdajecie sobie sprawy, ilu zboczeńców i podglądaczy przyciąga żeński akademik. Pamiętam, że kiedyś złapaliśmy jednego w toalecie. Wywiercił sobie wiertełkiem dziurki w ściankach działowych i podglądał. Starszy facet. Jedynym dokumentem, jaki miał przy sobie, była legitymacja inwalidzka związku niewidomych…

(wybuch śmiechu)

Innym razem duży, pijany facet zamknął się z dziewczyną w pokoju i było naprawdę niewesoło. Musieliśmy wywarzyć drzwi. Złapaliśmy go, ale się skubaniec wyrwał i zaczął uciekać. Goniliśmy go po ulicy, a on próbował uciec włamując się do czyjegoś mieszkania. W końcu jednak go dopadliśmy. Zabrała go policja.

Trzymanie porządku w akademiku było dobrze płatne?

To była praca charytatywna (śmiech). Na samym początku studiów pracowałem w Spółdzielni Studenckiej jako cieć. Nosiłem też meble za kasę. Szybko jednak zacząłem zarabiać jako kick-boxer.

Szybko też ludzie zaczęli na twój temat plotkować. Jaką najdziwniejszą plotkę o sobie słyszałeś?

Że jestem z mafii, albo że walczyłem w nielegalnych walkach na gołe pięści. Słyszałem też, że wspólnie z Dodą kupiliśmy we Wrocławiu luksusowy apartament (śmiech). Większej bzdury już chyba wymyślić się nie da.

Da się. Na przykład Stevena Seagala, z którym kiedyś wystąpiłeś w filmie Foreigner. Podobno to straszny bufon.

Dramatyczny gość. Facet uwierzył, że jest taki, jak bohaterowie, których gra. Do Polski przyjechał z dwiema asystentkami. Na miejscu miał jeszcze dodatkowe trzy. Jak chodził, to miał przy sobie faceta z parasolem i Nissana Patrola, jadącego powoli za nim, z wynajętą z BOR-u ochroną. W jednej ze scen miał mi wykręcić rękę. Cała ekipa się na to szykowała, bo byłem w gazie i za dwa tygodnie miałem walczyć. Wszyscy mieli nadzieję, że między nami zaiskrzy, że Seagal chociaż trochę oberwie. On jednak w ostatniej chwili kazał reżyserowi wykreślić tę scenę ze scenariusza. Zamiast tego nakręcili zbliżenie mojej twarzy (śmiech). Seagal oczywiście wiedział, że boksuję, więc zagadnął mnie, mówiąc o swojej pokazowej walce z Evanderem Holyfieldem. Powiedział: „On bierze bardzo dużo sterydów, których ja nigdy nie brałem”. Ja na to żartobliwie: „Pewnie nie musiałeś”. Spojrzał wtedy na mnie z politowaniem i stwierdził: „I tak jestem szybszy i uderzam mocniej niż ktokolwiek z wagi ciężkiej” (wybuch śmiechu). Facet żyje w swoim świecie.

Miałby jakiekolwiek szanse na ringu?

Nie rozśmieszajcie mnie.

A kto wygrałby walkę w klatce – Pudzian vs. Krzysztof Oliwa?

Nie wiem. Dziwna propozycja. Cholera, chciałbym to zobaczyć. Pudzian trenował boks i kick-boxing, nawet z nim sparowałem, kiedy nikt o nim nie słyszał, chyba w 2000 roku. Jest sprawny, robi szpagat, a nawet tańczy (śmiech). Krzysiek też trenował boks, a poza tym lubi się bić. Muszę wam się przyznać, że trzy lata temu był pomysł na walkę pokazową Krzyśka… ze mną.

Jak myślisz, czy Pudzian ostro grzeje sterydy?

Nie będę odpowiadał w jego imieniu. Facet na pewno ma genetyczne uwarunkowania, żeby być siłaczem. Kiedyś na pytanie o sterydy odpowiedział: „To jest sport zawodowy”. Dobrze, że wielu chłopaków chodzi na siłownie, bo chcą być silni jak Mariusz. Ale martwi mnie to, że są gotowi poeksperymentować ze wszystkim, byleby wyglądać tak jak on. I dochodzi do takich sytuacji, że 16 latek rozwala sobie gospodarkę hormonalną w organizmie na całe życie. Prawdziwej siły nie dadzą żadne eksperymenty. Siłaczem trzeba się urodzić.

A biznesmenem? Wydaje nam się, że chyba nie masz szczęścia do interesów.

Dobrze się wam wydaje. Jedynym biznesem, na którym dobrze wychodzę jestem ja sam.

Dlaczego Saleta Fight Club okazał się niewypałem?

Bo byłem jedynym właścicielem, a przede wszystkim jedynym inwestorem, który trochę przeinwestował. Poza tym ten biznes potrzebował czasu.

Długi już spłaciłeś?

Prawie (śmiech). Byłem w plecy z półtora miliona. Nie brałem kredytów, leasingów, nic w tym stylu.

Trochę szkoda, bo pomysł był przedni.

Chcę do tego wrócić, ale już z innym założeniem. Chciałbym otworzyć małe kluby z nastawieniem na treningi indywidualne. Koszty takiej inwestycji będą nieporównywalnie mniejsze. Saleta Fight Club był skokiem na za głęboką wodę.

A „Gentleman”?

Jak przejrzałem stare numery „Gentlemana” to na okładkach zobaczyłem parę anonimowych, za przeproszeniem, dup; Pudziana na golasa z mikołajkami i transwestytę. Z pojęciem „gentleman” nie miało to wiele wspólnego. Zacząłem wszystko zmieniać, tworzyć pismo elitarne, ale okazało się, że wydawcy nie zależy ani na podniesieniu prestiżu, ani na większej sprzedaży. Było to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, więc zrezygnowałem. Dzisiaj naczelnym jest Mariusz Pujszo, okładki wróciły do normy, a w środku można oglądać sesje typowe dla innego magazynu – „Wamp”. Szkoda, bo tytuł „Gentelman” zobowiązuje. Doświadczenie z tej pracy jednak mnie nie zraża. Swoją przyszłość i tak wiążę z mediami.

Dlaczego nie z polityką?

Całe życie uważałem, że ludzie są rozsądni i na wybory chodzić nie muszę. Okazało się, że tak nie jest i nagle każdy głos jest ważny. W zeszłym roku po raz pierwszy w życiu poszedłem głosować. Myślicie, że z kogoś takiego byłby dobry polityk? Przez chwilę myślałem nawet o europarlamencie, ale wiem, że zanudziłbym się tam na śmierć. W dodatku sam, bez rodziny. To nie moja bajka.

Ale na pewno byłbyś lepszym ministrem sportu niż taki Lipiec.

To nie problem. Wystarczy nie siedzieć (śmiech).

A propos, jak skończyła się sprawa z podrabianiem prawa jazdy (Przemkowi został postawiony zarzut przekazania fałszerzowi własnej fotografii – przyp. red.)?

Nie wiem. Dwa miesiące temu miałem konfrontację z fałszerzem. Dostałem pytanie: „Czy pan go zna?”. Mówię – „Nie”. To samo pytanie do tego faceta. A on: „Proszę pana, no kto nie zna pana Przemka?” (śmiech). Podtrzymaliśmy swoje zeznania i tyle.

Znają cię wszyscy, ale czy ktoś kiedykolwiek pomylił cię z Gołotą?

Wielokrotnie. Często mówią do mnie per Andrzej lub Darek (Michalczewski – przyp. red.). Słyszę też zdania w stylu „jest pan moim fanem” albo „jestem pana idolem”. Ludzie w stresie wygadują niesłychane rzeczy.

W internecie też można znaleźć rzeczy niesłychane, na przykład twój zegar śmierci.

Aaaa, widziałem to, ale dawno temu. Przypomnijcie mi, ile jeszcze pożyję.

Do 10 kwietnia 2024 roku.

Eeee, to mam jeszcze kupę czasu (śmiech).

Na skróty:

Od polskiego boksu trzymam się z daleka. Nie lubię podchodów i kłótni o pieniądze, których nie ma.

Motocyklem jeżdżę służbowo. Płacą mi za to.

Jak mijam panie na warszawskim „pigalaku” zadaję sobie tylko jedno pytanie: kto?

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*