Paweł Zagumny

Pawel-ZagumnyPLAYBOY nr 09, 2014 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke

Dlaczego wygramy te Mistrzostwa?

Wow! Ale mnie zaskoczyliście… Będzie ciężko.

Wygrać czy rozmawiać?

(Śmiech). Po prostu nie byłem gotowy na takie pytanie. Nie wiem, dlaczego wygramy. Na pewno będziemy walczyć. Z pewnością nie jesteśmy stuprocentowymi faworytami do strefy medalowej. I może to dobrze, bo zwykle lepiej nam się grało z drugiego rzędu. Nie jesteśmy Niemcami, którzy deklarują, że jadą po mistrzostwo i faktycznie je zdobywają. My Polacy jakoś już tak mamy, że nie sprawdzamy się w roli faworytów, za to lubimy sprawiać niespodzianki. Wystarczy spojrzeć na nasze siatkarskie sukcesy.

Srebro w Japonii na Mistrzostwach Świata w 2006 r…

I trzy lata później złoto w Turcji na Mistrzostwa Europy. Jadąc na te turnieje z pewnością nie byliśmy w gronie faworytów. Teraz jesteśmy gospodarzami Mistrzostw Świata i pompowanie balona już się niestety zaczęło. Choć cały czas mam nadzieję, że tym razem nawet media zrozumieją, że nadmierna ekscytacja nikomu nie pomaga.

Grałeś kiedyś w obiekcie choćby zbliżonym gabarytami do Stadionu Narodowego?

Nie. I nie wiem czy ktokolwiek grał. Choć duże obiekty się zdarzają. Ostatnio we Włoszech nasza kadra grała na kortach tenisowych. Kiedyś zdarzyło mi się występować w hali na ponad 20 tys. widzów. Ale stadion i to tej wielkości, to w siatkówce nowość. Nawet jeśli zamkną dach, Narodowy wciąż jest obiektem otwartym. Nie wiadomo więc co z wilgotnością i temperaturą.

Lepiej za zimno czy za gorąco?

Przeżyłem już mecz, który graliśmy w temperaturze 43 stopni. W katowickim Spodku, finał Ligii Światowej z Brazylią. Tego dnia rozgrywano dwa mecze. Pierwszy o 16., drugi o 19. Pomiędzy spotkaniami nie wywietrzono hali, bo kibice zostali w środku. Jak weszliśmy na parkiet to uderzyła nas fala gorąca. Kiszonka. Dwa sety jakoś poszły, ale później był już koszmar. Jakby wyciągnęli nam wtyczki. Z kolei w Argentynie zdarzały się hale z pootwieranymi oknami. Raz graliśmy w temperaturze około 6 stopni Celsjusza. Bardzo nieprzyjemnie. Dłonie kostniały i każde uderzenie piłki w palce bolało kilka razy bardziej niż normalnie. Pamiętam, że paru chłopakom popękała skóra na dłoniach. Z dwojga złego lepiej jednak grać w chłodzie, niż w upale.

Wspomniałeś też o wilgotności…

To nawet większy problem. Właśnie w Argentynie bywało tak, że w halach bez klimatyzacji wskutek wysokiej wilgotności parkiet był pokryty rosą. I kiedy zawodnicy próbowali hamować, wchodzili w ślizg. Na Narodowym też będzie ciężko nad tym zapanować. Co prawda ma być próba generalna na trzy dni przed meczem otwarcia z Serbią… Pożyjemy, zobaczymy.

Serbia – ciekawy przeciwnik.

Bardzo. Warto nie przespać tego pierwszego spotkania (śmiech). Zresztą żeby się liczyć w dalszej fazie turnieju, trzeba wygrać każdy mecz. Można sobie pozwolić na góra jedną porażkę.

Za rok minie 20 lat od kiedy występujesz w barwach biało-czerwonych.

I chyba już tego jubileuszu w kadrze nie doczekam. Myślę, że to mój ostatni sezon w reprezentacji. O ile się zakwalifikuję. Bo przecież w tym momencie nic nie zostało jeszcze przesądzone… Sami wiecie jak jest – bo chyba jesteśmy w podobnym wieku – organizm już nie ten, co kiedyś. Wszystko czuje się w nogach. Stąd moje obawy…

Ale sam kiedyś mówiłeś, że rozgrywający jest jak wino – im starszy tym lepszy.

To prawda. Tyle, że w pewnym momencie nawet wino zaczyna kisnąć. Ważne, żeby tę chwilę w porę wyczuć. W tym roku w wieku 41 lat karierę zawodniczą skończył wybitny rozgrywający – Serb Nikola Grbić. Zdarzają się nawet starsi rozgrywający, ale to tylko wśród tych mniejszych – mierzących po 180-parę centymetrów. Krótsze mięśnie, łatwiej je obudować i utrzymać w formie. Z moimi dwoma metrami będzie trudno grać do czterdziestki na najwyższym poziomie. Absolutnym fenomenem i wyjątkiem  jest dwa lata starszy ode mnie Marcin Nowak. Mierzy 215 cm i wciąż gra. Wszyscy się śmieją, że to dlatego, że nigdy nie skakał. Nie musiał. Wystarczyło, że się wspiął na palce (śmiech).

Przez fachowców wciąż jesteś wymieniany wśród najlepszych rozgrywających świata. Ciągle jesteś na pudle.

Oczywiście cieszą te miłe słowa, ale uczciwie mówiąc to chyba już nie. Dwa lata nie grałem w reprezentacji. A to na arenie międzynarodowej jest najwyższy poziom siatkówki. Zdecydowałem się jeszcze raz powalczyć o miejsce w kadrze, bo uważam, że Mistrzostwa Świata w Polsce to niesamowita impreza, a ja w dobrej formie jestem w stanie pomóc reprezentacji. Gdybym się nie czuł na siłach, to bym odmówił. Taki mam charakter.

Masz też bardzo charakterystyczny serwis. Dla niektórych wręcz kultowy…

Kultowy?!

No tak. W internecie można o nim przeczytać całe wypracowania. Aż tak mocno kręcisz?

Kręcę? (Śmiech). Właśnie największą sztuką jest nie kręcić. Pic polega na tym, żeby piłka szybowała. Jak się czasem spojrzy na zwolnione powtórki i na lecącej piłce można przeczytać napisy, to wiadomo, że serwis jest wykonany idealnie. „Kręconki” to zazwyczaj te mocne serwisy z wyskoku. Nigdy nie miałem predyspozycji do takiej zagrywki. Dlatego doskonaliłem przez lata tak zwane „floty”. Dzisiaj coraz więcej drużyn kalkuluje i przechodzi na „płaskie” serwisy. Każda zepsuta zagrywka to strata punktu. A po lufie jest wóz albo przewóz. „Flota” pozwala uniknąć błędu przy zagrywce. To przeciwnik ma większe szanse na potknięcie – może się pomylić przy odbiorze, rozegraniu i w ataku.

Miałeś na boisku jakieś inne ksywki poza „Gumą”?

Bywałem też „Liskiem”. Albo „Złotym”. Wszystko pod kolor (śmiech).

W twoim klubie – ZAKSA Kędzierzyn Koźle – prezesem jest kobieta. Milej się gra dla pani prezes niż panów prezesów?

Z pewnością (śmiech). Tak naprawdę nie odczuwamy żadnej różnicy. Może poza tą, że od kiedy nastała pani prezes, w klubie zwraca się większą uwagę na sprawy estetyczne. Na przykład na kolory i rozmiary strojów. Ale nie będę się zagłębiał w szczegóły. Najważniejsze, żeby prezes był z zespołem na dobre i na złe.

Stroje w siatkówce ważna rzecz. Szczególnie kobiecej.

To na pewno. Dziewczyny na ogół nie są zadowolone, że każe się im grać w takich kusych spodenkach. Ale seksizm dotyka również i męskie ekipy. Pamiętam, że na Mistrzostwach Świata w 1998 r. Kubańczycy zagrali w totalnie obcisłych, jednoczęściowych kostiumach. To był dla wszystkich szok. Chodziło chyba o to, że żona Rubena Acosty (były długoletni prezydent Światowej Federacji Siatkówki – przyp. red.) chciała sobie dokładnie pooglądać… Prawdopodobnie kubańska federacja przytuliła odpowiednią kwotę i gotowa była wystawić swoich zawodników w dowolnych strojach, nawet z palemkami na tyłkach. Kubańczycy wyglądali wtedy kosmicznie. Są hojnie obdarzeni, więc te pół kilo pasztetowej naprawdę robiło wrażenie. Wszyscy się z nich śmiali, co jednak nie przeszkadzało im grać. Zlali nas wtedy konkretnie.

Wtedy wszyscy was lali.

Zgadza się. Większość meczów o stawkę przegrywaliśmy. Czasami udało nam się pokonać jakąś topową drużynę, ale były to incydentalne przypadki. Być może błędem było wyrzucenie całej starej załogi i zastąpienie jej nami, czyli nieopierzonymi wśród seniorów – prawie juniorami. Zdecydowanie powinniśmy się uczyć siatkówki od bardziej doświadczonych kolegów. A tak uczyli nas na parkiecie inni, często niemiłosiernie ogrywając. Doświadczenie w tym sporcie jest podstawą. Przez lata zbiera się informacje o tym, jak grać o wielką stawkę. Nawet z pozoru tak błahe sprawy jak, co jeść przed meczem, a czego unikać, mają znaczenie.

Czego trzeba się wystrzegać?

Dopiero po latach dotarło do mnie, że w dniu meczu nie mogę pić kawy. Po kawie zdecydowanie szybciej się męczę. To sprawa indywidualna, bo mam kolegów, którzy piją po pięć kaw dziennie i nie ma to na nich wpływu. Lub z pozoru nie ma. Jak we wszystkim – doświadczenie idzie z wiekiem. Dzisiaj bardzo zwracam uwagę na zależności między tak zwanym prowadzeniem się, a formą fizyczną. Czasy wódki z Red Bullem na dzień przed treningiem bezpowrotnie minęły (śmiech).

Właśnie. Jak to jest u was z piciem? Zwykle słyszy się raczej o pijanych piłkarzach…

Jaki z tego wniosek? Że siatkówkę uprawiają z reguły ludzie inteligentniejsi niż piłkarze (śmiech). Z alkoholem sprawa jest prosta – trzeba wiedzieć co się pije, ile się pije, kiedy, z kim i gdzie. Ale oczywiście poznałem kilku chłopaków, którzy nie osiągnęli niczego w siatkówce, a mogli bardzo wiele. I to nie tylko wódka była przyczyną. Istnieją przecież różne inne używki.

Czy przekonanie, że każdy siatkarz ma mocny cios to mit?

Nie wiem, bo dawno nie widziałem siatkarza, który by się bił. Jeśli już, to i tak waliłby raczej z plaskacza, a nie z pięści. Musimy oszczędzać palce. Głupio by było połamać dłonie na czyjejś szczęce. Dlatego jeśli już zachodzi konieczność, to siatkarze walą raczej ze łba, albo z buta. Takie są zalecenia trenera. Zwykle jednak nie mamy takich problemów. Ustaliliśmy już przecież, że siatkarze, to nie piłkarze (śmiech).

Dbasz o palce jak pianista?

Bez przesady, ale coś w tym jest. Szczególnie powinni uważać rozgrywający, bo oni muszą idealnie czuć piłkę. Dlatego zanim się wezmę za majsterkowanie, albo krojenie pomidorów japońskim nożem ceramicznym, wolę dwa razy pomyśleć. Przecięcie palca praktycznie wyklucza mnie z gry. Co innego tak zwane „młotki”. Atakujący mogą sobie obwiązać wszystkie palce i dalej będą wbijać piłkę w boisko. A dla mnie jeden palec, który pół roku temu wyleciał ze stawu, wciąż jest problemem. Po urazie i czterech tygodniach gipsu nie zgina mi się do końca także prawa dłoń. Nie ma jednak co narzekać. Normalna sprawa dla profesjonalnego siatkarza.

Co cię boli najbardziej, kiedy wstajesz rano?

Teraz akurat nic, bo jestem po urlopie. Oczywiście to jest sportowe nic. Bo tak naprawdę nas zawsze coś boli. Dzisiaj akurat prawa łopatka. Ale nawet tego nie zauważam. Dopóki nie krzywisz się z bólu, jest OK. Bywają przecież takie dni, że trudno się ruszyć.

Mówi ktoś do ciebie Lechu? Masz takie drugie imię – po tacie.

Lech Zagumny jest tylko jeden (śmiech). Tata był zawodnikiem, a później trenerem siatkówki. Zresztą bardzo wymagającym. Mnie szkolił tylko przez dwa, trzy miesiące… Krótko, ale intensywnie. Opierdziel zbierałem jak wszyscy, albo i bardziej. To dzięki ojcu tak szybko wszedłem w dorosły sport. Nadstawiał trochę karku wypuszczając 16-latka na boisko. Ale się opłaciło.

Jak dzisiaj tata recenzuje twoje występy?

Bez zmian. Non stop jest tak zwana konstruktywna krytyka. Na pochwałę od czasu do czasu mogę liczyć raczej ze strony żony. Najbardziej podobają jej się kiwki. Oliwia też grała jako rozgrywająca, dlatego tym bardziej umie docenić dobre zagranie. Ojciec był rozgrywającym, mama była rozgrywającą i Oliwia także.

Skazany na siatkówkę.

Nie było innej opcji. Nawet jakbym bardzo chciał. Na szczęście szybko mi się spodobało. Od małego byłem słaby z biegania. Piłka nożna odpadała. Chyba, że na pozycji bramkarza. To lubiłem. Nawet rokowałem, ale siatkówka była poza konkurencją.

Mikołaj i Wiktoria też są skazani na siatkówkę?

Mikołaj jest jeszcze za mały, żeby przewidzieć jakie ma predyspozycje. Ważne, że lubi oglądać sport. A Wiktoria, która ma 10 lat, świetnie pływa. Miała iść nawet do klasy dla dzieci trenujących pływanie, ale zamknęli basen w pobliżu szkoły. Uznaliśmy, że nie będziemy jej męczyć długimi dojazdami. W rezultacie idzie do klasy… siatkarskiej (śmiech). Ale nic na siłę. Bardzo chciała. Już teraz widać, że będzie wysoka. Szkoda, żeby siedziała za biurkiem.

Gracie czasem z żoną na wakacjach w siatkówkę na plaży? Strach się was bać.

Zdarza się. Nawet lubimy. Ale raczej w swoim siatkarskim towarzystwie. Z amatorami lepiej nie zadzierać. Uprawiają głównie skok w dal. Non stop przelatują pod siatką na drugą stronę boiska. Mogą nogi połamać – swoje i nasze.

Próbowałeś kiedyś zawodowej siatkówki plażowej?

W Wilkasach na otwarciu jakiegoś hotelu graliśmy w parze z z Pawłem Papkem. Naszymi przeciwnikami byli lokalsi, którzy regularnie brali udział w turniejach ogólnopolskich. Ograli nas 2:0. To inna dyscyplina sportu. Inne treningi, inna motoryka, inna wytrzymałość. Poza tym inna technika – plażowicze bardziej „trzymają” piłkę, a do tego wystawiają głównie dołem. Mój dół jest raczej przeciętny… Siatkarze plażowi są bardziej wszechstronni. W tamtym meczu oni sprytnie serwowali na mnie. Odgrywałem do Pawła, on wystawiał i ja musiałem atakować. A przecież na co dzień tego nie robię. Coś tam więc sztukowałem, ale wychodziło marnie. Zdarzają się oczywiście siatkarze, którzy najpierw zdobyli mistrzostwo olimpijskie na hali, a potem na plaży (Amerykanin Karch Kiraly – mistrz olimpijski w 1984 i 1988 r. w hali oraz w 1992 r. na plaży – przyp. red.).  Uważam, że to ogromne osiągnięcie. W ogóle lubię oglądać plażowiczów grających na najwyższym poziomie. Gorzej z plażowiczkami – to już inny sport….  Kobiecy jestem w stanie przełknąć tylko tenis…

Czyli Zagumny nigdy nie będzie trenował kobiet.

Nigdy nie mów nigdy. Ale na poważnie to nie wiążę swojej przyszłości z trenerką. Jeden Zagumny wśród trenerów w zupełności wystarczy. Wolałbym coś innego, przyjemniejszego. Może Dyrektor sportowy? Menedżer? Nie brzmi źle.

A może strzelanie?

Strzelanie to bardzo fajne hobby. Raz na zgrupowaniu w Spale miałem okazję strzelać z pistoletu sportowego. Fajna zabawa, ale tylko amatorsko. Profesjonalne treningi to udręka. Poza tym broń była przystosowana  do bardzo małych dłoni. Biorąc pistolet w swoją łapę od razu czułem, że coś jest nie tak (śmiech).

Czyli rajdy samochodowe.

Miałem przyjemność bycia pilotem Janusza Kuliga w samochodzie WRC i Michała Bębenka na Rajdzie Barbórki. Zaliczyłem nawet jedną latarnię. Rajdy to super sprawa. Adrenalina wciska w fotel. Jestem wielkim fanem. Zazdroszczę Adamowi Małyszowi, że tak płynnie zmienił dyscyplinę. Powinienem z nim o tym pogadać, może mi coś podpowie. Na razie jednak skupiam się na Mistrzostwach i grze w klubie.

A my chcemy się teraz skupić na innym aspekcie życia. Podobno żonę wybrała ci mama?

Kategorycznie zaprzeczam (śmiech). Sam wybrałem. Ale prawda jest taka, że mama znała Oliwię wcześniej, bo ją trenowała. I pamiętam, że była nią zachwycona. I to nie tylko dlatego, że dzięki świetnej rozgrywającej drużyna wygrywała. Ponoć mama ciągle Oliwii powtarzała: „Mam syna siatkarza. Musisz go poznać. Będziecie do siebie bardzo pasować…”. A my poznaliśmy się przypadkiem. Na dyskotece w „Parku”. Wtedy to był klub studencki. Od razu przypadliśmy sobie do gustu.

Mama oczywiście była przeszczęśliwa.

Jeśli pytacie o tak zwane zapoznanie, to faktycznie przebiegło bez najmniejszych problemów (śmiech).

Urodziłeś się w Jaśle, ale jesteś warszawiakiem.

Rodzice mieli tam pracę. Mamie kończył się kontrakt z tamtejszym klubem. Wróciliśmy do Warszawy jak skończyłem trzy miesiące. W Jaśle byłem dwa razy w życiu. Po urodzeniu i… dwa lata temu. O dziwo kilka osób zaczepiło mnie tam na ulicy.

Bo to miasto chętnie się do ciebie przyznaje. Pewnie nie wiesz, że patronem Jasła, jest Święty Antoni z Padwy. A ty przez trzy sezony grałeś w klubie Edilbasso Padwa. Czyli duch Jasła od zawsze czuwał nad twoją karierą…

Nie sposób zaprzeczyć (śmiech). Niedawno kumpel zrobił mi świetny kawał. Jechał przez Jasło, zadzwonił do mnie i powiedział, że właśnie minął Rondo Zagumnego. Był moment, że naprawdę się przestraszyłem. Mieliśmy z żoną niezły ubaw.

Oliwia pojechała z tobą do Włoch, kiedy podpisałeś tam kontrakt. Potem jeszcze przeprowadzaliście się kilka razy. Gdzie mieszkało się wam najlepiej?

Chyba w Olsztynie. Zapuściliśmy tam korzenie. Przez sześć lat poznaliśmy masę świetnych ludzi. Mamy tam wielu przyjaciół. W Padwie kompletnie nie korzystaliśmy z uroków Italii. Wydaje mi się, że byłem jeszcze za młody. Przede wszystkim chciałem grać w pierwszym składzie i nie interesowało mnie nic innego. Dziś młodzież ma trochę inne podejście: ławka, nie ławka, byle na koncie wszystko się zgadzało. Wtedy we Włoszech wrzucono mnie na głęboką wodę. I bardzo dobrze. Miałem w Padwie świetnego trenera. Wiele się tam nauczyłem i ten czas miał ogromny wpływ na moją dalszą karierę. A wolne chwile poświęcałem na lekcje włoskiego. Nie miałem czasu na przyjemne pierdoły. Tylko ciężka robota. Opłaciło się, bo dziś włoski znam perfetto.

Z Olsztyna przeprowadziliście się do Aten.

Świetny czas, świetne miejsce do życia. Mieliśmy wspaniały widok na morze. Gdyby nie gigantyczny grecki kryzys, pewnie byśmy stamtąd nie wyjechali. Jednak leżąc na plaży nie zarobi się na życie. Panathinaikos do tej pory zalega mi z wypłatą. Dlatego kiedy pojawiła się oferta z ZAKSY, trzeba się było decydować na powrót do kraju.

Zamiana Aten na Kędzierzyn Koźle musiała boleć. Z pełnym szacunkiem dla tego ostatniego.

Ale są i uroki. Na trening dojeżdżam w pięć minut, a nie w siedemdziesiąt pięć. Gdybym chciał być sportowym emerytem zostałbym w Grecji. Zależało mi na poziomie sportowym, dlatego ZAKSA była dobrym wyborem.

A inne oferty zagraniczne?

Jakbym ich szukał, to bym znalazł. Ale w Kędzierzynie jest mi dobrze. Mam żonę, dwoje dzieci… Pakowanie takiej wywrotki i eskapada po Europie jakoś mi się nie uśmiecha. Oczywiście na koniec kariery marzy mi się powrót do Warszawy. Mam tam rodziców i dom, który buduję od dziesięciu lat. Nie spędziliśmy tam jeszcze ani jednej nocy, a zdążyliśmy już zrobić dwa remonty (śmiech).

Na koniec… Czego życzy się siatkarzowi, który ma walczyć o mistrzostwo świata?

Pewnie połamania rąk. Albo lepiej – połamania wszystkiego… Zastanawia mnie co zrobicie z tym wywiadem, jeśli się nie załapię do kadry. Chyba nie puścicie tej rozmowy. Mam nadzieję, że macie jakąś alternatywę…

Na skróty:

zawodowo:

Moim siatkarskim idolem był Paolo Tofoli, który zawsze grał z piątką na koszulce. Nie wiedziałem, że można inaczej. W kadrze przez ostatnie 15 lat grałem z piątką więc i teraz na mnie czeka (śmiech).

Rozgrywający to tak zwany „sypacz”. Słaby rozgrywający to „wystawiacz”. Ostatnio popularny zrobił się też „nahrawacz” – z czeskiego.

Trzy sety w meczu o dużą stawkę potrafią zmęczyć dużo bardziej, niż pięć setów meczu bez stawki.

nabiałowo:

Pierwszą kasę zarobiłem, nosząc i metkując jogurty w mleczarni Danone na warszawskiej Woli. To była praca dorywcza załatwiana przez kumpla, którego mama tam pracowała. Robiliśmy na akord, więc przez dzień potrafiliśmy zrobić tyle, ile zatrudnieni tam na stałe pracownicy w tydzień. Kierownik mówił: „Jak jest jakaś dziura, zgniotka albo złe domknięcie, to możecie wypijać te jogurty”. No i pewnego dnia pierdyknąłem piętnaście. Jagodowych. Do tej pory nie mogę na nie patrzeć.

młodzieńczo:

W średniej szkole razem z trzema innymi kolegami, znalazłem się na okładce książki Awantura w Niekłaju Edmunda Niziurskiego. Mama jednego z tych kumpli zorganizowała błyskawiczną sesję fotograficzną w parku. Jak dzisiaj widzę to zdjęcie, nie mogę uwierzyć, że moje włosy mogły mieć taki kolor (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*