Paweł Borowski

PLAYBOY nr 6, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

ilustr. Paweł Borowski


W twoim filmie Zero nie ma imion. Są tylko postacie w stylu „Barczysty biznesmen” i „Niechlujny tłuścioch”. A jak byś nas określił?

Może „Weteran z Seatlle” i „Silny w spokoju”?

Tacy ludzie pracują dziś w PLAYBOYU. Pamiętasz moment, w którym PLAYBOYA zobaczyłeś po raz pierwszy?

Nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia. Głębiej zapadły mi w pamięć mocniejsze, zachodnie świerszczyki, które przypadkowo znalazłem u kolegi. Na gwiazdkę dostawałem czasami batoniki z Peweksu, ale PLAYBOYÓW Mikołaj jakoś mi nie przynosił.

Czyli edukowałeś się głównie poza domem.

Na to wygląda. A propos – tata mojej znajomej zapomniał kiedyś kupić program telewizyjny na weekend, więc wysłał ją do kiosku. A ona, będąc wtedy 13-letnim dziewczęciem, kupiła tatusiowi „Twój weekend”. A tam był zupełnie inny program… Pamiętam, że wiele odkryć estetyczno-erotycznych czyniło się w ubikacjach w szkole podstawowej. Starsi koledzy zawsze byli wyposażeni w różnego rodzaju periodyki.

Miałeś wtedy video?

Nie miałem. Chodziło się do kumpli. Filmy „normalne” oglądałem z kolei w osiedlowym domu kultury. Mieli tam magnetowid, w którym kasety ładowało się od góry. Niesamowita technologia. Do tego, film szedł jednocześnie na dwóch telewizorach. Jakość kopii była skandaliczna, ale nie przeszkadzało to w gruntownym zapoznaniu się z Rambo 2 i Terminatorem.

Bywałeś Terminatorem?

Byłem trochę łobuzem. Często się biłem, a rodzice byli wzywani do szkoły. Byłem najmniejszy w klasie, a do tego w okularach. Musiałem jakoś udowadniać, że nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.

Czego wtedy słuchałeś?

Pod koniec podstawówki zacząłem słuchać punkrocka. Kiedyś na lekcji muzyki musieliśmy zaprezentować i opowiedzieć, czego słuchamy. Przerwałem falę Shakina Stevensa nagraniami koncertowymi The Exploited, które zgrałem na kasetę z winyla wujka. Nauczycielka była w szoku. Później było GBH, Dead Kennedys, Sex Pistols, Joy Division i Republika.

A potem zacząłeś malować akty. Czy modelki na Akademii Sztuk Pięknych przypominały Playmates?

Prawda jest okrutna, większość tych pań miała swoje lata. Podobnie zresztą jak i pozujący panowie. Niezmiernie rzadko zdarzały się młode dziewczyny. Do dziś zastanawiam się zresztą, co nimi powodowało. Bo finansowo wychodziło się na tej robocie raczej mizernie.

Może chciały zapoznać się bliżej z młodymi, obiecującymi artystami.

Być może. Nie skorzystałem. Podstawowym warunkiem, który musieli spełniać modele, było to, czy potrafią wytrzymać w jednej pozycji parę godzin. Traf chciał, że najlepsi byli najstarsi. I dobrze, bo bardziej inspirujące bywały dla mnie wówczas panie, po których widać było ząb czasu. Zresztą w czasie studiów zajmowałem się nie tylko malarstwem. Jako dodatkową specjalizację wybrałem „film animowany”.

Dlaczego nie zdawałeś po prostu na reżyserię?

Wtedy te studia były tylko podyplomowe. Na pewno był to dla mnie pewnego rodzaju zawód, ale dzisiaj myślę, że zgadzam się z Tadeuszem Kantorem, który twierdził, że studia artystyczne nie mają sensu. Można się na nich nauczyć technik i rzemiosła, ale wrażliwości nikt nikogo nauczyć nie może. Owszem to dobry czas na rozejrzenie się, zastanawianie i co najważniejsze, popróbowanie wszystkiego. Ale na tym koniec.

Na warszawską ASP dostałeś się za pierwszym razem?

Udało się i całe szczęście – wojsko upominało się o mnie już w liceum. Potem na szczęście przestali brać studentów szkół artystycznych, bo ponoć destabilizowali armię (śmiech).

Talent masz w genach?

Jeżeli pytacie o to, czy moi rodzice są po Akademii, to tak – są. Ale myślę, że to nie tylko kwestia talentu. Dla mnie po prostu życie wśród rysunków i obrazów od dziecka było czymś zwyczajnym i normalnym. Już w podstawówce rysowałem komiksy. I chyba dzięki rodzicom od razu byłem świadomy tego, że to też jest sposób na życie. Dla mnie tamte komiksowe historyjki były jak filmy. Pewnie dlatego w liceum zapisałem się do Amatorskiego Klubu Filmowego.

Dlaczego w historyjkach, które wymyślaliście wtedy z kolegami, zawsze uśmiercaliście głównych bohaterów?

Wynika to z tradycji szekspirowskiej (śmiech). Śmierć bohatera jest czymś bardzo dramatycznym. Poza tym wydawało się nam, że opowiadanie o kwestiach ostatecznych jest doniosłe i ważne. I tego się trzymaliśmy.

Czy tytułując swój pełnometrażowy debiut nie bałeś się recenzji zaczynających się od słów: „Ten film to prawdziwe zero”?

Myślę, że był w tym element przekory, choć tytuł wziął się z zupełnie innych powodów. Jedną z najfajniejszych rzeczy w kinie jest możliwość prowokowania. Mogę obiecać, że będę się starał rozwijać tę cechę.

A kto po seansie zadał ci pytanie: „Chciał pan wkurwić widzów?”

Nie bardzo pamiętam. To było pytanie z sali. Zresztą bardzo często spotykam się z publicznością zadającą ciekawe pytania. W Rotterdamie na przykład pewien pan zapytał, czy w polskiej służbie zdrowia na porządku dziennym jest, że karetka jadąca do wypadku podwozi kolegów kierowcy do domu (śmiech). Dostałem też pytanie, ile zrobiliśmy dubli sceny z tabletkami, które rozsypują się na początku i końcu filmu. Dało mi to do myślenia i pokazało, jak uważnie ludzie oglądają filmy. Szczególnie w trakcie festiwali. Swoją drogą to ciekawe czy są to ci sami widzowie, którzy tłumnie idą na film o tańczących z wilkami smerfach na planecie Pandora.

Jakie masz wymierne korzyści po pokazach Zera na festiwalach?

Na przykład takie, że po festiwalu w Rotterdamie holenderski dystrybutor kupił prawa do kinowej dystrybucji.

Czyli bilans Zera jest zdecydowanie niezerowy?

Powiedzmy sobie szczerze, mój dorobek filmowy przed Zerem był niewielki. Dwa filmy krótkometrażowe, w tym jeden animowany, a drugi o dmuchanej lalce z sex-shopu. Pełnometrażowy debiut był dużym sprawdzianem i ryzykiem. Nie tylko dla mnie, ale i dla producenta. Wiedziałem, że film nie będzie podobał się wszystkim i dziś cieszę się, że wzbudził skrajne reakcje. Dla jednych jest świetny, dla innych nudny. Wywołał emocje, czyli jest dobrze. Ale prawdziwy sprawdzian czeka mnie dopiero teraz. Mówi się, i nie bez racji, że to drugi film pokazuje prawdziwe umiejętności reżysera.

Czy twoje filmy nie są rodzajem autoterapii? Krytykujesz w nich świat, który sam tworzyłeś.

Nie sądzę. Oczywiście nie da się uciec od moich korporacyjnych doświadczeń. Ale z drugiej strony warto pamiętać, że nigdy nie zaprzestałem swojej prywatnej działalności artystycznej. Poza tym w filmie staram się w ogóle nie oceniać. Przyglądam się zdarzeniom. I tyle.

Zarabiałeś kiedykolwiek w sposób nieartystyczny?

Na przełomie liceum i studiów należałem do ekipy remontowej. Remontowaliśmy sklepy. Na przykład „papiernik” przy Smolnej. A jak zakwalifikować kilka lat pracy w agencjach reklamowych? Czy to jest zajęcie artystyczne?

Bycie dyrektorem kreatywnym było chyba zajęciem o niebo bardziej artystycznym niż malowanie wnętrz sklepowych.

Chyba nie zawsze (śmiech).

Łatwo było odejść z agencji reklamowej?

Niełatwo, bo taka decyzja była, rzecz jasna, obarczona rozmaitymi niebezpieczeństwami, głównie finansowymi.

Kiedy w ogóle zacząłeś zarabiać?

Przez całe studia utrzymywałem się z robienia ilustracji do gazetek dla dzieci. W pewnym momencie robiłem je do wszystkich tego typu gazetek w Polsce – do „Świerszczyka”, „Ciuchci”, „Misia” i paru innych. W międzyczasie zaproponowałem swoje rysunki „Gazecie Wyborczej”. Spodobały się i zacząłem pracować dla „Co jest grane”. Potem przypadkiem, gdy byłem na ostatnim roku studiów, pojawiła się propozycja pracy w reklamie. Zaczynałem na pół etatu. A wszyscy chyba wiedzą, jak takie pół etatu w agencji wygląda. Zasuwasz i tak na cały.

Po ilu latach zostałeś panem dyrektorem?

Po pięciu, może sześciu. Skłamałbym, gdybym powiedział, że praca w reklamie nie sprawiała mi frajdy. W pewnym momencie dochodzi się jednak do takiego miejsca, kiedy zadajesz sobie fundamentalne pytania. Dlatego odszedłem. Ale mam przyjaciół, którzy wciąż kochają tę pracę i znakomicie się w niej realizują. Każdy ma swoją drogę i nie należy tego wartościować.

Kiedy oglądasz filmy, które rysujesz w „Co jest grane”?

Większość oglądam dopiero po rysunkach.

Pamiętasz swoje najgorsze kryzysy twórcze?

To zadziwiające, ale w im gorszej formie psychicznej jestem, tym śmieszniejsze rysunki mi wychodzą. Nie wiem z czego to wynika. Czy wyostrza mi się wtedy wisielczy humor, czy zwiększa się skłonność do groteski – nie mam pojęcia. Wiem jednak, że najlepszą recenzentką moich rysunków jest żona. Widzi je zawsze pierwsza i kiedy mówi, że są straszne albo okropne, to wiem, że jest bardzo dobrze (śmiech).

Jaki rysunek zrobiłbyś do Zera? Kiedyś mówiłeś, że narysowałbyś nic albo innymi słowy nic byś nie narysował…

Tak, ale ten pomysł już wykorzystałem. Na rysunku nie było nic, za to w podpisie był tytuł filmu: Mężczyzna idealny.

Co wymyśliłbyś dla Kobiety idealnej?

Narysowałbym żonę.

Podoba się nam taka odpowiedź. A kogo z obsady „Zera” rozebrałbyś u nas?

Nie mam pojęcia.

A gdybyś miał zlecenie, żeby narysować kogoś na rozkładówce?

Może Lady Gagę? Narysowałbym kupę rozrzuconych gadżetów. Ciała nie byłoby widać.

A propos. Co myślisz o Dniach Cipki?

To jakaś inicjatywa feministyczna? Czytałem o tym. Myślę, że super. Warto zastanowić się nad językiem, którym nazywamy części intymne. Cipka dla mnie nie jest wulgarna, ani nieprzyjemna. Cipka jest… sympatyczna.

Na skróty:

O NAS:

PLAYBOY jest pismem chłopskim. W końcu sięgają po niego chłopaki.

O SOBIE:

W życiu nie wpisałem żadnego komentarza w internecie. Być może dlatego, że jestem bardzo analogowy. Piszę maile, gdy naprawdę muszę. Nie cierpię też wysyłać smsów.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*