Muniek Staszczyk

PLAYBOY nr 12, 2003 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Tomek Bergmann

(Z Muńkiem zawsze warto się spotkać. Po pierwsze – jest specyficzny. Po drugie – szczery. Po trzecie – ma zdanie na każdy temat. Po czwarte – smutno nigdy nie jest. I tym razem, w knajpce na warszawskiej Ochocie, przegadaliśmy prawie dwie godziny. Za oknami mróz i śnieg. W środku rozgadany, rozżarzony wieczny chłopiec – Muniek)

W „Idolu” startuje Staszczyk. W jury siedzi Maleńczuk. Jak by cię ocenił?

Maciek z „Idola” chyba by mnie wywalił (śmiech). Nie szkolony, chropawy głos, wada wymowy, niespecjalny wygląd. Nie dałby rady (śmiech). Na bank!

Skąd wzięła się twoja wada wymowy?

Wynika to troszkę z zaniedbania rodziców, a troszkę z mojego lenistwa. Wszystkie aparaty na zęby olewałem, wypluwałem na noc i już! Moje dzieci mają to samo, ale są pilnowane. Teraz mówią mi, że absolutnie nie powinienem nic z tym robić. Nie szczycę się tym, ale przynajmniej jestem rozpoznawalny. Ponoć odkąd Panasewicz wymienił sobie zęby, to inaczej brzmi (śmiech).

Ty brzmisz od lat podobnie, a do tego zawsze na koncertach oczy masz schowane za okularami przeciwsłonecznymi. Skąd ten pomysł?

Z tremy. W trakcie pierwszych koncertów chciałem odgrodzić się od ludzi i tak już zostało. Kiedy śpiewam, czy wydzieram się, zamykam oczy, czego po prostu nie było widać, ale teraz okulary to już tylko gadżet. Swego czasu chodziłem po nie na Koło, potem do sklepiku optycznego na placu Wilsona, gdzie zostawiano dla mnie interesujące klasyczne modele. Te, które mam teraz, dostałem. Bardzo je lubię i jak czasem się zdarza, że je gdzieś zostawię czy zgubię, to wpadam w paranoję. Jakbym zgubił kawałek samego siebie. No, ale na szczęście zawsze się znajdywały. Kiedyś wracałem po nie samochodem 20 kilometrów!

Jak się dzisiaj prowadzisz? I jak prowadziłeś się kiedyś?

Byłem sportowcem i otarłem się o różne dragi. Lubię alkohol, jak każdy mam słabości, ale nie mam temperamentu uzależnieniowego. Zespół wszystkie te rzeczy w skali destruktywnej ma już za sobą, co nie znaczy, że nie potrafimy się zabawić. W połowie lat 90. był inny etap. Dwa zespoły T.Love i Szwagierkolaska, intensywne koncerty… Płyty „Al Capone” i „Prymityw” powstały trochę pod wpływem. Zorientowałem się, że to przegięcie, kiedy zaczyna tobą rządzić chemia, choć nie mogę powiedzieć, że zostałem kaznodzieją. Nawiasem mówiąc, to co ludzie teraz palą, to jakaś tragedia, zero natury. Coś chyba do tego dodają.

Czy zdarzyły ci się kiedyś w związku z używkami problemy z policją?

Niedawno miałem doła i taki odlot, że chciałem sobie zrobić poważną przejażdżkę po Europie. Mieliśmy koncert w Hiszpanii w okolicach Kadyksu. Był samolot, ale trzasnąłem drzwiami i pojechałem samochodem. I w jedną, i w drugą stronę byłem totalnie czesany przez francuskich celników. Psy, „we must check your car”! Mam Hondę CRV, taki trochę terenowy samochód. Może im to podchodziło pod profil podejrzanego kola z Europy Wschodniej. Sugerowali, że mam ze sobą dragi. Traktowali mnie jak gangstera, przemytnika i obywatela trzeciej kategorii. Oplułem, kurwa, francuską ziemię! Zajebiste sery, erotyka i wina, ale reszta to policyjny kraj.

Stwierdziłeś niedawno, że siedzi w tobie pijak.

(Śmiech) Trochę alkoholu w życiu wypiłem. Teraz mniej, bo nie mam zdrowia, żeby tak się dewastować. Już nie zdarzają się klimaty, żeby na totalnej najebce wychodzić na scenę. Jeśli już, to łączy się to ze spotkaniem z kumplami. Najczęściej w trakcie meczu piłkarskiego, ale nie polskiej reprezentacji, do której straciłem cierpliwość. Raczej Liga Mistrzów.

A co wykazują badania lekarskie?

Często się nie badam, ale są już takie kace, których nie znosi się jak kiedyś. Bywają klimaty typu duszności, ciśnienie itd. Jednak w sumie nie jest źle, bo jakiś czas temu sprawdzałem swoją wątrobę (śmiech). W moim życiu jest zresztą sporo sportu: narty, squash i tenis.

Od pewnego czasu wiele osób uważa T. Love za czołowych polskich przedstawicieli kiczu. Co ty na to? Lubisz kicz?

Ja kicz uwielbiam. Taka perwersja zawsze u mnie występowała. Jako nastolatek z jednej strony słuchałem punka, z drugiej kochałem Smokie i Abbę (śmiech). Do dziś uwielbiam niemieckie filmy o Indianach. Tak samo jest i było w T.Love. Garaż, Karuzela to utwory z tekstami społecznymi, ale z muzyką kiczowatą. Już w latach 80. ubieraliśmy się w obciachowe stroje, jakieś dzwony, w których żule jeszcze aktywnie chodzili. Scena punkowa nas wtedy akceptowała. Uważali nas za lightowców, ale OK. W latach 90., wiadomo, Chłopaki nie płaczą – utwór wielbiony przez jednych, nienawidzony przez drugich, co zresztą w pełni rozumiem. Robiąc z premedytacją ten numer, mieliśmy świadomość, że wiele osób napluje na płyty T.Love. Uwielbiam w ten sposób wkładać kij w mrowisko. Nas to bawi. Podobnie jest w przypadku naszej nowej propozycji Polish Boyfriend. „Co to, kurwa, jest?” – awanturują się fani. „Mam kilka płyt T.Love. Są świetne, ale tę wywalę na śmietnik”. Sporo ludzi szanuje nas za wcześniejsze nagrania i gardzi nowymi. Mimo wszystko nie chciałbym uchodzić za jakiegoś króla kiczu. Nim bezapelacyjnie jest Michał Wiśniewski, zresztą prywatnie fajny kolo. Prawdę o nas oddają koncerty. T.Love na nich jest zespołem rockowym, tak jak na najnowszej płycie „T.Live”.

Są koncerty, których grać nie lubisz?

Męczą mnie dobrze płatne koncerty plenerowe w stylu „Święto Miasta”, gdzie przychodzi pięć tysięcy ludzi, pięćset cię może słucha, a reszta ma w dupie, czy to będzie ten zespół, czy inny. Po prostu przychodzą na wydarzenie w mieście. Takie koncerty są mocno gierkowskie.

Czy Polish Boyfriend to nie przegięcie?

No cóż, zainspirował nas zespół Fanatic. Bardzo lubię to wczesne, szczere disco polo – jako pewną socjologię, która wychodzi od dołu. Potem było już gorzej. Taki numer chodził za nami strasznie długo. I na zasadzie kontrastu do koncertowej, ostrej płyty dołożyliśmy to nagranie. Chcieliśmy połączyć disco polo z niemiecką muzyką taneczną z lat 80. w stylu C.C Catch. Chcieliśmy nagrać disco, ale nie takie jak Żądło, czyli disco artystyczne, tylko wiochę. Może to zresztą niedobry moment, bo o disco polo już nikt nie pamięta, nikt się tym już nie podnieca ani się z tego nie śmieje. Disco polo umarło, Stachursky gra przecież rocka. Wszyscy grają teraz rocka, np. Bajm (śmiech). To ciekawe zjawisko. Wszyscy grają rocka, a my gramy disco (śmiech). Nikomu poza nami ten utwór się nie podobał. Te jebiące klawisze itd. W końcu radia zaczęły to grać. A więc jednak podeszło! Nie da się ukryć, ale większość stacji na całym świecie gra wiochę (śmiech). To ostatni odcinek pastiszu, dalej się już nie posuniemy. Nie zrobiliśmy Polish Boyfriend z powodu finansowego. Zespół spokojnie żyje z koncertów i tantiem i traktujemy to jako żart, mając świadomość komercyjnych plusów tej piosenki. Chociaż są niebezpieczeństwa… Padłem ze śmiechu, kiedy syn powiedział mi, że jesteśmy w „Bravo”, tzn. moja fota z wąsami (śmiech). Ale ja wierzę w naszych fanów, którzy są kumaci. Warto dla nich grać, a Polish Boyfriend nie zabrudzi im wizerunku bandu.

Spodziewałeś się, że wasze utwory będą zarzynane na weselach?

Nie spodziewałem się, ale w mojej rodzinnej Częstochowie klimat wieśniacki i weselny był zawsze obecny. Mnie to śmieszy. Jak dostaję honorarium z ZAiKsu, pytam się, ile jest z repartycji lokalowej, czyli właśnie z czegoś takiego. Absolutnie nie jest to dla mnie potwarz. Szkoda tylko „Nie, nie, nie”, bo to miała być poważna piosenka.

Co muzycznie wkurza cię w Polsce?

Polski udawany folk mnie zawsze żenował. Poza prawdziwą góralszczyzną typu Trebunie Tutki. Nie przepadam za obciachowymi sztucznymi tworami wytwórni płytowych. Nie lubię nie różniących się od siebie piosenkarek. Nie przepadam za programem „Idol”, bo ludzie, którzy go wygrali, prezentują bardzo mieszczańską formułę. Uważam to za wiochę. Poza tym sądzę, że fajni ludzie nie zgłaszają się do takich programów.

A jak podoba ci się polski hip-hop?

To ostatni prawdziwy głos pokolenia końca lat 90. Zwrot nastąpił od płyty Molesty. Bacznie się temu przyglądałem jako tekściarz, fan słowa pisanego. Potem pojawiło się 200 innych składów, każdy śpiewał o blantach, sztukach i zrobiło się to nudne. Jednak były rzeczy intrygujące: Kaliber 44, Peja, pierwsza płyta Fisza… Generalnie kibicuję hip-hopowi, sam zresztą nagrałem z zespołem Zipera stary kawałek T.Love – „Marne to robotnicze życie, picie, robota, robota, picie”, czyli numer „Do roboty”.

Z czego żyje Muniek Staszczyk?

50 procent – tantiemy, 35 procent – koncerty, 15 procent – płyty. Płyta to nośnik, na którym obecnie dobrze się nie zarabia, ale promuje cię na następny rok czy dwa. Dzięki temu grasz koncerty. Nie jestem człowiekiem ubogim, ale obrzydliwie bogatym też nie. Jestem jedynym osobnikiem pracującym w swojej rodzinie, ale na utrzymanie starcza.

Podatki płacisz sumiennie, czy może masz sprytnego prawnika?

Jestem w tej kwestii bardzo poprawnym obywatelem. Nie kombinuję, nie ściemniam – żadnych lewych darowizn. Oddaję Kołodce czy innemu taxmanowi sporo, jeśli T.Love miało niezły zarobek i jako normalny obywatel tego kraju jestem mocno rozczarowany. Jeżdżę po polskich drogach, obserwuję polskie szpitale i polską policję, która nie zapewnia mi bezpieczeństwa. A prawnik, który doradza finansowo? Nie mam, ale może po rozmowie z wami się to zmieni (śmiech). To już chyba ten etap. Na pewno są jakieś ucieczki… Ten wywiad coś mi uświadamia.

Czy możesz pozwolić sobie na odrzucanie propozycji reklamowych?

Nie tylko reklamowych. Także koncertowych. Ostrzegam menadżera zawsze, kiedy są wybory. Coś gramy, a tu się okazuje, kurwa, że za plecami SLD (śmiech) czy jakaś inna partia, choć dla SLD zagrałbym najmniej chętnie. Unia Wolności kiedyś prosiła, ale i na niej się zawiodłem, chociaż na nich głosowałem. Może dla Kuronia bym zagrał, ale musiałbym się z nim spotkać osobiście (niestety to już niemożliwe – przyp. aut.). Codziennie czytam gazety i próbuję się orientować, ale problem jest taki, że Kwachu skończy kadencję, a ja nie widzę przygotowywania ludzi z obozu, na który chciałbym zagłosować. Najchętniej zagłosowałbym na kogoś z PO. Szkoda jednak, że nasz obóz solidarnościowy nie ma nowych kadr, no nie ma Havla u nas. Wałęsa z Lou Reedem i ze Stonesami się nie spotkał…

A co z tymi reklamami?

Propozycji było mnóstwo: wafle Wedla, Pepsi, jakieś piwo, „pij mleko, będziesz wielki”. Najśmieszniejsza padła od Pepsi-Coli. Nie wiem kto to wymyślił, ale w badaniach padło na mnie i miałem zaśpiewać na polski rynek duet z Janet Jackson. Płacili za to kilkadziesiąt tysięcy dolarów, 20 czy 30. Miałem polecieć do Paryża i tam to nagrać. Przekalkulowałem w chacie i niby jest to jakaś kwota, ale z drugiej strony można zarobić uczciwe pieniądze, gdy się dobrze sprzeda płytę albo radia często cię grają. W każdym razie są to pieniądze za twórczość autorską, a tak do końca życia byłbym pajacem, panem Pepsi-Colą! Podziękowałem. A Janet miała to zresztą, tak myślę, w dupie. Była nagrana gdzieś w Paryżu i mieli do niej dokładać delikwentów z każdego państwa z Europy Wschodniej. Swoją drogą, kurwa, co to za zestawienie! Trzeba być wiarygodnym, żeby ludzie cię szanowali. Zrobiłem tylko jedną reklamówkę. O Unii Europejskiej. Za darmo. Powiedziałem, że głosuję na tak. I jakie jest polskie nastawienie? Wszyscy pomyśleli, że wziąłem za to szmal! Dostałem maila: „Ty czerwony kutasie, ty chuju, obciągnij fiuta Millerowi!”. Taki jest Internet. Często produkują się tam ludzie, którzy niczego w twarz by ci nie powiedzieli. Walą konia potajemnie i mówią do siebie: „Zajebię go, kurwa!”

Jest w tobie święty i grzesznik – tak kiedyś powiedziałeś…

To typowa antynomia, która występuje w każdym z nas. Staram się być dobry, staram się nie krzywdzić ludzi. Jestem wierzący, ale z totalną tolerancją dla niewierzących i dla wszelkich inności. Mam duży szacunek do papieża, ale z kilkoma rzeczami się nie zgadzam. Chociażby z niedopuszczaniem do kapłaństwa kobiet. Co do homoseksualizmu… Związki OK, ale uważam, że dzieci w takiej sytuacji są wbrew naturalnym rozwiązaniom. Nie może być dwóch tatusiów. A święty i grzesznik, no cóż… Chcę dobrze, a nie zawsze mi wychodzi. W tym zawodzie jest wiele pokus, sporo dziewczyn przychodzi na koncerty, a teraz młodzież wcześnie zaczyna… Nie zawsze mi się udawało, ale z żoną jesteśmy przyjaciółmi na maxa i to się sprawdziło parę razy.

Jak to się stało, że twoje małżeństwo przetrwało tyle lat?

Był kiedyś poważny problem. Groziła nam totalna katastrofa. Skończyło się to prawie rozjechaniem naszego wspólnego życia. Tyle rzeczy nas łączy, że zdrada seksualna, która mogłaby nastąpić, choć staram się na to uważać, nie podzieliłaby nas, mimo wszystko.

A gdyby zdarzyło się tak, że żona wchodzi do pokoju, w którym ty akurat TO robisz?

Na pewno nie chciałbym się tam znaleźć – to raz, a dwa – zawsze jest inaczej, kiedy jest tak zwana hot minute, a inaczej, jak się tego nie ogląda. Wylądowałyby na pewno jakieś przedmioty, ale bardziej na mojej głowie niż tej dziewczyny. Myślę, że żona jest taka, że potrafiłaby się zachować. A gdybym to ja wszedł do takiego pokoju? Nerwowe, filmowe ruchy są śmieszne. Po prostu porozmawialibyśmy.

Czy to prawda, że gustujesz w kinie offowym?

W kinie oficjalnym nie ma zbyt wielu ciekawych rzeczy, dlatego cieszę się, że mój kumpel – Darek Gajewski dostał w Gdyni nagrody za Warszawę. Taka ciekawostka: Darek w 1982 roku przez miesiąc grał na gitarze w T.Love. Wyrzuciliśmy go, bo zamiast na próbę poszedł na randkę.

Tuż przed rozmową sprawdziliśmy etymologię twojego imienia. Zygmunt lubi ponoć browary, krzyżówki i bzyka tylko klasycznie.

(Śmiech) Browary tak, krzyżówki absolutnie nie i z tą klasyką też nie do końca.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*