Mirosław Baka

Miroslaw-BakaPLAYBOY nr 04, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomasz Bergmann

Jeszcze się nam nie zdarzyło rozmawiać z tak mało „popularnym” aktorem. Nie ma cię na Pudelku…

Myślę, że jest nas kilku. Pogadajcie na przykład z Jurkiem Radziwiłowiczem (śmiech). Wydaje mi się, że działa tutaj prosta zasada. Skoro mi nie zależy na Pudelku, to jemu nie zależy na mnie. Chyba mogę być z siebie dumny.

Jak najbardziej. Szczerze gratulujemy. Nasze pierwsze pytanie to zagadka: co może zabić jaka tybetańskiego?

Jest was dwóch. Macie przewagę. Do tego wyjeżdżacie z jakimiś podchwytliwymi pytaniami… Skąd mam wiedzieć?

Sam sobie jesteś winien: „200 prób przed Hamletem może zabić nawet jaka tybetańskiego”.

(Śmiech). Teraz sobie przypomniałem. Mimo upływu lat, nie wycofuję tego. To były najcięższe próby w moim życiu. Nazar (Krzysztof – reżyser, chodzi o spektakl z 1996 r. – przyp. red.) lubił czochrać aktorów fizycznie i psychicznie. Dostałem wtedy w kość. Do tego stopnia, że na próbie generalnej odpłynąłem. Ale to nic, grając u Nazara Ryszarda III na jednym z przedstawień straciłem przytomność. W ostatniej scenie zdążyłem jeszcze wstać i powiedzieć do widowni, że dłużej już nie mogę. Publiczność myślała, że tak miało być i zaczęła bić brawo. Kurtyna opadła, a wraz z nią i ja. Skończyłem w karetce pod kroplówką. Do dzisiaj ciągną się za mną kontuzje z czasów Nazara.

Na planach filmowych było bezpieczniej?

A skąd! Wiecie jak to jest. Reżyserzy kochają, kiedy aktor mówi: „Zrobię to bez kaskadera”.  Dobrze, że z wiekiem człowiek mądrzeje i już tak nie kozaczy. Nawet gdyby chciał, nie ma po temu środków.

A jak miał?   

To skakał ze śmigłowca nad cieszyńskim rynkiem i prawie się zabił. Na planie filmu Obywatel świata miałem scenę, w której trzymałem się płozy startującego helikoptera. Trochę za długo grałem do kamery ustawionej w śmigłowcu, a kiedy się zorientowałem, że coś jest nie tak, byłem już dobrych pięć, sześć metrów nad ziemią. Puściłem się i spadłem na bruk. Leżałem w szoku, sprawdzając, czy mogę poruszać rękami i nogami, kiedy podbiegł Piotrek Siwkiewicz. Błyskawicznie postawił mnie na nogi i zaczął ciągnąć za sobą. Po chwili znowu jednak leżałam na bruku. Tym razem to kierownik planu powalił nas na ziemię. Okazało się, że Siwkiewicz przekonany, że ratuje mi życie, ciągnął mnie prosto w tylny wirnik lądującego helikoptera. Cały poobijany dokończyłem zdjęcia. Niestety mojego poświęcenia na ekranie w ogóle nie widać. Jak zwykle.

Kierownik planu uratował ci życie?

I to nie jeden raz. W scenie wieszania w Krótkim filmie o zabijaniu zupełnie odcięło mi prąd. Facet, który kręcił korbą napinającą linę, chciał wypaść bardzo wiarygodnie i dołożył od siebie ze dwa obroty. Wszystko było wyliczone tak, żebym mógł stać na koniuszkach palców. Wyszło inaczej. Najzabawniejsze, że po ujęciu Kieślowski z Idziakiem zaczęli rozprawiać, jak poszło. Na ratunek rzucił się tylko kierownik planu, który zorientował się, że wiszę ciut za wysoko i w ostatniej chwili chwycił mnie w pół i uniósł do góry.

Ciężkie miałeś przeżycia. Teraz już rozumiemy, dlaczego bankiety po ważnych premierach teatralnych spędzałeś pod stołem.

Bez przesady, zdarzyło się to raz. Po pięciogodzinnym Hamlecie byłem tak zmęczony, a jednocześnie szczęśliwy, że jeden kieliszek wódki zadziałał jak pół litra. Poza tym nie chciałem już wysłuchiwać wyrazów współczucia od wszystkich gości. Zjechałem pod obrus i miałem święty spokój.

Dziś na bankietach podchodzą do ciebie mężczyźni i proszą: „Panie Baka, proszę zatańczyć z moją żoną”.

To już przeszłość. Nauczyłem się, żeby nie bywać. W szczególności na imprezach otwartych. Tam zawsze znajdzie się jakaś pijana menda, która się z kimś założyła, że podejdzie do Baki i się z nim napije, albo go zmusi, żeby zatańczył z czyjąś żoną, albo mu po prostu wpierdoli.

Często ktoś się chciał sprawdzać z „dyżurnym twardzielem polskiego kina”?

Na tyle często, że stałem się uważniejszy i roztropniejszy. Nigdy jednak nie doszło do poważnego mordobicia. A bywało blisko. Dobrze, że dziś mam trochę siwych włosów i dla młodzieży jestem już zgredem. Co najwyżej idolem tatusiów. A wiadomo, dziadka się nie rusza. Jak byłem młodszy moja popularność działała na ludzi różnie. Kiedyś, w czasach Miasta prywatnego, szedłem wieczorem na imprezę do znajomych. Postanowiłem skrócić drogę i przejść przez Orunię. Dzielnica ta zasłużenie cieszy się złą sławą, a wtedy byłem jeszcze młody i do wzięcia (śmiech). Szedłem sobie jakąś zapyziałą ścieżką. W pewnym momencie otoczyło mnie paru młodzieńców. Na dobry wieczór dostałem strzała, po którym przysiadłem na trawie. I jak już miała być młócka, nagle z tyłu wychynął starszy, „wyższy rangą” koleś. Podniósł mnie, spojrzał mi w twarz, bezzębnie się uśmiechnął i rzucił cytatem z filmu: „Żeby się zabawić, trzeba kogoś zabić”. Zarechotał, poklepał mnie po ramieniu i puścił wolno. Kino mnie uratowało. Wcześniej nie wiedziałem, że sztuka może mieć taką siłę oddziaływania.

A jaka jest twoja siła oddziaływania na kobiety?

Nie wiem, bo nigdy nie zaznałem masowej miłości nastolatek. One raczej wieszają na ścianach plakaty chłopców z boysbandów. Moja facjata do tego nie pasuje. Nie jestem ich targetem (śmiech). Jakiekolwiek zainteresowanie moją osobą było i jest zauważalne tylko wśród kobiet dojrzalszych. Ale gwarantuję, że i te panie nie przesadzają. Być może dlatego, że zawsze mocno afiszowałem się z moim małżeństwem. Nigdy nie udawałem biednego białego misia, którym trzeba się zaopiekować. Poza tym nie jestem, kurwa, za ładny. Normalny facet. Pamiętam, że dziewczyny piszczały tylko raz – na Hamlecie. Jak wychodziłem do ukłonów, atmosfera w teatrze przypominała bardziej koncert rockowy niż nobliwą salę teatralną. Zły i wściekły Hamlet w moim wykonaniu trafił w dobry tarantinowski czas. Krytykom się nie podobało, ale młodzież waliła na to przedstawienie drzwiami i oknami.

Może po prostu to twoje nazwisko ich przyciągało, bo kojarzyło się z bakaniem (w slangu – palenie marihuany lub haszyszu – przyp. red.)?

Jeżeli chcieliście zrobić ze mnie zgreda, który nie zna czasownika „bakać”, to postąpiliście niegrzecznie. Nagrałem nawet scenkę o tym dla Szymona Majewskiego. Stałem przed Teatrem Narodowym w Warszawie, popalając nieco większego papierosa. Podszedł do mnie Bilguun Ariunbaatar i zadał pytanie: „Czy pan baka?”. Na co ja, kaszląc: „Czasami”. Poza tym nie wiem, czy wiecie, ale po japońsku „baka” to głupek…

Masz idealne nazwisko dla aktora chcącego robić karierę za granicą.

Zależy jak na to spojrzeć. Boguś Linda, który też teoretycznie ma dobre nazwisko, narzeka, że na lotniskach zwykle jest wywoływany jako Mrs Linda Boguslaw (śmiech).

Dochrapałeś się jakiejś ksywki?

Dopiero na stare lata. Synowie mówią do mnie Bakers. Przez chwilę, jak byłem małym brzdącem, kumple mówili do mnie Dżimi. Tylko dlatego, że jeden z kolegów miał koszulkę z portretem Hendriksa. Ktoś zapytał: „Co to za Jimi?”. A ja od razu wypaliłem: „Nie Jimi, tylko Dżimi, głupku”. W ten sposób „Dżimi” się do mnie na krótko przykleił.

Słyszeliśmy, że ty za to byłeś o wiele dłużej przyklejony do swojego drugiego imienia – Michał.

Była z tym niezła jazda. Mama mówiła na mnie Misio albo Michał. W szkole teatralnej w grupie było dwóch Mirków, więc oświadczyłem, że dla odróżnienia mogę być Michałem. Całą szkołę przeszedłem jako Michał. Moja przyszła żona znała tylko Michała. Jakie było jej zdziwienie, kiedy w kościele składała przysięgę Mirosławowi – całkowicie obcemu facetowi! (śmiech). Ale najśmieszniejszy był podpis pod moim pierwszym zdjęciem w magazynie „Ekran” – Michał Bak. Francuzi natomiast pisali mnie Micha Baka, a czytali „po słowiańsku” Misza…

Co Misza widział z okna w dzieciństwie?

Do 6. roku życia mieszkałem nad rzeką Szewnianką. Z naszego domku widziałem pole pana Redlicha, na którym od wczesnego świtu pyrkał traktor. Potem dzięki „awansowi” społecznemu  rodziców, przeprowadziliśmy się na osiedle „25-lecia PRL-u”. Do bloku, na drugie piętro. Widok stamtąd był straszny – na moją podstawówkę. Uwielbiałem wiosnę, bo wtedy buda zaczynała stopniowo znikać za drzewami. Aż w końcu, w lecie, w ogóle jej nie było widać.

Byłeś kibicem KSZO?

Chodzi wam o piłkę nożną? Wolałem wodną. Ostrowiec Świętokrzyski rządzi i dzieli w tej dyscyplinie chyba do dzisiaj. Trenowałem ją przez rok. Głównie na obronie. W Ostrowcu właściwie nie ma mieszkańca, który by się nie ochlapał wodą z basenu podczas grania w waterpolo. Nawet dziś łzawią mi oczy, kiedy sobie przypomnę ilość chloru w ostrowieckim basenie. Mam lekki uraz do tego sportu – przez chlor nie mogłem czytać i wyglądałem jak upiór. Koszmar. A przy niektórych niedźwiadkach, uprawiających tę dyscyplinę, czułem się jak zmarszczka na wodzie. Chyba nadaję się do psychoanalityka. „Dlaczego pan płacze? O czym pan teraz myśli?”. „O piłce wodnej…”.

Zmieniłeś dyscyplinę?

Na siatkówkę, bo najpiękniejsze laski w liceum grały w siatę. Potrzebowały sparingpartnerów, więc natychmiast z chłopakami zapisaliśmy się na treningi. Zostaliśmy „chłopcami do bicia”, dla których ważniejsze niż wynik było samo patrzenie. Smakowało jak zwycięstwo.

A jak smakował pierwszy PLAYBOY?

Powinienem chyba powiedzieć, że wiśniami. Ojciec Śniadego, kumpla z parteru, był dyrektorem ostrowieckiej huty i z tego tytułu trafił mu się służbowy wyjazd do Japonii. Przywiózł stamtąd pierwszego w Ostrowcu „jamnika” – oryginalny magnetofon Hitachi. To genialne brzmienie… Po prostu rewelacja. Wśród gadżetów z tego wyjazdu znalazł się też japoński PLAYBOY. Pamiętam, że wzbudzał w nas raczej śmiech niż podniecenie.

Podobno byłeś wtedy bardzo grzecznym chłopcem, który nagle stał się bardzo niegrzeczny.

Pierwszą klasę liceum skończyłem z biało-czerwonym paskiem, ale już na półmetku drugiej miałem średnią 3,2 – jak na rasowego kontestatora przystało (śmiech). Zacząłem się inaczej ruszać, ubierać na czarno, nosić oficerki. Wino, papierosy, delikatne rozróby. Ale żeby nie było – w areszcie nigdy nie wylądowałem.

Za kogo się uważałeś?

Za siebie. Tylko i wyłącznie. Pamiętam koncerty na Wyspie Słodowej we Wrocławiu. Wybraliśmy się tam z kumplami i nad ranem koczowaliśmy na wrocławskim dworcu. Przyssał się do mnie jakiś gość i paru jego kumpli. Zaczęły się popychanki i podchwytliwe pytania. „Faszystą jesteś?”. „Nie”. „Popersem?”. „Nie”. „Hipisem?”. „Nie”. „A może punkowcem?”. „Też nie”. „To kim ty, kurwa, jesteś”. „Mirek Baka z Ostrowca”. Dostałem w ryj i było po zawodach. Za to, że chciałem być sobą i nie przynależeć do jakiejkolwiek grupy. Niestety nie miałem takiej pary, żeby narysować jakiś nowy znaczek i stworzyć całkowicie nową subkulturę.

Kiedy stworzyłeś siebie jako aktora?

W piątej klasie podstawówki. Na akademii szkolnej mówiłem wiersz. Było głośno, dzieciaki gadały, ale z sekundy na sekundę robiło się coraz ciszej. Aż w końcu zapadła całkowita cisza i wszyscy zaczęli mnie słuchać. To był mój pierwszy metafizyczny kontakt z teatrem. Zaraziłem się tym na całe życie. Bardzo mi się podobało, że wszyscy nagle zaczęli na mnie zwracać uwagę. Hitler pewnie też tak miał (śmiech). Potem był kabaret w liceum. Nie dość, że nadal mnie słuchano, to dodatkowo wykryłem, że potrafię rozśmieszać ludzi. Parę lat później wziąłem udział w konkursie recytatorskim, na którym pewien aktor z Kielc powiedział, żebym dał sobie spokój, bo do tego zawodu zupełnie się nie nadaję. Kutas jeden, za przeproszeniem… Dał mi jednak bardzo wyraźny asumpt do tego, żeby koniecznie spróbować.

Jak na twoją decyzję o zdawaniu do szkoły teatralnej zareagowali najbliżsi?

Mama zapaliła papierosa, 5 minut milczała, a potem zapytała, czy jest też możliwość zdawania na inny kierunek (śmiech). Odpowiedziałem, że jest, ale ja tego nie zrobię. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Jak się dostałem, to zadzwoniłem z Warszawy. Prababcia Marianna powiedziała wtedy: „Do tej pory mężczyźni w naszej rodzinie byli porządni. Wszyscy pracowali w hucie”. Z perspektywy Ostrowca bycie aktorem było zajęciem zupełnie niepoważnym. Nic dziwnego, że mama bardzo się denerwowała.

Po roku wyrzucili cię ze szkoły w Warszawie. Zacząłeś tour po szkołach policealnych.

Trzeba było mieć jakiś papier, żeby wojsko się odpieprzyło. W niektórych byłem dwie godziny. W szkole elektrycznej na pierwszym apelu kazali śpiewać hymn harcerski. A ja od najmłodszych lat byłem zapatrzonym w skauting ideowym harcerzem. Jak zobaczyłem te mordy przyszłych elektryków, którzy na kacu zaczęli śpiewać: „Wszystko co nasze Polsce oddamy…”, wyszedłem na środek i krzyknąłem: „Cicho!”. Po czym zwróciłem się do szacownego grona pedagogicznego: „Niech śpiewają cokolwiek. Szła dzieweczka do laseczka na przykład. Ale nie hymn harcerski. Przecież oni w to nie wierzą!”. W ten sposób zakończyła się moja kariera w tej szkole.

Przeniosłeś się do Studium Wychowania Przedszkolnego.

Kumpel podsunął mi ten pomysł. Było super. 40 lasek i nas dwóch. Siedzieliśmy w ostatniej ławce i mieliśmy niezły ubaw. Ale wytrzymałem tylko parę tygodni. Dowiedzieli się, że byłem w szkole teatralnej i zadali mi zrobienie akademii na dzień nauczyciela. Odmówiłem. Pani dyrektorka powiedziała, że mam zły stosunek. Odpowiedziałem, że nie będę z nią dyskutował o stosunkach. Została mi ostatnia deska ratunku…

Pogotowie ratunkowe.

Kolega, który nie dostał się na medycynę i zdobywał punkty w pogotowiu powiedział, że stamtąd mnie nie wyjmą. Nawet jakby chcieli, to zawsze któryś z lekarzy wystawi mi zwolnienie. Wylądowałem w karetce i zaczęła się jazda. Najlepsza szkoła życia. Myślę, że można by wprowadzić takie obowiązkowe praktyki studenckie w szkołach aktorskich. Skomasowanie bólu, radości i cierpienia jest tak wielkie, że na jednym dyżurze można doświadczyć wszystkich najważniejszych ludzkich emocji.

Z warszawskiej szkoły wyrzucili cię podobno za brak talentu.

Nie wiadomo. Studentom się nie oznajmiało powodów skreślenia. Nawet indeksu mi nie oddali. Nie wiem tego na pewno, ale ponoć za wyrzuceniem mnie był sam Andrzej Łapicki. Poparła go Maja Komorowska. Ten pierwszy we wspomnieniach napisał, że była to pomyłka pedagogiczna.

A z Mają Komorowską grałeś potem u Wajdy w Wyroku na Franciszka Kłosa.

Nawet na planie mówiłem do niej „pani profesor”. A ona nie wychodziła z tej roli, tym bardziej, że grała moją matkę. Pewnego dnia skończyliśmy grać trudne ujęcie i pani Maja po komendzie „stop” od razu do mnie: (głosem Mai Komorowskiej) „Dziecko, źle. Ty nie możesz tutaj tak. To bez sensu. W ogóle niedobrze. Musisz tak…”. I zaczęła mi tłumaczyć. Wajda w tym czasie siedział w innym pomieszczeniu przy monitorach. Otwierają się drzwi, wchodzi pan Andrzej i mówi: (głosem Wajdy) „Mirek, bardzo dobrze… Maja, do ciebie mam szereg uwag. Chodź ze mną na bok…”.

Od tamtej pory miałeś spokój?

Tak, ale nie chcę, żeby to źle zabrzmiało. Nie powiem złego słowa na kadrę z warszawskiej szkoły. Bardzo możliwe, że gdyby nie ten zimny prysznic, który mi zafundowali, nigdy nie byłbym aktorem. To, co potem przeżyłem – smak porażki, smutek, osamotnienie, praca w pogotowiu – pozwoliło mi na nowo zdefiniować swoje życie. Kiedy po roku zdawałem do szkoły we Wrocławiu byłem już innym człowiekiem.

Zanim pomyślałeś o aktorstwie chciałeś być marynarzem. Nie udało się, ale czy chociaż go zagrałeś?

Oczywiście. W belgijsko-kanadyjskim filmie, którego w Polsce nikt nie widział, na czele ze mną. Grałem pierwszego oficera – Rosjanina. Kręciliśmy w porcie w Antwerpii. Zagrałem również marynarza rzecznego w niemieckim Vaterland. Nawiasem mówiąc też nie widziałem tego dzieła. Ilu ja filmów z sobą nie widziałem…

Węgierski Cień na śniegu widziałeś. Jak się grało po madziarsku?

Miałem w tym filmie bardzo dużo kwestii, bo rozmawiałem z moją filmową ośmioletnią córką, próbowałem więc nauczyć się tego języka. Trochę z nudów, a trochę dla niej, żeby sobie pogadać, no i żeby przed kamerą w miarę sprawnie dialogować. Węgierski opanowałem na tyle, że reżyser, który był niezadowolony z aktorów dubbingujących, wpadł na szalony pomysł, że zostanę jeszcze na trzy miesiące intensywnej nauki z najlepszymi węgierskimi lingwistami i sam podłożę sobie głos. W końcu jednak zostałem zdubbingowany. W ten sposób spędziłem w Budapeszcie dobre pół roku. Wielu polskich aktorów grało wtedy na Węgrzech. Spotykałem się z Bogusiem Lindą, z nieżyjącą już Ewą Sałacką, z Jankiem Nowickim, który tam wtedy mieszkał… Po pół roku życia w mieście z największym odsetkiem samobójstw w Europie, podziękowałem i wróciłem do Polski. Nie wiem, czy to efekt Niziny Węgierskiej, mentalności ugrofińskiej, czy mgły nad Dunajem. Nie wiem, ale jest tam samobójczo. Podobnie jak w Finlandii. W końcu to to samo plemię.

Grałeś dużo za granicą, bo w Polsce nie miałeś propozycji?

Po moim debiucie – sukcesie, czyli Krótkim filmie o zabijaniu przez dwa lata nie miałem w Polsce pracy. Byliśmy z Aśką (aktorka Joanna Kreft-Baka – przyp. red.) młodym małżeństwem z dzieckiem i dosłownie nie mieliśmy za co żyć. Żona powiedziała w końcu: „Zrób coś, do cholery”. No to pojechałem na wykopki. Zatrudniłem się jako zbieracz ziemniaków na Kaszubach. Zrezygnowałem po pierwszym dniu. A zaraz potem pojawiła się zagraniczna perspektywa pracy w zawodzie. Zawsze tak było w moim życiu, że kiedy brakowało propozycji i nie dawało się już tego dłużej przemilczeć na arenie domowej, to Aśka pytała, co zamierzam z tym zrobić. Zawsze odpowiadałem: „Jutro ktoś zadzwoni”. I dzwonił (śmiech).

Ciężko sobie wyobrazić, że po powrocie aktora z festiwalu w Cannes telefony milkną.

W Polsce były takie czasy, że jak osiągnąłeś sukces, to wiele osób zaczynało pracować nad tym, żeby cię udupić. Popatrzcie na Jadwigę Jankowską-Cieślak. Wróciła z Cannes z nagrodą. I co? W każdym normalnym kraju dostalibyśmy od razu kilka ciekawych scenariuszy. W PRL-u właściwie zapadliśmy się pod ziemię. Na szczęście już się to zmieniło. A nawet pojawiają się ludzie, którzy na siłę promują daną osobę, chcąc w ten sposób ukroić kawałek tortu tylko dla siebie. Ma to swoje minusy – młodym ludziom odbija palma. A tego trzeba się wystrzegać najbardziej. Bo nic takiego palmowego odbicia nie usprawiedliwia.

Tobie palma nigdy nie odbiła?

Kiedy byłem w Cannes z Krzysztofem Kieślowskim, we francuskim „Elle” nazwali mnie słowiańskim Jamesem Deanem (śmiech). Jakoś się tym specjalnie nie przejąłem. Tym bardziej, że po festiwalu błyskawicznie spadłem na ziemię. Być może szczęśliwie nie miałem w życiu okazji, żeby mogła mi strzelić sodówa. Zresztą nigdy nie byłem pieszczochem krytyki i widowni.

I w ogóle nie jesteś próżny?

Jasne, że jestem. Jeśli nie masz w sobie próżności, nie możesz uprawiać tego zawodu. Wczoraj na przykład kupiłem sobie w internecie fajny album. Krysia Janda mi go pokazała. 50 lat festiwalu w Cannes. W środku jest masa zdjęć. Między innymi moje z Kieślowskim. Krysia oczywiście wspaniale to skomentowała: „Cholera, mnie nie dali. Tylko ciebie” (śmiech). Przyjemnie, kurde, być w takim albumie. Kupiłem go, żeby wnukom pokazać… No dobra, jestem próżny.

Jak bardzo masz dość pytań o Tajemnicę Westerplatte?

Bardzo. Udzieliłem jednego wywiadu za dużo. Powiedziałem, co myślę i w internecie od razu zaczęto mnie obrzucać gównem. Niestety, medium to stało się siedliskiem ludzi o „jedynie słusznych” poglądach. Nie spodziewałem się aż takiej reakcji. W ogóle nie powinienem wdawać się w dyskusję. Pytania w stylu: „Dlaczego pan zagrał mordercę?” są dla mnie bez sensu. Aktora można pytać, jak zagrał mordercę, a nie dlaczego. Oczywiście znałem syndrom Pokłosia, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, co ludzie mogą wyczytać z moich słów. Usiadłem, przeczytałem i zadzwoniłem do syna. A on od razu: „Bakers, nie czytaj, nie dotykaj. Trzymaj się jak najdalej od tego gówna”. Święte słowa.

Wiemy, że idealnym wywiadem dla ciebie jest wywiad, w którym na pytania możesz odpowiadać tylko „tak” lub „nie”. Bardzo się z nami męczyłeś?

Nie.

A czy czysta nadal jest najlepsza w zimnym kieliszku?

Tak.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*