Martyna Wojciechowska

PLAYBOY nr 12, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Krzysztof Opaliński

Ciekawe, co będziecie chcieli mi udowodnić? Przychodzi na wywiad ze mną dwóch facetów, zupełnie jakby jeden się bał, że nie podoła (śmiech). Poza tym mężczyźni zwykle chcą mi coś udowadniać, zanim o to w ogóle poproszę. Kiedyś znany kierowca rajdowy postanowił mi pokazać, jak super weźmie zakręt na mostek i… dwa razy byliśmy w rowie. A zatem?

My nie musimy się popisywać.

I będzie milutko?

Tego akurat nie obiecujemy.

Dziwni jacyś jesteście.

Przynajmniej nie zajadaliśmy w dzieciństwie chińskich gumek do ścierania.

Nawet ich nie próbowaliście?! Te gumki w czasach komuny były synonimem czegoś superapetycznego, wyjątkowego niczym z innego, lepszego świata. Poza tym słyszałam ostatnio teorię, że po ich zjedzeniu nie trzeba stosować antykoncepcji. Jak widać nie miały bezterminowego działania… Smakowały obrzydliwie, ale za to – pięknie pachniały! Zmysły potrafią nas wypuścić na manowce. Nigdy nie zdarzyło się wam uwieść pięknej i cudownie pachnącej kobiety, która w środku była pusta jak wydmuszka?

To wywiad z tobą, nie z nami. Opowiedz lepiej, jakich miałaś w dzieciństwie idoli.

Czyli pewnie się wam zdarzyło… Na pewno nie miałam muzycznych idoli, może poza Grzegorzem Markowskim z Perfectu. Nie wiem, czy was zaskoczę, ale nad moim łóżkiem wisiały plakaty z motorami: Honda CBR600F, Yamaha Virago 535 i Kawasaki o pojemności 1000 cm3. Wszystkie wycięte z niemieckiego czasopisma „Motorrad” – powiew wielkiego świata.

Czyli byłaś gimnastyczką artystyczną, marzącą przed zaśnięciem o japońskiej motoryzacji. A co ci lepiej szło: wstążka czy obręcz?

We wstążce byłam kiepska, ale mnie zafascynowała, bo wydawała się taka… delikatna i kobieca. Najlepsze układy miałam z piłką, ale obręcz i równoważnia również wychodziły mi nie najgorzej. Były jeszcze maczugi – tu Wojciechowska była cieniuteńka. Gimnastykę trenowałam w Pałacu Młodzieży przez siedem lat. Byłam jednak za wysoka i za ciężka – traciłam na tzw. rotacji. Poza tym, mimo że dotarłam do grupy mistrzowskiej, nie byłam obdarzona specjalnym talentem. Zresztą ja w ogóle jestem obdarzona umiarkowanymi talentami, a do wszystkiego dochodziłam i cały czas dochodzę ciężką pracą. Po prostu.

Miałaś czas na ganianie po podwórku?

Nie bardzo. Koleżanki po lekcjach wisiały na trzepakach, a ja na sali treningowej. Treningi miałam codziennie, dopiero po nich, wieczorami mogłam odrabiać lekcje. Podwórko dla mnie nie istniało, ale ten czas odbiłam sobie z nawiązką trochę później… W liceum i w czasach studenckich naprawdę się wyszalałam. Nie będę wchodziła w szczegóły, ale dawałam radę.

O szczegółach porozmawiamy później. Wyjaśnij na razie, jak mogłaś na podwórku zostać Jankiem z Czterech pancernych i psa. Udawało się to tylko największym kozakom.

Zdominowałam ich. Zawsze byłam waleczna i broniłam słabszych.

Ale to jeszcze nie upoważniało cię do tego, by być Jankiem! Nawalałaś kolegów w „solówach”?

Był taki czas, kiedy chodziłam tylko w mundurze oraz miałam wysokie buty wojskowe, w których nosiłam nóż.

To „tylko” zabrzmiało interesująco, ale my nie rozmawiamy jeszcze o liceum.

To się nazywa łapanie za słowa, chłopaki. Przypuszczam, że wcześniej również potrafiłam się przeciwstawiać w taki czy inny sposób, ale „solówek” sobie nie przypominam.

A przypominasz sobie, w jaki sposób „kupiłaś” swój pierwszy motocykl?

Wstyd się przyznać, ale oszukiwałam rodziców i ciągle nie docierałam na prywatne lekcje angielskiego, a pieniądze odkładałam. Gdy sprawa wyszła na jaw, miałam już uzbieraną większość kwoty. O dziwo, po klasycznej awanturze nie dostałam kary, bo do rodziców dotarło, jak ważne jest dla mnie posiadanie motorynki. I tak od dziesiątego roku życia gazowałam na niebieskim Romecie 50.

Żeby mieć MZ 150 musiałaś sprzedać gitarę.

To była zwykła pudłówka, na której grałam na różnych festiwalach młodzieżowych. Grać na gitarze nauczyłam się z książki. Podobnie było z nauką pływania.

Co?!

Na wodzie potrafiłam się utrzymywać nawet nieźle, ale zapragnęłam pływać technicznie. I dlatego sięgnęłam po książkę o kraulu i delfinie. Tak długo czytałam o każdej fazie ruchu, aż się przeniosłam teorię na basen.

Wróćmy do gitary.

Grałam i śpiewałam. Piosenka turystyczna, poezja śpiewana – Wysocki, Kaczmarski, Wolna Grupa Bukowina, Stare Dobre Małżeństwo – te klimaty. Byłam wtedy harcerką, więc taki rodzaj muzyki wydawał mi się naturalny. Doszłam nawet do „przybocznej”…

Przyboczna na „emzetce”. Brzmiało nieźle, ale nie dla taty, który próbował ukierunkować twoją miłość na cztery kółka. I kupił ci „zło konieczne”. Jaki to był samochód?

Bardzo dobre „zło konieczne” – Suzuki Samurai. Ale ja liczyłam, że „sprawa” przyschnie, pojeżdżę trochę autem, a potem i tak kupię sobie motor. Tak też zrobiłam. Tyle, że wtedy były już japońskie „ściganty”.

W tym czasie byłaś wagarowiczką prymuską, choć brzmi to dziwacznie.

Miałam na tyle dobre stopnie, że na koniec roku nauczyciele zawsze windowali mi ocenę z zachowania, żebym mogła mieć czerwony pasek. A było co windować, bo wagarowałam, paliłam papierosy i parkowałam motor na miejscu pana dyrektora.

Od czasu do czasu robiłaś też zadymy z pistoletem gazowym.

Nie przesadzajcie! Raz się zdarzyło. Pożyczyłam go koleżance, która siedziała ze mną w ławce. Dziewczyna chciała się popisać i w trakcie lekcji wypaliła do koleżanki siedzącej obok. Zagazowała całą klasę. Poza rozmową u dyrektora obyło się bez konsekwencji. Nie wiem jakim cudem. Dziś by mnie za to wsadzili! Tym bardziej, że nie noszę już broni gazowej, tylko zwykłą. Mam Berettę 92 FS 9 mm – jak na osobę trenującą strzelectwo sportowe przystało.

Trenujesz od czwartej klasy podstawówki. Boksu też liznęłaś?

A i owszem, ale nie róbcie ze mnie babochłopa. Byłam niezłą flirciarą.

Która chciała pracować w Policji. Dlaczego w ostatnim momencie zrezygnowałaś z egzaminów do Szkoły Oficerskiej w Szczytnie?

Bo czułam, że układ przełożony-podwładny jest nie dla mnie, choć nadal mam naturę żołnierza. Głównie chodziło mi jednak o to, żeby dostać się do „drogówki” i jeździć Hondą CB750, bo wtedy właśnie policja zakupiła takie motocykle. Co ciekawe, oni nadal na nich jeżdżą, a ja mam Kawasaki Z1000 – najnowszy model.

Dziwimy się też, że nigdy nie chciałaś wyemigrować do Izraela. Tam nie miałabyś problemu, żeby być w wojsku.

Ale ja marzyłam o armii amerykańskiej, o jednostkach specjalnych, bo się za dużo filmów wojennych naoglądałam! Byłam pewna, że wojsko jest dla mnie instytucją idealną – byłam i jestem wzorem zdyscyplinowania. Poszłam nawet z kolegami na komisję do WKU, by oświadczyć zgromadzonym tam majorom, że chcę iść do jednostki. Spojrzeli na mnie z politowaniem i oświadczyli, że mogę co najwyżej zostać sanitariuszką. Obraziłam się, ale dziś wiem, że polskie wojsko to byłaby dla mnie ślepa uliczka. Mam jednak słabość do facetów w mundurach. Poza tym chciałabym kiedyś uczestniczyć, choćby jako dziennikarz, przy operacji militarnej. To na pewno jedna z rzeczy, którą mam na liście swoich zadań do wykonania.

Na Korsyce byłaś całkiem blisko.

Nawet za blisko (śmiech). Trafiłam na obóz survivalowy z polskimi komandosami i z wrodzoną naiwnością, postanowiłam zgłębić temat Legii Cudzoziemskiej. Poznałam więc facetów, którzy byli w niej od lat oraz tych, którzy z niej odeszli i zajmowali się różnymi „lewymi” interesami np. szmuglowaniem samochodów przez Gibraltar do Afryki. Generalnie same „stracone dusze”. Trafiłam do III Regimentu Spadochroniarzy i postanowiłam, że najwięcej dowiem się o wszystkim od pewnego legionisty. Niestety, znalazłam się z nim w sytuacji sam na sam, co omal nie skończyło się, no wiecie… W zasadzie gwałtem, bo dla zdeprawowanego człowieka, który spędził życie na wojnie słowo „nie” po prostu nie istnieje. Gdyby nie moje negocjacje, polegające na podbudowie jego ego oraz składaniu obietnic, których nie miałam zamiaru spełnić, nie wiem, jak by się to skończyło. To był zimny prysznic. Ufna i naiwna wkroczyłam na grunt, o którym po prostu nie miałam zielonego pojęcia.

Rozmawiałaś z jakimś profesjonalistą o swoim „maczyzmie”?

A powinnam? Nie czuję takiej potrzeby.

Z tego co wiemy, w liceum byłaś „największym facetem” w swojej klasie. A my dodatkowo nie poznaliśmy dziewczyn, które były Jankami i w wieku 10 lat jeździły na motorynkach. Gdybyśmy poznali, od razu bylibyśmy zakochani.

Wzruszające. Póki co macie szansę, bo nadal jestem starą panną (śmiech).

W liceum kochała się w tobie połowa klasy. Nieobojętni byli też nauczyciele, ale jak podrywać samca alfa, który na domiar złego jest samicą?

Nie trzeba wcale być samcem superalfa! Lubię facetów nieidealnych, z jakąś historią albo defektem wypisanym na twarzy. I z dużym dystansem do siebie i świata. Cały czas na takiego czekam.

Może jakiś rajdowiec albo wyścigowiec?

Nie dla mnie. Wyczynowcy radzą sobie doskonale z presją na torze, ale z presją w życiu codziennym już nie bardzo.

A wrażliwcy w typie poety, bez prawa jazdy, próbowali cię podrywać?

Nie sądźcie po pozorach. Nie wiecie, jaka jestem w zaciszu domowym. Próbowali, podrywali i nie mogę powiedzieć, że nie jestem na to muzykalna. W dorosłym życiu byli i tacy, którzy mówili: „Wiem, że jesteś samicą alfa. Z chęcią podążę za twoim stadem”.

Zdarzały się zakochane samice?

Pojedyncze sztuki. Chyba z daleka wyczuwają moją heteryckość. Pamiętam jednak, że rozmawialiście kiedyś z dziewczyną, której tabloidy wmawiały romans ze mną. Często można przeczytać w internecie komentarze w stylu „co to za kraj, że dwie osoby tej samej płci nie mogą przyznać się do związku?”.

Pozdrowienia dla Anity Werner – matki twojego dziecka.

Musimy się z Anitą trochę kryć w tym nietolerancyjnym kraju (śmiech).

W takim trójkącie moglibyśmy być samcami beta.

(Wybuch śmiechu). Tylko dla Angeliny Jolie mogłabym zrezygnować z mojego heteroseksualizmu. Zresztą Bradowi też bym się chyba nie oparła… Co z nich za małżeństwo! Zawsze prowadziłam życie samotnej wilczycy. Nawet kiedy byłam w związkach, to zawsze z bardzo dużym „wybiegiem”. Dzisiaj moje pierwsze słowa na randce brzmią: „Nie licz na wiele. Kocham to, co robię, kocham moją filozofię życia i nie chcę jej zmienić. Jeśli decydujesz się iść dalej, to tylko na własną odpowiedzialność”. W ten sposób ustalam reguły i robię pierwszą selekcję. Nauczona wcześniejszymi doświadczeniami, wolę stawiać sprawy jasno. Choć, tak naprawdę robię to, bo tak jest potem trudniej mnie skrzywdzić, więc czuję się bezpieczniej. Ale spokojnie, cały czas umiem się nieprzytomnie zakochać.

A jak już jesteś nieprzytomnie zakochana, to pożyczasz MU swój motocykl?

Nigdy.

A gdyby poprosił Valentino Rossi (włoski motocyklista, dziewięciokrotny mistrz świata – przyp. red.)?

Może on jeden… Za ten uśmiech! Taki z niego słodki drań. Ale jestem przekonana, że gdyby wziął mnie na tylne siedzenie – na kolarza, to tradycyjnie zaliczylibyśmy poślizg na pierwszym zakręcie.

Córka będzie mogła wsiąść na twój motocykl?

Hmm… Wolałabym, żeby nie jeździła na motorze, nie nurkowała jak jej tata i nie chciała robić tylu zwariowanych eksperymentów, co jej mama.

Nam najbardziej przypadły do gustu eksperymenty z maminym biustonoszem.

Był taki czas, kiedy pożyczałam z szafy mamy beżowiaste namioty, z utęsknieniem czekając na piersi. W pewnym momencie moja niezbyt pociągająca sylwetka się ukobieciła, uplastyczniła i stała się w miarę atrakcyjna. Trochę zresztą się tym zachłysnęłam, chodząc w nieprzyzwoicie krótkich spódnicach i nieprzyzwoicie głębokich dekoltach. Byłam oszołomiona sama sobą, a także wrażeniem, jakie to robiło na chłopakach. Nie miałam umiaru w makijażu i tapirowaniu włosów. Ewidentnie nadużywałam wtedy atrybutów kobiecości. Wspominam to jako koszmar absolutny. Jeździłam wtedy na motorze w obcisłych skórzanych spodniach i zdejmowałam skórzaną kurtkę, pod którą miałam mikro-bluzeczkę, tak naprawdę niewiele zasłaniającą. Sądziłam, że było to seksowne, a dziś myślę, że po prostu żenujące.

Nam by się podobało.

Proszę was! Nie wierzę, że wszyscy mężczyźni zwracają uwagę jedynie na lalki Barbie. Oczywiście wielu pewnie tak, bo inaczej PLAYBOY nie utrzymywałby się tak długo na rynku. Wasz magazyn przecież często lansuje plastykową kobiecość, a ja jestem teraz daleko od takiej estetyki, co widać na załączonym obrazku.

Ale to ty powiedziałaś: „Oglądam się za dziewczynami z ładnym biustem”.

Bo ja się w ogóle oglądam za dziewczynami. Kobiety mi się po prostu podobają. Ciało kobiece jest znacznie bardziej doskonałe niż męskie. Szczególnie w naszym kraju. Polscy panowie są na ogół zaniedbani i a na dodatek chodzą z wielkimi piwnymi brzuchami, a dziewczyny trzymają poziom. Jeśli się chce popatrzeć na pięknych facetów, to na pewno nie w naszym kraju. A jeśli już się jakiś trafi, to jest tak zmanierowany, że wszystkiego się odechciewa. Dlatego wolę oglądać się za kobietami.

Z jakimi piersiami?

W Afryce widuję zwykle piersi typu „skarpetka z kamyczkiem” i może dlatego wolę piersi po prostu jędrne, nie ważne czy duże, czy małe. Ale przede wszystkim podobają mi się takie, z których właścicielki są autentycznie dumne, bo to od razu widać po tym jak się z nimi noszą.

Które piersi dziennikarskie są najpiękniejsze?

Moje, bo są… moje! (śmiech)

A kogo byś chciała zobaczyć w PLAYBOYU?

Ostatnio na warszawskim Żoliborzu widziałam piersi jednego z polityków. Na żywo. Wyjrzałam przez okno i oniemiałam – stał na swoim balkonie w samych slipach. Bezcenne!

Kilku polityków tam mieszka. Ale to raczej nie był pan Jarosław. Podejrzewamy posła Kalisza…

Powinniście pracować w Policji. Dobrze wam idzie… Ale wracając do pytania, uważam, że najwyższy czas, żeby Marcin Meller pokazał się na rozkładówce. Bo to nie fair, że od tylu lat obnaża kobiety. Chcę więc zobaczyć jego cycki i „sześciopak” na brzuchu! Choć sądząc po jego obszernych koszulach to może być raczej bukłak wypełniony sześcioma piwami (śmiech). Meller, rzucam ci rękawicę? Wchodzisz w to?!

Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?

Klasyk klasyków. Sesja z Pamelą Anderson na plaży. Byłam pewnie w liceum. Jej kiczowata kobiecość zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Podobnie pewnie było z twoim pierwszym filmem dla dorosłych.

To był soft, czyli Kaligula. Ale później, jeszcze w podstawówce, wylądowałyśmy z koleżanką w mieszkaniu kolegi, u którego chłopcy oglądali coś naprawdę nieprzyzwoitego. Było to bardzo krępujące, ale nie uciekłyśmy. Udawałyśmy, że nie robi to na nas najmniejszego wrażenia. Biedni chłopcy… Ale w czym wy drążycie? Spodziewałam się wszystkiego po tej rozmowie, ale nie czegoś takiego! Kogo to obchodzi?!

Uprzedzaliśmy cię, że będzie inaczej. Masz jakieś blizny pomotocyklowe, z których jesteś szczególnie dumna?

Mam kilkakrotnie przypaloną łydkę od motocyklowych rur wydechowych i parę innych blizn. Uprzedzając wasze pytanie, mogę powiedzieć, że jestem z nich dumna i nikt się na te defekty urody nie skarżył.

Dzięki czemu zostałaś modelką.

W wieku 17 lat wystartowałam w konkursie „Look of the year”. Ktoś zaczepił mnie na ulicy i zachęcił, żebym została modelką.

A ty, jak zawsze, dałaś się podpuścić.

Niestety. To bardzo mało ciekawy, kilkuletni okres mojego życia. W końcu miałam dosyć słuchania tego, że mogłabym mieć większe albo mniejsze piersi, ciemniejsze albo jaśniejsze włosy, być chudsza… Zresztą pojawiały się sugestie, żebym zoperowała sobie nos. Dziś wolę być oceniana za to kim jestem, a nie za to, jak wyglądam. To było doświadczenie zbędne i niewiele wniosło do mojego życia. No, może poza zyskaniem świadomości własnego ciała – to zostaje na zawsze.

W międzyczasie bardzo ciężko zachorowałaś?

Niedawno dotarło do mnie, że te wszystkie wypadki i choroby trafiły na odpowiednią, jakkolwiek by to zabrzmiało, osobę. Dobrze, że to byłam ja, bo potrafiłam z nich zrobić użytek i wyciągnąć z nich ważną lekcję. Być może gdyby nie one, roztrwoniłabym swoje życie i przeżyłabym je bardzo powierzchownie. Szybko zrozumiałam, że nic, a w szczególności życie, nie jest nam dane na zawsze i jeżeli chcę coś zrobić, to teraz, zaraz, bo jutra może już nie być. Każdy mój dzień traktuję więc jak ostatni i cisnę z niego co tylko się da.

Patrząc na liczbę twoich wypadków, ciężko w to nie uwierzyć. Gdyby nie gimnastyka w młodości, byłoby ci trudno tak dobrze się poskładać.

Na pewno. Gimnastyka dała mi świetną gibkość, wydolność i wytrzymałość. Korzystam z tego do dziś. Zawsze byłam dzieckiem wysokourazowym. A to upadek ze schodów w wieku 7 lat z utratą przytomności, a to kąpiel w wannie z suszarką podłączoną do prądu…

Jak to się stało?

Prawdopodobnie, jako osoba niecierpliwa od urodzenia, chciałam przyspieszyć proces kąpieli, susząc sobie włosy w wannie. „Weszłam w obieg” i solidnie mnie wytrzepało. Na szczęście strzeliły korki, ale ja i tak mało z tego pamiętam. Widocznie postanowiłam nauczyć się fizyki namacalnie – zawsze byłam i do dziś jestem empiryczką.

Czekamy na kolejne przykłady twojego empiryzmu.

W Stręgielku miałam wypadek na motorówce, która wybuchła. Straciłam wszystkie włosy i rzęsy, poparzona prawa strona ciała… Odcinek szyjny kręgosłupa złamałam w Karpaczu na Kopie na przełomie liceum i studiów. Dałam się podpuścić. Założyłam się z chłopakami, kto najszybciej zjedzie z oblodzonej ścianki przy zerowej widoczności. Pojechałam pierwsza. I ostatnia.

I na swój sposób zakład wygrałaś. Kolejne złamania i nie tylko zna cała Polska, więc darujemy sobie. Ale na pewno nie cała Polska wie, jaką byłaś świetną menedżerką.

Dawne dzieje. To były dzikie czasy, kiedy każdy mógł zostać menedżerem z dnia na dzień. Pracowałam wtedy w agencji modelek Legenda i kiedy szef marketingu został zwolniony, ja byłam jedyną osobą, która znała jego pracę. Zlecono mi jedną sprawę i okazało się, że mam do tego smykałkę. Po mniej więcej roku dostałam kilka interesujących propozycji. A kiedy Universal uruchamiał sprzedaż skuterów Hyundaia, zostałam zatrudniona do poprowadzenia tego projektu.

Jeździłaś tymi skuterami jako żywa reklama?

Wtedy jeździłam dużymi, ciężkimi motocyklami. Dokładnie Hondą CBR600F3. Motocyklistki nie jeżdżą skuterami. Jest takie powiedzenie, że po prostu nie lubią trzymać złączonych nóg… (śmiech)

Wolisz też ściganty od czoperów.

Bo do baku sportowego motocykla mogę się przytulić piersiami. I znów czuję, że to rozmowa dla PLAYBOYA, bo zrobiło się erotycznie…

Słyszeliśmy, że akurat erotyzm był pomocny w początkach twojej kariery. Chodzi nam, rzecz jasna, tylko o poskramianie męskiego świata motoryzacji.

Zaczynałam w „Świecie motocykli”. Na pierwszy ogień dostałam wywiad z Michaelem Doohanem (pięciokrotny mistrz MotoGP – przyp. red.), więc możecie sobie wyobrazić, jak się czułam rzucona na tak głęboką wodę. Potem rozmawiałam z wieloma mistrzami świata i muszę przyznać, że bycie kobietą bardzo mi ułatwiało pracę. Wchodziłam do parku maszyn i mając dość głęboki dekolt nachylałam się i pytałam udając słodką fankę: „Czy jest Carlos?”. Sainz przychodził natychmiast.

Uptown girl – Billy Joel. Zastanawialiśmy się, czy nigdy nie chciałabyś otworzyć – wzorem taty – swojego warsztatu. To by było coś!

Pewnie chcielibyście, żebym witała gości w bikini, spocona i wysmarowana olejem? Tandetne.

To na pewno była wartość dodana. Przegląd robilibyśmy co tydzień. Ale z drugiej strony dałaś się wtłoczyć w rolę blondynki od motoryzacji w naszej sesji sprzed prawie 10 lat. Podobno przygotowywałaś się do niej pół roku.

Siłownia i dieta, żeby było widać kaloryfer na brzuchu. Podeszłam do tego profesjonalnie. Miałam ambicję, żeby nie było nade mną dużo pracy. I słyszałam, że fotoszopowcy trochę się nudzili.

Dobrze słyszałaś.

Czyli swoje zadanie wykonałam poprawnie, bo albo coś robię na 100 procent, albo wcale. Jeszcze dziś zdarzają się faceci, którzy przychodzą do mnie z tym egzemplarzem PLAYBOYA do podpisu. W sumie to przyjemne. Ale z drugiej strony nie zawsze jestem zadowolona, że ta sesja „ciągnie się” za mną od tylu lat. Na przykład Mount Everest chciałam zdobyć jako początkująca alpinistka z Polski, która w bazie pod Górą Gór będzie zupełnie anonimowa. Niestety, nie udało się, bo lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że „króliczek PLAYBOYA” wchodzi na Everest. A ja przecież nigdy żadnym króliczkiem nie byłam! Himalaiści z całego świata przychodzili więc mnie oglądać jak eksponat i byłam z tego powodu wściekła. Głównie odwiedzały mnie włoskie grupy z dużym, jak zawsze, libido. I widziały „króliczka” opuchniętego, zmasakrowanego chorobą wysokościową i z tłustymi włosami. Upokarzające! Włosi zaatakowali mnie jeszcze drugi raz, już w Katmandu, gdy się wykąpałam. Były ostre podchody, wręcz podkopy. Ale fakt faktem – jestem chyba do dziś jedyną osobą, która gościła w rozbieranej sesji na łamach PLAYBOYA i zdobyła najwyższą górę świata. Ale dziś już bym się nie dała wam namówić na zdjęcia.

Nie namawiamy, ale jak byś tylko miała ochotę…

To już nie ten etap.

Dlaczego nie używasz swojego prawdziwego imienia?

Wiecie, ile ja mam przez to problemów? „Marta” widnieje tylko w dokumentach, dzięki czemu na lotniskach i w urzędach jest wesoło – wszyscy stają na rzęsach, żeby zrobić ze mnie z powrotem „Martynę”. Najgorzej było, gdy chciałam złożyć papiery na studia. Składała Marta, która na świadectwie była Martyną. Musiałam prosić o duplikat. Nie moja wina, że już od podstawówki wszyscy tak na mnie mówili. Byłam Martyną nawet dla rodziców. A dziś dla przyjaciół bywam „Marysią”.

Myśleliśmy, że byłaś fanką Martyny Jakubowicz.

Pewnego razu znana dziennikarka połączyła nas w jedną osobę i stałam się Martyną Jakubowską. Ale to nic, kiedyś ktoś nawet Joannę Brodzik wziął za mnie. Podszedł do niej po autograf, chwaląc ją za świetne programy podróżnicze. Joasia jest ode mnie dużo ładniejsza, więc nie wiem, jak można było popełnić takie faux pas

Jaką najdziwniejszą plotkę o sobie słyszałaś?

Kiedyś na pierwszej stronie brukowca wyczytałam, że mam romans z Leszkiem Kuzajem. Przykra sprawa, tym bardziej, że jako rzecznik prasowy teamu, w którym jeździł dobrze znałam jego dziewczynę. Pani redaktor z tej gazety powiedziała, że się im pomyliło. Drobiazg! Ale chyba najdziwniejszą plotką było to, że nie zdobyłam Everestu, tylko nadawałam relację na tle fototapety, bo ktoś w tym samym czasie widział mnie w Zakopcu na Krupówkach.

Znajomi mówią o tobie: „Martyna zaczyna zdanie na ja i kończy na ja. Zupełnie jak w przedszkolu”.

Może i mają rację. Dobrze czuję się w roli lidera i z chęcią w tę rolę wchodzę. Jestem świadoma, że robię to nawet w sytuacjach zupełnie do tego nie pasujących. Na przykład na nasze spotkanie przyszłam z gruntu najeżona. Byłam pewna, że macie gotową tezę i będziecie chcieli mi coś udowodnić. I dlatego się z wami od początku boksowałam, próbując w pewnym sensie przejąć stery i narzucić swoją wizję tej rozmowy. Ale minęły prawie cztery godziny i już wyluzowałam. Za mocni jesteście (śmiech).

To dobry moment, żeby spytać, co poszło nie tak w czasie wyprawy na najwyższy szczyt Antarktydy. Ekipa, z którą się tam wybierałaś, jeszcze przed odlotem przestała z tobą rozmawiać. Próbowałaś być liderem, mimo że byłaś gościem?

To był team niemiecko-austriacki i nasza znajomość rozpoczęła się bardzo niefortunnie. Na pierwszej kolacji spytali, czy mówię po niemiecku, na co ja wypaliłam: „Pewnie, że mówię – raus, raus, hände hoch, schneller...”. Zapadła grobowa cisza. Myślę, że ten żarcik zaważył na naszych dalszych relacjach (śmiech). Na szczęście nie wszyscy wzięli mi to za złe. Z Austriakiem, Robertem Millerem, zaprzyjaźniliśmy się na dobre. Oddzieliliśmy się od reszty zespołu i we dwoje zdobyliśmy Mount Vinson, a rok później Piramidę Carstensza w Indonezji.

Słyszeliśmy, że większość zespołu obraziła się za to, że nie powiedziałaś im, kim jesteś. Nie wiedzieli, że mają do czynienia z dziennikarką, która na tej wyprawie będzie nagrywała film i zbierała materiały. Uznali, że to nielojalność. Tym bardziej, że była to ich wyprawa, do której pozwolili ci dołączyć.

Rzeczywiście padł zarzut, że nie czują się przy mnie swobodnie. Faktycznie nie opowiadaliśmy sobie, czym się zajmujemy na co dzień. Ale ja nie miałam zamiaru robić materiału o nich. Niemniej jednak rozumiem, że mogli się poczuć niekomfortowo.

Żałujesz, że tak się to potoczyło?

Nie. Po pierwsze nic wielkiego się nie stało. Po drugie ta wyprawa bardzo wiele mi dała. Paradoksalnie niechęć większej części ekipy znacząco mi się przysłużyła, bo miałam szansę zmierzyć się z demonem, jakim jest dla mnie samotność. Dała mi też nauczkę na przyszłość. Nigdy więcej nie dołączę do wyprawy, której sama nie zorganizuję i nie będę na niej kierownikiem.

Słyszałaś o jakichś ekscesach seksualnych na dużych wysokościach?

W bazie na 5600 m n.p.m. podobno robi to wiele osób. Trochę mnie to szokuje, bo nie są to warunki sprzyjające choćby higienie intymnej. Słyszałam też, że pewien bardzo dobry himalaista miał całkiem niezłe osiągi w tym względzie – uprawiał seks w trzecim obozie na wysokości 7400 metrów n.p.m.

A ty?

Never ever. Nie uprawiam seksu na wyprawach.

Na skróty:

Mariusz Walter zawsze mi mówił, że czeka aż w końcu przestanę się „taplać w błocie i stanę się prawdziwą kobietą”. W końcu i Prezes zwątpił, choć przyznał, że przynajmniej jestem w tym moim stylu życia konsekwentna.

Nie wyobrażam sobie, żebym miała wrócić do naturalnego, ciemnego koloru włosów.

Interesują mnie tylko dyscypliny ostateczne.

Nie uznaję pijanych kobiet.

Kuba Wojewódzki jest dla mnie klasycznym draniem – Piotrusiem Panem. Inteligentny, uroczy, słodko gapowaty. Ale o swoich coraz młodszych, byłych narzeczonych wypowiada się z radosną miną kota, który pożarł kanarka.

Pisanie książek jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Właśnie ukazała się moja piąta publikacja Kobieta na krańcu świata 2, w przyszłym roku wychodzi Korona Ziemi i druga – Automaniaczka, w której rozliczam się ze swoją motoryzacyjną przeszłością.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*